radca
25.03.04, 00:32
bydgoszcz.naszemiasto.pl/wydarzenia/350757.html
" Mniejsze zło...
Czwartek, 25 marca 2004r.
Dzieci są bite i molestowane w domu dziecka, a nas szantażuje opieka
społeczna. Czy ten koszmar nigdy się nie skończy? My, ludzie biedni, nie
wiemy, jak się bronić! - alarmują Pińkowscy z Ciela - rodzina, której pod
przymusem odebrano dzieci, by zgodnie z wyrokiem sądu umieścić je w domu
dziecka w Trzemiętowie.
Jak już wielokrotnie informowaliśmy, sądy zajęły się sprawą na wniosek
kurator zawodowej, która uznała, że wyczerpała już wszystkie możliwości
naprawy sytuacji rodzinnej i tylko umieszczenie pięciorga dzieci Pińkowskich
w placówce opiekuńczo-wychowawczej stworzy dobre warunki do nauki i zapewni
im spokój oraz prawidłowy rozwój. Nie mógł tego zapewnić dom z
niepełnosprawnym, chorym ojcem i bezrobotną, niezaradną matką. Mimo sprzeciwu
rodziców (ojciec po raz kolejny próbował popełnić samobójstwo) dzieci zabrano
już dzień po upływie terminu określonego przez sąd. Asystowała przy tym
dwójka kuratorów i kierowniczka Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Białych
Błotach, Anna Strzelczyk.
Jak się pisze sprostowanie
- Wypowiedziałam się do artykułu, że pani kierownik zachowała się najgorzej,
bo powiedziała, że jak nie oddamy dzieci dobrowolnie, to przyjedzie policja.
I zaczęło się. W poniedziałek rano zadzwonili z opieki, żebym natychmiast
zgłosiła się do kierowniczki. Pojechałam z synem. Myślałam, że w sprawie
złożonego wniosku. Pytałam, czy dostanę pieniądze na lekarstwa. Panie
chciały, żebym powiedziała, że było inaczej, niż podałam do gazety, ale ja
potwierdziłam, że przecież tak mówiła. Wtedy pani Wojtanowska podyktowała mi
oświadczenie, przy kierowniczce i pracowniczce. Połowy słów nie rozumiałam,
mam tylko podstawowe wykształcenie. Bałam się, że jak nie napiszę, to już
nigdy nie dadzą mi pieniędzy. Na zakończenie kierowniczka powiedziała, że mój
wniosek jeszcze jest w szufladzie - skarży się Barbara Pińkowska, babcia
dzieci. Wójt gminy, Katarzyna Kirstein-Piotrowska, zajęła się sprawą, o
której do tej pory kierowniczka GOPS jej nie informowała.
- Pani kierownik twierdzi, że obie panie Pińkowskie zjawiły się w ośrodku,
gdzie poproszono je na rozmowę. Ponieważ na miejscu nie chciały zadzwonić do
redakcji z prośbą o sprostowanie, w obecności pracowników napisały
oświadczenie - powiedziała nam pani wójt.
- To nieprawda - oburza się Ewa Pińkowska. - Teściowa była później, sama. Ja
już z rana odhaczałam się jako bezrobotna. Zawołały mnie, żebym zmieniła
prawdę w artykule i zadzwoniła do redakcji. Ne zgodziłam się. Kazały mi pisać
oświadczenie. Wszystko odwracają ogonem. Jak odbierały dzieci, obiecywały że
nam dadzą 200 złotych, a "na sklep" przyszło 100. Mówiły Marietce, że ma
liczyć na paluszkach do czterech, to na piąty dzień mama ją zabierze z domu
dziecka do domu. Miały nam zwracać za bilety do Trzemiętowa na odwiedziny
dzieci. A teraz powiedziały, że wychodzi za drogo i że wystarczy, jak
przyjedziemy raz na miesiąc.
"W czasie odbioru dzieci p. kierownik ośrodka pomocy powiedziała mi, że
lepiej dla dzieci, jeśli oddamy je spokojnie bez większych stresów, ponieważ
jest postanowienie sądu. Zostałam poinformowana prze panią kierownik, że
słowo policja użyte było w celu uświadomienia wszystkich o konsekwencji
niedostosowania się dobrowolnie do postanowienia o umieszczeniu dzieci do 10
marca 2004 r. W tej sytuacji dnia 17 marca w obecności kuratorów, kierownika
ośrodka i w mojej obecności matka Ewa przyniosła torby i ubrania dzieci.
Najstarszy Kamil uciekł. Faktu odjazdu z przyczyn osobistych nie widziałam,
ponieważ nie mogłam".
- Przepisałam to wymuszone oświadczenie - pokazuje mi Barbara Pińkowska.-
Mówię prawdę. Niech zrobią konfrontację, oczy w oczy. Przecież sprawiedliwość
gdzieś musi być.
Czego nie wie dyrektor
Danuta Flinik, wiceprezes i rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Bydgoszczy,
powiedziała "Expressowi":
- Odebranie dzieci rodzinie to ostateczność. Ale jeśli ciąg zachowań ojca
dezorganizuje życie rodziny, matka nie potrafi prowadzić domu, a do tego jest
bieda i nie robi się nic, by dzieciom było lepiej, nawet nie posyła do
szkoły, to trzeba wybrać mniejsze zło.
Mirosław Urbaczewski, Dyrektor Domu Dziecka w Trzemiętowie, potwierdza, że
gdy mali Pińkowscy przyjechali, był bunt i łzy, dzieci nie chciały jeść, pić
i chodzić do szkoły, ale wszystko się unormowało. Do czasu wizyty matki.
Jednak na pewno do niedzieli nie stało się nic złego, bo dyrektor coś by o
tym wiedział.
Poproszona o wyjaśnienie pedagog Teresa Łaba przyznaje jednak, że następnego
dnia po przyjeździe zdarzył się incydent odebrany przez 17-letnią Julitę
Pińkowską jako napastowanie. Jeden z wychowanków dotykał ramienia dziewczyny,
a potem ścisnął jej dłoń jak przy przywitaniu.
- Chciał zwrócić na siebie uwagę. To czternastolatek, który z powodu opóźnień
rozwojowych nie zawsze zdaje sobie sprawę ze znaczenia tego, co robi -
tłumaczy pani pedagog. W notatce służbowej sporządzonej tego dnia przez
pedagoga czytamy natomiast, że chłopiec ten również pocałował Julitę oraz
chciał, żeby i ona go pocałowała. Julita jest dzieckiem specjalnej troski.
Boi się sama wychodzić z domu. Ma 17 lat.
- Kto ja jestem, żeby mnie dotykać? - oburza się, drżac, Julita. - On mnie
chwytał za ramiona, za biodra, i pocałował nie raz, tylko kilka razy.
Dopytywał się, czy mam chłopaka. Przestraszyłam się. Jak go wypraszałam z
pokoju, to się rzucał i bił najmłodszego brata.
Paweł Pińkowski potwierdza. Oberwało mu się nie tylko wtedy. W niedzielę,
podczas wizyty mamy i babci, syn pracowniczki trzemiętowskiego domu dziecka
uderzył go w twarz. Dopiero po interwencji dorosłych przeprosił Pawła. -
Czemu ja nic o tym nie wiem? - dziwi się dyrektor. Tłumaczy, że u nich w domu
dziecka patologii nie ma. A jeśli się zdarzają, to sporadycznie. - Przy 56
wychowankach bywa, że ktoś wpadnie na głupi pomysł. I na tym się kończy.
Za krótko tu są...
Dom Dziecka w Trzemiętowie jest, jak twierdzi dyrektor, bardzo bogatym domem
dziecka. Utrzymanie jednego wychowanka kosztuje tu około 1750 zł.
- W domu rodzinnym te dzieci były wychowywane jak zwierzątka. Chcemy zadbać o
ich edukację, zdrowie, dać im inne spojrzenie na świat. Realizujemy autorski
program - gromady wychowawcze - wspomagany przez psychologów i pedagogów.
Wychowawca zajmuje się najwyżej siedmioma wychowankami i sprawdza wszystko:
czy ktoś ma chusteczkę do nosa i czy ma zaspokojone wszystkie potrzeby.
Pińkowscy trafili do pokoi interwencyjnych. Czyściutko, nowocześnie,
kolorowo. Kuchenka, łazienka, przedpokój. A dzieci płaczą, że im tu źle.
Tęsknią za rodzicami. Przyznają jednak, że tu jest ładnie, jedzenie dobre, a
wychowawcy mili.
Dlaczego więc Żaneta Pińkowska, która od roku znajduje się pod opieką domu
dziecka, wolała wrócić do przeludnionego pokoju w Cielu?
- Za krótko tu jest - odpowiada dyrektor. Zdaniem dyrektora Urbaczewskiego,
sąd uratował dzieci Pińkowskich. Mimo to sam również uważa, że dom dziecka to
ostateczność:
- Trafiają do nas dzieci, którym nikt inny nie był w stanie pomóc. Nie wiem,
czy faktycznie wykorzystano wszystkie formy pomocy gminnej, socjalnej i
kuratorskiej. Bo po domu dziecka nie ma już nic - prócz zakładów karnych.
Ewa Adamska-Drgas - Express Bydgoski "
radca