aard
16.05.02, 11:14
Namnożyło się na Forum Salonów Poetyckich, a ja poezji nie piszę... :-((
Za to przedstawiam Wam fragment czegoś, co kiedyś napisałem (nigdy nie
dokończyłem, więc nie mam pojęcia co to jest/będzie). Proszę o uwagi (najlepiej
krytyczne)
aard
ZWIERZENIA PSA – AUTOBIOGRAFIA
Nie, nie jestem wcale policjantem.
Jestem zwykłym sobie kundelkiem, jakich wiele widać na każdej ulicy. Podnoszę
nogę, kiedy siusiam, ochoczo tarmoszę się z innymi psami, bardziej zresztą dla
zabawy niż z agresji i uważnie obwąchuję napotkane suczki.
Może zaskoczy Was to, co powiem zaraz na początku, ale prawdę mówiąc mam to
gdzieś. Otóż najsilniejszym uczuciem, jakiego w swoim życiu doświadcza pies
(piesek) domowy jest poniżenie. Stykamy się z nim zawsze i wszędzie.
I
Tak, jestem psem oswojonym. Z braku lepszego określenia będę się nazywał psem
domowym, co nie znaczy, że to co tu powiem tyczy się tylko tych nieszczęsnych
stworzonek, do których sam się zaliczam, trzymanych noc i dzień pod kluczem,
które dwa razy na dobę ktoś wyprowadza na smyczy, by odbyć ten sam od zawsze
upokarzający rytuał: siusiu, kupka na chodniczek i do domciu.
Przez psa domowego rozumiem takiego, co to ma „swojego pana”. To śmieszne, jak
ludzie są pełni hipokryzji, a ich język ubogi. „Mój pan” – czyż „mój” nie
oznacza, że jest on w jwkiś sposób ode mnie zależny? A z kolei „pan”
jednoznacznie wskazuje na jego nade mną władzę. I rzeczywiście, trudno sobie
nawet wyobrazić stworzenie bardziej skazane na łaskę drugiego niż współczesny
pies na współczesnego człowieka. Dlaczego współczesny? Czy dawniej było
inaczej? Nie wiem, więc wolę nie uniwersalizować swojej tezy chronologicznie.
Faktem jest, że w dzisiejszych czasach pies domowy, odseparowany w jakiś sposób
od pana (chociażby przez śmierć tego ostatniego) absolutnie nie daje sobie
rady. Ludzie zwykli ten fakt przypisywać abstrakcyjnemu uczuciu przywiązania
(To jest, dla kontrastu, uczucie bardzo dobrze mi znane – być przywiązanym.
Ileż to razy pan mnie zostawiam ze smyczą przymocowaną do jakiejś kraty czy
barierki i znikał gdzieś, jak przypuszczałem na zawsze. A potem to uczucie
euforii i przebijającej spod niej samopogardy, kiedy pojawiał się z powrotem.
Tak, dobrze rozumiem, co znaczy być przywiązanym). Nie rozumieją, że tak nas od
siebie uzależnili, że my nie tylko nie umiemy bez nich przeżyć, ale też brakuje
nam do tego nawet sił i ochoty. Pies pozbawiony pana traci stopniowo nadzieję
na jego powrót i na to, że będzie się mógł łasić i dopraszać o jakąś pieszczotę
lub okruch ze stołu. Zapada się w sobie, gubi się w marazmie, czuje się
porzucony i tęskni za dawnym poniżeniem. Za tym uczuciem tępego ściskania w
dołku, kiedy wreszcie, po całej serii prób, uda mu się wyżebrać ciastko,
parówkę czy cukierka, albo po koncercie pomruków i popiskiwań ręka pana dotknie
na krótko jego głowy lub, co gorsza, okolic brzucha.
Ten odczuwany wtedy chwilowy stan szczęścia po ustaniu bodźca natychmiast
zamienia się w obrzydzenie do siebie i do ceny zapłaconej za to, że oto znowu
nie potrafiłem oprzeć się pokusie tak niskiej i marnej korzyści.
II
Z drugiej strony, na drugiej szali poniekąd, mamy wolność. Czym jest wolność?
Skąd mogę to wiedzieć nigdy nie doświadczywszy nawet jej namiastki w postaci
wyjazdu na spacer do podmiejskiego lasku? Zwróćcie uwagę, jaki ze
mnie „cywilizowany” pies – powiedziałem „wyjazdu”. Teraz nawet psy jeżdżą...
Wracając do pytania: skąd ja to wiem? Trudno powiedzieć, jakoś i gdzieś to
czuję, może to krew przodków (swoją drogą ciekawe: fennków, dingo czy husky?)
podpowiada mi niepostrzeżenie, co znaczy owo magiczne słowo? Albo nic na ten
temat nie wiem, tylko teraz mi się wydaje, ze jest inaczej? Tak czy owak
wolność to ten błogosławiony stan, kiedy mogę nie myśleć o niczym innym i nie
robić nic innego, jak tylko o tym i to, co mnie interesuje, zastanawia i
pośrednio lub bezpośrednio dotyczy. Kiedy problemy i zachcianki innych odnoszą
się do mnie tylko w takim stopniu, w jakim im na to pozwolę. Mówicie, że to
egoizm a co najmniej egocentryzm? Zgoda, jestem egoistą, ale uważam, i nie
sądźcie, że mówię to celem usprawiedliwienia siebie, że lepiej być szczerym
(czytaj: żyjącym w zgodzie ze sobą) egoistą niż zakłamanym, pseudo-
altruistycznym pozerem. A może wolicie budować zamki w powietrzu / na lodzie
(niepotrzebne skreślić – uwaga do tłumacza na angielski)?
Aby zamknąć temat altruizmu: chciałbym być tak wolny by było mnie stać na
altruizm.
I tu poruszamy bardzo istotny temat: zarówno psy jak i ludzie nie są wolni w
takim stopniu, o jakim marzą, ze względu na ograniczoność zasobów. Pies musi
jeść i by to robić musi coś do jedzenia dostać od Pana (niektóre psy warknęłyby
tu, że musi coś do jedzenia znaleźć – te na pewno noszą w sobie więcej wolności
niż my...).
Człowiek ze swoimi wybujałymi i co gorsza nieograniczonymi potrzebami (dodajmy,
że ich nieograniczoność nie przeszkadza im wciąż rosnąć i wcale nie jest to
pleonazm) ma jeszcze gorzej – dla niego wolność bliska ideału (bo tegoż w pełni
po tej stronie śmierci osiągnąć się nie da) jest nawet poza sferą pojmowania, a
cóż dopiero zasięgiem.
Człowiek jest, mówiąc otwarcie, niewolnikiem człowieka. Zarówno siebie i swoich
ograniczeń, jak i innych ludzi. Właściwie nawet nie wiadomo, który z tych
rodzajów zniewolenia jest gorszy.
Czy zamknięcie wewnątrz własnych schematów myślowych? Bezproduktywne obijanie
się w czterech plechowatych ścianach indolencji czy impotencji twórczej w
najszerszym z możliwych rozumieniu słowa „twórczość”? Człowiek ociera i
przykleja się do lepkiej, amorficznej papki otaczających go zewsząd rutynowych
zachowań i myśli. Grzęźnie po neurony w mazi oblepiającej go bezmyślności i
kieratu codziennych zajęć. Czy można sobie wyobrazić coś gorszego? Dla naszego
bohatera tak: drugi rodzaj zniewolenia. Ten jest z całą pewnością bardziej
bolesny, ale – paradoksalnie – łatwiejszy do zrzucenia.
Jarzmo nakładane nam przez szefów, nauczycieli, rodziców czy kapłanów (choć w
tym przypadku mam wątpliwości czy nie włączyć go do poprzedniej kategorii)
bardzo, ale to bardzo potrafi doskwierać. Często nawet nie zdajemy sobie długo
sprawy jak bardzo, aż nagle świadomość ta spada na nas jak olśnienie czy raczej
wyrok pozbawienia wolności. Jesteśmy jak mordercy – psychopaci, dramatycznie
wykopnięci ze świata swoich iluzji do pomieszczenia 2,5 na 2,5 metra, z którego
świat widać w kratkę.
Ale, jak wspomniałem, właśnie z tej twierdzy o setce oczu i tysiącu zębów w
twardych jak szkło ścianach łatwiej jest się wydostać niż przebić się przez
oślizłą i nasiąkniętą nijakością gąbkę własnego umysłu. Aby osiągnąć ten cel
wystarczy bowiem zrobić podkop albo przekupić klawisza, a więc, rezygnując z
metafor, powiedzieć tym, którzy nas ograniczają „pocałujcie mnie pod ogon” i
już możemy cieszyć się znacznie wyższym niż dotychczas współczynnikiem wolności
(Dobra wiadomość dla malkontentów: sytuacja ta też ma minusy, ale o nich mowa
będzie w innej książce, innego autora. A może w tej tylko na innej stronie?).
Podstawowa bowiem różnica między rodzajami zniewolenia polega na jego
świadomości.