rzewuski1
08.03.06, 20:10
Jaka jest naprawdę liczba żyjących do dziś kombatantów pierwszej wojny
światowej
Ilu zapomnianych uczestników pierwszej wojny światowej żyje jeszcze we
Francji? Całkiem prawdopodobne, że blisko 90 lat po zakończeniu konfliktu
paru stulatków woli spokój i dyskrecję zamiast zamieszania wokół ich
frontowych losów. Czy państwowe honory skłonią ich do wyjścia z cienia?
Po niedawnej śmierci – w wieku 107 lat – Ferdinanda Gilsona Francuzi pytają,
jaka jest naprawdę liczba żyjących do dziś kombatantów pierwszej wojny
światowej. Czy jest ich pięciu, sześciu, a może siedmiu? Narodowe Biuro
Kombatantów (ONAC) stara się uaktualnić swoje dane. 11 listopada 2005 roku,
podczas uroczystości upamiętniających zakończenie pierwszej wojny światowej
podano oficjalną liczbę żyjących francuskich uczestników walk w latach 1914-
1918.
Mówiono o sześciu osobach, włączając w to jeszcze Ferdinanda Gilsona, który
zmarł 26 lutego tego roku. Jednak od tamtej pory do urzędu wpłynęły dwa
wnioski o uznanie kombatanctwa, z których jeden uzyskał pozytywną opinię, a
drugi jest w trakcie rozpatrywania.
Gra jest warta świeczki: w listopadzie ubiegłego roku rząd postanowił, że
ostatniemu z byłych żołnierzy państwo urządzi pogrzeb z honorami. Nie może
więc być mowy o pomyłce. Dokonania jednego z tych siwiuteńkich staruszków,
zwykłych obywateli, żyjących spokojnie i bez rozgłosu zostaną wyniesione do
rangi dziedzictwa narodowego.
Wizja pozostania na wieki w pamięci potomnych niejednemu odświeżyła pamięć.
Odżyły na przykład wspomnienia 107-letniego René Riffauda, do tej pory
nieznanego weterana „ostatniej z wojen” (jak Francuzi nazywają pierwszą
wojnę – przyp. Onet). „Jestem żołnierzem – zarzeka się Riffaud. – Musicie mi
udowodnić, że nim nie jestem”. Jak inni wyruszył „na mordobicie” do „miejsc,
gdzie nikt nie zagląda”. Wojskowa książeczka pana René opowiada szczegółowo o
jego losach między kwietniem 1917 roku a listopadem 1918 roku – a więc w
okresie, gdy służył on w szeregach różnych oddziałów artyleryjskich. Ten
Francuz, urodzony 19 grudnia 1899 roku w Tunezji, został powołany do wojska
koło Sfax. Następnie dołączył do oddziałów stacjonujących w Bordeaux i na
krótko przed zawieszeniem broni trafił na front. Walczył w ardeńskich lasach.
W jego płucach nadal można znaleźć ślady gazu musztardowego, który wtedy
wdychał.
Francuskie władze z dużą dokładnością badają teraz frontowe dzieje swoich
kombatantów. Przy przyznawaniu tytułu oraz karty kombatanta z lat 1914-1918
Francja stosuje bardziej restrykcyjne metody niż w przypadku uczestników
późniejszych konfliktów zbrojnych. Aby ubiegać się o kartę, trzeba było
walczyć w sumie co najmniej trzy miesiące. I mieć na to dowód.
Ale wraz z nastaniem pokoju tym, którzy przeżyli, niespieszno było wyrobić
sobie kartę kombatanta, nie mieli bowiem „dobrych wspomnień z wojny”. Wielu z
nich nigdy nie wzięło udziału w żadnej manifestacji nawiązującej do
frontowych wydarzeń. „Nie chciałem rozpamiętywać okropności, jakich kiedyś
doświadczyłem. Bardzo dziękuję za takie fetowanie” – mówi pan Riffaud.
Żyjący w domu spokojnej starości w Eure, pod okiem personelu, który uczynił z
niego swoją lokalną gwiazdę, dawny żołnierz w duchu naśmiewa się nieco z owej
wojennej fanfaronady. Ale rodzina chciałaby, aby kraj oddał mu należny hołd.
Czyż w 1996 roku nie został odznaczony Orderem Legii Honorowej jako weteran
pierwszej wojny światowej? Po co więc teraz tyle gadania?
W końcu sprawa René trafiła do ministra do spraw kombatantów. Po opinii
wydanej przez specjalną komisję to on zadecyduje, czy pan Riffaud dostanie
swoją kartę kombatanta pierwszej wojny światowej 90 lat po wojnie.
Żadnych wątpliwości nie ma za to w przypadku 104-letniego François Jaffre’a.
Ten człowiek ma już kartę kombatanta, o numerze 35712, wydaną 10 grudnia 1933
roku. Ów nietypowy żołnierz zdobył prawa do tego dokumentu z dala od okopów.
Bretończyk z pochodzenia wstąpił do marynarki w wieku 16 lat, we wrześniu
1917 roku. Następnie konwojował amerykańskie oddziały między Nowym Jorkiem a
Francją i służył na okręcie specjalizującym się w polowaniach na łodzie
podwodne. Jego dokumenty zaginęły, gdy zmienił adres zamieszkania. Został
uznany za martwego. Zbyt wcześnie. Teraz spędza przyjemnie czas w domu
spokojnej starości w Yvelines.
„Zawsze ceniliśmy dyskrecję” – tłumaczy dzisiaj jego rodzina. Kiedy Michel
Tenette ze stowarzyszenia kombatanckiego Le Souvenir Francais (fr. Francuska
pamięć) nie znalazł jego imienia na oficjalnej liście, postanowił wydobyć go
z administracyjnego niebytu. Udało się i ONAC oficjalnie umieścił Francois
Jaffe na liście.
Ale ilu innych nazwisk na niej brakuje? To pytanie może stać się jeszcze
bardziej kłopotliwe wraz ze zmniejszającą się liczbą ostatnich żyjących
uczestników wojny. Wielu z nich nie chce przywoływać wspomnień rzezi,
wybierając milczenie zamiast przymusu mówienia o tym, co niewypowiedziane.
Czy gdzieś we Francji żyje dziś jeszcze jeden, czy może kilku stulatków,
którzy wolą na zawsze pozostać anonimowi?
cji i braku doświadczenia
a co z naszymi weteranami wojny polsko -bolszewickiej
powstan wielkopolskiego i sląskich
walk z ukraincami w galicji wschodniej