Dodaj do ulubionych

Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane?

IP: *.internetdsl.tpnet.pl 13.11.09, 08:22
Ciekawe komu obiecali budynki i kto na tym zarobi...
Obserwuj wątek
    • Gość: l4m3rk4 Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: 212.191.172.* 13.11.09, 09:31
      myślę że to nie do końca tak jak piszesz... jedna z tych szkół to moje byłe LO i w tej chwili jest tam jedna klasa pierwsza.. nic dziwnego, ze chcą ją zlikwidować, a szkoda...
    • Gość: grajdołek Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.11.09, 09:46
      Głosujecie na prawicę nie dziwcie się że oni niszczą miasto. Co facet z
      Częstochowy, lub Tomaszowa wie o Łodzi. Dla niego liczą się tylko łapówy i
      dyrektywy od Kaczyńskiego. Przecież wymaszczona z pieniędzy łodzian placówka w
      Izraelu już czeka. Nie po to za nasze pieniądze jeździł co tydzień by
      likwidator drugiego co do wielkości Polskiego miasta nie miał perspektyw.
      Macie szansę w referendum w styczniu. Pamiętajcie
      • Gość: zuza Re: Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 13.11.09, 11:16
        Pamietamy.
    • Gość: zygmunt sprawdź na Nałkowskiej IP: *.internetdsl.tpnet.pl 13.11.09, 11:21
      sprawdź na Nałkowskiej. tam też kiedyś była szkoła zawodowa.
    • Gość: synuś Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.gdynia.mm.pl 13.11.09, 12:23
      Proszę bardzo, nauczyciele z XXVIII do zwolnienia, jaka szkoda tej kołtunerii,
      a patriotyczne wychowanie z komunistycznym patronem w tle. Panowie urzędnicy
      czekam na Wasze konsekwentne działanie w tej sprawie.
      • Gość: Ququ Re: Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.toya.net.pl 13.11.09, 14:27
        Domyślam się, że nauczyciele z tej szkoły właściwie (czyli
        negatywnie) ocenili Twoją wiedzę i potencjał intelektualny. Nie
        musisz jednak tak krytycznie ich oceniać - w każdej porządnej szkole
        też Cię tak ocenią, chyba że wybierzesz zawodówkę albo szkołę
        specjalną. A Broniewskiego się nie czepiaj jeżeli nie zapoznałeś się
        z jego życiorysem.
    • Gość: XLI absolwent Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: 213.199.219.* 13.11.09, 13:10
      Jeżeli zlikwidują XLI XLII LO to gdzie będa chcodizc uczniowie ze 184 i gimnazjum na RADEAST.
      • Gość: nauczyciel Re: Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.toya.net.pl 13.11.09, 13:47
        absolwent napisał:
        "Jeżeli zlikwidują XLI XLII LO to gdzie będa chcodizc uczniowie ze
        184 i gimnazjum na RADEAST."

        Do zawodówek,bo tam ich miejsce. Nikt nie chodzi do liceów z numerem
        powyżej XXXII.

    • Gość: WERT Anomalia oświatowe IP: 217.76.112.* 13.11.09, 15:49
      Obecny stan polskiej edukacji pozostawia wiele do życzenia. Ciągłe
      próby dorównania zachodnim standardom nie przynoszą widocznych
      rezultatów. Wciąż wiele pozostaje do zrobienia.
      Kiedy Ministrem Edukacji został Roman Giertych, zasypał on Polaków
      przeróżnymi pomysłami na niewątpliwie konieczne zreformowanie
      polskiego szkolnictwa. Jednym z nich były mundurki. Idea była
      istotnie dobra, tym bardziej że jednakowe ubrania dla wszystkich
      uczniów doskonale sprawdzają się w Wielkiej Brytanii czy Irlandii.
      Uczniowie są ubrani elegancko, a jednocześnie są rozpoznawalni - od
      razu wiadomo, do której szkoły uczęszczają. Niestety, Polakom
      kolejny raz nie wyszło przejęcie innowacji zachodnich i zamiast w
      mundurkach uczniowie polskich podstawówek i gimnazjów chodzili
      (albo nadal chodzą, jeśli tak zdecydowali dyrektorzy szkół, w co
      wątpię) w niezachwycających wyglądem kamizelkach.
      Jednolity wygląd? Kamizelki owszem, identyczne, ale pod nimi
      panowała praktycznie dowolność ubioru - oczywiście, regulaminy
      szkolne zazwyczaj zakazują stroju wyzywającego, czym pragnące się
      pokazać gimnazjalistki nie mają zwyczaju się przejmować. Warto też
      dodać, że do jednej szkoły uczęszczali uczniowie posiadający
      mundurki z różnych źródeł - czyli różne. Jedne szkoły decydowały
      się na umieszczenie na kamizelkach logo, inne nie. U niektórych
      mundurki były "obleśne", u innych trochę mniej. Nie zmienia to
      faktu, że istniało naprawdę niewielkie grono zwolenników idei
      giertychowskiej.
      Rodzice byli przeciwni ze względu na koszty (najtańsze mundurki
      kosztowały 50 zł, poza tym ubiegający się o zapomogę na zakup
      mundurków z opieki społecznej dostawali mniej pieniędzy na zakup
      podręczników dla dzieci - no bo jak nagle znaleźć w kasie opieki
      dodatkowe pieniądze?), młodzieży były one po prostu niewygodne -
      trzeba było pamiętać o założeniu "tej ohydnej kamizelki".
      Jeżeli Minister koniecznie chciał wprowadzić mundurki, nie powinien
      był tego robić tak nagle. Szkoły powinny przygotować się na
      przyjęcie jednolitego stroju (nie kamizelki) już kilka lat
      wcześniej - obyłoby się bez całego tego bałaganu. Krótko mówiąc,
      mundurki - tak, ale kompletne.
      Ciągłe zmiany w spisie lektur obowiązkowych
      Lektury szkolne to męka dla wielu uczniów (nie wszystkich,
      podkreślam, są jeszcze tacy, którzy lubią czytać i potrafią się
      powstrzymać przed sięgnięciem po streszczenie). Nie ma jednak
      zgodności co do tego, co tak naprawdę każdy Polak przeczytać
      powinien. Skutkiem tej niepewności są ciągłe zmiany w spisie
      lektur, powodujące dezorganizację pracy nauczycieli i uczniów.
      Nie wiadomo, co właściwie jest powodem tej sytuacji - odmienne
      gusta, poglądy, priorytety osób rządzących? Przecież dobro ucznia
      jest najważniejsze - to on kiedyś, pobrawszy odpowiednią edukację,
      będzie sobą reprezentować naród polski. Wzorce ma on więc czerpać z
      lektur - ale jakich?I tu zdania są podzielone.
      Ale czy warto się kłócić? Po pierwsze, większość uczniów i tak tych
      lektur nie przeczyta - nie ma się co oszukiwać, taka jest
      rzeczywistość. Po drugie, czy obecna lista lektur naprawdę jest
      taka zła? Mamy epopeję polską - „Pana Tadeusza", mamy poezję
      Norwida, Krasickiego, Szymborskiej, mamy "Potop", "Lalkę", "Ludzi
      bezdomnych"... Czy to naprawdę mało? Czy warto dokładać nowe
      pozycje? W ten sposób nie zachęci się młodzieży do czytania - w mig
      pojawią się nowe opracowania. Ci, którzy będą chcieli poszerzyć
      swoje horyzonty, będą czytali więcej, ci którzy nie - nie. Nie
      można nikogo przecież zmusić, żeby czerpał wzorce z literatury -
      jest przecież Internet, telewizja...
      Fakt faktem, jeśli chodzi o wprowadzone ostatnio poprawki do listy
      lektur obowiązujących w liceum, mam mieszane uczucia. Lista
      znacznie się poszerzyła, choć w moim odczuciu pozycje takie
      jak "Pamięć i tożsamość" Jana Pawła II każdy Polak znać powinien.
      Sześciolatki do szkół
      Kolejny pomysł z Zachodu. Mówi się, że w najmłodszych latach życia
      dzieci są najbardziej chłonne na wiedzę i ciekawe świata. Dlaczego
      więc tego nie wykorzystać? Pomysł ten ma niestety wiele usterek.
      Najważniejszą przeszkodą, którą rząd powinien wziąć pod uwagę, jest
      fakt, że dzieciom zostanie odebrany rok dzieciństwa - rok
      beztroskich zabaw z rówieśnikami, czy to w domu, czy nawet w
      przedszkolu. Dzieci szybciej będą musiały przyzwyczaić się do
      szkolnej rzeczywistości - zadań domowych, obowiązków, noszenia
      ciężkiego plecaka, itd. Owszem, należy od najmłodszych lat uczyć
      dzieci obowiązkowości, ale nie można przesadzać. Poza tym, wydaje
      mi się, że nie każdy sześciolatek jest gotowy stawić czoła takiemu
      wyzwaniu.
      Wątpliwości budzi też zamiar realizacji tego planu. Przez kilka lat
      rodzicom daje się wolną rękę - będą mogli zadecydować, czy chcą
      posłać swoje dziecko do szkoły w wieku sześciu czy siedmiu lat.
      Skutkiem tego w szkołach powstaną klasy pierwsze mieszane -
      sześciolatkowie z siedmiolatkami. I jak tu dopasować poziom
      nauczania? Już teraz nauczyciele mają z tym problem, ponieważ w
      jednej klasie są często uczniowie mniej i bardziej zdolni, tacy
      którzy potrzebują więcej czy mniej uwagi. A nauczyciel po prostu
      nie ma czasu na to, by dopasować się do indywidualnych potrzeb
      każdego dziecka.
      Pozostaje też kwestia argumentacji tej decyzji. Przecież dotąd
      obowiązujący system nikomu nie przeszkadzał, wszyscy byli
      zadowoleni, a jak ktoś nie był, to nie mówił o tym głośno. Poza
      tym, jeżeli dziecko urodziło się w pierwszej połowie roku, nie było
      problemu z posłaniem go wcześniej do szkoły, jeżeli tego sobie
      życzyli rodzice. Więc po co zmuszać wszystkie sześciolatki do
      chodzenia do szkoły? Po co odbierać im dzieciństwo?
      Przywileje (?) nauczycielskie
      Ostatnim problemem, który chciałbym poruszyć, jest kwestia
      nauczycieli. Wiele osób ma im za złe, że: mają krótszy tydzień
      pracy (etat - 18 godzin i to jeszcze 45-minutowych!), mają wolne
      wszystkie weekendy, święta, dwa tygodnie ferii, dwa tygodnie
      wakacji i jeszcze mają czelność narzekać, że im mało płacą... Nie
      zdają sobie jednak sprawy z tego, że praca nauczyciela nie jest
      wcale taka łatwa i przyjemna. Oprócz godzin spędzonych w szkole,
      nauczyciele sprawdzają w domu prace uczniów, sprawdziany,
      kartkówki, projekty, referaty... Wielu z nich skrupulatnie
      przygotowuje się do zajęć, bo dzisiejsza młodzież coraz mądrzejsza,
      ale też coraz trudniej ją zaciekawić... Bardzo możliwe, że gdyby
      ktoś pokusił się o policzenie tych wszystkich godzin spędzonych na
      poprawianiu, sporządzaniu notatek, dokształcaniu się, wypełnianiu
      dzienników i załatwianiu spraw związanych ze szkołą, okazałoby się,
      że nauczyciel wcale nie ma tak mało do robienia, a godziny które
      poświęca on na pracę są porównywalne z tymi standardowymi 40
      godzinami tygodniowo.
      Inną kwestią jest stosunek uczniów do nauczycieli. Ci pierwsi
      niejednokrotnie próbują tym drugim utrudnić życie (szczególnie jest
      to zauważalne w gimnazjach, gdzie pomysłowość uczniów przekracza
      wszelkie granice zdrowego rozsądku). Pedagodzy częstokroć nie mają
      warunków, aby w spokoju przeprowadzić zajęcia. Dlatego też tak
      ważna jest dla nich przerwa w postaci wakacji, być może nawet
      ważniejsza niż dla uczniów.
      Warto następnym razem zastanowić się - czy nauczyciele rzeczywiście
      mają lepiej? I czy zamiast wydłużenia im tygodnia pracy nie lepiej
      byłoby dać im podwyżki, o które od tak dawna się domagają? W końcu
      to oni wychowują młodzież, a to młodzież jest przyszłością narodu.
      Podsumowując, z całą pewnością mogę stwierdzić, że polska oświata
      nie jest wolna od problemów. Ich rozwiązanie wymaga jednak
      porozumienia społecznego i wyjścia rządu naprzeciw potrzebom i
      oczekiwaniom zwykłych ludzi.

    • Gość: JUSTUS Powrót do przeszłości. IP: 217.76.112.* 13.11.09, 16:08
      Powrót do przeszłości. Rządowa wyprawka dla uczniow i nauczycieli


      Jeżeli wszystko pójdzie po myśli rządu PO,– polskie szkolnictwo
      przywita w stanie gorszym, niż w 1773 roku. Przynajmniej pod
      kilkoma względami. Wiele razy powtarzane przez związkowców hasło o
      zabieraniu zdobyczy stuletniej walki ruchu pracowniczego w tym
      przypadku nie jest prawdziwe. Przewidywane reformy bowiem cofają
      nas nie o sto, ale o dwieście pięćdziesiąt lat. Rząd przedstawił
      kompleksowy pakiet, w którym znalazło się wszystko: począwszy od
      promocji prywatnego (czytaj: kościelnego) szkolnictwa poprzez
      degradację związków zawodowych, a skończywszy na drastycznym
      obniżeniu emerytur, powiększeniu pensum i – de facto – obniżeniu
      płac nauczycieli.

      Przy systemie oświaty publicznej grzebali bodajże wszyscy polscy
      rządzący od 20 lat, zawsze z negatywnymi skutkami. Działo się tak
      dlatego, że rozumowano cały czas w duchu ekonomii wolnorynkowej. i
      Wwychodzono tym samym z założenia, że w tym kraju potrzebna jest
      tania i posłuszna siła robocza, a nie ludzie myślący. Już na samym
      początku polskiej transformacji pojawiły się słynne pomysły
      autorstwa prof. Stelmachowskiego, by państwowa szkoła
      uczyła „pisać, czytać i rachować do tysiąca". Tego ideału kolejnym
      ekipom osiągnąć się wprawdzie jeszcze nie udało, ale jesteśmy na
      najlepszej drodze.
      Dekada psucia szkolnictwa publicznego
      Ataki na system państwowego szkolnictwa ruszyły pełną parą za
      czasów ministra Handkego, który – oprócz wprowadzenia
      słynnej „reformy” edukacji w– ramach pakietu czterech reform z 1999
      roku – zrujnował system państwowych, bezpłatnych przedszkoli.
      Obecnie, po 10 latach, znalezienie bezpłatnego przedszkola jest
      niemożliwe. Kompletnym fiaskiem okazały się także gimnazja, które
      stały się doskonałym miejscem nauki życia w obecnym systemie.
      Uczniowie przechodzą tam szybki kurs picia, palenia, a w ramach
      bonusu teraz ostatnio doszły jeszcze tzw. „ustawki" czyli bitwy
      między grupami gmiminazjalistów. Po drodze zanotowaliśmy jeszcze
      ciągnące się od kilku lat fiasko kolejnych wydań nNowej mMatury,
      cechowanej nie tylko przez ogłupiające i metody oceniania, ale i
      coraz bardziej kuriozalne błędy w tzw. kluczach odpowiedzi –
      coroczny koszmar zdających. .
      Potem za psucie państwowego szkolnictwa zabrał się Roman Giertych.
      Zbawienia upatrywał w traktowaniu uczniów jak przestępców,
      przekształcaniu szkół z zakładów wychowawczych w zakłady poprawcze,
      klerykalizacji i ideologizacji nauczania, wreszcie i wprowadzeniu
      surowej dyscypliny i elementów donosicielstwa. Jednak zabawy
      Giertycha, choć bolesne dla uczniów i uczennic, tyczyły się tylko –
      można by rzec – nadbudowy systemu, nie uderzając w jego podstawę.
      Wiele z jego najbardziej radykalnych pomysłów nie przetrwało
      zresztą konferencji prasowych, na których zostały wygłoszone. Tę
      sytuację naprawić chce Teraz, kiedy Giertych poszedł na dobre w
      odstawkę, sprawy wzięła w swoje ręce nowa, PO-wska minister
      edukacji, Katarzyrystyna Hall.
      Rząd PO a edukacja
      Zmęczeni PiS-owską paranoją ludzie w październiku ubiegłego roku
      oddali swe głosy na PO wierząc, że jeśli nawet nie będzie
      zapowiadanego cudu, to przynajmniej wróci normalność. Tak jednak
      się nie stało. Zaraz po utworzeniu rządu PO rozpoczęła ataki na
      publiczny system edukacji. Najpierw mówiono o zlikwidowaniu Karty
      Nauczyciela – ustawy normującej czas i warunki pracy nauczyciela,
      która jest jedną z ostatnich motywacji do podjęcia tego zawodu. Po
      styczniowych mobilizacjach nauczycielskich okazało się jednak, że
      rząd jest zbyt słaby, by w świetle reflektorów zabrać pedagogom
      wszystkie ich dotychczasowe uprawnienia. Przyjęto więc
      taktykę „krzyczcie sobie co chcecie, a my i tak zrobimy swoje". I
      tak oto – praktycznie bez konsultacji ze środowiskami związkowymi –
      przyjęto nowy regulamin płacowy Nie ulega wątpliwości, że sama
      pani minister nie wpadła na genialny pomysł ominięcia związków
      zawodowych. Najnowsza "strategia negocjacyjna" (czyli kompletny
      brak konsultacji ze związkami) na pewno odbywa się przy
      współudziale ministra premiera, szefa negocjatorów Michała Boniego.
      I nie powinno to być dla nas zaskoczeniem. Konflikt na poczcie, o
      którym pisaliśmy niedawno, a w trakcie którego Boni wykazał się
      zadziwiająco prozwiązkową postawą, miał zupełnie inny charakter.
      Wydaje się, że rząd korzysta z usług dobrej firmy badającej
      nastroje społeczne. O ile bowiem w przypadku poczty trafnie
      oceniono, iż załoga nie weźmie udziału w strajku, o tyle teraz Boni
      i cała ekipa Tuska wiedzą, że muszą działać szybko i z zaskoczenia,
      bo nauczyciele projektu nowych zmian – mówiąc potocznie – nie
      kupią. Dlatego też to właśnie w sezonie ogórkowym, za plecami
      związków, próbuje się wprowadzić głębokie zmiany systemowe w
      szkolnictwie. Rządzących może jednak czekać wkrótce duża
      niespodzianka.
      Katalog ataków na państwową edukację
      Nie starczyłoby atramentu, żeby opisać wszystkie przedstawione na
      początku sierpnia pseudoreformy szykowane przez rząd Tuska. Skupmy
      się jednak na kilku ważnych aspektach proponowanych zmian, które
      cofają polskie szkolnictwo co najmniej o sto lat:

      Po pierwsze, rząd Tuska przewiduje wprowadzenie zapisów, które w
      krótkim czasie doprowadzą do dalszego pogorszenia się jakości
      szkolnictwa publicznego. (nie wspominając już o jego dostępności).
      Na dobry początek proponuje się, by szkoły zostały oddane pod
      zarząd samorządu terytorialnego. I nie tylko chodzi tu o drastyczne
      ograniczenie kompetencji kuratoriów, które - dodajmy – do tej pory
      niejednokrotnie były jedyną zaporą, która skutecznie rozbijała
      plany zamknięcia kolejnych placówek edukacyjnych przez samorządy.
      Teraz będą one mogły powoływać i zamykać szkoły wedle własnego
      uznania. Lokalni włodarze dostaną także decydujący wpływ na wybór
      dyrektorów szkół – nauczyciele i władze oświatowe będą w
      mniejszości. To by było na tyle, jeśli chodzi o demokratyczne
      referencje rządu PO.
      Dodatkowo, nowowybrany dyrektor nie będzie musiał legitymować się
      wykształceniem pedagogicznym. Wiadomo – dyrektor musi być dobrym
      menedżerem, a nie jakimś tam belfrem. Nasz menedżer dostanie też
      nowe kompetencje: będzie mógł dowolnie przyjmować i odrzucać
      programy nauczania. Nietrudno więc wyobrazić sobie sytuację, w
      której wójt z LPR-u mianuje swojego partyjnego kolegę, który z
      kolei zarządzi nauczanie na lekcjach biologii kreacjonizmu
      jako „naukowej alternatywy” dla teorii ewolucji. Temu
      systematycznemu obniżaniu poziomu edukacji będzie dodatkowo
      sprzyjał system kształcenia nauczycieli. Od kilku lat bowiem
      wszystkie uczelnie wyższe muszą przejść na tzw. program „3 plus 2”,
      który w praktyce oznacza wypuszczanie nauczycieli z tytułem
      licencjata – czyli tańszych w utrzymaniu i gorzej wykształconych.

      To jednak dopiero początek. Samorządy będą mogły z łatwością
      likwidować placówki edukacyjne, a ich mienie oddawać np. prywatnym
      fundacjom lub też kościołowi. Nowych zarządców nie będzie
      obowiązywała już Karta Nauczyciela, więc pensum będzie można
      podnieść z 18 np. do 27 godzin, oczywiście bez zbędnego
      podwyższania płac. Pilotażowe przykłady skutków takiej reformy są
      już dostępne na rynku. W Jarocinie szkołą zarządza - za pieniądze
      państwowe - fundacja, która płaci dyrektorowi… 1400 złotych
      miesięcznie! W ten sposób, choć formalnie Karta Nauczyciela –
      oczywiście okrojona – pozostanie w mocy, to w praktyce i tak nikt
      nie będzie musiał jej przestrzegać. Skutek? Nauczyciele będą
      zatrudniani na umowę o dzieło, płacone im będzie za każde 45 minut
      w klasie, a dyrekcji nie będzie obchodziło ani to, ile pracy trzeba
      włożyć po lekcjach, ani z czego nauczyciel żyje w lipcu i sierpniu.
      Nowe przepisy otwierają też furtkę do pry
    • Gość: tak wlasnie ja Które łódzkie szkoły mają być zlikwidowane? IP: *.jn.lnet.pl 14.11.09, 00:48
      no i zlikwidują i gdzie ta cała żulernia co się uczyć nie chce pójdzie
      ? przecież oni wybierając te szkoły nastawiają się na "ulgowe
      traktowanie"

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka