dlania
17.12.07, 19:00
Ostatnio zaczęłam mówic lekarce o diecie moich dzieci. Nie jest to w 100%
dieta antygrzybicza, ale nie piją mleka, nie jedza slodyczy, ser żółty i
słodzone produkty typu soczki i jogurty owocowe - niecodziennie. Spojrzała na
mnie kiwając z politowaniem głową i powiedziała tylko: "prosze pania, zalecam
mniej czytać".
Dzis chciałam pochwalic kierowniczkę żłobka mojej córki, że w paczce
Mikołajowej były zabawki i książeczka, nie tylko slodycze, jak w przedszkolnej
paczce drugiego dziecka. Wspomniałam o tym, że praktycznie nie daję dzieciom
slodyczy. I co? I pani kierownik prawie na mnie nakrzyczała! Jak to, prosze
pani, dzieci w tym wieku potzrebuja glukozy, co najmniej 5 dekagramów
dziennie! Inaczej mózg im nie działa sprawnie, nie maja energii do
rozwoju(cytuję)! Jak im pani nie daje słodyczy, to prosze chociaż jedzenie
dosładzać - mleko, kaszke, kompot....
Zaczynam tracic orientację. Może ja rzeczywiście źle robię...Może one więcej
jedzą nie dlatego, że im ta dieta słuzy, tylko brak im energii, brak
węglowodanów;-(