Może na potrzebę watku powinnam zmienić nicka, bo mam zamiar sie tu trochę
emocjonalnie poobnażać ale licze na zrozumienie i jakies konstrutywne rady

))
Od nowego roku szkolnego uczę geografii u siebie w szpitalu. prowadze zajęcia
na kazdym pietrze, między innymi na Onkologii. I jestem przerazona swoimi
reakcjami!!! Zawsze wydawało mi sie, że jestem na tyle odporna psychicznie,
mam dojrzałe podejście do choroby dziecka, że sobie poradzę. A tymczasem mam
ochote uciekac stamtad po pięciu minutach od wejścia do oddziału.
Kilkadziesiat sal a w nich ból, cierpienie, łzy, bezradność dziecka i
rodziców. Najbardziej przytłacza mnie to, że i ja czuję sie tam bezradna i
taka nie na miejscu z tymi swoimi ksiązkami i nieśmiałym usmiechem na
wystraszonej twarzy. Ale jak mam reagować, kiedy jednego dnia chłopak,
którego uczę,jest w miarę dobrej kondycji a następnego lezy w łóżku i skreca
sie z bólu? Kiedy siedzę przy łózku 16-letniej dziewczyny a mój wzrok
bezustannie przyciąga leżąca na szafce peruka? Kiedy nie poznaję innej, bo
jednego dnia widzę ją z łysą głową a drugiego w peruce i to ona mówi
mi "dzień dobry" a ja stoję i usiłuje sobie przypomnieć kto to?
Koleżanki z pracy mówią mi " przyzwyczaisz się", a ja mysle sobie:" A co
jesli nie?". Z drugiej strony to jedyny oddział, gdzie dzieci najbardziej
chca sie uczyć. Jeżeli tylko maja siłę to czekają na nauczyciela. Widzę
wielki sens nauki w tym miejscu. I chciałabym nauczyć się zwalczać w sobie
ten strach i niepewność.....
Niech ktos napisze coś pocieszajacego i wspomoże mnie dobrą i ciepłą radą