lodbrok
19.12.02, 14:13
W przededniu świąt dopadł mnie jakiś taki refleksyjno - filozoficzny nastrój
i każe mi stawiać sobie różne, często proste (ale jak się wgłębić w istotę
rzeczy to wcale nie)pytania. Grzebiąc wśród różnych internetowych śmieci
trafiłem na dość zabawną dykteryjkę, której przeczytanie skłoniło mnie do
rozpoczęcia niniejszego wątku. A mianowicie:
Sukcesem jest:
w wieku 2 lat nie sikać w majtki
w wieku 12 lat mieć przyjaciół
w wieku 18 lat posiadać prawo jazdy
w wieku 19 lat uprawiać seks
w wieku 35 lat zarabiać dużo pieniędzy
w wieku 60 lat uprawiać seks
w wieku 70 lat posiadać prawo jazdy
w wieku 75 lat mieć przyjaciół
w wieku 80 lat nie sikać w majtki
Kółeczko się zamyka... Ale czy to przypadkiem nie jest minimalizm życiowy,
traktując oczywiście powyższe hasełka z duża dozą humoru? Co do mnie to w
zależności od "pory roku" w moim żywocie, mam wrażenie, że wszystkie sukcesy
już za mną lub wciąż przede mną, tudzież nie były lub nie staną się moim
udziałem.:-))(biorę pod uwagę również wzelkie ewentualności nie wymienione
powyżej). A tak poważniej, to za swój największy sukces uważam, że póki co,
bez obrzydzenia mogę zerknąć na siebie codziennie rano w lustro, co sprawia,
że żyje się z pewną dozą przyjemności. Zastanawiam się tylko jak długo...(to
co powiedziałem nie ma nic wspólnego z narcyzmem, bo co do swojej aparycji,
złudzeń już dawno się pozbyłem:-)).A co wy uznajecie za swój sukces(y)?