pewnie powinnam napisać, że zimowa,ale ciężko kiedy wyglądam przez okno
dostrzec zimę.
dziewczyny mają 6,5 miesiąca. zaraz święta, na dworze chlapa, deszcze i chmury.
troszkę przygniata mnie ta atmosfera. dziewczyny jakby zatrzymały się w
miejscu, próbując raczkować. wcześniej żyłam w takim pędzie, że nie miałam
czasu ani siły zastanawiać się nad czymkolwiek. była pierwsza łza, uśmiech,
podnoszenie główki, łapanie zabawek... pierwsze dźwięki i inne. a teraz? jakby
wszystko zastygło. czekam na coś nowego... bo dziewczyny wymagają mniej pracy
niż wcześniej, nie muszę ciągle z nimi siedzieć, zabawiać czy śpiewać. a
czasem kiedy to robię mają tego zwyczajnie dość. świetnie radzą sobie same...
a ja kiedy już zrobię wszystko, siadam i myślę.
Jasne, że zawsze można sobie znaleźć zajęcie,ale nie w tym rzecz.
czekać aż znów mnie zaskoczą i podskoczę w zachwycie nad ich umiejętnościami?
czy może pójść n salarium i doładować akumulatory?
tak sobie, luźno rozważam...