Dodaj do ulubionych

Platforma to pajace do kwadratu

25.11.06, 00:25
Wybrali takiego faceta do zarządu województwa

www.eckardt.pl/
(...) Maciej Eckardt zyskał tytuł pierwszego eurosceptyka w regionie
kujawsko-pomorskim za sprawą widokówki, która przed referendum europejskim
stała się znana w całym kraju. Na zdjęciu w kolorach sepii Charlie Chaplin -
oberwaniec z "Gorączki złota" - ma twarz Leszka Millera. Obok napis: "Wszystko
postawiłem na Unię". Na odwrocie kartki list datowany na 13 grudnia 2005 r.:
"Kochana Mamuśku. W Unii jest fajnie. Niczego tu nie brakuje. Cukier jest po 6
złotych za kilogram, benzyna po 5,50 za litr, masło po 4,10 zł, chleb po 1,20,
a papierosy po 32 zł. Mamy kolorową telewizje i fajne filmy. Pracy na razie
nie ma, ale mówią, że będzie. Niech mamusia na razie siedzi na tej Białorusi,
bo tu cały czas szaleje eutanazja, zwłaszcza że ubezpieczalnia już się o
mamusię pytała. To tyle, bo idę po zasiłek. Całuję mamusię mocno. Zdzisiek. PS
Niech mamusia przyśle mi z kilo szynki, ale takiej ze zwykłego prosiaka, bo te
nasze po nocach świecą".
- Jestem dumny z tego dzieła - mówi dziś Eckardt. - Treść listu jest cały czas
aktualna. Tylko Millera zbyt łagodnie potraktowałem. Nie zasługuje na
porównanie z Chaplinem.

("Gazeta Wyborcza" z 01-07-2004)
Obserwuj wątek
    • mac_byd Re: Platforma to pajace do kwadratu 25.11.06, 00:31
      Nie widzisz ze facet przechodzi ewaluuje!
      • akff a miało być normalnie 25.11.06, 00:42
        DOŚĆ ROBIENIA SYFU Z POLSKI a przede wszystkim z naszego Województwa.
        Jednak taki szambonurek może nami rządzić. Dzięki min. Platformie i PSL -
        niestety!!!

        CZY TEN CZŁOWIEK MA ODPOWIADAĆ ZA ŚRODKI UNIJNE W WOJ. KUJ - POM
        PARANOJA!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
        Proponuję poczytać jego teksty www.eckardt.pl/


        (...) Maciej Eckardt zyskał tytuł pierwszego eurosceptyka w regionie
        kujawsko-pomorskim za sprawą widokówki, która przed referendum europejskim stała
        się znana w całym kraju. Na zdjęciu w kolorach sepii Charlie Chaplin -
        oberwaniec z "Gorączki złota" - ma twarz Leszka Millera. Obok napis: "Wszystko
        postawiłem na Unię". Na odwrocie kartki list datowany na 13 grudnia 2005 r.:
        "Kochana Mamuśku. W Unii jest fajnie. Niczego tu nie brakuje. Cukier jest po 6
        złotych za kilogram, benzyna po 5,50 za litr, masło po 4,10 zł, chleb po 1,20, a
        papierosy po 32 zł. Mamy kolorową telewizje i fajne filmy. Pracy na razie nie
        ma, ale mówią, że będzie. Niech mamusia na razie siedzi na tej Białorusi, bo tu
        cały czas szaleje eutanazja, zwłaszcza że ubezpieczalnia już się o mamusię
        pytała. To tyle, bo idę po zasiłek. Całuję mamusię mocno. Zdzisiek. PS Niech
        mamusia przyśle mi z kilo szynki, ale takiej ze zwykłego prosiaka, bo te nasze
        po nocach świecą".
        - Jestem dumny z tego dzieła - mówi dziś Eckardt. - Treść listu jest cały czas
        aktualna. Tylko Millera zbyt łagodnie potraktowałem. Nie zasługuje na porównanie
        z Chaplinem.

        ("Gazeta Wyborcza" z 01-07-2004)



        Dnia 8 listopada Roku Pańskiego 1968 donośnym krzykiem oznajmiłem swoje
        przyjście na świat. Kaprysem losu stało się to w Ostrowie Wielkopolskim, z
        którego już po miesiącu zostałem wywieziony do Poznania, gdzie od pokoleń
        zamieszkuje moja rodzina. Tam podobno zrobiłem rodzinną furorę. Okazałem się
        bowiem pierwszym wnukiem mojego dziadka Hieronima Płoszyńskiego, który na tę
        okoliczność popadł w stan zachwytu, widząc w tym fakcie szansę na przełamanie
        żeńskiej dominacji w rodzinie. Niestety, sukces okazał się połowiczny, gdyż
        powszechnie wiadomo, że z kobietami nikt nigdy nie wygrał, a zwłaszcza w
        Wielkopolsce.
        Pierwsze miesiące życia spędziłem w rodzinnej kamienicy wybudowanej onegdaj
        przez mojego pradziada Jana Gajewskiego - powstańca wielkopolskiego, którą
        komuniści przezornie znacjonalizowali, słusznie mniemając, że to matecznik
        wrogów klasowych. Tych, jak wiadomo, władza ludowa darzyła szczególnym
        proletariackim żarem i miłością. Z przyczyn oczywistych miłość ta nigdy nie
        została odwzajemniona, stąd zapewne mój uparty pradziad bywał ciągany po sądach
        za sprawą napływowych lokatorów, którzy uprzejmie donosili, że senior rodu
        Gajewskich ośmiela się krytykować jedyny słuszny ustrój, rozpowiadając dookoła,
        że od komunistów niczego nie potrzebuje, bo nawet cukier sprowadza sobie z Ameryki.

        Z mlekiem matki wyssałem zatem swój wolnościowy i antykomunistyczny pogląd na
        świat, przezornie w pózniejszych latach umacniany przez babkę. W wieku około
        jednego roku pożegnałem Poznań i wylądowałem się w Bydgoszczy. Wnet po
        przyjezdzie nawiązałem swoje pierwsze instytucjonalne stosunki z PRL-em,
        włączając się w system opiekuńczo-wychowawczy zwany żłobkiem. Instytucja ta,
        nasycona siostrami w białych kitlach, proponowała szereg szlagierów
        edukacyjnych, wśród których rekordy popularności biło "kółko graniaste". Pózniej
        przyszedł czas na przedszkole, które z uwagi na fakt sąsiedztwa z moim
        podwórkiem i niski płot, stwarzało wiele pokus wolnościowych, z których obficie
        korzystałem.

        Z chwilą powstania obowiązku szkolnego z ciekawością wybrałem się do szkoły
        podstawowej noszącej imię bohaterskiego komunisty - Marcelego Nowotki. Z lat
        tych zapamiętałem obowiązkowe juniorki, mundurek szkolny, obiady w świetlicy i
        kefir wmuszany szkolnej gawiedzi na dużej przerwie. Paletę ówczesnych klimatów
        dopełniał smak wody z saturatora, oranżady w proszku, krówek ciągutek, tudzież
        mordoklejek, a także pełne zaangażowania pojedynki na rurki do plucia. O procy
        na skoble nie wspominam, gdyż była na wyposażeniu każdego szanującego się
        dżentelmena w juniorkach. Dla pełnego obrazu dodam, że nadzwyczaj lubiłem
        powroty ze szkoły, które trwały po parę godzin, zwłaszcza jeśli po drodze
        napatoczyła się większa kałuża albo nie daj Boże budowa. Nie muszę dodawać, że
        po takich ekskursjach, stając w domowym progu, nadawałem się już tylko do wanny.

        Moje fascynacje błotniarskie wywoływały zrozumiałe reperkusje w domu, których
        efektem był zakaz wychodzenia na dwór. Jednak z uwagi na fakt zamieszkiwania na
        parterze nie dało się go przekuć w sukces wychowawczy dłużej niż godzinę. Zew
        wolności i gwar podwórka brały górę. Z ówczesnych doświadczeń szczególnie
        zapamiętałem czujnego milicjanta, który nie był w stanie uwierzyć, że butelka
        piwa degustowana wespół z kolegą, nie należała do nas, lecz do panów
        budowlańców. Nie pomogły tłumaczenia, że jej zawartość była podła, a na butelce
        nie było etykiety � zostaliśmy przykładnie spisani. Do dzisiaj z przedmiotowym
        kolegą uważamy - obecnie habilitującym się doktorem nauk historycznych w bardzo
        poważnej instytucji naukowej - że władza ludowa lekko wówczas przesadziła.
        Podstawówka w każdym razie minęła jak z bicza trzask. Wyniosłem z niej jednak
        przekonanie, że przerwy były zupełnie niepotrzebnie przerywane lekcjami.

        Na kolejne cztery lata swoich edukacyjnych fascynacji wybrałem Liceum
        Ogólnokształcące im. Leona Wyczółkowskiego w Koronowie pod Bydgoszczą, co było
        jawnym nonkonformizmem, o ile nie prowokacją losu. Wybór okazał się słuszny,
        choć początek na to nie wskazywał, jako że już w pierwszym tygodniu wylądowałem
        w gabinecie dyrektora, któremu zdawało się, że chciałem podpalić szkołę. Faktem
        jest, że przy udziale świeżo poznanego kolegi puściłem z dymem stare szmaty obok
        szopy z farbami i benzyną, niemniej uznanie tego z dzisiejszej perspektywy za
        akt terroryzmu, byłoby daleko idącym uproszczeniem - wszak w tamtych czasach
        nikomu o terroryzmie się nie śniło, a wieże World Trade Centre stać miały
        niewzruszenie jeszcze lat dwadzieścia. Po tym niegodnym uwagi incydencie i
        wysłuchaniu okolicznościowej litanii dyra - zwieńczonej pełnym jęku pytaniem: i
        co ja mam z tobą Eckardt zrobić? - moja na moment zagrożona kariera
        ogólnokształcąca mogła bez wstrząsów (no powiedzmy) potoczyć się dalej.

        Szczęśliwie dobrnąłem do matury, poznając w międzyczasie wiele fascynujących
        przedmiotów. Bardzo na przykład podobała mi się chemia - ze względów
        pozamerytorycznych rzecz jasna - dająca moc uciech, kiedy w przeprowadzanym
        doświadczeniu czegoś nie dodano lub zrobiono to nazbyt szczodrze. Powodowało to
        niezapomniane nagłe migracje, dziki tumult i zrozumiały popłoch, a co
        najważniejsze - długotrwałe wietrzenie szkoły, podczas którego można było
        kontynuować przerwane lekcjami wątki towarzyskie lub dokończyć dymka w toalecie.
        Osobną atrakcję stanowiły kondukty pogrzebowe ciągnące na pobliski cmentarz pod
        oknami szkoły, mimowolnie otwierające nasze małpie rozumy na tchnienie
        wiekuistości i poczucie kruchości spraw doczesnych. Nabierało to niezwykłego
        kontekstu przy omawianiu uroków średniowiecza z jego złowrogim memento mori, czy
        trenów Kochanowskiego, które w poszumie dobiegających żałobnych pieśni zyskiwały
        dodatkowe wzmocnienie. Gdzieś w okolicach czwartej klasy, po jedenastu latach
        mordęgi, z radością pożegnałem przedmioty ścisłe, które jakoś do mnie nie lgnęły
        i mogłem zająć się już tylko tym, co lubiłem najbardziej, czyli historią. Na
        horyzoncie zarysowały się studia.

        Za obiekt studenckich zainteresowań obrałem sobie nauki społeczne na Akademii
        Bydgoskiej (wówczas Wyższa Szkoła Pedagogiczna) nazywane dzisiaj politologią.
        Jako że po czymś takim nie bardzo wiadomo co robić z absolwentami, dano nam
        możliwość zrobienia dodatkowej specjalizacji. Tym sposobem zostałem magistrem
        nauk społecznych o specjalności administracja samor
        • rafalski_rt Re: a miało być normalnie 25.11.06, 02:39
          Sami go wybraliśmy na radnego. Żadny pieniądz nie śmierdzi, nawet ten unijny.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka