Dodaj do ulubionych

Przygody Johna

02.08.02, 10:01
Od autora:
John narodził się w mojej głowie w kwietniu i odszedł w grudniu 1997 roku.
Może wróci, a może nie. Przedstawiłem 2 lata z jego bujnego żywota spędzonego
na wykonywaniu profesji specjalnego tajnego agenta, w najciekawszych moim
zdaniem fragmentach.
Kim jest John? Jest osobnikiem, który urodził się z pewnym ubytkiem. Nie
został wyposażony w sumienie. Chociaż czasami pojawi się kwestia dotycząca
jego sumienia, należy przyjąć, że jest fałszywa. Uważam natomiast, że jest on
osobnikiem dość wrażliwym.
Dlaczego właśnie John? Bo to krótkie i niemiłosiernie twarde imię. Ponadto
łatwo się odmienia w różnych formach. Chociaż niektóre formy tego imienia
powinno się pisać z małej litery, to jednak dla podkreślenia twardości ja
napisałem je dużą.
Dlaczego śmierć jest wszędzie? A właściwie, dlaczego nie? Myślę, że każdy
temat jest dobry, żeby wprowadzić do niego trochę humoru i brutalizmu. Słowa
są tylko słowami i każdy, kto uważa inaczej nie musi tego czytać.

AvdM
Obserwuj wątek
    • aric Part I: Idź, zabij i wróć w jednym kawałku John 02.08.02, 10:02
      Była 10 : 39 i padał śnieg. John przyczajony za węgłem sprawdzał czy niczego
      nie przeoczył. Kamizelka kuloodporna, pistolet, kilka magazynków, czapka
      przeciwśniegowa i ubranko zimowe. Wszystko było na miejscu.
      - A jednak chyba o czymś zapomniałem. - Pomyślał John. - Coś mi w ręce zimno.
      John zapomniał rękawiczek. Szybko pobiegł do domu i po założeniu rękawiczek
      skórzanych-ocieplanych wrócił na stanowisko.
      Była 11 : 27 i świeciło słońce, a śnieg już przestał padać. John ponownie
      sprawdził stan rzeczy na sobie.
      - Coś tu nie pasuje. - Rzekł cichutko John i po krótkim namyśle schował do
      kieszeni czapeczkę przeciwśniegową.
      Była 11 : 49 i zaczął padać deszcz, jednak słońce nie przestało świecić i John
      stwierdził, że ruszy dopiero wtedy, gdy ujrzy tęczę. Bardzo lubił to zjawisko.
      Była 12 : 34, a tęczy nie było, za to deszcz przestał padać, nie padał także
      śnieg ani nie świeciło słońce. John zdecydował w końcu nie czekać na tęczę i
      ruszył przed siebie. Miał do pokonania niewielki odcinek lasu, jakieś 1,7 km i
      trochę łąki, jakieś 1,35 km. John lubił takie wyprawy. Kiedy otrzymywał
      zlecenia rozwalenia komuś głowy, brał się solidnie do roboty. Studiował
      wszystkie materiały dotyczące sprawy tak długo, aż uznał, że nie trzeba
      studiować ich dłużej i ruszał do akcji. Po przebyciu prawie całej drogi przez
      las, nagle przystanął z dziwnie znajomym uczuciem, że o czymś zapomniał.
      Zawrócił i biegiem dotarł do początku swojej drogi. Wychodząc z lasu dowiedział
      się o czym zapomniał. Zobaczył tęczę.
      - Ale ze mnie pierdoła. - Wymamrotał. - Zapomniałem spojrzeć za siebie. -
      Jednak to nie wszystko o czym zapomniał John, ale nie uprzedzajmy faktów. Albo
      uprzedzajmy. John zapomniał tłumika.
      Była 13 : 21 i zaczęło świecić słońce, ale tylko trochę. John ruszył w las,
      przeszedł las i ruszył przez łąkę i wtedy sobie przypomniał tego, o czym
      zapomniał.
      - Zapomniałem tłumika. - Przypomniał sobie John.
      Szybko zawrócił i znalazłszy się w domu sprawdził czy o niczym więcej nie
      zapomniał.
      - Na razie wszystko gra. - Ucieszył się. Jednak nie wszystko grało. Ale o tym
      John dowie się za kilkanaście minut.
      Była 15 : 13 i padał śnieg. John wyjął czapeczkę przeciwśniegową i naciągnął na
      uszy. Czaił się na stanowisku za węgłem i zastanawiał się czy o czymś nie
      zapomniał. Trochę się ściemniało.
      - Coś jakby się ściemniało. - Zauważył John.
      Szybko wrócił do domu i zabrał noktowizor. Była zima więc zmrok zapada
      wcześniej.
      - Cholera zapomniałem, że jest zima i zmrok zapada wcześniej. - I z tą myślą w
      głowie John nałożył noktowizor i przyczaił się za węgłem.
      Była 16 : 07 i padał śnieg. Wreszcie, a wiadomo, że nie zapomniał o niczym,
      chociaż nie wiadomo czy on o tym wiedział, John ruszył w las. Brnął przed
      siebie nie zważając na gałęzie i krzaki. Był twardy i miał twardego. Mierzył 1
      metr i 96 cm i miał w bicepsie 50 cm, a w klacie 3 razy tyle. Był z niego ostry
      gość i zarazem bardzo mądry. Znał biegle 14 języków, w tym japoński i
      wietnamski oraz inne. Miał 32 lata, ale często zapominał różnych rzeczy, nigdy
      natomiast nie zapominał twarzy raz spotkanego człowieka. Był mściwym, twardym
      skurczybykiem ze znajomością sztuk walki. Lubił tę robotę, lubił pracować dla
      rządu, dobrze płacili, a on był najlepszy.
      Była późna pora, gdy po przebrnięciu przez łąkę, John dotarł do celu. Tylko 300
      metrów w górę zbocza i stanął przed ogrodzeniem. Jego zadanie było ściśle
      tajne, więc ujawnić go nie można, jednak jak już wiadomo miał on kogoś
      sprzątnąć. Z natury John był dość wrażliwy, jednak gdy dostawał do wykonania
      zadanie wychodziła z niego bestia. Poza tym przestał padać śnieg. John zdjął
      przeciwśnieżną czapkę i z noktowizorem na głowie podskoczył. Chwycił się
      oburącz krawędzi muru i podciągnął z lekkością godną podziwu. Powoli badał
      wzrokiem teren. Tak jak przypuszczał zauważył przynajmniej dziesięciu facetów z
      uzi. Błyskawicznym ruchem przeskoczył ogrodzenie i przyczaił się za drzewem,
      stąd widział wszystko dokładnie. Facetów z tej strony willi było dziesięciu.
      Szybko obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, że cała obstawa musi składać
      się z około dwudziestu facetów.
      - Dwudziestu facetów z uzi. - Mruknął pod nosem John. - Bułka z masłem.
      John wyjął z kieszeni tłumik i dokręcił do automatycznej czterdziestki piątki.
      Sprawdził magazynki i ruszył cichcem, przyczajony w cieniu drzew. Wszystko szło
      całkiem dobrze, tylko że faceci okazali się całkiem nieźli i przyuważyli Johna
      jak przemykał.
      - Cholera zauważyli mnie. - Pomyślał John i szybkimi ruchami palca wskazującego
      położonego na cynglu giwery, wygasił walące mu w oczy reflektory. Zapadła
      całkiem niezła ciemność. John zwinnie odskoczył robiąc przy tym swój ulubiony
      pad i wypalił z grubej rury. Padło pierwszych dwóch, lecz kanonada z maszynówek
      nie cichła. Obrońcy posesji, w której John miał interes do załatwienia
      nadciągali zewsząd. John, choć w mniejszości miał przewagę, był niewidoczny.
      Oni noktowizorów nie mieli, a John noktowizor miał. Celnymi strzałami położył
      następnych trzech znajdujących się najbliżej niego. Miał trochę czasu, aż
      przyleci dalsza zgraja. Szybciutko podczołgał się do drzewa i cierpliwie
      czekał. Nagle jazgot maszynówek ucichł. Ktoś krzyczał, a faceci zaczęli się
      rozbiegać. Robiło się coraz goręcej. John wymierzył i ustrzelił następnych
      trzech. Potem wyrwał jak z procy w kierunku domu. Był szybki, lecz nie
      wystarczająco. Dostał serię po plecach, padł na brzuch i odwrócił się. Gość
      biegł w jego stronę wykrzykując w niebo głosy z uciechy, dostał prosto między
      oczy i zamilkł w jednej chwili. John miał mało czasu. Wślizgnął się po sprawnym
      kopniaku przez wybite okienko i usadowił się pod ścianą, tak aby je widzieć.
      John nie ruszał się nigdy bez kamizelki na akcję. Już nie raz dzięki niej
      uszedł z życiem.
      - Znowu mi się udało. - Odetchnął John. - Ale do roboty.- Sprzedał ołów główce
      zaglądającej przez okienko, po czym rozejrzał się po piwnicy. Miała jakieś 50
      metrów kwadratowych, cztery okna i schody w górę. John wiedział, że nie może po
      nich wejść. Wybrał okienko po lewej stronie od tego, przez które wszedł.
      Otworzył je i powoli wyjrzał. Nie było nikogo. John w myśli przeliczył trupy.
      Położył dziesięciu.
      - Trzeba działać. - John dodał sobie otuchy. Po wyjściu skręcił w lewo. Za
      rogiem czaiło się trzech gości. John wystrzelił do pierwszego i z przerażoną
      miną cofnął się za zaułek. Skończył się magazynek. Momentalnie wymienił co
      trzeba i w ostatniej chwili zabił dwóch pozostałych. Miał wolną drogę do
      tylnych drzwi. Bardzo czujnie podkradł się do wejścia i wślizgnął się do
      środka. Było ciemno, a więc było dobrze. John przegryzł trochę wędzonego
      kurczaka, odpoczywając w zaciemnionej kuchni, gdy nagle usłyszał kroki za
      drzwiami i słowa nakazujące sprawdzenie pomieszczenia kuchennego. John zdjął
      noktowizor i wycelował w kierunku drzwi. Weszło dwóch. Jeden z obcych zapalił
      światło. John ustrzelił obu zanim o czymkolwiek pomyśleli.
      - Jeszcze kilku i po robocie. - Powiedział John mijając ciała leżące na
      podłodze. Od tej chwili wydarzenia potoczą się momentalnie. Dwaj stojący na
      korytarzu zmarli natychmiast. Następny próbował coś zdziałać zbiegając ze
      schodów i na ślepo ładując z karabinu. Oberwał w głowę i stoczył się z hukiem
      na dół. John zorientował się, że to już prawie koniec. Pobiegł po schodach i w
      ostatniej chwili uskoczył przed serią, która ścięła drewnianą poręcz nad jego
      głową. Napastnik przyczaił się całkiem nieźle, jednakże John załatwił go
      fenomenalnie z rykoszeta. W pamięci obliczył, a jak już wcześniej wspomniano
      liczyć potrafił całkiem nieźle, kąt odbicia pocisku od metalowego kątownika i
      oddał strzał. Teraz droga była wolna. John podniósł się i ruszył w kierunku
      trupa. Uchylił drzwi i wkroczył do środka. Na fotelu, na przeciwko wejścia
      siedział mężczyzna z kotem na kolanach. Uśmiechnął się wątle i rzekł:
      - A więc przyszedłeś po mnie. D
      • aric Part I: Idź, zabij i wróć w jednym kawałku John cd 02.08.02, 10:06
        - A więc przyszedłeś po mnie. Dobry jesteś, załatwiłeś moich ochroniarzy skoro
        stoisz przede mną. Jak się czuje matka?
        - Zbytek uprzejmości, nie wysilaj się ojcze. - Rzekł John i strzelił bez
        namysłu. Ciało znienawidzonego ojca zwiotczało i osunęło się w dół fotela,
        kotek natomiast zeskoczył miękko na wełniany dywan i odszedł w niepamięć. -
        Zdradziłeś kraj, taka moja robota. A tak w ogóle to nigdy cię nie kochałem, a
        nawet nie lubiłem. Matka czuje się znakomicie i przesyła całusy.
        John opuścił pokój i zszedł na parter. Broń trzymał w pogotowiu, gdyż nie był
        pewien czy usunął całą obstawę. Jednak nikt się nie pokazał. John ruszył do
        garażu.
        - Niezły wózek starcze tu trzymasz. - Rzekł i wsiadł do Mustanga rocznik 65.
        Ruszył z piskiem opon i pojechał w kierunku wyjazdu z posesji. Dodał gazu i
        rozwalił bramę. Odetchnął z ulgą, włączył światła i nastawił lokalną stację, z
        głośników katowała Metalka.
        - Aż serce się raduje. - Krzyczał, bo miał taką chęć. - Dają chłopaki, dają.
        John wdepnął prawie na maksa i pomknął w kierunku tymczasowej kryjówki. Drogami
        powinien być na miejscu za jakieś dziesięć minut. Na rogatkach miasteczka
        pomyślał, że nie zaszkodzi się zabawić. Zatrzymał wóz przy pierwszej napotkanej
        knajpie o nazwie „ Ojciec John”.
        - Niezła nazwa. - Zauważył. - Trzeba się zabawić.
        John zaparkował Mustanga i wkroczył dziarsko do knajpy z nadzieją na niewielki
        trening, co by mu się mięśnie nie zastały. Spodziewane atrakcje zdawały się
        zalegać w każdym zakamarku obskurnego lokalu. Szybka reakcja na nadlatujące
        butelki po piwie uratowała Johna od kilku niechcianych guzów. Trzeba było
        pokazać, kto tu rządzi.
        Trzydzieści sekund później siedemnastu facetów leżało pod stołami, tracąc krew
        z organizmu. Wtedy dopiero John postanowił, że strzeli kilka lufek i przygrucha
        sobie lalunię. Najładniejsza miała na imię Jo i z twarzy przypominała mu
        szefową. Kiedy tak pił, twarz Jo powoli zmieniała się w twarz szefowej, która
        mówi do niego zlecając zadanie:
        - Idź, zabij i wróć w jednym kawałku, John.
        • Gość: MacLorcan Re: Part I: Idź, zabij i wróć w jednym kawałku Jo IP: *.toya.net.pl 19.08.02, 17:01
          Bardzo fajne, ale myślałem, że były "tylko" 3 części Rambo ;)))
          Poza tym ja bym jeszcze zabrał snajperkę :))

          pzdr.
    • Gość: aard Aric- nareszcie! IP: 195.117.14.* 02.08.02, 10:11
      Długo kazałeś wszystkim na Johna czekać. Niech czytają.
      Pozdro,
      aA
      Rd
      • aric Re: Aric- nareszcie! 02.08.02, 10:20
        Mam nadzieję, że będą czytać, to trochę przydługawe jak na forum, ale czasem z
        nudów, gdy nic sie nie dzieje, sam sobie poczytam. Może inni też. Opowieadanie
        drugie przed godziną 14.
        • Gość: grover Re: Aric- nareszcie! IP: *.lodz.dialog.net.pl 02.08.02, 10:25
          ARICu jak tak dalej pójdzie to zmuszę Cie do publikowania jednego opowiadania
          na dzień, albo na tydzeń, jeśli wolisz... :)) Świetna narracja. Tak trzymać

          Grover
          • aric Re: Aric- nareszcie! 02.08.02, 10:29
            Dzisiaj opublikuję jeszcze jedno, na łikend zapasowo. Part III w poniedziałek,
            a potem zobaczymy. Dzieki.
    • tulka Re: Przygody Johna 02.08.02, 11:29
      No dla mnie bomba :-)
      Pomysł i dobre zamkniecie. Mnie najbardziej podoba się opis wyruszania na
      akcję :-)
      Dzięki, Aricu.

      Pozdrawiam
      Tulka
    • aric Part II: Operacja "Jęczmień" 02.08.02, 12:00
      Była 10 : 02 gdy John siedział na werandzie ze swoją czterdziestką piątką w
      dłoni i rozmyślał. Czynił tak zawsze, gdy nie musiał nikogo unicestwić, lub
      ewentualnie wykonać innego zadania. John nie wiedząc, co go dzisiaj czeka,
      ustrzelił wiewiórkę. Spadła z drzewa i nie wstała. John natomiast wstał i to
      było to, co uczynić powinien, bo go tyłek zaczął boleć. Poszedł po zdechłą
      wiewiórkę, a lubił czasem zjeść coś odmiennego. Następnie poszedł do kuchni i
      sprawnym ruchem obnażył zwierzę z futerka. Tłuszcz się właśnie rozgrzał na
      patelni. John jednym cięciem rozwarł brzuch wyjmując wnętrze. Rzucił truchło na
      patelkę i nie minęło 10 minut, a oblizywał ostatnią kostkę. Wtem John zamarł
      bez ruchu. Chwycił nóż i podążył do wejścia. Dla niepoznaki wyskoczył przez
      okno, zrobił salto nad barierką werandy, obalił uderzeniem buta postać na
      rowerze i przystawił nóż do gardła nieznajomemu, choć prawdę mówiąc znał go
      tylko, że zapomniał o tym, że go zna, więc mało brakowało by się nie skapnął,
      że go zna. Był to listonosz Luis Pedros, meksykanin. John pomógł mu się
      podnieść i pozdrowił go w języku hiszpańskim:
      - Się masz Luis Pedros.
      Luis Pedros oddał Johnowi codzienną pocztę i oddalił się w pośpiechu. Gdyby
      John nie był spostrzegawczy to by nie zauważył mokrych spodni Luisa Pedrosa,
      ale zauważył i się zaśmiał pod nosem:
      - W moim fachu byłby słaby jak kot. - Dodał cicho. - Ale ma całkiem niezłe
      nazwisko.
      Ogólnie rzecz biorąc, pocztą Johna zwykle były rachunki, lub telegramy z
      Agencji, czyli informacje o zleceniach. Tym razem jednak telegram, który
      otrzymał nie był z agencji. Jego treść była następująca: POMÓRZ MI STOP 24
      KWIETNIA STOP 20 : 00 STOP ŁYSY SĘP STOP A. C. STOP. John podrapał się po
      głowie i zaczął przygotowywać się do drogi. Znał te inicjały.
      - Alina Czierepskaja. - Rzekł do siebie zamykając drzwi. - Kopę lat.
      Nie ma czasu, by przedostawać osoby Aliny, gdyż od tej chwili wydarzenia
      potoczą się momentalnie. Kiedy John siadł na swojego Harleya piekielny ból
      przeszył jego przedramię. John spadł z maszyny i obejrzał ranę. Tkwiła w niej
      strzała z kuszy.
      - Wilhelm Tell. - Pomyślał John i wydobył strzałę. Bolało, ale on był odporny
      na ból i go mniej bolało niż innych, których też by trafiono w przedramię. Tak
      w ogóle to John dostał w lewą rękę.
      Wilhelm Tell to oczywiście nie ten co w Szwajcarii. John tak se powiedział, bo
      zawsze lubiał opowieści o Robin Hoodach czy Wilhelmach Tellach, ale nie czas na
      ulubione opowieści Johna, chociaż warto by o nich wspomnieć. Może później. John
      rozejrzał się skąd mógł paść strzał. Obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle,
      że oddano go zza krzaka z lewej strony domu. Tych obliczeń dokonał na podstawie
      kąta wejścia grotu i siły przebicia. Spojrzał w kierunku krzaków i nie zobaczył
      nikogo.
      - Czyżbym się pomylił. - Pomyślał John. John nie pomylił się, strzał padł
      dokładnie z tego miejsca, o którym przekonały go obliczenia. Po prostu krzaki
      były za gęste, by można było dostrzec napastnika.
      - Dobrze się schował. - Powiedział John i spojrzał na zegarek. Była 10 : 12 i
      trzeba było działać, a poza tym świeciło słońce i ćwierkały ptaszki. John
      odprężył się przez chwilkę. Była 10 : 13 i John skończył się odprężać, słońce
      świeciło, ptaszki ćwierkały, a John zaczął działać. Leciała mu trochę krew, ale
      się nie przejął.
      - Trochę mi krew leci, ale kto by się przejmował lekkim draśnięciem.
      John wydobył spluwę zza kurtki i wyjrzał ostrożnie, bacząc na każdy
      najdrobniejszy szczegół. Nagle nie wiadomo skąd padł strzał. Coś się obaliło na
      glebę. To coś to był trup. Spadł z drzewa i umarł, szybko się przemieszczał,
      krzaki, drzewo. W jego ręku tkwiła śmiercionośna kusza, a w czaszce śmiertelna
      kulka wystrzelona z bliskiej odległości. Nim John doszedł do siebie ujrzał
      wyłaniającą się kobiecą postać ze spowitego mgłą sadu wiśniowego. John lubił
      wiśnie i często przesiadywał w cieniu drzew i pluł pestkami do celu lub na
      odległość. Oczywiście lubił także i same wiśnie oraz kompocik i
      wiśniówkę. „Wiśnia jest wiśnia”, zwykł mawiać po spożyciu wszystkiego, co
      związane było z wiśnią. Ale wróćmy do postaci kobiecej. John poznał ją obrazu.
      - Jak zwykle o czasie, mały grubasie. - John lubił nieraz docinać komuś, kogo
      lubił. Lubił także rymować. - Dalej łazisz z tym niewygodnym karabinem.
      - Witaj Johnie kondomie. - Odpowiedziała kobieta. Jak widać, podobnie jak John
      też lubiła rymować.
      - Co ty tu robisz? - Spytał John. - Przecież umówieni byliśmy 24 wieczorem.
      - A którego dzisiaj mamy? - Spytała kobieta.
      John spojrzał na datownik w swym japońskim zegarku i zamarł bez ruchu. Pomyślał
      nagle, że gdy zaczął się odprężać musiał chyba zasnąć i obudzić się po 24
      godzinach i 1 minucie. Jednak takie rozumowanie trochę nie miało sensu, gdyż
      John rzadko tracił przytomność. John myślał kilkanaście sekund i zrozumiał, że
      myśli nie logicznie, bo co by robił ten gość na drzewie, też spał? Nagle jednak
      doszedł do ciekawego wniosku, że to mógłby być jakiś spisek. John myślał i
      myślał, ale nic nie wymyślił.
      - Pokaż telegram, John. - Alina wyrwała Johna z bezowocnej kontemplacji. John
      ociekającą krwią ręką podał telegram Alinie i wtedy przyszło olśnienie. Krew
      ociekała, a więc nie spał 24 godzin i 1 minuty i nie był to spisek. I w tym
      miejscu dowiadujemy się, iż chociaż John dobrze umiał liczyć to był straszna
      noga w dedukcji. A skoro już jesteśmy przy dedukcji to nawiążemy do bohatera
      znanemu Johnowi z dzieciństwa. Otóż...
      - Spójrz John. - Alina oddała Johnowi telegram, przerwała też nawiązanie do
      pewnej postaci, ale taka już była. John przyjrzał się uważnie i wtedy...
      - Poczta zawiodła. - Olśnienie przyszło w sposób tak nieoczekiwany. - Luis
      Pedroz zapłaci mi za to. Jednak Luis Pedros nic nie zapłaci, bo wracając od
      Johna spadnie z roweru i się zabije rozbijając sobie czaszkę. Mózg mu wypłynie,
      co będzie bezpośrednią przyczyną jego zgonu, jak orzeknie coroner. Chociaż czy
      taka jest prawda? Na to pytanie odpowiedź zostanie udzielona na końcu tej
      przygody Johna. Wracając jednak do rzeczy. Była 10 : 27 i dalej świeciło
      słońce, ptaszki ćwierkały, a Johnowi krwawiła ręka. Krew ciekła i ciekła, aż do
      momentu, kiedy cieknąć przestała.
      - Niezły opatrunek. - John pochwalił Alinę Czierepskoją. - Ale do rzeczy, mów o
      co chodzi.
      Alina jednak, zanim zaczęła mówić o całej sprawie zdjęła bluzkę i swym
      wyzywającym biustem zachęciła Johna do akcji.
      - Ależ ty masz piękne piersi. - I rzekłszy ten komplement, John zagłębił się
      pomiędzy dwa kształtne sutowalce.
      Była 11 : 15 i odbyty został stosunek, poza tym nie świeciło słońce, bo John i
      Alina zaciągnęli zasłony oraz zaciągnęli się papierosami marki Cosmos, które
      jak sama nazwa wskazuje nie pochodziły z okolicy. Powspominali sobie dawniejsze
      stosunki na stole, w pociągach, na sedesach, pod stołami, pod pociągami na
      bocznicach i stacjach, w samochodach, samolotach i w innych ciekawych miejscach
      jak np. w kominku lub pod pociągami, ale nie czas się powtarzać. Ogólnie mówiąc
      John był całkiem niezły w stosunkach z kobietami, lecz Alina była jedyną, z
      którą spółkował aż 497 razy. Chociaż nie widział jej kilka lat odbyty stosunek
      wydał się im całkiem niezły i w związku z tym Alina przystąpiła do wyjaśniania
      powodów swojej wizyty:
      - Wszystko zaczęło się jakieś dwa tygodnie temu... - I Alina zaczęła opowiadać
      historię bardzo ciekawą, lecz po co o niej pisać. To są przygody Johna, a nie
      Aliny. Tak więc z całej opowieści należy pamiętać trzy rzeczy. Po pierwsze,
      trup pod wiśnią to rusek, czyli wróg. Po drugie, Alinę i Johna za kilka minut
      będą ścigać ruski. Po trzecie, akcja jest opatrzona kryptonimem „operacja
      jęczmień” i wymyślili ją ruski by zlikwidować Alinę. Bo chociaż Alina też była
      od ruskich to i tak ją ścigali ruski. To tak w kwestii uzupełnienia.
      Była 12 : 00 gdy Alina Czieriepskaja skończyła opowiadać, a za oknami zaczaili
      • aric Part II: Operacja 'Jęczmień' cd 02.08.02, 12:04
        Była 12 : 00 gdy Alina Czieriepskaja skończyła opowiadać, a za oknami zaczaili
        się ruski. Wróg był wszędzie. John szybko założył kamizelkę kuloodporną na gołe
        ciało i wciągnął majtasy. Alinę schował pod niezniszczalną podłogą i pobiegł
        włączyć automatyczny system obrony. Zdążył w ostatniej chwili. Zawyły karabiny
        maszynowe i automatyczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych. Do sadu wiśniowego
        spadły cztery helikoptery marki HIND i dwa Migi. John w ferworze walki nie
        poznał, które to Migi. Dopiero po wszystkim John stwierdził, że to Migi 29. Nie
        minęło 1,5 minuty i wszystko ucichło. John podczołgał się ostrożnie do okna i
        jął oglądać pobojowisko. Za oknem na podwórku i w sadzie wiśniowym roiło się od
        trupów i palącego się złomu po obiektach latających. Dom Johna nie był nawet
        draśnięty. John uwolnił Alinę i usiedli czekając, czy to już koniec. Czekali i
        czekali w milczeniu. Po pewnym okresie czasu John wyłączył automatyczny system
        obrony i ubrał się, potem ubrał Alinę, bo zawsze lubił zarówno rozbierać ją jak
        i ubierać. Wyszli przed dom i zabrali się do pracy.
        Była 19 : 49 gdy zakopali wszystkie trupy, nie świeciło słońce, bo zaszło za
        horyzont. Cały sprzęt metalowy zatopili w pobliskim jeziorku. Usiedli na
        werandzie i popijając wiśnióweczkę doczekali północy. Następnie poszli do łóżka
        i odbyli stosunek. Po wszystkim John włączył jeszcze raz automatyczny system
        obrony, z powrotem wskoczył pod pierzynkę i szepnął Alinie do ucha:
        - Musimy to zrobić jeszcze raz, jubileuszowy.
        - Co ty opowiadasz?
        - Przez wszystkie lata znajomości opisywałem nasze stosunki w czarnym
        zeszyciku, notując szczegółowo każdy raz. Ten będzie pięćsetny. - Teraz John
        wyjął ów czarny zeszycik z szuflady i pokazał Alinie. Alina pobieżnie
        przejrzała notatki i zgodziła się, że nie można okazji zmarnować. Odbyli
        stosunek i poszli spać.
        Była 8 : 23 gdy John się obudził, słońce już świeciło. Aliny nie było. Zniknął
        także czarny zeszycik. Pojawiła się natomiast kartka o następującej treści:
        Wyłączyłam system i idę sobie. Mam nadzieję na dobrą lekturę. Odezwę się jak
        trochę wypocznę. A propos zeszycika to dopiszę ci ostatnie trzy razy. John
        podrapał się po jajach i odłożył kartkę. Miał dziwne uczucie, że w nocy słyszał
        karabiny. Ubrał się i wyszedł na werandę, uprzednio sprawdzając system. Nie
        mylił się. W sadzie leżały trzy krowy całkiem martwe. John zakopał krowy i
        zaczął wypatrywać Luisa Pedrosa. Niestety przyjechał jakiś obcy listonosz. John
        pytał o Pedrosa, lecz nie otrzymał zadawalającej odpowiedzi. Nikt go nie
        widział od wczorajszego ranka. Za kilka minut nowy listonosz znajdzie Luisa w
        przydrożnym rowie. Ale to za chwilę. Teraz John przejrzał pocztę. Było zlecenie
        z Agencji i należało się szykować. John miał tylko nadzieję, że nie powrócą
        ruski. A ruski jak to ruski na razie odpuściły, jednak powrócą w kolejnych
        przygodach Johna.
        Minęła chwila i nowy listonosz znalazł Luisa Pedrosa z mózgiem na wierzchu.
        Trochę się zerzygał i pojechał zawiadomić policję. Taki jest los gamoni, a Luis
        Pedros był gamoniem i umarł jak gamoń przewracając się na rowerze o ciało
        zdechłego psa. I tak na koniec. Nigdy nie odnaleziono ani psa, ani roweru.
        Jedna z wysuniętych hipotez mówiła, że pies nie był wcale martwy tylko takiego
        udawał. Po wypadku skradł rower i zbiegł z miejsca zbrodni.


        Aric van der Matak
        • tulka Re: Part II: Operacja 'Jęczmień' cd 02.08.02, 12:14
          Aricu, super, tylko BŁAGAM, nie "lubiał"... ;-)
          Pozdrowionka :-)
          • aric A propos "lubiał" 02.08.02, 12:29
            Kiedyś dawno temu usłyszałem to słowo w kontekście "on to lubiał sobie wypić".
            Wydało mi się bardzo śmieszne i żenujące jednocześnie. Muszę ostrzec, że pojawi
            się ono w dalszych opowiadaniach i jest to zamierzone.
            • tulka Re: A propos 'lubiał' 02.08.02, 12:34
              Ach, no chyba że tak... :-)
              Muszę przyznać, ze wczytywalam się uważnie w celu stwierdzenia, czy jest to
              swiadome użycie niepoprawnego słowa. Wydawało mi się, ze nie... Przepraszam
              bardzo :-)
              • aric Będę się niestety żegnał 02.08.02, 13:38
                Z kilkanaście minut uciekam. I powrócę dopiero w poniedziałek. Z niektórymi
                spotkam sie w niedzielę, więc do zobaczenia na trningu.
                Zapalę sobie teraz papieroska i za chwilkę, minut kilkanaćie wrzucę trzecią
                przygodę Johna, życząc miłej lektury. Do zobaczenia i napisania.
    • aric Part III: Zdradziecki czarnuch 02.08.02, 13:51
      Była 23 : 13 i okropnie śmierdziało. John miał spędzić noc w strasznie
      syficznym hotelu na przedmieściach Nowego Orleanu. Śmierdziało wszystko i
      wszyscy: krzesła, łóżko, czarni, czarne dzieci i czarne kobiety. Od czasu do
      czasu John zamykał się w kiblu, gdzie smród pochodził tylko z sedesu. To było w
      pewnym sensie lepsze od innych smrodów. John lubiał sobie czasem popierdywać, a
      kibel nie odbiegał daleko wonią od Johnowych pryków. Agencja jednak wybrała to
      miejsce na kontakt ze zleceniodawcą nowego zadania. Tak siedząc czasem w kiblu,
      a czasem w pokoju, John wyczekiwał nadejścia danej osoby, ucząc się na pamięć
      hasła. Na korytarzu słychać było rzyganie, bicie kobiet i inne burdy pijackie.
      Johnowi jako człowiekowi dość wrażliwemu, aż serce się krajało, gdy to słyszał.
      Chociaż z drugiej strony to, co go to obchodzi.
      - Co mnie to obchodzi, że te czarne stworzenia się tłuką. - Zauważył John. Gdy
      tak siedział wybiła północ i rozległo się pukanie. John z kamizelką kuloodporną
      na sobie i czterdziestką piątką w dłoni przyczaił się koło drzwi i zapytał:
      - Kto tam?
      - Gruba baba z sadłem do kolan. - Odpowiedział głos kobiecy o demonicznie
      niskiej barwie. John się przeraził, że ma do czynienia z jakąś ohydną
      burdelmamą i jak się okaże nie pomylił się. John miał wspaniały instynkt i
      potrafił z barwy głosu określić wygląd i zawód danej osoby. Za drzwiami stała
      czarna, gruba burdelmama.
      John powoli uchylił drzwi i aż odskoczył. Odór spoconego cielska tak odurzył
      Johna, że prawie usiadł z wrażenia na podłodze.
      - Kurwa, ja pierdolę, ja pierdolę, ależ ty jesteś kurewsko gruba. - Wymamrotał
      odzew i wpuścił swojego gościa. Czarna burdelmama wkroczyła powoli, a tłuszcz
      falował jej jak lekko wzburzony ocean. Ważyła 347 kilo, co będzie miało duże
      znaczenie dla Johna już w niedalekiej przyszłości. John zamaszystym gestem
      zaprosił grubasa płci żeńskiej, by usiadł. Po czym zagaił łamiącym się głosem:
      - Jestem John. - Przedstawił się John.
      - Gruba burdelmama. - Odpowiedziała gruba burdelmama.
      - Co się stało z twoją figurą? - Zapytał John z ciekawości.
      - Utyłam.
      John nie do końca czół się usatysfakcjonowany tą odpowiedzią. Dobre wychowanie
      jednak nie pozwoliło mu na dalsze dociekanie sensu otyłości grubej burdelmamy.
      Ona natomiast zaczęła streszczać. Ogólnie rzecz biorąc nie trzeba streszczać
      tego, co gruba burdelmama streszczała Johnowi, a więc streszczę tylko jej
      streszczenie. John dowiedział się, że chodzi o dziewczęta, które zostały
      uprowadzone z jej domu publicznego na Bourbon Street. Uprowadził je nie kto
      inny, tylko tzw. „zdradziecki czarnuch”. Należy uwolnić dziewczęta zanim będzie
      za późno i sprowadzić do burdelu grubej baby. Porwano Chinkę Tsing, Murzynkę
      Karmen, Indiankę Zieloną Firankę i Blondynę o ksywie Tleniona. Dodatkowo gruba
      burdelmama dała Johnowi fotografię dziewczyn i poinformowała go o miejscu ich
      pobytu. Po streszczeniu góra tłuszczu przeciągnęła się unosząc ręce do góry. To
      był najokropniejszy widok, jaki ujrzał John w ciągu całego życia. Spod zwałów
      tłuszczu na jej ramionach i brodzie zaczęły wypadać zwały przepoconego brudu
      wielkości jabłek. Wypadło ich siedem. Śmierdziało tak, że Johna zemdliło, lecz
      był twardy i nie rzygnął. Gruba burdelmama wstała powoli i ruszyła ku drzwiom.
      - Dawno się nie myłam. - Poinformowała Johna łapiąc za klamkę. - To z rozpaczy
      po dziewczynach, były najlepsze w swoim fachu. Nie zawiedź mnie i odstaw je do
      domu. - Dokończyła ze łzą w paskudnym oku i zniknęła za drzwiami, chociaż
      prawdę mówiąc to nie tak od razu. Znikała powoli, fałda za fałdą, a za fałdą
      fałda. Po tym nietypowym spotkaniu Johna zaczęło męczyć dziwne uczucie, że coś
      tu nie gra. Oczywiście coś musiało nie grać, ponieważ John musi być ciągle
      zaskakiwany nowymi wydarzeniami. Johnowi coś nie pasowało w czarnej gębie
      grubej burdelmamy. Coś go niepokoiło na tyle, że czym prędzej się zebrał i
      podążył śladem tłustych zwałów.
      Była 00 : 27 i John podążał. Mijał śmierdzące postaci w śmierdzącym holu. John
      pierdnął. Wypuszczając końcówkę bąka skręcił w lewo i powoli zszedł schodami na
      parter. Przy wyjściu na zewnątrz zauważył jak ta tłusta baba gramoli do auta.
      Jednak, gdy już chciała otwierać drzwiczki poślizgnęła się i przewróciła w
      kałużę. John zaśmiał się i klepiąc odźwiernego po ramieniu powiedział:
      - Najbardziej to mnie śmieszy jak gruba baba się w kałużę wywali. - To rzekłszy
      obserwował jak pięciu osiłków stawiało grubą burdelmamę na nogi. John
      wykorzystał ten moment i wsiadł do wypożyczonego Dodga. Poczekał jak baba
      odjechała i przekręcił kluczyk w stacyjce. I to był błąd, który John przypłacił
      lekkim poparzeniem nadgarstka. Samochód wyleciał w powietrze, ale dzięki temu,
      że John był szkolony do wyjścia z każdej opresji niewiele mu się stało. Z
      lekkim poparzeniem nadgarstka zatrzymał taksówką, machnął kierowcy giwerą przed
      nosem i wyciągnął go z pojazdu. Siadł za kierownicą i ruszył. Obliczył, a
      liczyć umiał całkiem nieźle, że gruba burdelmama musiała odjechać na jakieś
      trzy kilometry. Takie wnioski wyciągnął z:
      - Średnia prędkość z obciążeniem. - Mamrotał sobie John. - Czas od startu
      grubej burdelmamy i trzy kilometry mamy. - John zrymował bo lubił rymować.
      Docisnął i pognał. Teraz już wiedział gdzie trzeba jechać. Wyciągnął kartkę od
      tłustej zdrajczyni i zapamiętał adres. Jechał 130 na godzinę. Nie minęło 4
      minuty, a John parkował taksę obok auta tłustej świni, jak zaczął ją nazywać,
      chociaż to nie było jedyne przezwisko, jakiego używał. Inne to np.: przepocona
      cipa, spaślak - maślak oraz chodź mały pokażę ci zwały. Te przezwiska John
      będzie później używał zastępczo dla określenia grubej burdelmamy. Tymczasem
      wysiadł z auta i przykręcił tłumik do swego gnata. Sprawdził czy kamizelka
      dobrze leży i ruszył w kierunku sali gimnastycznej. Trochę to Johna zdziwiło,
      że pod tym adresem znajduje się obiekt sportowy, ale już wkrótce John dowie się
      całej prawdy. Przystanął przy drzwiach wejściowych i głęboko odetchnął. Od tej
      chwili wydarzenia potoczą się momentalnie.
      Była 00 : 37 i John oddychał głęboko, było ciemno i świecił trochę księżyc, a
      gwiazdy migotały. Było całkiem miło. John z kopa zawalił w drzwi i wkroczył.
      Wewnątrz było bardzo jasno, a John powoli kroczył. Kroczył i po chwili stanął
      na środku sali i nic się nie działo. Nagle odezwał się głos przepoconej cipy,
      wyłaniającej się z ciemności:
      - Odłóż broń, my jesteśmy nie uzbrojeni.
      I w tym momencie John ujrzał cztery szczupłe dziewczyny. John poznał je od
      razu. Trochę z przodu po prawej stała Chinka Tsing, trochę z przodu po lewej
      stała Murzynka Karmen, trochę z tyłu po lewej stała Indianka Zielona Firanka,
      trochę z tyłu po prawej stała Blondyna Tleniona. John odłożył broń i obserwował
      co robi spaślak-maślak. Ona natomiast zerwała maskę grubej burdelmamy i oczom
      Johna ukazała się twarz zdradzieckiego czarnucha.
      - To ty zdradziecki czarnuchu. - Rzekł John. - Nie rozumiem tylko jednego,
      wyglądasz jak baba i mówisz jak baba. Coś z tobą nie tak. A już wiem, jesteś
      baba z kutasem.
      To powiedziawszy John przyjął pozycję do walki. Jął wyczekiwać. Pierwsza
      ruszyła Chinka Tsing. Prawie dosięgła nogą Johna, lecz tylko prawie. Umiała
      machać nogami jak helikopter, a John machną tylko raz i zabił. Skośnooka dziwka
      padła z ukręconą głową. John zaśmiał się szyderczo i jął wyczekiwać ponownie.
      Druga ruszyła Blondyna Tleniona. Miała ostre odejście, ale John i tym razem nie
      zawiedzie czytelników. Zrobił krok, przywalił z bandolia i utłukł na śmierć
      wywlekając jej flaki na zewnątrz szponami orła. To widząc Indianka Zielona
      Firanka i Murzynka Karmen rzuciły się na Johna jednocześnie. John walnął
      szpagat w ostatniej chwili i pękły mu spodnie. Przy tym z wysiłku pryknął, aż
      się zadymiło. Mordercze dziwy spadły koło Johna i momentalnie zatkały nosy
      odcinając sobie dopływ tlenu i ograniczając ruchy. John wspaniale wykorzystał
      • aric Part III: Zdradziecki czarnuch cd 02.08.02, 13:53
        John wspaniale wykorzystał sytuację. Najpierw błyskawicznie wstał, następnie
        posługując się stylem pijanego człowieka zatoczył kilka kółek wokół kurew i
        koncentrując się odpowiednio wyrwał Murzynce Karmen głowę z kawałkiem
        kręgosłupa. To był piękny widok. John odrzucił kawałek Czarnuszki w róg sali i
        zajął się Indianką Zieloną Firanką. Pierwsze co zrobił, to przyjął pozycję
        żurawia i jął wyczekiwać po raz trzeci. Ostatnia z walecznych trochę
        oprzytomniała i była gotowa na śmierć. Poruszała się powoli, była także całkiem
        ładna, cycki, tyłeczek i reszta były doskonałe. John pewnie by pospółkował z
        wrogiem, ale teraz musiał o tym zapomnieć. Zabicie Zielonej Firanki było
        pryszczem. John wyskoczył w górę, zrobił trzy salta, śrubę i przeleciał na
        wysokości pięciu metrów odległość dwunastu metrów, zawrócił w powietrzu i
        zawisł nad głową Indianki Zielonej Firanki. Spadł na nią z góry wgniatając w
        parkiet. Krew siknęła.
        - Chińscy karatecy to mogą mi na puklerz skoczyć. - Rzekł z dumą i wolno zaczął
        zmierzać w kierunku zdradzieckiego czarnucha alias przepocona cipa. Ten stał
        twardo i nie mógł zrozumieć, co się dzieje. John złamał mu kolano i w ten
        sposób dowiadujemy się co się dzieje, kiedy łamiemy kolana takiej masie sadła.
        Masa sadła przewraca się i przygniata daną osobą, ta umiera, a masa sadła choć
        ze złamanym kolanem to wychodzi z opresji cało. Jednak John przyjął
        zdradzieckiego czarnucha na klatę z należytą godnością. Po obaleniu się na
        podłogę przekręcił głowę spaślaka - maślaka o 180 stopni i zaczął wyczołgiwać
        się. Przypomniał sobie dziecięce zabawy z pontonem, co pozwoliło mu na
        przyspieszenie procederu wyczołgiwania się. Robota była skończona. John
        wychodząc zabrał czterdziestką piątkę i wygasił światła przekręcając
        przełącznik przy wejściu. Na zewnątrz odetchnął świeżym powietrzem i usiadł na
        schodach.
        Była 1 : 01 i John siedział. Patrzył w gwiazdy i zastanawiał się nad sensem ich
        bytu. Tak się zastanawiając doszedł do wniosku, że ich byt gówno go obchodzi.
        Następnie wstał i postanowił porozmyślać w tej pozycji. Trochę mu się żal
        zrobiło zdradzieckiego czarnucha, nie to żeby się wzruszył, ale w końcu czasem
        trzeba po kimś zapłakać. John zapłakał, ale tylko odrobinkę. Po chwili wrócił
        do stanu normalnego i nie przejmując się tym, czego dokonał na sali
        gimnastycznej zrobił trzy fiflaki w tył, smarknął na pożegnanie i oddalił się w
        ciszy, w stronę bezprawnie zarekwirowanej taksówki.


        Aric van der Matak
    • grover Re: Przygody Johna 05.08.02, 09:03
      Czekam z niecierpliwością na dalsze części Aricu...
      Grover
      • aric Re: Przygody Johna 05.08.02, 09:04
        Spokojnie Groverze, już za pięć minutek.
        • grover Re: Przygody Johna 05.08.02, 09:06
          Ale ja zaraz wyjeżdżam do Wawy i wrócę dopiero wieczorem, a chciałbym
          przeczytać przed wyjazdem (ale jestem samolubny :) )

          Grov
    • aric Part IV: Niewidzialny ślepiec 05.08.02, 09:06
      Była 6 : 15 gdy wstało słońce, okrutnie grzało z nieba. John siedząc w
      helikopterze dłubał w uchu. Miał tam niewielki nadmiar miodu, więc pozbywał się
      go palcem wskazującym. Zadanie, które miał wykonać tym razem wymagało
      niesłychanych umiejętności. Niewątpliwie John takie posiadał. Rozglądając się
      na boki podziwiał bezkresną pustynię. Piach w koło nie miał granic, a John
      lubił piach. Dlatego też zgodził się wykonać zlecenie. Jego celem była grupa
      Beduinów obozujących w jednej z oaz. John leciał na spotkanie z przewodnikiem,
      który miał go doprowadzić na miejsce.
      - Czas skakać panie Johnie. - Zabrzmiał w słuchawkach głos pilota. - Zielona
      lampka zaraz się zaświeci.
      John przyszykował się do skoku. Rozbłysnęła zielona lampka i John skoczył,
      otchłań była wielka. Gdy postanowił otworzyć spadochron okazało się, że coś
      jest nie tak. John obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, że ma trzydzieści
      sekund, aby coś wymyślić zanim będzie za późno. W dwudziestej trzeciej
      sekundzie swobodnego spadania Johnowi przypomniało się, że ma jeszcze
      spadochron zapasowy. W ostatniej chwili otworzył go i odetchnął z ulgą.
      - Mało brakowało. Muszę przestać tak często zapominać. - Powiedział do siebie
      lądując na miękkim, żółtym piasku. Szybko zakopał spadochron i przyczaił się za
      wydmą. Wyciągnął podręczną lornetkę i zaczął obserwować okolicę. John cały
      czas, gdy obserwował, miał dziwne uczucie, że sam jest obserwowany, lecz nic
      nie zdołał zaobserwować. Po chwili się wyjaśni dlaczego John nie był w stanie
      zaobserwować tego, który obserwuje jego. Z poważnym zaniepokojeniem John
      zaczynał się stawać coraz bardziej nerwowy. Wiercił się i pluł na boki.
      - Nie ruszaj się, a nic ci się nie stanie. - Odezwał się głos, lecz John nie
      potrafił określić skąd dociera. Jeszcze nigdy nie przydarzyło mu się coś
      podobnego. Był zdezorientowany i zaczął się pocić jak wieprzek. Czyżby to
      koniec nadchodził? Skądże znowu. John opanował po kilku sekundach strach i
      począł rozmyślać. Pierwszą myślą było to, że mógłby błyskawicznie zrobić unik i
      sturlać się na dół wydmy. Potem zmienił zdanie i pomyślał, że unik musi być
      dużo szybszy niż błyskawiczny, aby zaskoczyć niewidzialną postać. Jak
      postanowił tak też uczynił. Ruchem szybszym niż ruch błyskawiczny zrobił unik i
      sturlał się w dół. Nic się nie działo. Tak leżąc próbował wypatrzyć obcego.
      - Nie ruszaj się, a nic ci się nie stanie. - Odezwał się głos ponownie, lecz
      John nic nie mógł poradzić. W związku z tym palnął co mu do głowy wpadło. A oto
      co mu wpadło:
      - Odpieprz się. Płyta ci się zacięła? - Tak oto nawiązała się konwersacja
      między Johnem a obcym. - Pokaż się to pogadamy.
      - Boję się, ale podobał mi się twój szybszy od błyskawicznego unik.
      - Dobra, dobra, ale pokaż się, a nic ci nie zrobię. Nazywam się John i
      przychodzę w pokoju. - John wysilił się okrutnie wymyślając te słowa i dodał
      pod nosem:
      - No niezupełnie w pokoju.
      - Wszystko słyszałem.- Powiedział obcy. - Przyrzeknij, że jesteś John.
      - Przyrzekam, że jestem John. A kim ty jesteś?
      - Jeżeli ty jesteś John, to ja jestem Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar i
      byłem z tobą tutaj umówiony.
      John zanim odpowiedział zaczął się zastanawiać skąd te kretyńskie araby tak się
      nazywają. Przecież to kompletny idiotyzm mieć takie imię. Matka go chyba trochę
      nie lubiła. John odpowiedział, że bardzo się cieszy i oczekuje na ujawnienie
      się swojego rozmówcy. Po krótkim okresie oczekiwania, pół metra od Johna zaczął
      się poruszać piasek i wyłoniła się normalnych rozmiarów głowa z przyciemnianymi
      goglami na oczach. John nie mógł uwierzyć, w to co widzi i zapytał:
      - Kto cię tego nauczył?
      - Tata. - Odparł wyłaniający się z sypkiego piasku arab. Po czym wyciągnął rękę
      w kierunku Johna. John nagle spostrzegł, że coś tu nie gra. Już kiedyś widział
      podobne powitanie, ale chciał się upewnić czy ma rację. Też wyciągnął dłoń i
      czekał.
      - Nie bądź taki cwany. - Powiedział Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar, po
      czym dodał: - Jak już zauważyłeś trochę niedowidzę.
      - To jak widziałeś mój szybszy od błyskawicznego unik skoro jesteś ślepcem?
      - Czy ja mówię, że coś widziałem. Po prostu poczułem silny podmuch powietrza i
      usłyszałem przesuwające się ziarnka piasku, potem obliczyłem, a umiem liczyć
      całkiem nieźle, że musiał to być unik szybszy od błyskawicznego.
      - Imponujące. - Pochwalił John niewidomego i dodał, że też umie liczyć całkiem
      nieźle i tak zaczęli opowiadać sobie jak to potrafią liczyć. John pochwalił się
      między innymi przygodą ze spadochronem, która bardzo się spodobała arabowi, bo
      miała trochę wspólnego z pędem powietrza. Następnie John usłyszał opowieść,
      która po prostu przechodziła ludzkie pojęcie, a była następująca. Kilka lat
      temu Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar obliczył i ustrzelił gołębia
      zasrywającego mu co ranek balkon. Któregoś ranka naprawdę się zdenerwował,
      wybiegł ze strzelbą na balkon i oddał celny strzał w samo oko temu gołębiowi.
      Masę gołębia poznał po masie gówna robionego co rano przez ptaka, którą poznał
      po dźwięku opadającego kału na beton i czasie jego opadania. Poznał w ten
      sposób wymiary gołębia i jego masę dopasowując gabaryty kupy do reszty. Poznał
      także w ten sposób możliwą szybkość jego lotu, a znając czas od startu srającej
      bestyjki z balkonu huknął z flinty i zatłukł gołębia. Uzupełniając swą opowieść
      dodał pokrótce informacje na temat siły i kierunku wiatru i gęstości
      tamtejszego powietrza. Opowieść tą będzie John wspominał do końca swego życia,
      jako jedyny w swoim rodzaju fenomen matematyczny. Tak spędzając czas na
      wymianie doświadczeń nie zauważyli jak zaczęło się ściemniać.
      Była 20 : 49 gdy zaczęło się ściemniać, jak również robiło się coraz zimniej.
      John i arab pociągnęli wody z manierki i przystąpili do opracowywania planu
      akcji. Opracowywali go niezbyt długo i ustalili, że ruszą skoro świt, a na
      razie trzeba się przespać. John wydobył budzik z podręcznego plecaczka,
      odbezpieczył swoją czterdziestkę piątkę i sprawdził kamizelkę kuloodporną.
      Następnie wyznaczyli czas pobudki na 4 : 30 i ległszy kuląc się z zimna na
      piasku zasnęli momentalnie. Johnowi przyśnił się sen erotyczny z Aliną
      Czierebskoją o tym jak za dobrych dawnych lat bawili się w piaskownicy. Stąd
      właśnie John lubił piach.
      Była 4 : 29 gdy zaczynało świtać, budzik miał zadzwonić za minutę więc zostało
      trochę czasu, aby wyjaśnić cel dzisiejszego przedsięwzięcia, którego się podjął
      John. A zatem należy dotrzeć do obozowiska Beduinów, którzy więzili obywateli
      amerykańskich pod zarzutem szpiegostwa w sprawie hodowli wielbłądów
      jednogarbnych. Oczywiście tak tylko mówili, bo prawdziwym powodem ich
      zbrodniczej działalności było seksualne wykorzystanie zakładników. John miał
      unieszkodliwić złych i ocalić dobrych. Oaza znajdowała się trzy kilometry stąd,
      co dawało Johnowi i jego przewodnikowi szansę zaskoczenia śpiących Beduinów,
      gdyż jak wiadomo Beduini zwykli wstawać o godzinie 6 : 00.
      Była 4 : 30 gdy dalej zaczynało świtać, zadzwonił budzik i John wraz z nim
      zadzwonił zębami z zimna, podniósł się i przetarł zaspane oczy. Rozglądając się
      dokoła sprawdził ekwipunek i przegryzł trzy suchary. Razem z nowym przyjacielem
      omówili końcowe szczegóły wyprawy i powoli ruszyli obierając azymut na 273
      stopnie. Przyjemnie im się tak razem szło, John polubił ślepego przewodnika,
      chociaż trochę się dziwił całemu obrotowi wydarzeń. Przyjmując zlecenie inaczej
      wyobrażał sobie akcję. Miał nadzieję, że przewodnikiem będzie jakaś długonoga
      dzierlatka z orientalnych krajów, którą mógłby zaciągnąć pod kocyk po krótkim
      bajerowaniu, a tu taki zawód - niewidzialny ślepiec mu się trafił. Cóż nie
      zawsze John ma to szczęście gruchnąć coś na boku, taki już los twardego
      skurczybyka zbawiającego czasem świat. Szkoda jednak, że nie było panienki,
      gdyż mogłoby się pojawić kilka pikantnych opisów, a tak pozostaje tylko
      wędrować z arabem o imieniu totalnego prz
      • aric Part IV: Niewidzialny ślepiec cd 05.08.02, 09:09
        Szkoda jednak, że nie było panienki, gdyż mogłoby się pojawić kilka pikantnych
        opisów, a tak pozostaje tylko wędrować z arabem o imieniu totalnego przygłupa.
        - Jesteśmy prawie na miejscu, jeszcze dwieście metrów i ujrzysz oazę. -
        Powiedział Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar.
        - Skąd to możesz wiedzieć? - Zapytał John chociaż wiedział, że zostanie
        zgaszony, ale czasem warto się podrażnić.
        - Gdy tak rozmyślałeś jakie to mam głupie imię oraz, że zamiast mnie mogłaby tu
        być jakąś czekoladowa laseczka, ja liczyłem, a wiesz że liczę całkiem nieźle,
        kroki i tak oto jesteśmy na miejscu. Spójrz. - Arab wskazał palcem widniejące w
        oddali obozowisko Beduinów wśród zielonych palm. John przyjął dosyć spokojnie,
        że istnieją, chociaż ślepi, to lepsi od niego agenci. W sercu jednak miał teraz
        ochotą ukręcić koledze łeb. Przestał go lubić natychmiast, ale uprzedzając
        rozwój wydarzeń, a wydarzenia potoczą się od tej chwili momentalnie, polubi go
        znowu, gdy ten mu życie za cztery minuty ocali.
        Krótko myśląc John wyjął swojego pieszczoszka, przykręcił do niego tłumik, dał
        znak Kaharowi Miharowi Tutce Dźwigarowi Del Browarowi i ruszyli w bój. John
        ruszył pierwszy, arab wkopał się w piasek i zniknął.
        Była 5 : 43 gdy Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar zniknął, poza tym słońce
        świeciło nisko nad horyzontem i w Johnie zaczęła się gotować krew. John parł w
        stronę namiotów niczym rozwścieczona bestia. Strzelał, zmieniał magazynki i
        strzelał ponownie. Swe ofiary identyfikował z dużą łatwością, bo śmierdzieli
        wielbłądami. Liczył w pamięci trupy, gdy nagle w jednym z namiotów natknął się
        na Beduina w pełnej gotowości z karabinem w ręku. Już bliski był koniec Johna,
        gdy wtem jak spod ziemi wyrósł Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar i ocalił
        Johna w ostatniej chwili, operując gardło Beduińskiej świni zakrzywionym
        koziorcem. Tak w tajemnicy mówiąc to arab naprawdę wyrósł spod ziemi. John znów
        polubił ślepca, przybił z nim piątkę i dokończył zadanie. Wybili
        osiemdziesięciu trzech i uwolnili zakładników. John jako bohater wracał na
        miejsce lądowania helikoptera transportowego na czele dwunastu seksualnie
        wykorzystanych biedaków. John był dumny. Niewidzialny ślepiec był dumny. W
        ogóle wszystko było tak jak trzeba.
        Była 7 : 15 i w oddali słychać było nadlatujący śmigłowiec. Wszyscy
        przystanęli. Kahar Mihar Tutka Dźwigar Del Browar uściskał Johna.
        - Popraw się w liczeniu przyjacielu. - Powiedział na ucho Johnowi, pomachał do
        pozostałych i zniknął pod piaskiem.
        John wsiadając do helikoptera wiedział, że nigdy już nie ujrzy pierwszego
        człowieka, który ocalił mu życie. Oczywiście ktoś mu ocalił życie trochę
        wcześniej, ale to była Alina. John ostatni raz rzucił okiem na bezkresne piaski
        Sahary i nawiązał konwersację z jedną z uratowanych przez niego kobiet.
        Postanowił, że ją posiądzie i zaczął wykonywać wstępny proceder w kwestii
        posiąścia.


        Aric van der Matak
        • grover Re: Part IV: Niewidzialny ślepiec cd 05.08.02, 09:17
          Jak zwykle historia zapierająca dech w piersiach :)
          Dzięki Aricu za uprzyjemnienie poranka, czekam na kolejne historie
          Grover
    • aric Part V: Nim wstanie świt nie bedziesz żył 06.08.02, 08:25
      Była 17 : 23 a John wsłuchiwał się w szum wody. Szum wody towarzyszył mu od
      wtorku, kiedy to wsiadł na statek pasażerski pływający po Wielkich Jeziorach.
      Czasem John lubił odetchnąć, bo go nieraz męczyło to ciągłe strzelanie do
      ludzi. Od trzech dni bawił się przednio. Pierwszą noc spędził w towarzystwie
      brunetki, drugą w towarzystwie blondynki, a trzecią spędzić zamierzał sam, bo
      wystarczająco się napocił zaspakajając seksualnie niewyżyte paniusie. Wyglądał
      sobie przez lewą burtę i podziwiał bezkres połaci wodnych, kiedy to
      przypomniało mu się, że po kąpieli nie założył na siebie kamizelki
      kuloodpornej. Przeraził się okropnie i pobiegł do swojej kajuty. Otwierając
      drzwi wiedział już, że coś jest nie tak i zabluźnił pod nosem:
      - Kurwcia, czy ja kiedyś będę mógł odetchnąć. Mam urlop kurnia, a nie nowe
      zadanie. - I tak przeklinając autora tej opowieści John wszedł do środka. Już
      się domyślał o co chodzi, biorąc do ręki notkę z nocnego stolika. Treść notki
      była następująca: Polowanie na Johny wszczynam, bo sezon łowiecki się zaczyna.
      John zaniepokojony o własne życie stał bez ruchu i myślał o autorze tego
      dowcipu. To był jego odwieczny wróg - Miki „Dowcipas” Workowski. John znał go
      nie od dziś, ale od lat dziewięciu. Już nie raz Dowcipas chciał Johna załatwić,
      lecz nie mógł, bo był dla Johna za krótki. Jednak dzisiaj zrobił coś, co
      zaniepokoiło Johna, a mianowicie skradł mu kamizelkę kuloodporną z kajuty. John
      zaczął się zastanawiać jak to się stało. Odpowiedź mogła być tylko jedna,
      załatwiony został przez brunetkę i blondynkę. Dopiero teraz zdał sobie sprawę,
      że za łatwo mu z nimi poszło. John miał niezłą gadanę, lecz w tym wypadku nic
      nie musiał mówić, bo panienki same mu się oddały bez zbędnych słów. Uwiodły go
      te zdradliwe dziwki i podprowadziły mu kamizelkę. Teraz John był z letka
      osłabiony, lecz i tak nadawał się do walki, bo dzierżył w dłoni przyjaciela z
      tłumikiem. Powstawał tu jednak pewien problem, który dla Johna mógł się okazać
      niemały, (chociaż się nie okaże, to jednak mógłby się okazać, bo był niemały).
      Problem polegał na tym, że Dowcipas często przechodził operacje plastyczne
      twarzy i mógł się zmieniać niepostrzeżenie, co mogłoby zaskoczyć Johna na
      przykład w łazience, w ubikacji lub w innych miejscach na pokładzie statku
      pasażerskiego. John postanowił zachować wzmożoną ostrożność. Począł rozmyślać i
      stwierdził, iż należy poszukać kobiet Mikiego i przesłuchać używając tortur
      cielesnych i psychicznych. Idea ta wydała się słuszna i John wszczął
      poszukiwania. Najpierw poszedł do ubikacji na siku. Tam, gdy tak sobie sikał
      ujrzał na ścianie kolejny wierszyk Workowskiego: Uważaj na mnie chłopie, bo
      twój łepek utopi się w klopie. Ta farsa zaczynała denerwować Johna. Strząsnął z
      freda resztki moczu, zapiął rozporek, chrząknął, pierdnął i wyszedł z kibla
      kierując się w stronę restauracji. Postanowił, że usiądzie przy barze i wypyta
      barmana o dziwne rzeczy, które ów barman mógł zauważyć w czasie swojej zmiany.
      Pierwsze słowa skierowane do barmana brzmiały tak:
      - Hej młody, podaj mi wyborowej i odpowiedz na kilka pytań. - I w tym miejscu
      dowiadujemy się, że John jest amatorem polskiej wódki. No w końcu musi być w
      tych opowiadaniach jakiś polski akcent, czyż nie? Ale wracając do sprawy, John
      rzucił na stół dwadzieścia baksów i ciągnął rozmowę:
      - Czy aby nie zauważyłeś czegoś dziwnego w czasie swojej zmiany?
      Barman z grymasem na twarzy zaczął się ciężko zastanawiać.
      - Coś dziwnego, mówi pan. - Mruczał pod nosem. - A tak, chyba coś widziałem.
      Wczoraj jakiś gość wypytywał, tak jak pan, o niejakiego Johna. - W tym momencie
      Johnowi mocniej serce zabiło. - Mówił, że jeżeli jakiś gość będzie wypytywał o
      coś dziwnego to mam mu to dać. Tak więc widzę tu pana i wręczam panu liścik,
      który mi zostawił ten jegomość.
      John wziął do ręki kartkę papieru i przeczytał treść wierszyka, bo już
      wiedział, że to będzie wierszyk. Oto ona: Teraz pytasz co się święci, może za
      dzień twój móżdżek uwędzim. John ze złością podarł świstek i chlupnął z nerw
      swoją gorzałkę. Po krótkim okresie koncentracji zapytał barmana o wygląd
      Dowcipasa. Barman opisał go dość dokładnie. Tak oto okazało się, że tym razem
      Miki „Dowcipas” Workowski był murzynem. John zastanawiał się jeszcze przez
      chwilę i odszedł od baru.
      - Cholera, ta chirurgia plastyczna czyni cuda, wiem całkiem dużo o tym fachu,
      ale żeby z białego człowieka w murzyna. Nie do wiary. - Tak mrucząc postanowił
      policzyć, a liczyć umiał całkiem nieźle, wszystkich murzynów na statku. John
      miał rację, że nie wierzył w cuda, bo prawdę mówiąc barman go wpuścił w maliny,
      ale nie uprzedzajmy ciekawej puenty tej opowieści. Po kilkunastu minutach
      liczenia murzynów John zarzucił ten pomysł, gdyż okazało się, że: po pierwsze
      miało tu miejsce spotkanie murzyńskich księży z czarnego lądu, po drugie miało
      tu miejsce spotkanie stowarzyszenia murzynów do walki z apartheidem i po
      trzecie to na statku w ogóle były całe tłumy murzynów. Tak więc okazało się, że
      białych na statku było tylko siedmioro (nie licząc załogi, która też prawdę
      mówiąc składała się z samych murzynów). Że też John tego nie zauważył. Białymi
      na statku byli: John, dwie lale, których John nie mógł znaleźć, barman o
      imieniu Harry, para staruszków z Chicago i tajemniczy jegomość na wózku
      (chociaż to brzmi całkiem ciekawie, to tajemniczy jegomość na wózku nie ma
      powodu nastawać na życie Johna, po prostu jest tajemniczym jegomościem na
      wózku). John musiał teraz zastanowić się i podjąć ważną decyzję: jak tu znaleźć
      właściwego murzyna? Najpierw postanowił, że zatopi cały statek i sam ucieknie w
      łodzi ratunkowej. Chociaż pomysł był całkiem sensowny, to jednak John nie mógł
      od tak uśmiercić kilka setek ludzi. W sumie to by chyba mógł, ale byłaby to
      lekka przesada. Następnie chciał zabić tylko czarnych osobników płci męskiej.
      Jednak to także było niehumanitarne posunięcie, które mogłoby pozostawić po
      sobie nieoczekiwane skutki w postaci krwi czarnych i dziurawych czarnych ciał.
      Rozmyślając o kolejnych możliwych rozwiązaniach problemu, dotarło wreszcie do
      Johna, że barman mógł go nabrać i wprowadzić na złą drogę toku myśleniowego.
      Takie coś natomiast nie pozostawiało Johnowi wyjścia jak tylko stuknąć
      barmanowi w czaszkę. Jak pomyślał tak też zrobił. Stuknął barmanowi w czaszkę i
      rzucił krótkie pytanie:
      - Czy mam pytać co się dzieje w ten oto sposób? - I przyłożył barmanowi fangę w
      nosa. Krew siknęła i chrupnęła chrząstka. Barman skruszał jak zbity piesek w
      pancernych łapskach Johna. Cieniutkim głosem zaczął mówić prawdę. Nie minęło
      siedemdziesiąt sekund, a John już wiedział co wiedzieć chciał.
      Była 18 : 42 i John wiedząc, zastanawiał się ponownie obmyślając misterny plan
      działania. Ale należałoby w tym miejscu poinformować o nowej wersji opowieści
      barmana, a więc: Barman skruszał jak zbity piesek w pancernych łapkach Johna.
      Cieniutkim głosem zaczął mówić prawdę:
      - Przyszedł taki jeden rudawy jegomość o twarzy jakby wyciętej z komiksu i dał
      tysiąc dolców. Przekazał mi instrukcje co mam zrobić. Powiedział, że to taki
      dowcip. No i tyle.
      Nie minęło siedemdziesiąt sekund, a John już wiedział co wiedzieć chciał.
      Była 18 : 42 i John wiedząc, zastanawiał się ponownie obmyślając misterny plan
      działania. Zdawało mu się także, że ma deja vu, co w gruncie rzeczy nie miało
      dużego znaczenia. John przystąpił do wykonania planu. Plan pokrótce wyglądał
      tak, że John poczeka na następny ruch Dowcipasa. Teraz wiedział, że Workowski
      nie jest czarny i mógł wyeliminować kilku podejrzanych. John wracając do kajuty
      wykluczył dwie laski, z którymi się migdalił. One nie mogły być według Johna
      Workowskim. Następnie odrzucił staruszków bo wydali mu się całkiem sympatyczni,
      kiedy z nimi rozmawiał, a miało to miejsce dnia pierwszego rejsu. Chociaż
      podczas konwersacji, gdy wpadł na nich pierwszego dnia, był
      • aric Re: Part V: Nim wstanie świt nie bedziesz żył cd 06.08.02, 08:26
        Chociaż podczas konwersacji, gdy wpadł na nich pierwszego dnia, był trochę
        zalany i nie zwracał szczególnie uwagi na ich wygląd zewnętrzny. Mogła mu się
        więc troszkę przejaskrawić wizja dziadka z babcią. Potem John odrzucił barmana
        Harrego, ponieważ John ufał swojemu darowi perswazji i wyłuskiwania prawdy z
        obiektu przesłuchania. Tak więc pozostawała Johnowi tylko jedna osoba, mogąca
        być Dowcipasem, mianowicie tajemniczy jegomość na wózku. John niezbyt przepadał
        za kalekami, postanowił więc dopaść upośledzonego. Zmienił także plan działania
        kierując się w trybie natychmiastowym do kajuty „tajemniczego”.
        Była 19 : 01 i John się kierował. Od tej chwili wydarzenia potoczą się
        momentalnie. John po kilkunastu sekundach dotarł do docelowych drzwi. Na nich
        wisiała kartka z następującym wierszykiem: Ostrzegam, że wchodząc tutaj może
        cię zaboleć dupa. John miał dość tych głupich insynuacji i otworzył drzwi
        trzymając w pełnej gotowości czterdziestkę piątkę z tłumikiem. Przed nim, na
        wózku siedział mężczyzna i czytał gazetę. Zdziwiony nagłym wtargnięciem, kaleka
        wrzasnął na Johna:
        - Wypraszam sobie takie wtargnięcia!
        - Przestań pierdolić Workowski, to koniec. - Wrzasnął John. - Wstawaj z wózka i
        giń jak mężczyzna, a nie jak kaleka.
        - Ale ja jestem kaleką. - Odpowiedział kaleka. - Jestem sparaliżowany od pasa w
        dół. Może się pan przekonać, nic nie czuję.
        John mało myśląc przekonał się o tym i przestrzelił gościowi dwa piszczele.
        Tamten nawet nie mruknął z bólu tylko patrzył zdziwiony jak krew mu upływa z
        ciała. John się zasmucił. Jak nie tajemniczy inwalida to kto. A oto i odpowiedź:
        - Stój spokojnie i ani drgnij. - Odezwał się głos za plecami Johna. To się
        rzadko zdarzało by John pozwolił komuś na przyłożenie broni do swojej głowy,
        ale się zdarzyło. Co więcej John się bał. - Rzuć gnata i odwróć się powoli. -
        John zrobił co mu kazano i przed sobą ujrzał parę staruszków. John pomylił się
        w swoich domysłach, jak kurwa mać.
        - Zaskoczyłeś mnie Dowcipas, ale nie długo już pociągniesz.
        - Pamiętasz naszą rozmowę pierwszego dnia. Gadałeś jak najęty. Łatwo
        dowiedzieliśmy się o tobie wszystkiego. A teraz największa atrakcja. -
        „Dowcipas” Wokowski wraz ze swoją partnerką ściągnęli gumowe maski i John mało
        się nie porzygał. Przed nim stała blondyna i brunetka, które gruchnął w
        poprzednie noce. Miki „Dowcipas” Workowski był blondyną. Prawdę mówiąc ta
        podobała mu się bardziej, aż do tej chwili.
        - Zawsze wolałem facetów. - Ciągnął Miki. - Po zmianie płci poczułem się
        wreszcie sobą. Ach, zapomniałbym, moja siostra Teresa. - John grzecznie się
        ukłonił. - Ją wysłałem pierwszą, żeby się przekonała czy warto do ciebie
        startować. Jak się przekonałem, całkiem nieźle sobie radzisz jako kochaś. To
        była dla mnie czysta przyjemność. Dziękuję. A teraz scena finałowa. - Strzelił
        bezpiecznik colta w rękach Workowskiego i padł strzał. John zesztywniał i
        zamknął oczy, nic nie poczuł. Pomyślał, że umarł na miejscu. Ale coś było nie
        tak.
        - Otwórz oczy. Już po wszystkim. - Odezwał się kobiecy głos. John otworzył oczy
        i zdziwiony patrzył na obecną sytuację. Dowcipas leżał na podłodze z kulką w
        plecach. Brunetka stała uśmiechnięta z dymiącą spluwą. Kaleka tracił
        przytomność z powodu upływu krwi, z cicha pomrukując. Brunetka odezwała się
        ponownie:
        - Nigdy nie lubiłam tego dewianta. Zaproponował mi kupę szmalu, ale szkoda by
        świat stracił takiego przystojniaka jak ty. A teraz chodźmy do mnie i zróbmy
        sobie dobrze.
        Propozycja była nie do odrzucenia. Zanim jednak John skorzystał z zaproszenia
        poszli po lekarza, którym dla przypomnienia był czarny jegomość ze stetoskopem.
        Gdy wrócili kaleka był nieżywy, a Workowski nieobecny. Głowa zmarłego była
        dziurawa.
        - No to nici z przyjemnej kopulacji. - Zamruczał John i polecił lekarzowi
        powiadomić odpowiednich ludzi.
        Była 6 : 32 i wstawało słońce, trochę było chłodno ale za to nie padał deszcz.
        John po nieprzespanej nocy, którą spędził na rozmowach z odpowiednimi ludźmi,
        siedział sobie na ławeczce i obserwował jak wstawało słonko. Teresa pójdzie do
        ciupy, Workowski zniknął i nie mogli go nigdzie znaleźć. Same zmartwienia. John
        westchnął z cicha i rozczarowany powiedział do wschodzącego słońca:
        - Wierz mi stary, nie ma to jak urlop. - Wstał z ławki i kiwając głową dodał: -
        Kurwa.

        Aric van der Matak
        • grover Re: Part V: Nim wstanie świt nie bedziesz żył cd 06.08.02, 09:10
          Jak zwykle wielki ARICu było fascynująco.

          "- Wierz mi stary, nie ma to jak urlop. - Wstał z ławki i kiwając głową dodał: -
          Kurwa." ---> Pewnie nie ma :)

          Grover
          • aric Re: Part V: Nim wstanie świt nie bedziesz żył cd 06.08.02, 09:14
            Dzięki, kolejna część jutro o tej samej porze. Jak skończę cykl na forum czyli
            z końcem śierpnia, a może nie skończę. Ale jak skończę cykl 20 Partów to
            prześlę ci całość na priva.
            • grover Re: Part V: Nim wstanie świt nie bedziesz żył cd 06.08.02, 11:48
              To się dobrze składa, bo mnie nie będzie od 8 więc byłoby miło gdybyś mi je
              podesłał
              Grover
    • aric Part VI: Problem z wrogiem 07.08.02, 08:41
      Była 11 : 21 kiedy John, znając wskazówki co do kolejnego zadania wyszedł z
      budynku Agencji. Słońce świeciło całkiem miło, co nie miało wpływu na to, że
      nie mógłby padać mały deszczyk. Jednak ani mały deszczyk, ani duży, tego dnia
      nie spadał z niebios. John z zasępioną miną szedł do zaparkowanego nieopodal
      samochodu. Splunął ze złości i syknął pod nosem. Czasem lubiał pluć i syczeć.
      Często pluł tylko z samej śliny, gdyż często nie posiadał przy sobie ulubionych
      wiśni. Tym razem gdy splunął, niechcący przycelował jakiemuś dzieciakowi prosto
      w lewą dziurkę nosa. Dzieciak akurat wciągnął powietrze, zachłysnął się śliną
      Johna i powoli dusząc się, w męczarniach, przy braku powietrza oddał ducha.
      John był tak zasępiony, że nawet nie zdawał sobie sprawy, że na jego kącie
      pojawiła się kolejna ofiara. John nigdy jeszcze świadomie nie zabił
      nieletniego. To był pierwszy raz. To był prawdziwy fart, jak później John się
      dowie. Ten gnojek to był dziewięcioletni, świetnie wyszkolony zabójca z
      wrogiego obozu. Miał na imię Saszka i zabijał przy pomocy wybuchowych
      niedźwiadków pluszowych. Właśnie miał wręczyć Johnowi wybuchowy suwenir, gdy
      niespodzianie ugodzony Johnową śliną, padł i już. No ale dosyć o szczęściu
      Johna. Trzeba przedstawić kolejną ze spraw, którą mu zlecono.
      To był ten typ zleceń, które wprowadzały Johna w ponury stan bezwładu myślowego
      i niekomunikatywności z otoczeniem. To był ten typ zleceń, których John po
      prostu nie znosił. Zapytacie pewnie: to dlaczego się go podjął? Odpowiedź była
      całkiem prosta: szmal. Zapłacili tyle, że czasem warto się poświęcić. Zapytacie
      ponownie: cóż to za zadanie? No w tym wypadku odpowiedź też jest prosta: trzeba
      myśleć, kombinować, dedukować i tego typu. John musiał namierzyć szpiega wśród
      pewnych ludzi, którzy mieli się spotkać i przedyskutować sprawy o tematyce
      militarnej. John jako wysłannik Agencji miał wystąpić w jej imieniu i przy
      okazji rozmów, wroga namierzyć, zdemaskować, zabić. Tak pokrótce wyglądała
      sytuacja. Dla Johna przedstawiała się ona nieciekawie. On wolał zdecydowanie
      działać, strzelać i w ogóle igrać z życiem na całego. Od czasu do czasu stuknąć
      ciekawą laskę i dalej działać, strzelać itd.
      Była 17 : 45 kiedy startował samolot. John wiedział tylko, że leci do jakiejś
      bazy wojskowej na wschodnim wybrzeżu. Na pokładzie wojskowego transportowca był
      tylko on i dwóch pilotów oraz bliżej nieokreślony ładunek. John przypięty
      pasami siedział na niewygodnym fotelu i drzemał. Był trochę zmęczony. Być przez
      kilka godzin posępnym to ciężka praca. Postanowił, że teczką z dokumentacją na
      temat ludzi do zdemaskowania zapozna się po krótkim śnie. Oto czego się dowie
      John po krótkim śnie, czytając dossier poszczególnych przedstawicieli firm
      powiązanych z militariami. Pierwszym był człowiek z przedsiębiorstwa
      produkującego silniki odrzutowe. Nazywał się Henry Miech i pochodził z Czech.
      Strasznie tłusta i paskudna z wyglądu świnia. Według Johna nadawałby się
      idealnie na wroga z tą parszywą, ruską gębą. Dodatkowo pochodził z obszaru
      objętego wpływami wroga, czyli rusków. Drugi to Frank Westergarden z Minessoty.
      Ten natomiast wyglądał całkiem przyzwoicie pomijając szczegół, że nie posiadał
      lewej dłoni. Reprezentował fabrykę wytwarzającą elektroniczne podzespoły.
      Trzeci, niski, krępy, włoch Dziowani Posrani charakteryzował się tym, że był
      niski i krępy. Jego rodzice porzucili go, gdy był niemowlakiem pod stajnią dla
      koni. Od tego czasu poświęcił się sile pociągowej i reprezentował spółkę
      produkującą silniki do pojazdów dla wojska. Czwartą osobą była kobieta, nie
      było jednak jej fotografii. Specjalistka od materiałów wybuchowych. Johnowi
      zaświtała myśl, że może coś się zdarzy, ale nie wiedział na razie, że Monika
      Jurgens, bo tak z niemiecka się zwała ma przeraźliwie krzywe nogi i porusza się
      w stylu piłkarskich fenomenów. Chociaż pisano, że ma całkiem ładną buźkę to
      nie każda, z miłą twarzą lalunia musi być od razu sarnionogą, skoczną cizią z
      niezaspokojoną waginą. John wyczytał poza tym, że Monika jest lesbą, co mogło
      skłaniać do wniosku, że była ona paskudnym, przebiegłym szpiegiem. Piąty,
      wysoki a zarazem całkiem przypakowany gość z łysiejącą czaszką wydał się
      Johnowi najbardziej przyjazny z całej piątki, z którą miał się spotkać. Nazywał
      się Arty Megabąk i pochodził ze słonecznej Kalifornii. Miał sieć hut
      współpracujących z ministerstwem obrony. Niewiele o nim było informacji. John,
      jako szósty miał wystąpić w roli speca od różnego rodzaju broni
      konwencjonalnej. Trzeba powiedzieć, że John całkiem nieźle wyznawał się w tej
      kwestii, a główną przykrywką dla tajnej działalności Agencji były badania nad
      nowymi typami broni konwencjonalnej. Lecąc na spotkanie nie zapomniał
      oczywiście o kamizelce kuloodpornej i czterdziestce piątce z tłumiczkiem.
      Niedawno John postanowił, że wymyśli dla swojego pistoletu jakąś miłą nazwę,
      której mógłby używać, gdy będzie sobie żartować, lub gdy nadarzą się inne
      odpowiednie okazje skłaniające się ku wesołym sytuacjom. Postanowił, że swoją
      giwerę nazwie terapeuta.
      Była 6 : 07 gdy John wyglądając przez okno zobaczył, że pada deszcz. Świt był
      niewyraźny, podobnie jak John. Ziemię spowił przenikliwy chłód, a deszczyk
      tańcował, wybijając o blachę zewnętrznej powłoki samolotu rytm w stylu
      hardkorowej kapeli z piekła rodem. W sumie wszystko sprawiało wiele
      nieprzyjemności jeszcze bardziej zasępionemu Johnowi.podobnie jak John. Ziemię
      spowił przenikliwy chłód, a deszczyk tańcował, wybijając o blachę zewnętrznej
      powłoki samolotu rytm w stylu hardkorowej kapeli z piekła rodem. W sumie
      wszystko sprawiało wiele nieprzyjemności jeszcze bardziej zasępionemu
      Johnowi.podobnie jak John. Ziemię spowił przenikliwy chłód, a deszczyk
      tańcował, wybijając o blachę zewnętrznej powłoki samolotu rytm w stylu
      hardkorowej kapeli z piekła rodema. - Powiedział do siebie i z wykrzywioną
      twarzą zasępił się jeszcze bardziej. W tym momencie zasępiony był bardziej od
      sępa. Samolot ostro przyhamował i zaczął kołować w stronę miejsca postoju. Po
      dziesięciu minutach John siedział w wojskowym jeepie popylającym w stroną bazy.
      Była 6 :23 gdy jeep popylał. W strugach deszczu i wraz z głupawym kierowcom
      przejechali ze 2,24 km i zatrzymali się. John wysiadając z samochodu, zasępiony
      był bardziej niż trzy sępy w sumie. Gdy wszedł do budynku poczuł się trochę
      lepiej. Jasno oświetlony korytarz zmniejszył zasępienie do rangi jednego sępa.
      Potem John został umieszczony w swoim pokoju. Słodka pani porucznik pokazała mu
      co i jak, ale bez przesady i John prawie całkowicie się odsępił. Postanowił się
      trochę przespać. Pośpiesznie umył zęby i wskoczył pod kocyk usypiając z
      terapeutą w pogotowiu. Nigdy za wiele ostrożności.
      Była 15 : 12 i John się budził. Nic się nie zdarzyło niespodziewanego. Do
      spotkania pozostało niecałe pięćdziesiąt minut. John ponownie przestudiował
      akta osób, z którymi miał się spotkać i powtórzył wytyczne przekazane mu przez
      Agencję w sprawie tematu samego spotkania. Gdy szedł na spotkanie w mundurze
      majora czerwonych beretów amerykańskiej armii prezentował się niezgorzej. W
      towarzystwie poznanej już pani porucznik zdążał na spotkanie. Trzeba zauważyć,
      że John był majorem. Na swoje honory zasłużył się w wielu akcjach zarówno w
      czasie działań wojennych jak i wykonując zlecenia specjalne. Major John, fajnie
      brzmi. Idąc tak z teczką pod pachą John pokusił się o wypuszczenie niewielkiej
      porcji nadmiaru gazów z odbytu. Od razy ubyło z 10 kilo tremy. Dodatkowo
      patrząc na uśmiechniętą przewodniczkę pomyślał o przyjemnych rzeczach, mogących
      go nieoczekiwanie spotkać w środku następnej nocki. Puścił zalotne oczko i w
      pełni luźny wkroczył do pomieszczenia, w którym wszyscy już byli. Po kolei
      przywitał się z obecnymi. Wymienił kilka nic nie znaczących spojrzeń z
      krzywonogą Niemką i usiadł na wyznaczonym mu fotelu. Coś Johnowi nie grał
      • aric Part VI: Problem z wrogiem cd 07.08.02, 08:43
        Coś Johnowi nie grało w twarzy Moniki, chociaż miała na nazwisko Jurgens nie
        wyglądała na niemiecką lesbę. Dwie godziny rozmów niewiele przyniosły pożytku w
        sprawach, o których rozmawiano. John nie biorąc prawie udziału w całym tym
        kiblu, przytakując tylko na zadawane pytania słuchał, robił sobie notatki i
        rozmyślał kto jest tu zły, a kto dobry. John postanowił, że nocą pójdzie na
        przeszpiegi i pogrzebie troszkę w rzeczach podejrzanych. Z wstępnych gadek
        stwierdził, że nikt z obecnych nie chce źle dla kraju. Wszyscy byli chętni do
        współpracy, chociaż nie ustalono jeszcze szczegółów. Johnowi zaczynało się tu
        nie podobać. Miał wrażenie, że coś tu nie gra. I tak rzeczywiście było. John
        nie zdawał sobie sprawy z czyhającego niebezpieczeństwa. Niebawem poddany
        zostanie próbie i zmuszony będzie do działania na nieprzyjaznym dla niego
        terenie jako twardy, bezwzględny zabójca mężczyzn i kobiet.
        Była 2 : 14 i John szykował się do nocnej eskapady. Znał położenie pokojów
        gościnnych i wiedział, że wszystkie są takie same. Sypialnia, garderoba i
        łazienka były oddzielone od siebie drzwiami, więc można było pomyszkować
        troszkę po garderobie nie zaglądając do sypialni. John sprawdził kamizelkę i
        odbezpieczył terapeutę, zabrał komplet wytrychów i opuścił w ciszy swój pokój.
        Na korytarzu było jakoś dziwnie, John czuł zapach prochu. Nie wróżyło to nic
        dobrego. Ostatnio kiedy czuł ten zapach musiał skasować kilku gości czających
        się po kątach. I tym razem będzie mała strzelaninka, ale o tym już za chwilę.
        Pierwszy pokój był jakieś dziesięć metrów korytarzem w lewo. John szedł z
        należytą ostrożnością. Wyjął wytrychy z kieszeni i sprawnym ruchem dostał się
        do pomieszczenia. Było cicho, ale jakoś nieswojo. Był to pokój Arta Megabąka.
        John przeszukał kieszenie ubrań w szafie, lecz nie natknął się na nic ważnego.
        Nagle począł, że musi zajrzeć do łazienki. Po cichu otworzył drzwi i stanął jak
        wryty.
        - Ktoś się nie postarał nawet posprzątać. - Rzekł do siebie John, odwracając
        ciało Arta na plecy. Megabąk miał siedemnaście kulek wpakowanych w bebechy,
        głowę i kończyny. Krew była wokoło. - No to wdepnąłem w niezły pasztet. - Dodał
        i ponownie wyszedł na korytarz. Od tej chwili wydarzenia potoczą się
        momentalnie. Miał uczucie, że widzi zamykające się drzwi do jego pokoju.
        Pośpiesznie ruszył w tym kierunku. Był wściekły jak nigdy. Nie lubił tak
        wielkich niespodzianek. On tu miał zrobić porządek ze złym, a tu ci
        niespodzianka, ktoś go wyręczał z brudnej roboty. Nikt nie będzie z Johnem
        pogrywał w głupiego Jasia. John podszedł do drzwi, nacisnął klamkę i wpadając
        do pokoju z terapeutą w ręku wypalił do odwracającej się postaci. Nieżywy
        intruz padł na podłogę z hukiem. John zapalił światło i przyglądając się
        trupowi mocno się zastanawiał o co tu chodzi.
        - Wojsko czyha na moje życie? A to ci niespodzianka. - John uśmiechnął się
        ironicznie i ruszył z powrotem na korytarz. Idąc postanowił rozwalić każdego
        wojskowego napotkanego na swojej drodze. Od tej chwili wydarzenia potoczą się
        momentalnie. Pierwszy wyszedł z pokoju Dziowaniego Posrani. Nie spodziewając
        się niczego zmarł ze zdziwieniem na twarzy. Drugi i trzeci zginęli wysiadając z
        windy. Następna była przemiła pani porucznik z karabinem maszynowym w dłoniach.
        - Szkoda. - Powiedział do niej John, gdy gasło w jej oczach życie. - Co za
        robota, nie lubię zabijać takich kobitek, ale ta była podstępną zdzirą. -
        Zakończył John rozmowę i kłaniając się w pół poszedł sprawdzić pokoje
        pozostałych gości. Henry Miech i Frank Westergardem także byli nieżywi. Moniki
        Jurgens John nie zastał. To dawało trochę do myślenia. Albo była z nimi w
        zmowie, albo o czymś John nie wiedział. Mieszało się Johnowi w łepetynie.
        Ponadto minął dwa trupy leżące przy wejściu do świetlicy. W świetlicy natomiast
        siedziała sama panna Judgens z karabinem w dłoni i patrzyła przed siebie.
        - Aż cóż my tu mamy? - Zagaił John z wycelowanym terapeutą w głowę Moniki. -
        Luzik, siadaj i zachowuj się grzecznie, a może nie pójdziesz na spotkanie ze
        stwórcą. Powiedz mi tylko o co chodzi.
        - Agencja wysłała mnie, żebym wykonała małą robótkę nie informując o tym
        ciebie. - Odpowiedziała spokojnie patrząc na Johna. - Po tym jak załatwiłeś
        tego ruskiego szpiega z pluszowym misiem, Agencja stwierdziła, że coś tutaj nie
        gra. Później nie mogliśmy cię znaleźć, więc wysłano mnie, żeby to sprawdzić.
        Chcieli zabić ciebie.
        - To ci niecodzienna sytuacja. Ruski czyhają na moje życie. - John gadał trochę
        do siebie, a trochę do Moniki, która pewnie nie była już Moniką. Jednak nie
        uwierzył w całą tą śpiewkę i mało myśląc zabił wstającą z fotela pseudo Monikę.
        Była 4 : 28 gdy John pilotując wojskowy helikopter, który uprowadził z
        wojskowej bazy liczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, ilu to dzisiaj ludzi
        zabił. Wyszło mu, że czterdziestu jeden z pseudo Moniką. Jak ją zabił i
        próbował dostać się do śmigłowca dopiero się rozpętało piekło. Ale nie było już
        miejsca żeby o tym napisać. Oto ostatnia sentencja Johna:
        - Ta kretynka była jakaś pojebana. Chciała mi wmówić, że zabiłem wczoraj rano
        jakiegoś parszywego ruska. Pluszowe misie, pojebana jak pismo węzełkowe.
        Była 20 : 05 gdy John tłumaczył się szefowej ze swojej pomyłki. Nałgał jak
        pies, przeprosił grzecznie i srając na wszystko postanowił, że dzisiaj będzie
        kopulował do samego rana.

        Aric van der Matak
        • grover Re: Part VI: Problem z wrogiem cd 08.08.02, 09:10
          Terapeuta, hehe :))
          Tak trzymaj, ja już się przygotowałem na wyjazd i zabieram Twe opowiastki
          Grover
    • aric Part VII: Wizyta u terapeuty 08.08.02, 08:56
      Była północ i zakładając, że przez czysty przypadek John znalazł się tam gdzie
      jest, to sprawa wyglądała niezbyt wesoło. Przydarzyło mu się coś tak dziwnego,
      że nawet on był trochę zdezorientowany w sytuacji. John miał rozwolnienie i nie
      mógł zejść z sedesu, starając się ze wszystkich sił zakończyć wypływ ciekłej
      substancji z otworu wylotowego. John nigdy, poza latami dzieciństwa nie miewał
      sraczki. Do tego, jeśli nie skończy za pięć minut, to nici z powrotu do domu.
      Nie uśmiechała mu się wizja spędzenia reszty nocy w śmierdzącym kiblu lotniska.
      Tak sobie siedząc, John spędził tylko trzy godziny usiłując zatamować odpływ
      cuchnących wydzielin. Miał jedynie nadzieję, że nikt z tych, którzy ocaleli po
      ostatnim zadaniu nie pojawi się i nie będzie chciał stuknąć unieruchomionego
      bohatera. Zlecenie, które wykonał wiązało się tym razem z mafią, a ci nie
      pozwalali sobie zbytnio w kaszę dymać. Jest to ten typ skurwli, co nie poddają
      się i walczą do końca. Agencja dostała cynk, że będzie duży przerzut broni
      przez granicę z Meksykiem. Wiedziała gdzie odbędzie się spotkanie i wysłała
      Johna, aby posprzątał i zniszczył broń. John załatwił kilkunastu bandziorów,
      ale nie był pewien czy sprzątnął wszystkich. Broń zdołał jednak zniszczyć, co
      napawało go pewnym optymizmem na ceramicznym piedestale.
      Była 3 :03 gdy sranie przeminęło, jednak John nie wróci do domu na czas, a i
      czeka go jeszcze coś nie coś. Tymczasem wciągnął dżinsy i umył łapki przednie w
      ciepłej wodzie. Czuł się zmęczony, jakby non stop biegał przez siedem godzin.
      Odwodnienie organizmu to rzecz straszna. John obliczył, a liczyć umiał całkiem
      nieźle, ile to wody z organizmu stracił. Znając średnicę swojego odbytu (John
      znał każdy wymiar swojego ciała) i możliwą siłę wylotu sraki uzyskał
      następujący wynik:, ubyło mu jakieś dwa kilo płynu. Oczywiście nie zapomniał
      uwzględnić stosunku procentowego czystego gówna do wody. Pośpiesznie uzupełnił
      pewną część utraconych płynów kranówką i po sprawdzeniu czy kamizelka dobrze
      leży wyszedł na hol kierując się w stronę terminalu. Coś gnębiło Johna od
      środka, że na spokojnym odlocie noc ta się nie skończy. Patrząc, kiedy odleci
      następny samolot, wiedział już, że za minut kilka wyniosą stąd kilku
      sztywniaków. John mieszkał w Dakocie Północnej niedaleko granicy z Kanadą, lecz
      wychował się na południu, gdzie obecnie mieszkała tylko jego matka. A propos
      rodziny, to ojca John nie kochał, matkę natomiast John kochał. Ale nie czas na
      sentymenty i debaty miłosne. Samolot miał odlecieć za ponad cztery godziny,
      więc było trochę czasu na zregenerowanie ubytku sił podczas trzygodzinnej
      posiaduwy.
      Jedynym zmartwieniem Johna, oprócz zmęczenia, była konieczność pełnej gotowości
      i wzmożonej czujności. W każdej chwili mogą go znaleźć (i znajdą) dzięcioły z
      mafii. Johnowi pozostało tylko dziewięć minut do tej chwili. Czas upływał dość
      szybko, co grało na niekorzyść Johna. Już miał sobie kupić bułkę z parówką,
      czyli gorącą psinę, gdy kątem oka zobaczył charakterystycznie ubranego
      żółtawego sukinsyna. Ci sprzedający broń to była jakaś żółta czeladź w
      brązowych berecikach i chustkach w kwiatki pod szyją. Ci byli bardziej
      wkurzeni, bo nie dostali ani forsy, ani broni z powrotem. John w dwie sekundy
      wiedział już co ma uczynić, by kolejno wbiegające do poczekalni żółte
      dziadostwo umierało w czasie jak najszybszym.
      - No to czeka was wizyta u terapeuty moi żółtawi. - Powiedział John do swojego
      metalowego przyjaciela i celując spokojnie zabijał zbliżających się niemiłych
      napastników. Pierwszy upadł po otrzymaniu kulki w oko. Krew, sikając na boki
      obryzgiwała siedzących nieopodal podróżnych. John nie mogąc słuchać piszczących
      kobiet i rozhisteryzowanych bachorów postanowił, że jatki dokończy na zewnątrz.
      Za nim wybiegł na ulicę bocznymi drzwiami musiał zabić jeszcze dwóch paskudaków
      biegnących z pistoletami w jego stronę. Pierwszemu terapeuta poradził coś na
      głowę, drugiemu na serce. Po udzielonych radach w ręku Johna, dymiąc, terapeuta
      zamilkł na chwilkę. John, gdy znalazł się na powietrzu wsiadł do pierwszej
      lepszej taryfy i rzucając kierowcy stówkę krzyknął:
      - Pruj chłopie przed siebie i uważaj na główkę. - Kierowca lekko podenerwowany
      tym nagłym obrotem spraw wrzucił bieg i troszkę się ociągając ruszył z piskiem
      opon.
      - Dokąd mam jechać? - Spytał przestraszony.
      - Kilka kółek po mieście i z powrotem na lotnisko. - Odpowiedział John wiercąc
      na tylnym siedzeniu. Miał nadzieję, że żółte poczwary zostawią go w spokoju,
      ale mylił się srogo. - Masz pan jeszcze setkę i nie zadawaj więcej pytań.
      Powiem ci co masz robić, gdy zdecyduję, że masz coś zrobić. - John rzucił setkę
      na przednie siedzenie i obserwował drogę przez tylną szybę taksówki. Mała
      nieuprzejmość była konieczna. John nie miał ochoty bawić się w pieprzone proszę
      czy też kurwa dziękuję. Po chwili trochę się uspokoił i zaczął myśleć jakie ma
      potencjalne wyjścia z sytuacji. Pierwszy pomysł wydał mu się beznadziejny.
      Drugi mógłby w sumie zrealizować, ale przestał mu się po krótkiej analizie
      podobać. Trzeci był w sam raz. John przystąpił do realizacji wybranego planu i
      dorzucając dwie setki kierowcy poprosił by ten przez najbliższe trzy godziny
      objechał ze dwa razy miasto i wrócił na odlatujący o siódmej dwadzieścia
      samolot do Minneapolis, a on tymczasem postara załatwić sprawę. Zajebisty plan
      to była jedna z wielu domen Johna
      Była 3 :29 kiedy John dojrzał podejrzane światła obserwując drogę z tyłu
      taksówki. Były podejrzane, bo John się nie mylił, gdy coś podejrzewał, chyba
      żeby się mylił, ale to zdarzało się raz na siedemdziesiąt trzy podejrzenia. Tym
      razem nie był to ten siedemdziesiąty trzeci i John dobył terapeuty. Od tej
      chwili, ale tylko przez kilka sekund, wydarzenia potoczą się momentalnie.
      Kierowca taksy skręcił w prawo i pomknął wzdłuż brzegu rzeki. Obcy samochód
      wykonał ten sam manewr niebezpiecznie się zbliżając. Gdy odległość między nimi
      a samochodem żółtych padalców wynosiła 2,19 metra, John oddał celny strzał w
      lewą przednią oponę i nastąpił proces, który doprowadził do tego, że najpierw
      samochód wpadł w poślizg, następnie postawiło go w poprzek ulicy i dalej tak
      jak w gupich filmach, autko przekoziołkowało, wystrzeliło w górę, przefrunęło
      no drugi brzeg rzeki i spadając z hukiem wybuchło wzniecając wielki pożar,
      który ogarnął okoliczne domy i zaparkowane w pobliżu inne samochody. To był
      prawdziwy koszmar, krzyki, syreny strażackie, pogotowie i policja. Były także i
      helikoptery i statki na rzece, ale w środku auta-winowajcy nie było nikogo.
      Żółtki to takie sprytne kreatury co potrafią wyjść z prawdziwych tarapatów.
      Obecnie trzech z nich dopływało do brzegu, na którym John z taksówkarzem,
      zatrzymawszy się obserwowali całe zdarzenie. Jednak jak się można domyślić
      terapeuta przepisał kraulistom po dawce ołowiu od zaraz i zakończył kurację.
      Była 3 :53 i John wraz z kierowcą, w świetle bladego świtu przyglądali się
      fajerwerkom na drugim brzegu. Stojąc tak oparty o taksę stwierdził, że można by
      się przedstawić obecnemu kompanowi.
      - Jestem John. - Przedstawił się obecnemu kompanowi podając przy tym prawą dłoń.
      - Też jestem John. - Przedstawił się Johnowy kompan ściskając dłoń Johna. I tak
      John poznał Johna i wzajemnie John poznał Johna. Właściwy John postanowił, że
      czas ruszać.
      - Czas ruszać John. - Stwierdził John i sadowiąc się na tylnym siedzeniu
      dodał. - Jak na gupich filmach, a myślałem, że to tylko tak na niby w tych
      filmach pokazują. - Pokręcił głową i przygładził kudełki lekko spoconą dłonią.
      - Ja też tak myślałem. - Przytaknął John za kierownicą. - I nigdy nie sądziłem,
      że ujrzę coś takiego. Pysznie się ubawiłem.
      - Widzę, że z ciebie to jest zimny drań taki jak ja. - Pochwalił Johna John i
      zadowolony, że trafiła mu się bratnia dusza uśmiechnął się szczerze pokazując
      swoje białe, proste zęby.
      Była 7 : 05 gdy John żegnając Jo
      • aric Part VII: Wizyta u terapeuty cd 08.08.02, 08:58
        Była 7 : 05 gdy John żegnając Johna odchodził w kierunku wejścia odprawy
        paszportowej. Przez szyby korytarza wpadały promyki słońca, które muskając
        delikatnie twarz Johna wkurwiały go okrutnie drażniąc jego niewyspane oczęta.
        Przystojna laseczka z jakimś fagasem sprawdzili pozwolenie na podróżowanie z
        bronią i bilet Johna, i zapraszającym gestem wskazali mu drogę w kierunku
        samolotu. Jednak to nie był jeszcze koniec Johnowych problemów w napastliwymi
        przestępcami. Żółtych już zabrakło, więc pojawili się Latynosi. Ci nie byli już
        tak odporni na różnego rodzaju opresje, jednak posiadali gorszą cechę,
        mianowicie byli jak zaraza i na dodatek śmierdzieli tequilą. Wchodząc na pokład
        odrzutowca, John poczuł od razu smród tego smacznego poniekąd alkoholu. Gdy
        wędrował na swoje miejsce na tył samolotu, nasilający się smród wskazał mu
        złych. Siedzieli w ostatnich rzędach, jeden z lewej drugi z prawej. Obok nich
        przy oknach siedziały starsze panie zatykające dyskretnie nozdrza,
        zabezpieczając się w ten sposób przed odorem. Był też trzeci, który wzbudzał u
        Johna niczym nieuzasadnione u normalnego człowieka podejrzenia, jednak
        podejrzenia te spowodowane były czymś innym, niż te, które odnosiły się do
        śmierdzących. John znał tę osobę i chociaż był to Latynos to nie śmierdział
        tequilą. Wracając do normalnych ludzi, to John do nich nie należał. Był
        wyszkolonym, bezwzględnym w rozstrzyganiu problemów zabójcą. Jego instynkt był
        prawie niezawodny, a mięśnie twarde jak stal potrafiły zmiażdżyć każdą głowę.
        Taki był i nikt nie wiedział skąd się wziął taki fenomen. Ja wiedziałem,
        wymyśliłem go.
        Była 7 :31 i samolot wznosił się w powietrze. Kiedy stewardesa powiedziała, że
        można już odpiąć pasy John nie czekał zbytecznie na zachętę. On musiał wykonać
        pierwszy krok, bo to on mógłby być martwy. Wstał trzymając terapeutę za pazuchą
        skórzanej kurtki i ruszył na tył samolotu. Latynosi dostrzegli go od razu
        jednak i tak za późno. Kolejna porada terapeuty już została wykonana. Obaj
        cierpieli na bule pod czaszką. Zanim pasażerowie podnieśli krzyk, John
        przyłożył terapeutę do głowy sięgającego pod marynarkę latynoskiego mężczyzny,
        który nie śmierdział tequilą.
        - Nie robiłbym tego na twoim miejscu, kolego. - Przestrzegł John i dodał. -
        Niech nikt nie próbuje krzyczeć, bo to mnie rozprasza. Jestem rządowym agentem,
        a ci dwaj czyhali na moje życie. A teraz ty. - John zwrócił się do Latynosa. -
        Powoli się odwróć i nie próbuj żadnych sztuczek, Carlo Kutasco.
        - Czy my się znamy? - Zapytał trochę zdezorientowany Kutasco.
        - Ja cię znam. Czytałem akta wszystkich ważniaków z F.B.I. Choć na koniec
        samolotu to pogadamy. A pani niech pójdzie po jakąś panienkę w niebieskim
        mundurku. Będziemy tam. - John wskazał miejsce przy kiblu i chowając terapeutę
        przedstawił w skrócie tok wydarzeń poprzedzających to spotkanie.
        Była 10 : 12 następnego ranka, kiedy John plując pestkami z wiśni na werandzie
        swojego domu oczekiwał przyjazdu listonosza. Ten trochę się spóźniał, ale
        Johnowi to nie przeszkadzało. Pluł sobie, a to celując do ptaszków, a to do
        innych stworzeń. Nie robił im krzywdy, chociaż gdy je trafiał niektóre jakiś
        czas nie mogły się podnieść z ziemi. Obecny listonosz był murzynem i nazywał
        się Luis Lee Jerry. Był sympatyczny i przemieszczał się od domu do domu
        dosiadając skutera. John właśnie usłyszał burczenie silnika i wybuchy z rury
        wydechowej jednośladu Luisa. Nagle uświadomił sobie, że dwóch poprzednich
        listonoszy też miało na imię Luis i obaj nie żyją. Pierwszy umarł na zawał, gdy
        bandziory odcinali mu rękę piłką do metalu, drugi podobno spadł z roweru.
        Trzeci pracował tu od trzech miesięcy i jak na razie nic go jeszcze nie
        spotkało złego.
        Była 10 :21 gdy John pożegnał Luisa Lee Jerrego i przeczytał telegram z
        Agencji. Czekało go kolejne zadanie. Wchodząc do domu John odwrócił się w
        stroną oddalającego się listonosza.
        - Ciekawe kiedy kojtnie? - Powiedział po cichu i wszedł do domu zamykając za
        sobą drzwi.

        Aric van der Matak
    • aric Part VIII: Zakleta w miskę 09.08.02, 08:22
      Była 8 : 23 gdy w czasie śniadania John beknął. Ranek był już w pełni okazały i
      czas było kończyć kakao i maślane bułeczki. John siedząc przy stole w mlecznym
      barze na rogu ulic, czekał na spotkanie z uroczą Fioną Sarenką. Johnowi zawsze
      zdawało się, że to nazwisko jest cokolwiek dziwne. Bardzo często, nie wiedząc
      czemu chichotał myśląc o Sarence. Sarenkę znał już od trzech lat. Ich znajomość
      była zupełnie inna niż z Aliną Czieriepskoją. Z Fioną John spróbował spółkować
      tylko raz, ale okazało się to totalnym niewypałem. Nie to żeby nie było im
      dobrze, ale po stosunku John stwierdził, że należy zaprzestać kontynuowania
      kolejnych przygód łóżkowych, bo Sarenka wyglądała jak trzynastoletnia
      dziewczynka chociaż miała prawie trzydziestkę. Fiona Sarenka mierzyła 151 cm i
      ważyła 38 kg. Była bardzo ładniutka, ale tak drobniutka, że John w czasie tej
      jednej nocy musiał być delikatniejszy niż najdelikatniejszy z delikatnych.
      Jeden fałszywy i nieprzemyślany ruch mógł pozbawić oddechu biedną kruszynkę,
      lub co najmniej coś jej złamać. Chociaż w łóżku Sarenka była prawdziwym
      szatanem, to jednak czuwanie podczas stosunku nie było niczym przyjemnym. I tak
      oto Fiona była jedyną, którą John traktował jako przyjaciela i współpracownika,
      a nie jak obiekt przeznaczony do kopulacji. Te słowa mogłyby niektórych urazić,
      ale John nie mógł nic poradzić, taką miał pracę i na takie traktowanie kobiet
      mógł sobie pozwolić, trwałe związki nie miały prawa wejść w rachubę. John
      poznał Fionę podczas jej pierwszej akcji dla Agencji. Uratował jej życie
      wynosząc z płonącej rzeźni, którą miała wysadzić w powietrze. Była to siedziba
      superultramaks lewicowej organizacji wyzwolenia żywiących się tylko warzywami.
      Rzeźnia stanowiła doskonałą przykrywkę, bo kto by ich o takie coś podejrzewał.
      A jednak John ich przejrzał, a Fiona miała ich wysadzić w powietrze. Zanim
      jednak zdążyła uciec dorwali ją i przestrzelili jej nogę, a John ich wszystkich
      zabił i uratował biedną Sarenkę. Fiona Sarenka i tym razem była potrzebna
      Johnowi do wysadzenia pewnego obiektu, a raczej obiektów. Tym razem mieli
      narobić fajerwerków w wesołym miasteczku.
      Była 8 : 49 gdy w drzwiach lokalu ukazała się Fiona Sarenka. John podniósł
      głowę z nad jakiegoś czasopisma i uśmiechnął się do swojej przyjaciółki.
      Wyglądała zupełnie jak ostatnio, kiedy ją widział. Nie posunęła się ani
      odrobinkę. John krótki czas zastanawiał się czy w ogóle ujrzy ją kiedyś starszą
      o parę lat.
      - Witaj Sarenko, jak zawsze widzieć ciebie to radość dla mych oczu. -
      Szarmancko zagadał John wstając z ławy. - Niech cię uściskam.
      - A już ci ściskać. Nie waż się, bo mogę ucierpieć. - Odpowiedziała całując
      zaraz potem schylonego Johna w usta. - Wiesz, że wszelakie uściski z tobą mogą
      się skończyć dla mnie niedobrymi skutkami. No ale mów co u ciebie słychać, nie
      widziałam cię już chyba z pół roku.
      - Trochę zabijałem, trochę się bawiłem, no wiesz jak to jest z nami agentami. -
      John nie lubił nigdy zdradzać szczegółów swojego życia codziennego. Teraz
      jednak nie było miejsca nawet na zarys tego, co John mógłby opowiedzieć Fionie.
      Czas naglił. Przed wieczorem musieli załatwić sprawę. John, chociaż znał się
      trochę na materiałach wybuchowych to jednak w tej kwestii nie dorastał swojej
      towarzyszce do pięt.
      - Poprosiłem cię o pomoc bo wiem, że jesteś najlepsza w swoim fachu. Ale
      chodźmy już do mnie. Wszystko wyjaśnię ci po drodze. - To powiedziawszy John
      wstał i biorąc Sarenkę za rękę pociągnął w kierunku hoteliku po drugiej stronie
      ulicy. Idąc tak wyglądali jak tatuś z córunią. To był całkiem niezły kamuflaż,
      chociaż John nie zwracał na to uwagi. Nie wiedział także, że Fiona Sarenka była
      obserwowana przez złych czających się w przeróżnych miejscach. John natomiast
      zaczął wyjaśniać o co chodzi.
      - Jakiś czas temu z pewnego miasteczka na zachodnim wybrzeżu skradziono coś, co
      nie może ujrzeć światła dziennego. Wiem tylko, że tymi bandytami są ludzie z
      wesołego miasteczka i dzisiaj nastąpi przekazanie tego czegoś innym ludziom,
      zapewne agentom jakiegoś obcego wywiadu. Tego wieczoru miasteczko będzie
      zamknięte, a my mamy ich usmażyć i ma to wyglądać na niewinny wypadek przy
      pracy. Chodź pokażę ci co konkretnie masz zrobić. - I tak oto John wchodząc do
      swojego pokoju przedstawił Fionie co, gdzie, kiedy i jak należy się tym zająć.
      Następnie Fiona zaproponowała, że Johna popieści, gdy ten będzie spokojnie
      leżał na plecach. Johnowi na początku się nie spodobał ten pomysł, ale po kilku
      całuskach zmiękł jak należy i „malutka” zabrała się do zabawy muskularnym
      ciałem Johna. Cały czas jednak, gdy John tak sobie leżał zdawało mu się, że coś
      jest nie tak. Pierwszy raz Sarenka zaproponowała mu intymne igraszki, ale tym
      razem John okazał się zwykłym samcem i jego instynkt mało co by go nie zawiódł.
      W ostatniej chwili się zorientował, że za drzwiami czai się niebezpieczeństwo.
      Momentalnie sięgnął po terapeutę, jednak za późno by zapobiec temu co się
      zdarzyło. Dziewczyna pieszcząca w tym czasie brzuch Johna była wolniejsza i
      przyjęła na plecy kulę z kolta człowieka, który wtargnął do pokoju jako
      pierwszy. Przypadek uratował Johna, lecz zaszkodził Fionie. John z wyraźną
      furią na twarzy, bez szczypty litości zabił człowieka z koltem, przekoziołkował
      się za łóżko, wyskoczył w górę i łapiąc się żyrandola lewą ręką zostawił pole
      do działania terapeucie trzymanemu w prawej. Zupełnie zaskoczeni nieznajomi
      nawet nie zdążyli podnieść swojej broni w górę, gdy sypnął w nich grad ołowiu.
      Padli głucho na swojego przyjaciela, rzężąc jedynie i tępo wpatrując się w
      twarz Johna. Nagle żyrandol się urwał, ale John już w pełni skoncentrowany,
      chociaż bez majtek wylądował miękko na podłodze z lampkami w ręku. Cisnął
      iskrzący przedmiot w kąt, podbiegł do drzwi i sprawdził czy pierwszy wystrzał
      niegrzecznego intruza narobił hałasu. Na korytarzu nie było żywej duszy.
      Pośpiesznie przesunął ciała trzech trupów i zamknąwszy drzwi podbiegł do
      leżącej dziewczyny. Podniósł jej delikatną główkę i patrząc na krew cieknącą
      jej z ust usłyszał:
      - To moja wina, nie miałam wyjścia. - Fiona zemdlała, a John sprawdził jak
      poważnie jest ranna. Po krótkich oględzinach okazało się, że nie jest tak źle.
      Kula przebiła łopatkę i przeszła na wylot pod obojczykiem, nie uszkadzają płuc
      ani ważnej tętnicy. John pośpiesznie się ubrał i nie minęło kilkanaście sekund,
      a wiózł ją owiniętą w prześcieradło do szpitala.
      Była 13 : 21 i John siedząc w samochodzie nawet nie miał chwili czasu, aby
      pomyśleć co z pogodą. A pogoda był następująca: było parno i zanosiło się na
      burzę z piorunami. Johna interesowało jedynie to, że musi sobie dać radę sam,
      jednak nie będzie to już niewinny wypadek. John wybije skurwieli do nogi i
      wysadzi w powietrze wszystko co będzie przypominało karuzelę czy też inne
      pieprzone gabinety śmiechu. Nikt nie będzie krzywdził jego przyjaciół. Nawet
      jeżeli Fiona Sarenka była przynętą na Johna to nie powinno stać się jej nic
      złego. John postanowił, że zemści się krwawo, a następnie dowie się dlaczego
      jego przyjaciółka uczyniła coś tak niemiłego Johnowi.
      Była 21 : 16 i Johnowi mijały minuty na oczekiwaniu odpowiedniej chwili. Burza
      rozszaleć się miała za dwie minuty. W oddali waliły pioruny i zaczynał zrywać
      się porywisty wiatr. John założył ładunki w całym pieprzonym wesołym miasteczku
      i przyczajony za karuzelą z konikami czekał aż przyjadą odbiorcy towaru. John
      sprawdził czy terapeuta jest przygotowany do udzielenia kilku porad. Już się
      trochę rozgrzał mając do czynienia z dwoma osiłkami pilnującymi przy
      ogrodzeniu. Na szczęście nie mieli oni krótkofalówek i nikt się nie dowie o ich
      zniknięciu. Partacze nie strażnicy. Zaczynało kropić, a pioruny waliły coraz
      bliżej i bliżej. John nagle pomyślał, że nic lepszego nie mogło mu się
      przytrafić. Zważywszy dzisiejsze niepowodzenia to był prawdziwy cud. John
      szybko
      • aric Part VIII: Zakleta w miskę cd 09.08.02, 08:24
        John szybko obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, jak długo będzie trwał
        atak piorunów nad miastem. Okazało się po uwzględnieniu siły wiatru,
        częstotliwości walenia i wysokości chmur nad ziemią, że aby zakończyć akcję
        musi mu wystarczyć sześć minut i dwadzieścia sekund od tej chwili. John
        spojrzał na zegarek, była 21 : 21. Jeżeli odbiorcy nie przyjdą za cztery minuty
        trzeba będzie zacząć działać i zabić tylko winnych grabieży ściśle tajnego
        mienia państwowego. No cóż, jak zwykle Johnowi dopisało szczęście i po trzech
        minutach zjawiła się czarna limuzyna. Wysiadł z niej gruby ważniak w
        towarzystwie trzech ochroniarzy. John zaczął działać, a od tej chwili
        wydarzenia potoczą się momentalnie. W strugach ulewnego deszczu i hałasie
        piorunów, mimo światła błyskawic, John skradał się w kierunku czarnej limuzyny.
        Stanął grzecznie przy drzwiczkach po stronie kierowcy i pewny, że kierowca w
        tych ciemnościach i huku lejącego deszczu nie mógł go, ani dostrzec, ani
        usłyszeć czekał na błyskawicę, która nie pozwoli mu chybić oświetlając postać
        kierowcy. Czekał niespełna dwie sekundy. Po załatwieniu sprawy wywlókł ciało
        nieboszczyka z auta i sprawdził czy w stacyjce są kluczyki. Były. Czas było
        działać dalej, jak to mówią apetyt rośnie w miarę jedzenia, a John był głodny
        jak siedemnaście stad wilków, które nie jadły od siedemnastu dni. Gdy dotarł do
        budynku, w którym miała być załatwiona sprawa transferu najpierw zajął się
        łażącymi jak pętaki bez domów strażnikami. Oni by mieli powstrzymać Johna,
        śmiech ogarnia człowieka na sam ich widok. Trzy strzały w patrzały i terapeuta
        zakończył leczenie oczu u strażników. Teraz powinni widzieć ciemność i oto
        właśnie chodziło. John zajrzał ostrożnie przez okienko. W środku, na przeciwko
        grubego gościa siedział jakiś łachmaniarz. Oprócz nich było tam jeszcze ośmiu
        innych facetów, trzech z obstawy grubego i pięciu obdartusów z wesołego
        miasteczka.
        - Nie ma na co czekać. Zostało półtorej minuty. - John zwykł gadać do siebie
        poprzedzając swoje mordercze zamiary. To mu sprawiało zarówno przyjemność jak i
        dodawało wigoru. - Czeka was panowie porada u mojego przyjaciela. - Zażartował
        John przy rozwalaniu kopniakiem drzwi wejściowych. Cała akcja trwała pięć
        sekund. Ci, którzy nie umarli od razu, wyzionęli ducha próbując dobyć broni zza
        spodni lub marynarek. Tylko jeden człowiek pozostał przy życiu, ale nie na
        długo. John przyłożył mu lufę do głowy i szepnął czule do ucha.
        - Co macie na Fionę Sarenkę?
        - Mamy jej matkę. Nie strzelaj, powiem wszystko. - Gruby zaczął się pocić i nie
        tylko. Zaczęło śmierdzieć moczem, co mogło oznaczać tylko jedno.
        - Gdzie ją trzymacie?
        - L.A., Hotel „Misio”. Pokój 15. - Jak tylko skończył, jego mózg znalazł się na
        stole i niechcący pobrudził tajne suweniry. John spojrzał co znajduje się w
        czarnej walizeczce.
        - Duże, darmowe pieniążki, fajnie kurnia. - Zauważył z zadowoleniem i zanim
        schował grubą kopertę z napisem „ŚCIŚLE TAJNE”, jego wzrok przykuł
        napis „Zaklęta w miskę”.
        - Ci idioci nigdy nie potrafili wymyślić porządnej nazwy. - John zamknął
        teczkę, spojrzał na zegarek, pozostało czterdzieści pięć sekund. Jak na razie
        nic na dworze się nie zmieniło. John wsiadł do limuzyny, zapalił silnik i
        ruszył. Wyjął z kieszeni detonator i cierpliwie czekał na uderzenie pioruna.
        - No kochanieńki, pierdolnął byś prędziutko. Tatuś czeka. - Tatuś długo nie
        musiał czekać. Nie minęły cztery sekundy, a huknęło niezgorsza i to w pobliżu
        wesołego miasteczka. John włączył detonator. Płomienie buchnęły na dwadzieścia
        metrów w górę. John poczuł jak podmuch lekko zarzucił autem. Zadanie było
        wykonane. John natychmiast pojechał do szpitala dowiedzieć się więcej
        szczegółów od Fiony Sarenki. Nie mógł zostawić przyjaciela w opałach i jeszcze
        tej nocy musiał polecieć na zachodnie wybrzeże.
        Była 11 : 03 kiedy John w towarzystwie uroczej, starszej pani Sarenki opuszczał
        hotel „Misio”. Odwiózł ją na lotnisko, opowiadając co się stało. John stojąc
        samotnie na chodniku, pożegnawszy matkę Fiony, zastanawiał się czy słusznie
        postąpił urządzając masakrę nie dowiedziawszy się kto za tym stoi. Ale cóż, nie
        każdy jest doskonały, nawet John ma swoje wady. Dzisiaj na przykład pozwolił,
        aby emocje wzięły górę nad zdrowym rozsądkiem aż dwa razy. W sumie jednak
        wszystko się dobrze skończyło. John odesłał kopertę do Agencji, a pieniążki
        postanowił wydać na nowe drzewka wiśniowe i poprawki w systemie obronnym
        swojego obejścia.

        Aric van der Matak
    • aric W związku z tym, że przez łikend... 09.08.02, 14:38
      Będę nieobecny, ok 15.30 wrzucę Part IX, i życzę miłej zabawy, zarówno na forum
      jak i nie na forum.
    • aric Part IX: Zielone bagnisko 09.08.02, 15:42
      Była 20 : 24 i strasznie nieprzyjemnie. Jesień zbliżała się olbrzymimi krokami,
      coraz bardziej dając się we znaki Johnowi. John nie znosił tej pory roku,
      ciągle lało i wiał niezbyt przyjazny wiaterek. Po zrobieniu odpowiednich
      przetworów z wiśni John myślał tylko o wyjeździe gdzieś w cieplejsze strony.
      Nie domyślał się nawet co będzie jutro, wiedział tylko, że ma być w południe w
      Agencji. Był już spakowany do drogi i stał obserwując swój dom z uczuciem, że
      nigdy więcej go nie ujrzy. Takie uczucie czasem nawiedzało Johna, ale pierwszy
      raz z takim natężeniem. Wiadomym jednak jest, że nic złego Johnowej chatce się
      nie przydarzy, bo takiej możliwości po prostu nie ma. Po krótkiej chwili zadumy
      westchnął głęboko żegnając się w ten sposób z ukochanym gniazdkiem i
      załadowawszy bagaże do kufrów, ruszył z buksem tylnego koła na Harleyu w stronę
      swojego przeznaczenia.
      Była 12 : 00 gdy John stawił się by wysłuchać co tym razem go czeka. Nie był
      zadowolony z tego, co mu zlecono. Wieczorem miał lecieć na Półwysep Jukatan, by
      odszukać rozbitków z samolotu prezydenckiego. Dwie wysłane ekipy nie wróciły do
      domu. Zanim jednak spotkała ich zagłada zdążyli przekazać informacje na temat
      panującej tam sytuacji. Nie znaleźli ciał rodziny prezydenckiej w promieniu
      pięciu kilometrów od szczątków samolotu. Założono więc, że żyją. Jeżeli chodzi
      o wysłanych na pomoc ratowników to ci prawdopodobnie mieli mniej szczęścia.
      Pewne źródła mówią, że prezydent z córką i żoną wpadli w łapy partyzantów z
      radykalnego ugrupowania walczącego o wolność i swobodę życia w dżungli. Mówiąc
      prosto trzeba ich odnaleźć i odbić głowę państwa, ciekawe jak daleko by
      poleciała. Mały żarcik dla rozluźnienia atmosfery. John jutro z samego rana
      miał być na miejscu. Dostać się miał helikopterem na plażę skąd po przejściu
      dwóch kilometrów na południowy zachód miał dotrzeć na miejsce wypadku.
      Była 6 : 45 kiedy John wylądował w wodzie z ekwipunkiem na plecach. Przepłynął
      żabką 532 metry i wypełzł na plażę. Słońce przygrzewało porządnie susząc
      ubranko Johna, gdy ten wyciągnął się na plaży, bo tak właśnie chciał. Nagle
      usłyszał trzask odbezpieczanego M16 i momentalnie, rzucając piachem dla
      odwrócenia uwagi obcego, sięgnął po terapeutę. Już miał wypalić z grubej rury,
      ale nie wypalił. Poznał człowieka, który stał gotowy do strzału pięć metrów od
      niego.
      - Spokojnie. - Zaczął mężczyzna. - Jestem po twojej stronie. - Był to Stewe
      Blade z Agencji. John widywał go niekiedy w pracy, jednak nigdy nie miał okazji
      z nim rozmawiać. Prawdę mówiąc to John rozmawiał w Agencji tylko z trzema
      osobami, nie licząc szefowej. Jedną z nich była Fiona, a pozostałe dwie to
      woźny i pani w białym fartuszku. Z woźnym rozmowa wyglądała następująco:
      - Potrzebny panu papier? - Spytał woźny siedzącego na sedesie Johna.
      - Nie dziękuje, jeszcze trochę jest. - Odparł John woźnemu, który zaskoczył go
      w kiblu przed wyjściem z Agencji.
      Z panią w białym fartuszku rozmowa wyglądała następująco:
      - Kakao i bułkę maślaną. - Powiedział John, gdy pani w białym fartuszku spytała
      co podać. Po pięciu minutach John zostawił pięć baksów na stoliku i wyszedł z
      bufetu, by zabić kilku złych.
      Wracając do Stewe’a Blade to zawsze zastanawiało Johna dlaczego go
      przezywają „Kataryniarz”. Oczywiście nie omieszkał zadać tego pytania.
      - Cześć Stewe, jestem John. - Powiedział John wstając z piachu. - Dlaczego cię
      nazywają „Kataryniarz”?
      - Bo często lubię powtarzać różne rzeczy po kilkadziesiąt razy, a propos, dużo
      słyszałem o tobie. Podobno jesteś najlepszy, a poza tym słyszałem, że masz
      parowóz w gaciach. - John puścił te słowa mimo uszu i w sumie radosny, że
      będzie miał towarzysza przybił piątkę z kumplem z Agencji i razem, ułożywszy
      się na piasku, postanowili trochę poleżeć i obgadać obecny stan rzeczy.
      Pierwszy zaczął Stewe:
      - Wiem gdzie ich trzymają, a propos słyszałem, że masz parowóz w gaciach.
      - Ano chyba mam, skoro tak twierdzisz. - Odparł spokojnie John. Właśnie się w
      pełni dowiedział co oznacza ksywka Stewe’a. - Ruszamy za 20 minut.
      John zamyślił się i myślał przez dziewiętnaście minut.
      Była 8 : 00 kiedy John wstał i ruszył za Stewem w „zielone bagnisko” jak zwykł
      mawiać o dżungli. Czekało ich bite dziesięć godzin marszu przez nieprzebyte
      chaszcze. Idąc tak, z maczetą w ręku i pocąc się jak trzynaście tłustych świń w
      sprincie, John dowiedział się kilku istotnych spraw o tym co się wydarzyło.
      Przy okazji usłyszał także ze dwadzieścia razy, że ma parowóz w gaciach.
      Chociaż Stewe był trochę denerwujący to trzeba przyznać, że w obecnej sytuacji
      radził sobie lepiej od Johna. W czasie pogawędki wyszło na jaw, że Stewe to
      niezły sukinsyn spod ciemnej gwiazdy. Miał na koncie wiele istnień ludzkich
      choć wiadomo było, że zabijał w imię sprawiedliwości. Był podobny do Johna,
      tylko strasznie dużo gadał. Ciągle gadał i gadał bez składu. Opowiedział
      Johnowi cały swój życiorys i z tuzin historyjek bez kompletnego pojęcia, lecz w
      siódmej godzinie i trzydziestej piątej minucie swojego maratonu słownego nagle
      umilkł i odwróciwszy się za siebie szepnął:
      - Trzydzieści metrów na południe idzie w naszą stronę trzech skurwieli. - John
      zamarł przykucnął i zamarł bez ruchu. Po chwili porozumieli się ze sobą za
      pomocą znaków, których nigdy nie mogłem zrozumieć i wszczęli okrążenie. Stewe
      poszedł naprzód, a John się cofnął. Usłyszał skurwieli dopiero po trzech
      minutach, kiedy przyczajony zobaczył ich, jak szli wydeptaną ścieżką, ciekawe
      skąd się wzięła ścieżka w dżungli.
      Była 15 : 40 gdy John przyczajony, widział skurwieli jak idą ścieżką w dżungli,
      która niewiadomo skąd się wzięła. Miał czekać na Stewe’a. Trzech facetów z
      zielonych niby mundurach z kałachami przewieszonymi przez ramię wędrowali na
      północ, beztrosko gaworząc po hiszpańsku o niezliczonych ilościach panienek,
      które rzekomo w swoim życiu tryknęli. John pomyślał, że nawet jeżeli mówią oni
      prawdę, to i tak już nie będą mieli okazji nic ruchnąć. Skurwiele byli już o
      pięć metrów od kryjówki Johna, gdy w sekundę po strzale jeden z nich legł na
      glebę z rozpołowioną czaszką. Pozostali padli na ziemię i odbezpieczywszy swoje
      AK-47, po czym wywalali magazynki w kierunku Stewa, którego już tam nie było.
      Na taki obrót spraw czekał John. Po cichutku wyłonił się z krzaczków i
      wycelował.
      - Cześć, jestem John. - Nim dwóch leżących zdążyło ujrzeć Johnowe oblicze, dwa
      pociągnięcia za cyngiel skończyły sprawę trzech skurwieli. - A to jest mój
      przyjaciel terapeuta. - Dodał John i zdmuchnął dumek znad rozgrzanego tłumika
      jak prawdziwy twardziel, bez mrugnięcia oka. Nim zdążył schować terapeutę do
      kabury pojawił się Stewe.
      - Dobrana z nas para, nie uważasz? - Rzekł Blade z miną jakby właśnie zjadł
      lizaka. I nim John cokolwiek powiedział, dodał. - A propos słyszałem, że masz
      parowóz w gaciach.
      - Trzeba ruszać. - Stwierdził John, a słysząc po raz czterdziesty drugi te
      słowa zaczynał czuć cokolwiek dziwnie.
      Była 17 : 37 i cięły komary. John utłukł ze trzydzieści i podśpiewując pod
      nosem splunął przez lewe ramię. Miał cichą nadzieję, że niedługo będzie po
      wszystkim. Stewe szedł o dwadzieścia metrów z przodu. Miał lepszy słuch od
      Johna więc postanowili (naprawdę to John postanowił, by dłużej nie słuchać
      opowieści „Kataryniarza”), że będą szli ścieżką w pewnym odstępie. Prawie przez
      trzy godziny nie usłyszał żadnego słowa oprócz tych, które wypowiadał do
      siebie. A słowa te były bardzo tendencyjne. Jedno uderzenie w szyję by utłuc
      moskita i „Mam cię pieprzony wałachu” lub strzał w czoło i „Giń kurwa krwiopiju
      walony”. Wypowiadając ostatnią z sentencji po ukatrupieniu komara, John poczuł
      niespodzianie zapach spalenizny. Przystanął i zaczął niuchać. Gdy tak sobie
      niuchał zastanawiając się nad źródłem swądu, znienacka pojawił
      się „Kataryniarz” i przy p
      • aric Part IX: Zielone bagnisko cd 09.08.02, 15:46
        Gdy tak sobie niuchał zastanawiając się nad źródłem swądu, znienacka pojawił
        się „Kataryniarz” i przy pomocy magicznych sygnałów przekazał wieści z czoła
        pochodu. John ze Stewem przykucnęli i zaczęli obmyślać misterny plan super
        akcji. Przeprowadzona zostanie ona po zapadnięciu zmroku, o godzinie 21 : 00.
        John nakazał zsynchronizowanie zegarków i po przybiciu piątki
        z „Kataryniarzem”, odchodząc w kierunku swojego stanowiska bojowego, którego
        jeszcze nie miał, usłyszał:
        - Powodzenia kumplu. - Potem dobiegły do uszu Johna słowa nawiązujące do jego
        gaci i parowozu, lecz John już nie zwracał na to najmniejszej uwagi. Brnął
        przez „zielone bagnisko” nie powodując najmniejszego szmeru. Po przejściu
        trzydziestu dziewięciu metrów przed jego oczami pojawiła się całkiem okazała
        osadka. John zaczaiwszy się za tropikalnymi zaroślami obserwował teren
        przyszłej super akcji, jednak coś tutaj nie było w porządku. John wyciągnął
        lornetkę z plecaka i przyłożył do gałek ocznych. Wyostrzył obraz i osłupiał. Od
        tej chwili wydarzenia mogłyby się potoczyć momentalnie, lecz się nie potoczą.
        Na ziemi leżało przynajmniej trzydzieści ciał z ogromnymi dziurami w głowie lub
        bebechach. Nawet John, robiąc czasem porządki nie zostawiał takiego bałaganu,
        co nasunęło prosty wniosek, że tego czynu dokonała grupa jakiś niezbyt
        zorganizowanych łachmaniarzy. Nie czekając na wyznaczoną godzinę, John dobył
        terapeuty, zostawił plecak i czając się niczym puma czmychnął w kierunku obozu.
        Pierwszego martwego osobnika płci męskiej znalazł przy śmierdzącym odchodami
        domku. Biedak nie miał nawet czasu podciągnąć gaci, a już nie żył, a nie żył od
        ponad 36 godzin. Johnowi coś tu nie pasowało. To się wydarzyło... John zaczął
        liczyć, a liczyć umiał całkiem nieźle, i używając tej zdolności postanowił
        odtworzyć ciąg wypadków, które doprowadziły do obecnej sytuacji. Prezydencki
        samolot spadł z nieba, John spojrzał na zegarek, była 18 : 24, ok. 45 godzin
        temu. Pierwsze grupy ratunkowe wylądowały po pięciu godzinach i po przekazaniu
        stamtąd wieści zaginęły bez śladu. Stewe musiał wylądować przed Johnem jakieś
        30 godzin, co by dawało mu czas na zlokalizowanie obozu i powrót na plażę i z
        powrotem, jeżeli bardzo by się spieszył. To by się całkiem kupy trzymało, gdyby
        nie tych trzech włóczęgów z kałachami na ścieżce.
        - Co za gówniany pieprznik. - Mruknął zdegustowany John. Ciągle z gotowym do
        akcji terapeutą zaczął przeszukiwać cmentarzysko. Naliczył czterdzieści osiem
        osób w mundurach i czworo cywilów. Cała rodzina prezydencka była zimna jak
        sodowa z saturatora.
        - Szkoda kurwa. - John zasmucił się, że naród amerykański stracił głowę państwa
        lecz na niezbyt długo. - Nie dla mnie taka robota. Trzeba do domu. - John
        skierował się w stronę stanowiska Stewa. Spotkał go, gdy ten stał otępiały nad
        ciałem ślicznej latynoski w mundurze. Chociaż brakowało jej oka to i tak
        wyglądała całkiem przyjemnie.
        - Kurwa John. - Zaklął Stewe.
        - Kurwa Stewe. - Zawtórował mu John. - Spadamy stąd. Tam leży rodzina
        prezydencka. Co za burdel. Kurwa Stewe.
        - Kurwa John. - Ponowił bluźnierczą debatę Stewe. - Masz rację, trzeba iść. O
        ile pamiętam rano mamy transport do domu, więc czeka nas nocna wędrówka przez
        te chaszcze, ależ ja się kurwa dziś nachodzę.
        Była 5 : 30 następnego dnia, gdy John ze Stewem wylegli na piach. Waliły
        ryczące trójki powodując nieustannie pojawianie się ogromnych bałwanów. Co
        prawda świeciło słońce, ale również wiał zimny wiatr. Jakieś 200 metrów na
        zachód czekał na nich helikopter. Plaża była szeroka więc bałwany nie zagrażały
        maszynie. Chłopaki ruszyli w wiadomym kierunku.
        Była 13 : 24 gdy John żegnał się ze Stewem. Podali sobie ręce i rozstali w
        pokoju.
        - Hej John! - Zawołał po trzech sekundach „Kataryniarz” w stronę oddalającej
        się kupy mięśni w postaci Johna. John przystanął i choć wiedział już o co
        chodzi, odwrócił się. I tak oto, chodź nie miał na to ochoty, uśmiechnął się
        grzecznie i jak prawdziwy mężczyzna przyjął znajomy komplement. Po raz 143
        usłyszał: - A propos słyszałem, że masz parowóz w gaciach.

        Aric van der Matak
    • aric Part X: Wsztystkiemu winna kocia kupa 12.08.02, 10:06
      Była 11 : 21 kiedy to wszystko się zaczęło. Pogoda za oknem wagonu kolejowego
      była paskudna. Zimno, ponuro i w ogóle jakoś tak przebrzydle. Minął tydzień od
      zaprzysiężenia wiceprezydenta na głowę państwa. Kraj szybko otrząsnął się z
      żałoby, a John dalej wykonywał to co umiał najlepiej, czyli zabijał i takie
      tam... Właśnie wracał po wykonaniu kolejnego zlecenia. To było chirurgiczne
      cięcie. Terapeuta nie napracował się zbytnio, przepisując
      ołowiane „pastyleczki”. Jeden pan był chory i zażył lekarstewko, po czym
      skończyły się jego dolegliwości, pozostało tylko lekkie krwawienie. Pociąg,
      którym John wracał do domu zmierzał w kierunku Chicago. Tam, po drodze John
      musiał coś jeszcze załatwić. Nic specjalnego, był umówiony w sprawie części do
      Harleya. Tak więc była 11 : 21 gdy John przechadzając się w stronę wagonu
      restauracyjnego wdepnął w kocią kupę. Nic wielkiego, kocia kupa, ale kocia kupa
      w pędzącym 200 kilometrów na godzinę pociągu nie wróżyła nic dobrego. Skąd się
      wzięła? Jak można było przeoczyć kocią kupę? John z obrzydzeniem wytarł buta o
      ścianę i złapał się za głowę dokonawszy tego czynu.
      - Ale ze mnie fleja. - Zauważył i szybko zbiegł ze śmierdzącą kocią kupą na
      bucie z miejsca zbrodni. Bacznie obserwował przy tym, czy nikt nie obserwuje
      jego, teren był czysty. John starając pozbyć się smrodu z lewego buta nagle
      wdepnął w kocią kupę butem prawym.
      - Co jest kurnia? Kolejna kocia kupa w pociągu? Tego już za wiele. - John
      postanowił natychmiast udać się do łazienki, a następnie do konduktora
      odpowiedzialnego za wagon, w którym obecnie znajdowały się kocie kupy. Jak
      postanowił tak też uczynił. Zmył z obrzydzeniem okrutnym śmierdzącą paskudę z
      butów poprykując z cicha dla zabicia odoru i pośpiesznie opuścił łazienkę. Już
      miał zrobić krok, już miał stąpnąć, ale w ostatniej chwili zauważył co?
      Oczywiście kocią kupę. Tego było już o wiele za wiele. Natychmiast skierował
      się do pokoju konduktora szczególnie bacząc pod nogi. Po drodze zauważył
      jeszcze trzy śmierdzące pułapki, a stanąwszy przed docelowym pomieszczeniem
      wtargnął doń natychmiast. To co zobaczył było niesamowite. Stara baba w
      mundurku i cztery koty, dwa rude, jeden czarny i jeden zielony.
      - Dlaczego ten kot jest zielony? - Spytał John o to co go najbardziej
      zaintrygowało po krótkiej obserwacji ciasnej kanciapy, a starsza pani ze
      smutkiem w oczach odpowiedziała:
      - Dzieciaki go sprayem pomazały. - Żal się zrobiło Johnowi babci więc nic
      więcej nie powiedział, wyszedł, zamknął za sobą drzwi i poszedł w kierunku
      restauracyjnego.
      Dochodziło południe, gdy John niecałkowicie oczyszczony wszedł do wagonu z
      jedzonkiem i płynami rozweselającymi. Wytężał wzrok, ale nigdzie nie mógł
      dojrzeć wolnego miejsca, na którym mógłby przycupnąć i strzelić kilka lufek.
      Nagle jedno miejsce się zwolniło i John czym prędzej podążył w owym kierunku.
      Wolne miejsce znajdowało się obok skośnookiego mężczyzny. John poznał od razu,
      że ma do czynienia z chińskim karateką więc podszedł i zapytał:
      - Cing feng su meng? - Co znaczyło w dialekcie kantońskim nie inaczej jak: Czy
      to miejsce jest wolne? Chociaż mogło także znaczyć: Czy lubisz trzepać pod
      stołem? John często się mylił wypowiadając sekwencję po chińsku, bo się dopiero
      uczył.
      - Hai. - Odpowiedział twierdząco przeciętnego wyglądu ryżojad. John jednak nie
      wiedział, na które pytanie uzyskał odpowiedź, ale skośnooki odpowiedział po
      angielsku: - To miejsce nie jest zajęte i miło mi będzie zjeść w towarzystwie
      człowieka tak dowcipnego jak pan. Poza tym mam przepiękną żonę i nie potrzebuję
      sobie dogadzać w obecności mebli.
      Johnowi poczerwieniała twarz i skleił prawidłową cegiełkę. Dawno się tak nie
      zawstydził. Już miał wypowiedzieć sekwencję w stylu, bardzo mi przykro, ale nim
      otworzył usta, Chińczyk podniósł dłoń i sam zabrał głos.
      - Jestem Hui Cien Ki. - Przedstawił się chiński karateka.
      - John. - Odparł John pozbywszy się buraka z facjaty i ze spokojem dodał: -
      Dopiero się uczę, chciałem trochę przyszpanować, ale chyba się nie popisałem.
      - Szkodzi nic, mnie też nie szło najlepiej z angielskim. Ale siedzę tu już od
      dwunastu lat i chyba całkiem nieźle sobie radzę. - Wtedy John zrozumiał, że
      żółte twarze nie są wcale takie niesympatyczne. Rozmowa, chociaż z początku nie
      kleiła się zbytnio, przebiegała w przyjaznej atmosferze wzajemnego
      zrozumienia. Hui Cien Ki opowiadał Johnowi o tajnikach sztuki walki, ponieważ
      chińscy karatecy to porządne chłopy i John posiadł niemało wiedzy tajemnej.
      Dowiedział się na przykład, jak trzeba skakać na wysokość dziesięciu metrów i
      nie oddychać przez dziesięć minut. Poza tym nauczył się wstrzymywać pracę serca
      i różnych takich tam pierdół potrzebnych w czasie akcji dywersyjnych. Potem
      strzelili kilka dzięciołków i pogwarzyli sobie aż do wieczora. Gdy nastąpił
      pewien szum w głowach obu panów, rozmowa stała się nad podziw rezolutna. Tak
      minęła Johnowi podróż do Chicago. Ale jak można by się spodziewać, w tej
      przygodzie znajdzie się jeszcze miejsce dla kilku ciekawych wydarzeń i John
      będzie musiał borykać się z kilkoma złymi facetami i nie tylko.
      Była 21 : 32 gdy John wracał do przedziału, aby przygotować się do
      wysiądnięcia. Stąpając ostrożniutko co by nie wejść w jakąś zabłąkana kocią
      kupę zmierzał do celu z szumem w łepetynie. Gdy osiągnął cel nie namyślając się
      otworzył drzwiczki i wtoczył się do środka. Choć osłabiony miał refleks, z
      opresji, która go za chwilę nawiedzi, wyjdzie bez najmniejszego zadrapania. Gdy
      tylko zatrzasnął drzwi zza zasłonki wyłonił się kot. Znajomy, zielony kotek. A
      kotek jak nie skoczy i wczepi się pazurkami w klatę Johna. John osłupiał i
      gdyby nie kuloodporna kamizelka osłupienie sparaliżowałoby jego późniejsze
      ruchy.
      - Ty parszywy zielony paszkwilu, ja cię załatwię. - Wrzasnął John i przetrącił
      kolejno zielone łapska paskudnego zwierzęcia. Bestia zawyła niemiłosiernie i
      odczepiła się od poszarpanej koszuli. Spadła na podłogę i po chwili została
      dobita. Chrupnęły lekkie kości i truchło zostało wyrzucone z poruszającego się
      jeszcze pociągu. John błyskawicznie dobył terapeuty i przeszukał przedział,
      pozostali członkowie grupy zielonej bestyji mogli czaić się w zakamarkach. I
      rzeczywiście. Dwa koty zanim zdążyły zaatakować zostały zamroczone lewą pięścią
      i straciły przytomność. Pozbycie się ich nie sprawiło Johnowi większego
      problemu, gdyż spotkał ich los zielonego kompana. Pozostawał czwarty partyzant.
      - Kici, kici kotku, chodź do wujka. Wujek ukatrupi i po krzyku. - Mamrotał John
      przeszukując przedział. Zaskoczenie przyszło od tylca. Ostatni siedział na
      lampie wiszącej nad drzwiami i zaatakował skacząc Johnowi na plecy. Szybka
      reakcja potężnego „wujka” i przygnieciony do ściany futrzak padł natychmiast.
      Mięsko z futerkiem ociekającym krwią powoli osunęło się na wykładzinę. Widok
      był paskudny. John przełknąwszy z obrzydzeniem ślinę, szybko pozbył się ubrania
      wierzchniego i przywdział czyste. Terapeutę ulokował w kaburce i czym prędzej
      opuścił przedział. Została tylko jedna rzecz, pani konduktorka. Lecz jak się za
      chwilę okazało ktoś był szybszy. John znalazł „kocią mamę” martwą przynajmniej
      od trzech godzin. Na jej czole widniał przepisowy szafirek.
      - Harley będzie musiał poczekać na nowe części. Kroi się grubsza rozróba. -
      Powiedział do siebie John, szykując się do wysiadania. Od tej chwili, ale
      tylko na peronie dworca, wydarzenia potoczą się momentalnie.
      Była 22 : 07 i było już ciemno, choć i tak było jasno, gdy John stanął na
      asfaltowym peronie. Niebezpieczeństwo spostrzegł w samą porę. Jakiś idiota ze
      snajperskim karabinem usadowił się na dachu dworca. Był oświetlony jak jasna
      cholera i zginął zanim nacisnął cyngiel. Terapeuta był szybszy niż błyskawica.
      Szlak trafił snajpera. Ten zsunął się z dachu i głuchy huk oznajmił zetknięcie
      z ziemią. Następną łajzą czyhającą na Johna był
      • aric Part X: Wszystkiemu winna kocia kupa cd 12.08.02, 10:09
        Następną łajzą czyhającą na Johna był stojący o metr, wysoki murzyn z kosą.
        Został obezwładniony w pięknym stylu i ze złamaną czarną ręką, wyjąc z bólu
        znalazł się pod kołami pociągu, który właśnie ruszył i dokończył dzieła. Nagle
        wokół Johna zrobiło się jakoś pusto. Nie było żywej duszy. Nieżywa dusza leżała
        natomiast nieopodal wejścia do budynku dworcowego. John powoli z terapeutą w
        pełnej gotowości zbliżył się do truposza.
        - Szczerbaty Henry. - Zagadnął odwracając nogą ciało. - Czy te pajace nigdy się
        nie nauczą?
        Była 22 : 13 gdy John postanowił zniknąć w mroku nocy.
        Była 23 : 02 gdy John postanowił wyłonić się z mroków nocy i zameldował się w
        Hotelu „Kleofas”, niedaleko stacji. Dobre miejsce do przyczajenia się na noc.
        Pryszczaty portier wręczył Johnowi klucze i wskazał pokój. Obskurny hotel nie
        był wymarzonym miejscem odpoczynku i przyprawiał Johna o mdłości. Mdliło go i
        mdliło, aż go zemdliło i rzygnął. Po czym stwierdził, że nie będzie się czaił.
        Zapłacił pryszczatemu za fatygę i złapawszy taksówkę udał się w wytworniejsze
        miejsce. Trochę śmierdział więc pośpiesznie dobył odświeżacza doustnego, o
        fikuśnej nazwie „Pan Miętusek”, z należytą gracja prysnął sobie w otwór gębowy;
        przejechał językiem po zębach, powtórzył cały cykl i schował go do kieszeni.
        Podróż minęła przyjemnie. Noc minęła przyjemnie. Ranek także minął przyjemnie.
        Była 13 : 32 gdy John załatwiał sprawę części z sympatycznym facecikiem o
        krąglutkim brzuszku i brodą do pasa. Zapłacił za nowe części i zadowolony z
        siebie wyszedł ze sklepu. Droga do domu minęła spokojnie. Nie zdarzyło się nic
        niezwykłego. John zastanawiał się tylko dlaczego zaatakowały go cztery koty i z
        jakiego powodu pagibła konduktorka. Szczerbaty Henry też wymagał uważnej
        analizy. Skąd się wziął na dworcu i czemu na niego czyhał. Przecież nic do
        siebie nie mieli, a Henry znał Johna dobrze i wiedział, że nie z Johnem takie
        numery. Tak rozmyślając, John kończył naprawiać swoją maszynę.
        Była 11 : 12 gdy usłyszał nadjeżdżającego listonosza. Luis Lee Jerry odszedł z
        tego świata tydzień temu, zapił się na śmierć po tym, jak zdechł mu koń. Kochał
        tego konia i postanowił utopić smutki w gorzale. Niestety wszystkie smutki
        potopiły się aż nadto, gdy zasnął na wieki. Nowy listonosz poruszał się za
        rolkach bo był młody, a zwał się Luis A. Przybił piątkę z Johnem, wręczył mu
        dwa telegramy i odjechał w siną dal. John policzył, a liczyć umiał całkiem
        nieźle, gdzie znajduje się sina dal i wyszło mu, że daleko, w miejscu gdzie
        kończy się sad wiśniowy. Później przejrzał korespondencję. Jeden telegram był z
        agencji, drugi nie. John jako pierwszy postanowił przeczytać drugi. DZIĘKUJĘ ZA
        POMOC NA DWORCU W CHICAGO STOP DOBRZE CI POSZŁO STOP JAK SIĘ SPOTKAMY WSZYSTKO
        CI OPOWIEM STOP HUI CIEN KI STOP.
        Kilka dni później John dowiedział się o co chodziło. Hui Cien Ki miał na pieńku
        z kilkoma osobnikami i obawiał się pułapki w Chicago. Nim zdążył wysiąść z
        pociągu snajper już nie żył, a czarnuch z kosą nie zdążył go dosięgnąć. John
        okazał się szybszy i załatwił sprawę za przyjaciela.
        - Nim zdążyłem ci podziękować zniknąłeś w mroku nocy. - Kończył opowieść Hui
        Cien Ki. - Mam u ciebie dług do spłacenia i nie zawiodę w potrzebie.
        - Nie wiedziałem, że czają się na ciebie. - Odparł John. Przemilczał jednak
        sprawę szalonych kotów i martwej konduktorki. Całe to zdarzenie było jakby
        trochę nierealne i John nie potrafił odpowiedzieć sobie co się zdarzyło owego
        wieczoru w pociągu na przedmieściach Chicago. Tak na marginesie, to w sumie
        wszystkie przygody Johna są trochę nierealne, więc zastanawia mnie co John
        widzi nierealnego jeżeli sam jest nierealny.
        John dowie się w końcu o co chodziło, a stanie się to rok później w czasie
        spotkania z Aliną Czieriebskoją.
        Była 6 : 15 gdy John rok później dowiedział się, dlaczego konduktorka przestała
        oddychać, a tajemnicze kotki targnęły się na jego życie. Poza tym w czasie
        rozmowy z Aliną, przechadzając się po przepięknej plaży świeciło słoneczko i
        wiał przyjemny, gorący wiaterek.

        Aric van der Matak
    • aric Part XI: Nigdy nie wracaj do miejca swoich urodzin 13.08.02, 10:22
      Była 14 : 23. Czas był nieubłagany i biegł. John przechadzał się alejkami
      cmentarza po pogrzebie matki. Zginęła kilka dni temu w czasie wspinaczki po
      skałkach wapiennych. John często ostrzegał ją, że mając sześćdziesiątkę na
      karku nie należy atakować skałek, ale nie posłuchała i spadła. Na pogrzebie był
      tylko on, ksiądz i dwóch kumpli mamy z klubu wspinaczkowego. John przyjął
      kondolencje i dowiedział się jak matka umarła. Po krótkiej wymianie zdań
      przystąpiono do pochówku.
      Szybko poszło i teraz, otrząsnąwszy się z szoku po utracie najbliższej osoby,
      John szedł odwiedzić grób swoich dziadków ze strony matki. Gdy dotarł na
      miejsce pochówku przodków, przez chwilę się zastanawiał nad przemijaniem czasu.
      Zewsząd wyłaniały się cienie przodków. Ojciec w chwili śmierci, dziadek z
      babcią, gdy John miał 10 lat i przeżył najwspanialsze wakacje w życiu, matka w
      trumnie i wyobrażenia o dziadkach ze strony ojca, których nigdy nie poznał. Z
      tego co wiedział, nie posiadał już żadnej bliskiej rodziny oprócz brata matki,
      wuja Teda. Wujek był trochę stuknięty i nie utrzymywali ze sobą kontaktów
      towarzyskich. Wreszcie John znalazł grobowiec dziadków. Peggy i Sam, bo tak się
      zwali, odeszli 12 lat temu. Padli ofiarą trupiej czaszki i piszczeli. Siedzieli
      sobie spokojnie, a tu korki jak nie wysiądą. Było ciemno, a babcia Johna bała
      się ciemności. Więc dziadek Sam wziął żonę za rękę i poszli naprawić
      bezpieczniki. I oto, tak jak stali w jednej chwili usmażyli się na popiół, gdy
      stary Sam chciał sprawdzić co się dzieje. Tylko tknął bezpiecznika, w tym
      wypadku był to niebezpiecznik, straszne przepięcie nastąpiło i pochowali ich w
      cztery dni później, w miejscu gdzie John zatrzymał się na chwilę, by
      powspominać i zapalić dwie świeczki. Postał sekund kilka i ruszył w kierunku
      wyjścia. John wiedział, że powrót na stare śmieci nie będzie zbyt przyjemny i
      na pochowaniu matki się nie skończy. „Nigdy nie wracaj do miejsca swoich
      narodzin”, ostrzegała matka Johna, „za wielu przyjaciół tu nie masz.” Jednak
      John mimo wszystko wrócił, gdyż wymagała tego chwila. Wyposażony w kamizelkę
      kuloodporną i w towarzystwie terapeuty czuł się prawie bezpiecznie.
      Była 15 : 21 gdy John czuł się prawie bezpiecznie i maszerował dziarsko w
      świetle żółto - żółtawego słoneczka, co mogło oznaczać tylko jedno, nie padał
      deszcz i było przemiło. John postanowił pojechać do mieszkania matki i
      uporządkować kilka zaległych spraw. Wiedział, że musi stawić czoła dawnym
      kolesiom, z którymi dorastał. Nigdy mu nie wybaczyli tego co zrobił kilkanaście
      lat temu i poprzysięgli zemstę, ostrzegając jednocześnie przed powrotem. John
      postawił wtedy jeden warunek, a mianowicie, by dali spokój jego matce, a nigdy
      więcej go nie ujrzą. Sprawy jednak postanowiły ulec zmianie i John z przyczyn
      wyższej instancji powrócił na stare śmieci, łamiąc dane słowo. Bo w sumie co ma
      do stracenia. Matka legła w mogile, a ich było zaledwie około dwudziestu, co
      nie powinno Johnowi sprawić większych problemów. On, zajebisty zabijaka da se
      radę. Istniało tylko małe ale. Był ktoś na kim Johnowi zależało. Jego miłość z
      lat szkolnych, dziewczyna o imieniu Nasturcja. Zawsze, nie wiedząc czemu
      nazywał ją „Kwiatuszkiem”. John myśląc o dawnych czasach wzruszył się lekko,
      pędząc na Harleyu w stronę mieszkania matki, ach ci twardzi mężczyźni na swoich
      stalowych rumakach. Nasturcja wyszła za mąż za Johnowego kumpla, Toma, którego
      nawiasem mówiąc John nigdy nie lubił, po tym jak Johna zwerbowano do służby w
      siłach specjalnych. Tom wraz z bratem Nasturcji, Jerrym, którego nawiasem
      mówiąc John zawsze lubił, kierowali teraz zorganizowanym gangiem przestępczym i
      rośli w siłę z roku na rok. Należy wyjawić w tym momencie, że John w ramach
      swojego urlopu otrzymał także zadanie przynajmniej częściowej likwidacji tej
      organizacji. Cóż, każda okazja jest dobra by oczyścić kawałek świata z
      kilkunastu śmieci, nie ma że boli, nie ma że matka zeszła, ludzie z agencji
      byli bezlitośni w tych sprawach. Dając dwudniowy urlop, dali również kilka
      wskazówek i poleceń. Od pewnego czasu John zaczął się zastanawiać nad
      ustatkowaniem się, jednak postanowił, że jeszcze nie czas. Zebrał się w sobie i
      zaciskając zęby pomknął setką do celu swojej podróży.
      Była 17 : 22 gdy John z zaciśniętymi zębami i dwiema martwymi muchami na twarzy
      zgasił silnik swojej maszyny. Spojrzał w okna swojego dawnego mieszkania,
      następnie w stronę ulicy, na której dorastał. Dwóch facetów w czarnych
      garniturach przyglądało mu się uważnie, klepiąc się po giwerach ukrytych pod
      marynarkami. Poklepali się tak ze cztery razy, John poklepał terapeutę i
      pokazał im palec środkowy w specyficznym geście.
      - Masz dwie godziny, za nim przyjdziemy po ciebie! - Krzyknął Tom, bo tymi
      groźnymi facetami byli Tom i Jerry.
      - Możecie mi skoczyć! - Odkrzyknął John i zdecydowanym krokiem podążył do
      mieszkania. Na marginesie mówiąc to skoczą, ale niezbyt wysoko.
      Była 18 : 30 gdy John myszkował po zakamarkach mieszkania przywodząc do siebie
      wspomnienia. A to zatrzymał się przy plamie na podłodze z klepek, tutaj gdy
      miał 6 latek, na złość babci John nasikał i uciekł. A to usiadł na kozetce,
      tutaj gdy miał wiosen 10 pierwszy raz zwalił gruchę, a mając 17 pierwszy raz
      przeleciał panienkę ze szkolnej ławy. W pewnym momencie John zdał sobie sprawę,
      że mimochodem zaczął liczyć, a przecież liczyć potrafił całkiem nieźle, ile
      podobnych sytuacji w kwestii stosunków zdarzyło się na kozetce. Szybko liczył,
      ale się nie doliczył. Zawiedziony takim obrotem spraw zaprzestał liczenia i
      wstał z kozetki. Podszedł do barku, wyciągnął w połowie pełną butelkę wyborowej
      i nalał sobie niewielką lufkę.
      - Twoje zdrowie mamo, będzie mi ciebie brakować. - John strzelnął do lustra i
      postanowił przygotować się do nadchodzących wydarzeń, które za około godzinę
      zaczną się toczyć momentalnie.
      Była 19 : 20 gdy wydarzenia zaczynały się toczyć momentalnie. John spokojnie, z
      terapeutą w dłoni siedział i oczekiwał zapowiedzianej wizyty. Siedząc tak
      zaczęły dochodzić do jego uszu dźwięki procesu okrążania. John nie wiedział
      nigdy skąd zawsze wie co się dzieje, ale miał ten niezwykły dar, że poznawał po
      odgłosach i innych dźwiękach różnorakie procedery. Teraz bez wątpienia był to
      proceder okrążania. John przygotowany na tę możliwość, wybrał odpowiednie
      miejsce w mieszkaniu o najniższym stopniu zagrożenia. Jednocześnie miejsce to
      stanowiło idealny punkt, aby zabić intruzów czających się za drzwiami, czy
      chcących zginąć przy wpełzywaniu przez okna. Ogólnie rzecz biorąc zarówno John
      był gotów do walki, jak i terapeuta gotów był przepisać kilkanaście rodzajów
      kuracji.
      Była 19 : 22 gdy pierwszy wpełzł przez okno i z kulką w sercu osunął się na
      klepki. Drugi i trzeci próbowali zaatakować równocześnie, ale John ze stoickim
      spokojem, siedząc na odpowiednio usytuowanej kozetce zażegnał niebezpieczeństwo
      oddając dwa celne strzały zanim oni dojrzeli potężne cielsko Johna. Następni
      byli trochę sprytniejsi, ale nie dość. Zginęli po tym jak terapeuta zalecił
      wymianę szczęki, coś na ucho środkowe i porcją ołowiu na bule w krzyżu. Trzech
      padło i nie wstało. Terapeuta jak przystało na przepisowego konowała, uśmiercał
      wszystkich swoich pacjentów.
      - Sześciu legło, co za bezmózgie gałgany. - Szepnął John do siebie i postanowił
      wstać z kozetki. - Trzeba skończyć tą farsę. - Dodał i ruszył w kierunku okna.
      Wychylił się i strącił trzech wspinających się po drabince pożarowej. W tym
      momencie huknęło okrutnie i wyjebało drzwi frontowe. John o włos nie stracił
      życia.
      - Granatami kurwa, granatami? - Krzyknął i zmienił się w bestię. Bestia wyszła
      z niego w samą porę. Otrzepawszy się z odłamków tynku, ruszył w kierunku klatki
      schodowej. Dwóch pierwszych zginęło w czeluściach pięter, spadając w nicość
      parteru. Trzeciemu, ugodzonemu z braku nabojów w magazynku łokc
      • aric Part XI: Nigdy nie wracaj do miejca swoich ... cd 13.08.02, 10:24
        Trzeciemu, ugodzonemu z braku nabojów w magazynku łokciem, zwichnęła się szyja.
        Nim następni zdążyli zbliżyć się na odległość rażenia, John przeładował
        terapeutę. Kule świsnęły, trupy padły. Żadnemu John nie pozwolił nawet na
        przyciśnięcie spustu. Brnął w dół klatki schodowej eliminując po kolei
        niechcianych intruzów. Gdy dotarł na parter ubił jeszcze jednego, czającego się
        za plecami. Nagle usłyszał głos Toma:
        - Chodź, popatrz co mam dla ciebie. - John wyłonił się klatki schodowej, z
        przygotowanym do strzału terapeutą. Szybko rozejrzał się i ocenił obecną
        sytuację. Sytuacja była następująca. Przed nim stała Nasturcja, za nią stał
        Tom, w ręku Toma znajdował się rewolwer, rewolwer wycelowany był w głowę dawnej
        ukochanej. Poza nimi kilkunastu gapiów, kryjąc się w okolicznych zakamarkach
        obserwowało przebieg wydarzeń. Jednak nic tak Johna nie niepokoiło, jak syreny
        wozów policyjnych zbliżających się od strony centrum miasta. Miał mało czasu na
        załatwienie wszystkich spraw i prawdę mówią nic mu nie przychodziło do głowy.
        Johna niepokoiło także to, że nigdzie nie widział Jerrego.
        - Rzuć gnata na ziemię, a twoja dawna miłość przeżyje. Nigdy mnie nie kochała,
        zdzira jedna, zawsze gadała jaki to byłeś wspaniały. - Słowa Toma nie wywarły
        na Johnie zbytniego wrażenia, w końcu co było minęło. Lasek w około było na
        pęczki, więc John nie miał zamiaru słuchać tych oklepanych pierdół.
        - Wspaniały już się urodziłem, a ty nie pociągniesz zbyt długo. - Odparł John.-
        Na każdego przyjdzie jego pora. - Dodał nie opuszczając broni.
        - Słodkich słów kochana żono. - Wyksztusił Tom i odbezpieczył rewolwer. Nagle
        padł strzał, lecz nie umarła Nasturcja. Umarł Tom. Sprawcą tego czynu był
        Jerry. Z dymiącym pistoletem w ręku stanął nad ciałem Toma i splunął.
        - Żaden kutafon nie będzie celował w głowę mojej siostry. - Powiedział Jerry i
        splunął ponownie. Policyjne syreny wyły coraz głośniej. Jerry podniósł głowę,
        spojrzał na celującego mu w pierś dawnego przyjaciela i dodał: - Między nami
        nie będzie więcej waśni. Zabieraj się stąd, załatwię wszystko z gliniarzami.
        - Bywaj stary kumplu. Nigdy więcej mnie nie ujrzysz. - John schował wiernego
        terapeutę i skierował wzrok w kierunku Nasturcji. Ich spojrzenia spotkały się
        na ułamek sekundy, jego twarde aczkolwiek przyjazne, jej przerażone aczkolwiek
        szczęśliwe. Popłynęła jej łza, lecz John już tego nie ujrzał. Dosiadł Harleya
        zaparkowanego kilka metrów dalej i zniknął pozostawiając za sobą chmurę kurzu
        oraz dwie osoby których nigdy już więcej miał nie ujrzeć.
        Tak oto John zakończył pewien nieuporządkowany rozdział swojego życia.
        Postanowił także, że spotka się z wujem Tedem. Pędził teraz na Harleyu
        autostradą w kierunku swojego przeznaczenia, ach ci twardzi mężczyźni na swych
        stalowych rumakach.

        Aric van der Matak
    • aric Part XII: Nocna Mara 14.08.02, 11:55
      Była 2 : 14 i co tu dużo mówić, było po fredzie, gdy John oczekiwał na swojego
      przyszłego partnera. Miał mu pomóc dostać się do silnie strzeżonego kompleksu
      budynków, w którym mieściło się laboratorium chemiczne. Miejsce, w którym John
      oczekiwał znajdowało się gdzieś. Nawet John nie wiedział gdzie dokładnie jest
      to gdzieś, chociaż powinien wiedzieć. Ciemność była w około i świat był czarny.
      Jakby za chwilę miała się ukazać jakaś nocna mara.
      - Ale czarna noc, pieprzyć grube baby. - John lubił trochę pomarudzić, więc
      zaczął marudzić. Nagle marudzenie przerwał mu donośny głos o barwie wskazującej
      na chemika płci męskiej i czarnym kolorze skóry.
      - Coś ci nie pasuje w czarnym kolorze, kochaniutki? - Zapytał głos, John
      zdębiał. Tylko dlatego jeszcze nie dobył terapeuty, gdyż zdawało mu się, że
      fale dźwiękowe odebrał na poziomie swoich jąder. To było dość ciekawe przeżycie.
      - Kim jesteś i gdzie jesteś? - Spytał John i dodał. - Czy ty w ogóle jesteś,
      czy Johnowi przysłyszała się jakaś nocna mara?
      Sekundę później do Johna zbliżył się osobnik o niewielkim wzroście. Poruszał
      się prawie bezszelestnie. Był lekko łysiejącym murzynem, karłem i jak za chwilę
      się John dowie, był także chemikiem.
      - Jestem Douglas Mara, chemik. - Przedstawił się karzeł. - Ale mów mi Doug.
      - Jestem John. - Zawetował John. - Mów mi po prostu John. Nie żadne tam Johny
      czy dzwony, ale John. Hm... Doug Mara. Fajnie się nazywasz. - John od
      młodzieńczych lat odczuwał awersję do przekręcania jego imienia. Gdy miał
      siedem lat wydawało mu się, że będzie twardy tylko wtedy, jeżeli nie pozwoli
      nazywać się inaczej niż John. Gdy jakiś dzieciak bąkną coś o Johnym lub jakimś
      innym zdrobnieniu otrzymywał precyzyjną fangę w nos i padał na asfalt, beton
      czy inną trawę. Gdy John miał lat piętnaście nie dał sobie dymać w kaszę nawet
      nauczycielom szkolnym, których wykańczał psychicznie w tylko jemu wiadomy
      sposób. Kiedyś jeden z kumpli Johna chciał mu nadać ksywę „Terrorman”, ale
      długo nie pociągnął obstając przy tym pomyśle. Skończył w szpitalu z ołówkiem w
      nosie i więcej nie odważył się przezywać Johna, podobno nieszczęśliwie upadł,
      czego nikt nie odważył się zdementować.
      - Twardość twardziela - Zwykł mawiać John za młodu. - Poznaje się po tym, jak
      twarde jest jego imię. Imię John jest najtwardsze i kto sądzi inaczej, temu
      biada.
      Jak można było się domyślać, John nie miał wielu przyjaciół wśród płci męskiej,
      jednak laski lgnęły do niego jak misie do pasieki. John poza przyjaźnią z
      Jerrym miał tylko kumpli o imieniu John, ale dość tych retrospekcji.
      John przez dłuższą chwilę przyglądał się czarnemu murzynowi w postaci
      karłowatego łysielca-chemika. Wydał mu się lekko miękkawy po tym jak chciał, by
      go nazywać Doug, jednak John postanowił uszanować wolę miękisza i pogadać z nim
      o ważniejszych sprawach.
      - Te Doug, coś mi się widzi, że nie mamy wiele czasu na przygotowania. Mówiono
      mi, że jesteś dobry w maskowaniu się pośród ciemnej nocy.
      - A mnie mówiono, że znasz się na tym i owym. Masz jaja z brązu i nerwy ze
      stali, a twój przyjaciel, jak on się nazywa... A już wiem, terapeuta potrafi
      czynić cuda w nowoczesnej medycynie.
      John chociaż zawsze miał podejrzenia co do osób, z którymi niekiedy pracował,
      tym razem, po tej krótkiej wymianie grzeczności miał uczucie, że współpraca nie
      pozostanie bezowocna, a wspólnie spędzone chwile nie przyniosą waśni i
      podejrzeń. Rozmowa trwała jeszcze kilka minut zanim ustalono wszystkie
      szczegóły dzisiejszej, a raczej nocniejszej roboty i Doug Mara zaprowadził
      Johna do zaparkowanej nieopodal półciężarówki. Wspólnie załadowali Johnowego
      Harleya na tył autka i zasiadłszy w szoferce ruszyli w ciemność. W tym momencie
      należy wspomnieć o zadaniu, które mieli wykonać. Celem miało być laboratorium
      produkujące jakieś tam substancje trujące, których nie znali naukowcy
      amerykańscy. John mało się znał na chemii, dlatego jego wspólnik miał wyszukać
      pewien środek chemiczny i wykraść go z łap paskudnych wrogów, tym razem
      pochodzenia rumuńskiego. Zadaniem Johna było porozmawiać z złymi facetami,
      doprowadzając ich do stanu śmierci i nie pozostawić po laboratorium nic poza
      kupą gruzu. To zadanie było typowym zadaniem, dla których John został
      przeszkolony. Po prostu pryszcz.
      Była 3 : 03 gdy Doug Mara oznajmił Johnowi, że dojeżdżają na miejsce nocnej
      wycieczki.
      - Dojeżdżamy na miejsce nocnej wycieczki. - Oznajmił Daug Mara i zatrzymał na
      chwilę wóz. Wskazał usytuowanie bramy głównej i ruszył ponownie w kierunku
      krzaków, celem zamaskowania pojazdu. Gdy pojazd zatrzymał się nieopodal, John
      wysiadł z szoferki i przy użyciu podręcznego scyzoryka poucinał trochę gałęzi z
      okolicznych krzaków i drzew. Następnie wraz z karłem zabrali się do układania
      gałązek na pick-upie. Nagle John spostrzegł, że łysina karła-chemika odbija
      blask księżyca. Zaflugał pod nosem i lewą ręką poklepał murzyna po glacy mówiąc
      z niepokojem:
      - Te Doug, glaca ci się świeci jak psu jajka. Przywdziej coś na czachę, bo
      jakiś snajper cię wypatrzy i pomyśli, że to latarka. - John dość dobitnie
      przedstawił sytuację i mały człowiek posłuchał. Jednak jedynym nakryciem jakie
      był w stanie znaleźć była czerwona chustka obwiązana wokół jego szyi. Doug
      zgrabnymi ruchami przywdział chustę i zaprezentował się Johnowi. John obśmiał
      się siarczyście i dodał:
      - Wyglądasz jak pieprzona, ruska baba z targowiska w Kijowie. - John miał
      kiedyś sposobność ujrzeć pieprzoną, ruską babę na targowisku w Kijowie i nie
      było to wcale miłe wspomnienie. - W dodatki mała, czarna, z czerwoną chustą.
      Zajebisty widok, szkoda, że nie mam aparatu. Dobra fotka nie jest zła. - John
      szczególnie rozbawiony, szydząc z Douglasa nie usłyszał nawet
      krótkiego „Odpierdol się!”, lecz wspaniały, wyczulony na niebezpieczeństwo
      umysł Johna momentalnie skorygował jego zachowanie, przestrajając zmysły na
      stan podwyższonego czuwania. Błyskawicznie skoczył w stronę małego murzyna i
      zmusił go do wspólnego przyczajenia się za pobliskimi krzakami.
      - Ktoś nadchodzi. - Wymamrotał John i zaczął liczyć, a liczyć umiał całkiem
      nieźle, ile czasu pozostało do chwili konfrontacji oraz jaka jest liczba
      potencjalnych rumuńskich bandytów. Wyszło mu, uwzględniając wszystkie potrzebne
      do tych obliczeń składniki, że konfrontacja nastąpi za sekund 24, a liczba
      złych to trzy.
      Była 3 :11 gdy nastąpiła konfrontacja, a źli w liczbie trzech wyzionęli ducha.
      Inaczej mówiąc dokonali żywota z głowami w piachu. Poza tym księżyc był w pełni
      i pięknie oświetlał okolicę. Żadna chmurka nie zakrywała jego srebrnej buźki,
      co nasuwa tylko jeden wniosek, że w tę piękną wrześniową noc deszcz nie padał.
      Oczywiście John nie miał czasu więcej zastanawiać się nad pogodą, gdyż od tej
      chwili wydarzenia potoczą się momentalnie, a John jak to już stało się tradycją
      będzie zabijał, niszczył i naprawiał świat w towarzystwie wiernego przyjaciela
      o imieniu terapeuta oraz tym razem, karła-chemika Douglasa Mary.
      Po krótkiej chwili zastanowienia John nakazał Marze, aby trzymał się jakieś
      dziesięć metrów za jego plecami, po czym dodał:
      - Zaraz jak tylko oczyszczę teren wchodzisz do akcji, a teraz znikaj w nocnej
      czeluści, muszę zapracować na chleb.
      Po tych słowach Doug Mara, jak tylko potrafił zniknął w nocnych czeluściach.
      John ruszył do akcji. Kilkanaście sekund zajęło mu bezszelestne dotarcie do
      ogrodzenia z siatki. Wyciągnął spokojnie cążki i poprzecinał odpowiednie druty,
      uzyskując w ten sposób dziurę w siatce. Każdy sposób jest dobry by uzyskać
      dziurę, tym bardziej w siatce. Obejrzawszy swe dzieło ruszył w kierunku
      strażników. Terapeuta wyciszony tłumiczkiem zapoznał dwóch mężczyzn
      wyposażonych w broń automatyczna z nowoczesnymi metodami leczenia płuc i serca,
      po czym dymiąc z otworu wylotowego zameldował pełną gotowość w kwestiach
      dalszych procedur medycznych. John począł się rozglądać w celu zlokalizowania
      • aric Part XII: Nocna Mara cd 14.08.02, 11:57
        John począł się rozglądać w celu zlokalizowania laboratorium oraz pozostałych,
        przyszłych sztywniaków.
        Pierwszych przyszłych sztywniaków John zlokalizował zaraz po tym, jak
        zlokalizował laboratorium, które zlokalizował po napisie na drzwiach, który jak
        należałoby się domyślać brzmiał „Laboratorium”. Zanim John dotarł na miejsce
        usuwając po drodze dziewięciu rumuńskich bandziorów, kilka razy oglądał się
        dyskretnie za siebie, doglądając czy małe czarne dotrzymuje mu kroku. Nigdy
        jednak nie zdołał dojrzeć przemykającej w czeluściach nocy postaci. A postać
        przemykała w czeluściach znakomicie i bezszelestnie. Doug Mara był rewelacyjny
        w przemykaniu i John, jak tylko skończył oczyszczać teren, zaczął się
        niepokoić, że nigdzie go nie widać. Gdy nasz zaniepokojony bohater dotarł do
        drzwi wejściowych docelowego budynku, jął się nerwowo rozglądać w poszukiwaniu
        kolegi, lecz nie zobaczył nikogo prócz kilku martwych ciał. Już miał krzyknąć,
        już otwierał usta, aż tu nagle na poziomie swoich jąder poczuł znajome fale
        dźwiękowe, które po chwili zamieniły się w dźwięczne słowa wyłaniającej się zza
        rogu małej, czarnej postaci:
        - Trochę z ciebie cham, ale kasujesz gości na medal.
        - Dzięki Doug, ale to jeszcze nie koniec. - Odparł John i z kajora rozpieprzył
        drzwi. Wewnątrz czaili się źli i zasunęli w Johna serią z automatu. John
        uskoczył błyskawicznie, wykonując ulubiony pad połączony z saltem i skrył się
        umiejętnie za kamienną ścianą.
        - Starzeję się, kurnia. - Warknął zły na siebie John, oglądając przestrzelony
        biceps. Niestety błyskawiczny unik nigdy nie zastąpi uniku szybszego niż
        błyskawiczny. Lecz John się nie poddał i momentalnie ponowił natarcie. Tym
        razem był szybszy i poskromił ryczące automaty, trafiając celnie pomiędzy oczy,
        dwóch natarczywych strażników.
        - Droga wolna Doug. - Zaprosił John do środka. - Kurwa, krwawię jak zarzynana
        locha. Bierz co trzeba, ja wysadzam i spierdalamy. - Dopowiedział patrząc na
        poszarpaną kurtkę i cieknącą, czerwoną ciecz spod rękawa.
        Doug Mara uwinął się znacznie szybciej niż szybko i razem umknęli w stronę
        zaparkowanego auta, po tym jak John zamienił laboratorium w kupę gruzu.
        Uprzątnąwszy gałązki z samochodu, Doug ruszył z piskiem opon i podążył do
        miejsca, w którym się poznali. John opatrzył prowizorycznie swoje krwawiące
        przedramię i wstrzyknął antybiotyk. Podróż minęła w milczeniu. John nie miał
        ochoty nic mówić. Rana go osłabiła i choć nie powinna była go osłabić to jednak
        upływ krwi zrobił swoje. Postanowił, że jak tylko będzie miał okazję zeżre kilo
        marchwi. Doug nie chciał zakłócać Johnowi kontemplacji na temat marchwi i nie
        śmiał zagaić.
        Była 5 : 28 gdy dojechali gdzieś. Wspólnie ściągnęli Harleya na ziemię i
        zamienili kilka słów na pożegnanie. Ceremonia była krótka, aczkolwiek
        zadowoliła obie strony. Doug Mara, pozbywszy się czerwonego nakrycia glacy, był
        obecnie czarnym, łysym karłem-chemikiem. Posmyrał Johna delikatnie dźwięcznym
        głosem po intymnym miejscu i zniknął w szoferce pick-upa.
        Świtało, gdy John dosiadł maszyny i zapuścił motor. Ramię go bolało, lecz jako
        twarda sztuka opanował ból i odjechał w stronę najbliższej przyzwoitej drogi.
        Tylko jedna rzecz nie dawała mu spokoju. Zastanawiał się w jaki sposób Douglas
        Mara, mając 90 cm wzrostu dosięgał do pedałów, prowadząc samochód.

        Aric van der Matak
    • Gość: Grover Re: Przygody Johna IP: 195.72.2.* 19.08.02, 10:28
      Czekamy na jeszcze
    • aric Part XIII: Fatum wisielca 19.08.02, 14:03
      Była 11 : 26 gdy John wstał lewą nogą z rozbebłanego łóżka. Niewiele pamiętał z
      wczorajszego wieczora, a to za sprawą piwka i gorzałki. Poza tym za oknem
      zdawał się padać śnieżek jak również świeciło słońce. Pamiętał natomiast bardzo
      dokładnie nowa listonoszkę, która zastąpiła Luisa A. Kilka dni temu młodego
      potrącił walec, co nie było zbyt praktyczne. Jak to się mówi „chciał posunąć
      walec, lecz walec przytrzasnął mu palec”... Ale wróćmy do sprawy. Nowa
      listonoszka, w odróżnieniu od poprzednich poruszała dość ekskluzywnym środkiem
      lokomocji, jakim były narty biegówki. Była zima, a ona utrzymywała twardo, że
      musi trenować do olimpiady. John się lekko obśmiał z tego powodu, jednak nie
      był na tyle bezczelny, by zachichotać otwarcie, zachichotał więc skrycie. Nowy
      doręczyciel nazywał się Janna Luis, czy jak to ona się przedstawiła Luis Janna.
      170 cm i nienaganne cycuszki panny Janny zdecydowały o błyskawicznym natarciu,
      skierowanym w stronę wzgórka łonowego i wszystko skończyło się na wieczornej
      imprezie z niewielką porcją nakrapiacza, uwieńczonej lekkim ruchankiem. John
      jak zwykle był niepoprawny.
      Gdy lewa noga Johna dotknęła miłego dywanika, pierwszym odruchem było
      sięgnięcie do nieopodal stojącej lodówki. Małe, zimne piwko przepływające przez
      przełyk doprowadziło Johna do ekstazy. Powoli wracała świadomość, a kontakt z
      otoczeniem zaczynał się wyostrzać. Po całkowitym odzyskaniu właściwej percepcji
      okazało się, że John ubrany jest jedynie w skarpetkę na prawej stopie. Po tym
      jak stwierdził, że skarpetka ma zielony kolor, rozejrzał się po pomieszczeniu.
      Był sam. Janna Luis zniknęła, pozostawiając po sobie pomieszanie zapachu perfum
      z wypoconą gorzałą, ależ to było nieprzyjemne. John wzdrygną się lekko z
      obrzydzeniem. Wciągnąwszy galotki, podrapał się po tyłki i udał się na
      poszukiwania zaginionej listonoszki. Jak przypuszczał, znajdowała się w
      łazience. Dotarł tam po trzynastu sekundach. Biedaczka już nie będzie miała
      okazji wystartować na olimpiadzie, leżała bowiem na podłodze sztywna jak
      stalowy drut z głową w plamie krwi.
      - Co za nieszczęście. - Westchnął zmartwiony John. - Jak pech, to pech, znów
      trafiłem na babkę ze skłonnością do wczesnego wstawania. Gdzie ci się spieszyło
      do diabła?
      Johnowi nie pozostało nic innego jak zawiadomić lokalne władze. Stwierdził
      także, że musi odwołać zadanie, które miał wykonać w nocy. Nieszczęścia chodzą
      po ludziach, ale John nawet był zadowolony, nie to żeby się cieszył, po prostu
      był zadowolony. To za sprawą tego, że gdy 10 godzin później, po załatwieniu
      formalności, oczyszczony z zarzutów postanowił, o wyjeździe do Detroit. Dostał
      z firmy dziesięć dni urlopu i chciał odwiedzić kumpla z lat studenckich. Larry
      Okullaryn, bo tak się zwał Johnowy kumpel, Był dowódcą jednostki straży
      pożarnej i od dawna nie widział Johna i miał go niestety nigdy więcej nie
      ujrzeć. Ale o tym za chwilę.
      Była za trzynaście trzynasta gdy John wsiadał do taksówki na lotnisku w
      Detroit. Sprawdził czy kamizelka dobrze leży i kazał się wieść do remizy nr 13.
      John cały czas miał wrażenie, że dzisiaj nie będzie miał zbyt udanego dnia.
      Wszystkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały na lawinę nieszczęść
      czyhających w odległości tak niewielkiej, że John był w stanie dosięgnąć je
      językiem i zjeść na podwieczorek. Wszystko zaczęło się jakieś 25 godzin i 47
      minut wcześniej, kiedy jak już wiadomo John wstał lewą nogą z łóżka i znalazł
      trupa w łazience. Potem miał trochę spokoju, pomijając upierdliwych
      przedstawicieli organów ścigania. Fala nieszczęść zaczęła się nasilać dopiero
      wieczorem. System obronny pierwszy raz nie chciał działać, przetwory z wiśni
      przestały istnieć, bo mu władza rozkradła, ale najgorszy był skryty placek
      rzygowy pod poduszką. Janna zostawiła pamiątkę nim dotarła do łazienki i
      skapcaniała na dobre, rozbijając swoją kształtną czaszkę o zlew. Co za dziwna
      kobieta. Poza tym przed samym zaśnięciem otworzyło się okno w kuchni i wysypał
      się cały kilogram soli kuchennej na posadzkę. Nic nie pomogło bluźnienie pod
      nosem, trzeba było wstać i posprzątać. John zapomniał w dodatku przeżegnać się
      i splunąć przez lewe ramię w celu odczynienia zaklęcia nałożonego przez
      rozsypaną sól. Czary goryczy dopełnił proroczy sen, w którym John widział Alinę
      Czieriebskoją spółkującą z niejakim Fiodorem z pobliskiego kołchozu. Nad ranem
      John obudził się zlany potem i postanowił w niedalekiej przyszłości
      skontaktować się z Aliną, celem wyjaśnienia owego, wielce niepokojącego go
      proroctwa. Ranek był dość spokojny, a podróż na lotnisko przebiegło nader
      przyjemnie. Na lotnisku jednak nieszczęścia uderzyły ponownie. John przeszedł
      pod drabiną, spotkał trzynaście zakonnic i potrącił kominiarza powalając go
      niechcący na podłoże. Na dodatek urwał mu się guzik w spodniach, a choć się
      wytężał niesamowicie nie mógł nigdzie dojrzeć jakiegokolwiek faceta w okularach
      i z wąsami. W samolocie John dostał miejsce obok staruszki, która śmierdziała
      jak odchody kozła, więc udał się do kibla, by chwilę odetchnąć. Gdy postanowił
      wyjść sprawdził w lustrze swój wygląd, a tu jak nie pierdolnie głową w lustro.
      Turbulencja rzuciła Johnem jak dziecinną zabawką i lustro w kawałeczkach spadło
      na podłogę. Krew pociekła z czoła i plaster wydobyty z kieszeni musiał zakryć
      część przepięknej czaszki naszego twardziela. Po tym incydencie, ze smutkiem na
      całym ciele, John wrócił grzecznie na miejsce i starając się nie oddychać,
      nauka nie idzie w las, przetrwał podróż. Przed samym wsiąściem do taksówki w
      Detroit, czarny kot z rodziną przebiegł kilkanaście centymetrów od niego,
      przecinając drogę. Same nieszczęścia, ale nie należy się zbytnio martwić,
      wszystko skończy się jak najlepiej.
      Była 13 : 13 gdy John stanął przed czerwonymi wrotami posterunku nr 13.
      Podszedł do pierwszego lepszego strażaka, którym okazała się przystojna babka i
      zapytał:
      - Gdzie znajdę Larrego? Jestem John, jego stary kumpel.
      - Larry mówił, że przyjedziesz, jestem sierżant Blue Ska, ale mów mi,
      jak wszyscy Ska. Zaraz cię do niego zaprowadzę. - Barwa głosu tak oczarowała
      Johna, że mało co, a by się rozkleił na dobre z podniecenia. Jednak
      doświadczenie wprawnego dziwkarza wzięło górę i John zdołał zachować zimną krew.
      Ska ruszyła przodem, prowadząc Johna po schodach do pokoju dowódcy posterunku.
      John wchodząc stopień po stopniu odczuwał coraz większy niepokój w sercu, co
      skłoniło go do położenia ręki na terapeucie. Miał wrażenie, że za chwilę ujrzy
      przyjaciela, który nigdy więcej nie powie mu cześć. I nie omylił się. Drzwi
      były uchylone, w środku natomiast, na sznurku przywiązanym do wentylatora
      umocowanego na suficie dyndał wisielec. Na jego plecach wisiała kartka przybita
      nożem. John zbliżył się do dyndającego Larrego i przytrzymawszy go za nogę, w
      celu opanowania dyndania, przeczytał napis na kartce, który brzmiał: Wszyscy
      strażacy zginą po kolei. Blue Ska zalała się łzami i zaczęła wrzeszczeć.
      Poczęła się zbiegać reszta grupy. John postanowił zapanować nad sytuacją.
      - Wszyscy na dół! - Wrzasnął na trzech facetów i dwie kobiety, po czym wyjął
      terapeutę i ponowił perswazję. - Spieprzać na dół, mówię! - Przerażeni takim
      obrotem sprawy strażacy zbiegli w popłochu piętro niżej, John podążył kilka
      metrów za nimi. Gdy dotarli do celu John nakazał, aby się zatrzymali i
      przeszedł do rzeczy.
      - Ska, przedstaw po kolei swoich kolesiów.
      Ska ochłonąwszy trochę z szoku, lekko drżącym głosem zaczęła przedstawiać w
      kolejności od lewej.
      - Wenty Lattor. - Wskazała na nieco grubawą kobietę. - Patt Ronn, All Jen,
      Menin Black. - Zakończyła wyliczanie facetów.
      - Czy to wszyscy? - Spytał John.
      - Brakuje dwóch naszych kumpli, pewnie śpią.
      - Hej Black, idź po nich. - Rozkazał John i schował terapeutę, po czym
      oznajmił. - Larry był moim przyjacielem, nie pozwolę by jakiś sukinsyn tańcował
      mi koło nosa. Ten, który to zrobił zdechnie
      • aric Part XIII: Fatum wisielca cd 19.08.02, 14:08
        Ten, który to zrobił zdechnie jak pies. - John wzburzył się do tego stopnia, że
        twarz mu poczerwieniała, a oczy zaszły krwią. Wyglądał jak wściekły byk,
        rozjuszany przez szabelki torreadorów. Postanowił, że nie dopuści do kolejnych
        zbrodni, lecz było za późno by się do tego zabrać. Po dwóch minutach,
        rozmyślania przerwał mu donośny głos Blacka.
        - Harry nie żyje, a Ken zniknął. Co jest do kurwy nędzy? - Menin zdawał się być
        wielce zaskoczony tymi zdarzeniami, lecz tylko pozornie.
        John szybko pobiegł do sypialni strażaków. Na jednym z łóżek leżał czarny
        mężczyzna z widelcem w oku. Okrutna śmierć zaskoczyła go niewątpliwie we śnie.
        John stwierdził to po ułożeniu ciała. Następnie stwierdził, że denat nie
        oddycha od niezbyt dawna. Był jeszcze bardzo cieplutki. Jednak uwagę Johna
        zwróciło coś innego. Z szafki nieopodal kapała czerwona ciecz, która z
        pewnością nie była czerwonym winem. John postanowił, że na razie zachowa to dla
        siebie. Menin Black przestał być tylko strażakiem. Był natomiast, według Johna
        pieprzonym mordercą, lecz wybrał sobie zły moment by zadzierać z rozwścieczonym
        bohaterem narodowym.
        - Black, idź zawołać resztę, trzeba wyjaśnić sprawę. - John stwierdził, że
        kwestię osądu należy zostawić kumplom po fachu.
        Black bez wahania, zbiegł na dół zdając sobie sprawę, że John skiblił. Od tej
        chwili wydarzenia potoczą się momentalnie. Rozległy się cztery strzały i krzyki
        kobiet, John zdziwiony rzucił się w kierunku schodów. Wyjął terapeutę i pognał
        w dół. W tym momencie z piskiem opon wóz drabiniasty ruszył z miejsca. John
        zanim dosiadł wozu z sikawką, podbiegł zobaczyć co się stało. Trzy trupy i
        jedna ranna, Blue Ska. Mister Black nie zdążył dokończyć roboty. John
        zawiązawszy opaskę uciskową na przedramieniu Ski obiecał, że zaraz wróci i
        pomknął do kabiny wozu z sikawką. Gdy odpalił silnik, nie rozumiejąc czym
        spowodowane są czyny mordercy, postanowił, że pieprzy powody i tak zabije
        złego. Menin popierdalał wozem drabiniastym strasznie szybko. Nawet John,
        cisnąc pedał gazu na maksa nie mógł się do niego zbliżyć. John zastanawiając
        się ciężko co począć postanowił, że obliczy, a liczyć umiał całkiem nieźle, w
        jaki sposób dorwać uciekającego Blacka. Odległość ich dzieląca wynosiła ok.
        31,6 metra, zasięg zdalnie sterowanej sikawki to 52,4 metra, długość wozu
        drabiniastego 11,2 metra. Uwzględniając prędkość pędzących pojazdów, szybkość
        wiatru oraz inne szczegóły mogące dopomóc w tej sytuacji, John odpalił działko
        wodne. Siknęło na cacy. Drzewo znajdujące się kilka metrów przed wozem
        drabiniastym runęło na jezdnię.
        - Zawsze chciałem być strażakiem. - Zauważył podekscytowany John. Tymczasem
        Menin przywalił w pień i monstrualne, czerwone auto zatrzymało się po tym, jak
        kilka koziołków później wylądowało na dystrybutorach pobliskiej stacji
        benzynowej. Płomienie pojawiły się natychmiast. Huknęło i wyjebało całą stację.
        Nie tak John planował zakończyć sprawę, ale cóż, nie zawsze jest tak jak to
        sobie planujemy. John zawrócił wóz i pojechał w stronę posterunku nr 13.
        Przypomniało mu się nagle, że od chwili gdy dotknął dyndającego ciała
        przyjaciela opuścił go pech. Morał z tego taki, że gdy przy tobie pech
        zadomowił się wielce, mogą pomóc tylko dyndające wisielce.
        Była 23 : 17 gdy John ciągle zastanawiał się czemu spotkało go tyle nieszczęść
        jednego dnia, oraz czy czasem nie jest to wina umierających wciąż listonoszy z
        wyrazem Luis w personaliach. Tym samym patrząc na padające płatki śniegu,
        mieniące się barwami tęczy w blasku pełni księżyca postanowił, że czas
        najwyższy kupić sobie telefon.
        - Czas najwyższy kupić sobie telefon. - Postanowił John i strzelił piwko,
        patrząc na padające płatki śniegu, mieniące się barwami tęczy w blasku pełni
        księżyca.

        Aric van der Matak
    • aric Part XIV: Ostatni telegram 20.08.02, 14:08
      Była 10 : 39 gdy John, obserwując zaśnieżone wiśniowe drzewka rozmyślał.
      Zastanawiał się jak będzie nazywał się nowy listonosz, który miał przyjechać za
      jakieś pięć minut. Czy w ogóle ktoś będzie chciał wykonywać tę owianą
      przekleństwem robotę. Ostrząc ołówki komandoskim nożem, John próbował zabić
      czas. Zabicie czasu nigdy nie było dla niego łatwym zadaniem. W odróżnieniu od
      tych, których John wysłał w zaświaty czas był nie do zgładzenia. Dlatego też,
      po zaostrzeniu siedemdziesięciu trzech ołówków, gdy zaczął się zbliżać bliżej
      nieokreślony pojazd gąsienicowy, John odłożył nóż, wstał, sprawdził stan
      ekwipunku na sobie i gotowy do akcji przyczaił się za jednym z drzew
      wiśniowych. Ubrany w biały strój maskujący wkomponował się w otaczający go
      krajobraz. Pojazd zbliżał się terkocząc jak skuter śnieżny na gąsienicach, był
      to bowiem gąsienicowy skuter śnieżny. Siedział na nim opatulony w futra
      skośnooki żółtek. Zbliżywszy się do Johnowej hacjendy zatrzymał się, zsiadł z
      pojazdu i wyjął ze skórzanej torby jakieś papiery.
      - Panie John, panie John! - Zaczął wrzeszczeć.
      John skradając się cichcem za plecami nowego doręczyciela, postanowił go
      zaskoczyć. Jednakże będąc już trzy metry od celu zawiódł się wielce. Futrzana
      postać odwróciła się i oznajmiła:
      - Telegram dla pana, nie ładnie jest się skradać.
      - Jak cię zwą chłopcze. - John nie dał poznać po sobie, że został przechytrzony
      przez niewiadomego pochodzenia człowieka.
      - Jestem Lu Iz Kau, nowy listonosz. Cholera, nie chcieli mi dać innej pracy, a
      nikt mi nie powiedział dlaczego właśnie tutaj pojawił się wolny etat.
      - Lepiej, żebyś nie wiedział i nie pytał. Jedna rada, kiedy stąd odjedziesz nie
      wracaj więcej, bo cię może spotkać nieszczęście.
      - Nieźle pan rymuje, ja też potrafię. W Korei, skąd pochodzę nauczyłem się
      znakomicie rymować. - Powoli zbliżył się do Johna i wręczył mu telegram.
      Następnie odpalił śnieżny pojazd i rzekł na pożegnanie. - Trzy kilo kupy na
      głowę mi spadło po tym jak coś dziwnego nogę mi zjadło. - John popatrzył na Lu
      Iz Kaua i postukał się po głowie. Ten natomiast podciągnął prawą nogawkę i
      pokazał Johnowi protezę. Po czym dodał: - Od tamtej chwili wkładam kalesony
      tylko z jedną nogawką. Bywaj panie John.
      John obserwując oddalający się pojazd postanowił zatemperować dodatkowo trzy
      ołówki. Ta czynność, fascynująca go od jakiś dwóch dni wpływała w olbrzymim
      stopniu na Johnowe samopoczucie. Był to pierwszy krok do wydobycia ukrytego
      talentu, jakim było rzeźbienie w drewnie. Wybiegając kilkadziesiąt lat w
      przyszłość, John zostawi po sobie spuściznę w postaci wielu figurek drewnianych
      o następujących kształtach: kret, ciężarówka, dwie gruszki, autoportret penisa,
      terapeuta itp. Chyba strasznie będzie musiało mu się nudzić.
      Była 12 : 01 gdy John zapoznał się z treścią dostarczonego mu telegramu. Był to
      ostatni telegram jaki John otrzymał z firmy i choć mogłoby wydawać się to
      smutne, nie ma jednak żadnego znaczenia. Zebrał więc ołówki i schował do
      szuflady na narzędzia piśmienne. Pośpiesznie się ubrał w specjalną odzież
      ocieplaną, przywdział ulubioną czapeczkę przeciwśniegową i wyruszył na
      spotkanie przygody. Niestety Harley nie przystosowany do jazdy zimą został
      zastąpiony przez Jeepa. John dostał go jako prezent z firmy, aby nie musiał się
      szlajać piechotą po śniegu. Odpalił więc brykę i pomknął.
      Zadanie dzisiejsze było dość nietypowe, choć wszystkie są nietypowe, to jednak
      dzisiejsze posiadało coś jeszcze bardziej nietypowego niż nietypowość
      dotychczasowa. Wyjazd w okolice granicy z Meksykiem i zlikwidowanie tzw. „bandy
      paskudnych garbusów”. Rodzeństwa terroryzującego ludzi w sposób nieludzki.
      Nietypowość polegała na tym, że John do tej pory nie ustrzelił jeszcze żadnego
      garbatego członka społeczeństwa. Ale garbaty czy nie i tak umrze jeżeli sobie
      na to zasłużył. Z tego co John przeczytał w dossier „bandy paskudnych garbusów”
      wywnioskował, że jest to szczególnie gówniany element zbrodniczy. Łapali oni
      kobiety i dzieci na granicy i zmuszali do katorżniczej pracy w kontrolowanych
      przez siebie zakładach, kopalniach i farmach. Wszyscy mężczyźni szli pod nóż, a
      kobiety i dzieci, słabe, nie mogące uciec, szły do roboty. Paskudne kutafony.
      John się zajmie tym jak trzeba. Skorumpowana władza lokalna nie powstrzyma
      silnego, przygotowanego na wszystkie ewentualności losu brata wszystkich
      ciemiężonych.
      Czterdzieści sześć godzin z hakiem zajęła Johnowi podróż (nieźle dawał po
      garach) do miejsca zwanego Holy Fuck. Tak je nazywała przywódczyni bandy,
      garbata Marry. Ciekawe poczucie humoru. John siedząc w Jeepie, dwa kilometry od
      miejsca kontaktu ze swoim informatorem studiował dokładnie powierzone mu
      zlecenie. Wyczytał, że garbate pięcioraczki, kobieta i czterech fagasów
      odziedziczyły przestępczy interes po rodzicach, też garbatych. Tym razem to
      była wina garbatego, że ma garbate dzieci. Ale do rzeczy, krótko mówiąc: należy
      zabić „bandę paskudnych garbusów”, nie zostać zabitym, uwolnić ciemiężone
      kobiety i dzieci. Jeszcze krócej: śmierć garbatym, wolność więźniom. Pozostawał
      tylko jeden warunek, wszystko musi się skończyć za trzy godziny. Potem do akcji
      mają wkroczyć federalne psy. Biedny John, odwalić robotę, żeby te fiuty
      zgarnęły laury. Ale cóż, takie było życie Johna, specjalnego pracownika
      rządowego. Niekiedy John zastanawiał się dlaczego tak właśnie jest, niekiedy
      nie znajdował wytłumaczenia, a niekiedy, gdy się urżnął, nic go to nie
      obchodziło. Kiedyś John próbował policzyć, a jak wiadomo liczyć umiał całkiem
      nieźle, ile istnień ludzkich na rozkaz rządu wysłał do piasku. Nigdy się tego
      nie doliczył. Jego umysł był tak skonstruowany, że po latach John nie pamiętał
      już wszystkich swoich zadań. Ale któż by je zapamiętał.
      Była 15 : 00 bo musiała być skoro o tej porze John miał się spotkać ze swoim
      informatorem. John, jak zwykle punktualny, popijając kompot wiśniowy czekał.
      Słońce grzało piekielnie.
      - Nienawidzę takiej pogody. - Powiedział na głos John, po czym splunął lekko
      zaczerwienioną śliną i dwiema pestkami, pryknął dla pozbycia się nadmiaru gazów
      i pociągnął kompotu.
      - Ja lubić jak sonce grzać z nieba. - Odezwał się głos należący, jak
      przypuszczał John do meksykańskiej kobiety. Łamana angielszczyzna płynąca z
      usteczek opalonej panienki bardzo się Johnowi spodobała, jak również to, że
      istnieje możliwość spędzenia kilku przyjemnych chwil. Jemu tylko jedno w
      głowie.
      John był spokojny, nawet nie raczył dotknąć kabury z uśpionym od kilku dni
      terapeutą. Obserwował meksykankę od jakichś dwóch minut. Fatalnie czaiła się w
      pobliskich krzakach i John doszedł do wniosku, że nie czyha na niego nawet
      odrobina minimalnego zagrożenia. Dynamicznym ruchem zeskoczył z maski terenowca
      i przyjrzał się lekko rozchełstanej kobietce. Miała nie więcej niż dwadzieścia
      lat, czarne, długie włosy i lewą pierś na wierzchu. John był zachwycony.
      - Jak ci na imię moja piękna? - Spytał zalotnym głosem.
      - Juanita. - Odparła mrużąc seksownie swoje czarne oczy. Johnowi to
      wystarczyło. Nie popuści dopóki jej nie posiądzie. Ale na razie musiał zająć
      się zleceniem.
      - Wsiadaj mała, trzeba ruszać. - John mówiąc to, szarmancko otworzył drzwiczki
      od strony pasażera. Nie omieszkał przy tym zerknąć w kierunku roznegliżowanego
      biustu.
      - Cóż za oszałamiający widok, te wzgórza są rewelacyjne. - Zaczął mamrotać
      obserwując ze skupieniem sztywne sutki.
      - Ale tu nie ma być wzgórz. - Zauważyła odruchowo Juanita.
      - Co? Nie ma być czego? A wzgórz. A tak, zauważyłem, że nie ma, ale tak se
      gadam pod nosem. - John wytłumaczył się niezgrabnie i postanowił opanować
      zwierzęce instynkty. Wsiadł do Jeepa, zerknął po raz ostatni i skupił myśli na
      zleceniu. Odpalił wóz i ruszył pozostawiając za sobą tuman kurzu.
      Była 16 : 52 gdy John wkroczył do akcji. Zostawił Jouanitę w Jeepie,
      dowiedziawszy się czego potrzebował. Upał
      • aric Part XIV: Ostatni telegram cd 20.08.02, 14:10
        Upał jakby zelżał. To sprzyjało akcji. Sprawdziwszy czy kamizelka dobrze leży,
        dobył terapeuty i wynurzył się zza zarośli. Od tej chwili wydarzenia potoczą
        się momentalnie. Obstawa „bandy paskudnych garbusów” liczyła dwadzieścia osób.
        Pierwszym krokiem do sukcesu było jej zlikwidowanie w sposób bezszelestny.
        Trach ciach i po krzyku. Przy bramie wejściowej stała wartownia i czterech
        ludzi. Terapeuta wyciszony do granic możliwości był gotowy do pracy. John
        podszedł jak najbliżej mógł, a mógł podejść bardzo blisko. Pierwsi umarli
        uzbrojeni faceci na zewnątrz wartowni. John podszedł na odległość 54 cm i
        pozostawiając decyzję terapeucie w kwestii metod leczenia rozkwasił im głowy.
        Kolejni osobnicy zmarli w czasie rozmowy o jakichś tam amigos z rodzinnej
        wioski. Szybka i bezbolesna śmierć nadeszła z nikąd. John, mściciel z nikąd
        rządził na całej linii. Kilka budynków składających się na kompleks-
        siedzibę „bandy paskudnych garbusów” wyglądało jak żywcem wyjęte z dzikiego
        zachodu. John, mściciel z nikąd podążał środkiem placu w kierunku głównej
        kwatery. Gdzieś niedaleko wyło stado głodnych wilków, czując zbliżającą się
        ucztę. Na tle błękitnego nieba krążyły żarłoczne sępy. Unoszący się kurz z
        wysuszonej palącym słońcem ziemi, dopełniał całości mających się rozegrać za
        chwilę scen.
        Rozległy się strzały, John skończył z dwoma bandytami czającymi się na
        pobliskich dachach. Rozległy się strzały, John skończył z pięcioma bandytami
        wybiegającymi z pobliskich budynków. Rozległy się strzały, John skończył z
        czterema bandytami chowającymi się za samochodami w sąsiedztwie pobliskich
        budynków. John zmienił magazynek w terapeucie i szedł dalej bacznie obserwując
        pobliskie budynki. Rozległy się strzały, John skończył z trzema bandytami
        blokującymi wejście do kwatery „bandy paskudnych garbusów”. John, mściciel z
        nikąd przechodząc po trupach wkroczył do środka. Dwóch pozostałych bandytów
        pilnujących budynku chciało zaskoczyć Johna z tyłu, niestety zawiedli się ginąc
        natychmiast. Pozostali tylko garbaci przywódcy.
        - Ale z was paskudne stworzenia. - Powiedział John z nienawiścią i przestrzelił
        im garby. Padli z bólu na podłogę i zaczęli się wić jak garbate węże. John
        wiedział, że nie ma garbatych węży, wiedział również co należy teraz uczynić.
        Dwadzieścia minut później banda paskudnych garbusów zginęła zakatowana czym się
        dało przez uwolnione kobiety i dzieci.
        Była 17 : 07 gdy John, mściciel z nikąd odjechał w towarzystwie uroczej Juanity
        w kierunku najbliższej miejscowości z przyzwoitym motelem. Po drodze widział
        zbliżających z naprzeciwka federalnych.
        Była 8 : 27 gdy nazajutrz John obudził się w towarzystwie gładkiej Juanity.
        Przetarł oczy, spojrzał na nagie ciało leżącej kobiety, pokręcił głową i rzekł
        do siebie:
        - Ach, życie choć niekiedy brutalne, jest piękne.

        Aric van der Matak
    • aric Part XV: Specyficzny wujek Ted 21.08.02, 11:19
      Była 10 : 30 gdy w Johnowym sadzie zawitał maj. John, trzymając kubek gorącego
      kakao w prawej dłoni, wyszedł przed swój dom, by obejrzeć co się stało wśród
      wiśniowych drzewek. Kąsnął przy okazji maślanej bułeczki i usiadł na drewnianej
      ławce nieopodal werandy. Podziwiając biało-kremowe płatki zdobiące sad, John
      miał wrażenie, że delikatne kwiatuszki uśmiechają się do niego, zapraszając do
      wspólnego odprężania. Jednak John wiedział, że nie ma na to czasu. Czekało go
      kolejne zadanie. Nie miał jednak ochoty podnieść swojej kształtnej pupci. Johna
      niepokoiła samotność doskwierająca mu od czterech miesięcy, kiedy to w święta
      odwiedził Fionę Sarenkę i jej matkę. Nawet listonosz, od czasu gdy John
      zainstalował sobie telefon nie pojawił się na horyzoncie. Przez pierwsze dwa
      tygodnie od ostatniej, a zarazem jedynej wizyty Lu Iz Kaua, kalekiego,
      rymującego Koreańczyka, John budząc się nad ranem, z przyzwyczajenia wybiegał
      na dwór mając nadzieję dostrzec doręczyciela. W związku z tym wszystkim John
      zaczynał czuć się dość samotnie. Miesiące mijały na ciągłym wypełnianiu tajnych
      misji.
      - Dość samotności. - Powiedział do siebie John, kończąc kakao i wszedł do domu.
      Postanowił, że przy okazji zadania, które miał wykonać na Florydzie odwiedzi
      mieszkającego w okolicy wujka Teda. Nie widział staruszka przez dziesięć lat.
      Po śmierci matki nie należy zrywać z ostatnią nicią rodzinnych więzów. Choć
      John od najmłodszych lat uważał wujka za lekkiego świra, to jednak nie można
      się do niego nie przyznawać. Wujek ześwirował, gdy John liczył sobie 10 wiosen,
      po tym jak wracając z Wietnamu, jego samolot rozbił się przy lądowaniu w
      Stanach, a on skończył z tytanową płytką w lewej półkuli. No cóż, nieraz
      przypadki nie darzą nas zbytnimi względami.
      Była 13 : 57 następnego dnia, gdy John zbliżał się do celu podróży. Harley,
      dopiero co wyciągnięty spod brezentowej plandeki, zaczynał powracać do stanu
      sprzed snu zimowego. Wyczyszczony przy pomocy bawełnianych ściereczek,
      naoliwiony, napojony wysokooktanową etyliną, gnał z Johnem na grzbiecie jak
      wicher. Zmierzając na południe wzdłuż wschodniego wybrzeża Florydy, John
      planował w myślach, jak rozegra dzisiejszą potyczkę ze złymi, właściwie to
      dzisiaj los czyhał na jednego złego, ale szczególnie paskudnego. Do West Palm
      Beach pozostało tylko 20,43 km.
      Była 14 : 05 gdy do West Palm Beach pozostało tylko 5 km. John zaplanował akcję
      co do najdrobniejszego szczegółu i przekręcając manetkę przyspieszył do 150
      km/h. Taki był plan. Nie minęło dwanaście sekund, a John usłyszał wycie
      policyjnej syreny. Spojrzał kątem oka w lusterko i ocieniwszy swoje szanse,
      skręcił w boczną drogę. Gliniarz, bo w wozie siedział tylko jeden człowiek,
      prawidłowym ślizgiem wziął zakręt i podążył za Johnem. Nawet w najmniejszym
      stopniu nie spodziewał się, że gna prosto w paszczę bestii. Od tej chwili
      wydarzania potoczą się momentalnie.
      John zatrzymał maszynę, dobył terapeuty i czmychnął nieopodal. Drzewa, będące
      przypadkowo w tym miejscu stanowiły idealny punkt do dalszych poczynań. Plan,
      chociaż był bardzo prosty, zawsze uwzględniał różnego rodzaju czmychnięcia,
      przemykanie czy przyczajenie się. John znał się na rzeczy, był prawie doskonały
      w przemykaniu, trochę słabszy w przyczajaniu się, lecz był mistrzem nad
      mistrzami jeżeli chodzi o czmychanie. Nie należy zapominać, że czół się równie
      świetnie w kwestii podążania, okrążania i wyczuwania intencji wroga.
      Szczególnie ta ostatnia umiejętność przyda mu się w tym wypadku. John, sądząc,
      że ma do czynienia z gliniarzem-chojrakiem, przewidział co nastąpi. Chociaż zły
      mundurowy zapewne powiadomił przez radio swoich pobratymców, to ruszy z
      pewnością sam na przyczajonego za drzewami Johna. Tak też się stało. Wcześniej
      wspominałem, że wydarzenia od tej chwili potoczą się momentalnie, lecz myliłem
      się, dopiero teraz nastąpi to co nastąpić powinno kilka chwil temu, a więc, od
      tej chwili wydarzenia potoczą się momentalnie.
      John usłyszał zatrzymujący się wóz z migającymi kogutami, właściwe ciekawe
      dlaczego nazwano je kogutami, usłyszał otwierające się drzwi i donośny głos
      złego posterunkowego:
      - Wyłaź, jeżeli ci życie miłe.
      John wylazł, uniósł terapeutę na wysokość oczu swej przyszłej ofiary i ruszył w
      jej kierunku. Nim docelowy gliniarz zdążył zareagować, terapeuta przeczyścił mu
      zatoki. Krew chlusnęła na dwa metry, ochlapując maskę biało-czarnego
      Chevroleta. John, trzeba przyznać był szybszy niż błyskawica. Gdy zatrzymał się
      nad ciałem, gliniarz wyglądał jakby trochę mu się przymckło. Siedział ze
      zwieszoną głową oparty o przednie koło i błotnik trzymał jeszcze trzydziestkę
      ósemkę w prawej dłoni. John sprawdził, bo tak należało, plakietkę z nazwiskiem
      i znak szczególny w postaci wybrakowanego prawego ucha i odetchnął z ulgą.
      Zabił właściwego.
      - Skurczybyki z agencji znają się na robocie. Jak w zegarku. - John pokiwał
      głową na znak podziwu dla zleceniodawców i dokończył sprawę zostawiając kopertę
      z dowodami obciążającymi ofiarę. - Czas się zbierać. - Dodał cicho i się
      zebrał. Gdy zebrany ruszał w głąb niezbyt gęstego lasu, do jego uszu docierać
      zaczęły dźwięki policyjnych pojazdów. John odkręcił manetkę i odjechał w
      wiadomym tylko sobie kierunku.
      Była 16 : 44 gdy John dojeżdżał do wiadomego tylko sobie miejsca. Długo zajęło
      mu ustalenie miejsca pobytu wujka Teda. Studiując mapy przez cały wieczór, gdy
      nocował Jacksonville, opracował sobie trasę dojazdu do tego zapomnianego przez
      niektórych, miejsca pośród moczarów stanu Floryda. Wioska w której mieszkał
      wujek liczyła 47 osób, 26 psów, 14 kotów, 2 kanarki, 17 świń, 2 papugi
      nierozłączki, kilkadziesiąt, a może więcej szczurów wodnych, 4 konie, a poza
      tym gady, płazy, ptaki i inne ssaki. Nie zabrakło także innych paskudztw, ale
      nie czas o tym mówić. John zatrzymał Harleya przed domem wujka, zsiadł,
      rozdeptał wielkiego pająka i ruszył w stronę drzwi wejściowych. Ludzie
      obserwujący go od jakiegoś czasu, nie wydawali się zbytnio przejęci olbrzymią
      kupą mięśni odzianą w skórę, przemierzającą jedyną znaną im drogę na
      chromowanym koniu.
      Była 17 : 00 gdy zza pleców Johna dobiegł donośny głos:
      - Te pacan, czego tu szukasz.
      John z letka zirytowany, powoli odwrócił się i ujrzał wujka Teda, stojącego
      trzy metry od niego. Podjął rozmowę nie czekając na dalsze obelgi.
      - Jestem John, twój bratanek nie żaden pacan.
      Wujek Ted zmarszczył lekko brwi, charchnął na asfalt i przemówił::
      - Johny, stary druhu, walniesz kielicha?
      - Kielicha zawsze. - Odparł John, uścisnął cuchnącego łajnem wujka i wszedł z
      nim do bagiennej chatki. O dziwo, w środku nie było najgorzej, czuć było
      kobietą, co Johnowi poprawiło trochę humor. Wujek Ted był jedynym, który do
      Johna mówił w inny sposób niż zwykli śmiertelnicy. Matka za młodu poprosiła
      Johna, by w stosunku do wujka był trochę bardziej wyrozumiały i nie denerwował
      się zbytnio. John z konieczności przyzwyczaił się do tego, bo tytanowa płytka
      tłumaczyła bardzo wiele. Teraz jednak, gdy usłyszał i zobaczył Teda musiał
      bardzo się wysilić, by zachować obojętność.
      Po piętnastu minutach wujek, zażywszy kąpieli pod prysznicem usiadł na fotelu
      nieopodal Johna i polał czystej. John strzelił setę bez mrugnięcia okiem, co
      zaimponowało Tedowi, więc nie czekając na młode kartofle polał następną.
      Strzelnęli następną i nawiązali dialog. Pierwszy zaczął wujek Ted:
      - Ile to już wiosen cię nie widziałem mały schbiku? - Przy wypowiadaniu tych
      słów, Ted zamrugał powiekami w stylu panienki z Mulen Rouge i ciągnął dalej: -
      Co u mojej siostry?
      Od pogrzebu matki minęło już ponad pół roku, a że John przygotowany był na
      takie pytanie nie zagniewał się zbytnio i spokojnie przedstawił sytuację:
      - Pochowałem ją w październiku, spadła w czasie wspinaczki.
      - Zawsze jej mówiłem, że kiedyś nie dotrze do szczytu, ale tylko się śmiała.
      Baby to jednak mają nasrane w tych łbach, ale bez urazy John
      • aric Part XV: Specyficzny wujek Ted cd 21.08.02, 11:21
        Baby to jednak mają nasrane w tych łbach, ale bez urazy Johny, mały schabiku. -
        Wujek coraz częściej pomrugując, polał po trzeciej secie i wzniósł szklanicę w
        górę. - Zdrowie matki i siostry.
        John wychylił trzecią setę i poczuł się trochę błogo. Wujek nie przerywał
        mrugania i mówił dalej:
        - Te schabik, zagramy w chińczyka?
        Pomysł ten choć ni z gruszki na z pietruszki przypadł Johnowi do gustu, więc
        zgodził się i zapytał tylko czy można grać we dwóch.
        - Zapomniałem ci o czymś powiedzieć. Od dziewięciu lat mam córkę. Nazywa się
        Ginger i ma dwadzieścia jeden lat. Zaraz tu przyjdzie i skręcimy partyjkę
        chińczyka.
        - A skąd wziąłeś tę córkę. - John lekko się uśmiał i zażartował: - Na bagnach
        ją znalazłeś?
        Wujek Ted mrugnął zalotnie powiekami i spokojnie, jakby trochę zdziwiony wstał
        z fotela, podszedł do szuflady i wydobył z niej trochę podniszczoną grę.
        - Skąd wiesz, gdzie ją znalazłem? - Zapytał nagle. - Ale nie ważne. Opowiem ci.
        Wujek Ted polał znów i nim umoczyli swe usta w czwartej setce zaczął opowiadać:
        - Jak co dzień rano, płynąłem sobie łódką motorową, a było to lat dziewięć
        temu, zapolować na krokodyle. Żyję ze sprzedaży drogocennych skórek tych
        paskud. Tak więc płynę sobie dobre trzy godziny i nic. Nie cholery, żadnego
        gada, aż tu nagle słyszę krzyki i chlupanie wody. Podążyłem natychmiast w
        tamtym kierunku, by udzielić pomocy. Obliczyłem, a liczyć umiem przecież
        całkiem nieźle, ale, ale ty chyba też nieźle liczysz, pamiętam jak kiedyś...
        Eee, nie ważne. - Wujek strzelił czwartą setę bez namysłu i zasnął. John
        zdębiał zupełnie. Mało myśląc potrząsnął wujkiem. Wujek ocknął się i zapytał? -
        Co jest kurde?
        - Opowiadałeś mi jak to znalazłeś Ginger, pamiętasz?
        - A tak, na czym to ja stanąłem? - Zamyślił się trochę i już miał zasnąć, ale
        nie zdążył. W drzwiach stanęła wysoka brunetka ubrana nader skąpo i rzekła:
        - Uratował mnie i adoptował, bo nie miałam już żadnej rodziny. Co jest tatku?
        Widzę, że zaplanowałeś na wieczór pewną odmianę, jak mniemam chińczyk?
        John szybko przepuścił przez gardło wodę ognistą i wstał w celu przywitania się
        z piękną nieznajomą. Wziął jej dłoń w swe potężne, aczkolwiek delikatne łapska
        i ucałował jak na gentlemana przystało.
        - Jestem John. - Zamarudził pod wpływem, nie tylko czystej John i opadł z
        niemocy na fotel. - Aleś ty kurde ładna. - Szarmancki komplement popłynął z ust
        Johna wprost do serca Ginger. Ta przysiadła się, polała sobie trochę wódki i
        spiła spokojnie, oblizując przy tym seksownie swe karminowe ustka. I tak oto,
        chociaż John nie spodziewał się jakichkolwiek atrakcji po tej wizycie i
        planował szybko załatwić sprawunki, zmienił zdanie.
        Była 8 : 26 pięć dni później. John namiętnie pocałował Ginger. Smakowała jak
        poziomka. Przybił z wujkiem i dosiadł Harleya. Żal mu było po tak uroczo
        spędzonych dniach wracać do ciężkiej harówy. Sprawdził czy kamizelka dobrze
        leży i ruszył z niepokojem w sercu, aby zająć się codziennymi obowiązkami
        leżącymi w kwestii agenta rządowego do zadań specjalnych.

        Aric van der Matak
    • aric Part XVI: Gorący wiatr od Santa Anna 22.08.02, 13:09
      Była 4 : 23 i wstawał dzień. Gorący wiatr od Santa Anna powodował, że 10 mln
      ludzi mieszkających w okolicach Los Angeles nie było sobą. Coś zmieniało się
      zawsze, kiedy podmuchy gorącego wiatru nawiedzały te okolice. Zapytacie pewnie:
      co takiego może się zdarzyć, gdy wieje jakiś tam wiatr? Ale to nie był jakiś
      tam wiatr, tylko złowrogi, śmiercionośny, gorący wiatr od Santa Ana. Wdzierał
      się niczym jadowity pająk pomiędzy okoliczną ludność i kąsał. Nocami młodzi
      ludzie skakali z najwyższych pięter biurowców, gangi wylegały na miasto, by
      pustoszyć spokojne ulice. Wszyscy byli pobudzeni do działania, poczynano
      tysiące nowych mieszkańców Ziemi, a kierowcy wpadali na siebie zasypiając za
      kierownicą, zaraz po tym jak oddali swe nasienie kobiecie swojego życia. Do
      tego wszystkiego trzęsła się skorupa ziemska, a przyczyną podobno był
      nasuwające się na siebie jakieś tam platformy. Koszmarne miasto i koszmarni
      ludzie, wylęgarnia robactwa najwyższej klasy. Tu został wysłany nasz bohater,
      by zażegnać pewne niebezpieczeństwo czyhające na, w miarę spokojnych obywateli
      tego rejonu. On był odporny na wszelakie zewnętrzne bodźce, więc on został
      wyznaczony do tego zadania i uporał się z nim, mimo nieprzychylności losu
      zaledwie w ciągu jednej nocy.
      John wyczerpany, uporawszy się ze wszystkim w ciągu jednej nocy, postanowił
      pospacerować po wybrzeżu, by odprężyć się i zakosztować igraszek z naturą.
      Zadanie, które zakończył kilkanaście minut temu wymagało od niego: zabicia
      trzech mężczyzn, przebiegnięcia 25 km ulicami południowego Los Angeles w celu
      ich złapania, skurczybyki mieli pałer. Ponadto wpadł w ręce jakiegoś gangu, z
      którym musiał rozprawić się za pomocą gołych rąk, gdyż nie było fair, w jego
      przekonaniu używać, terapeuty na dwudziestu obdartusów bez broni palnej. Walka
      trwała jakieś dwanaście i pół minuty, co znacznie opóźniło pościg i nadwerężyło
      Johnowi mięśnie i ścięgna. Siedząc obecnie na chłodnym piasku naprawiał swe
      muskularne ciało, używając specjalnych technik medytacyjnych. Skąd je znał,
      któż to wie. Trzeba znać takie rzeczy, bo nigdy nie wiadomo kiedy mogą się
      przydać.
      Minęła prawie godzina, a John nie wstał z piasku. Siedział, zakończywszy
      reperację obolałego ciała i obserwował metrowe fale, wsłuchując się w świst
      słabnącego, gorącego wiatru. Słońce grzejące coraz mocniej zza jego pleców
      sprawiło, że postanowił zdjąć kamizelkę i spędzić spory kawał ranka na
      odprężającym leżakowaniu.
      - Cóż za piękne chwile czekają na człowieka po dobrze spełnionym obowiązku
      wobec narodu. - Rzekł głośno John i ściągnąwszy kamizelkę kuloodporną,
      rozciągnął się jak guma na wilgotnym podłożu.
      - A cóż takiego dokonałeś mój ty bohaterze szalony? - Odezwał się nie wiadomo
      skąd, znajomy głos kobiecy. John zerwał się na równe nogi, przetarł zmęczone
      oczęta i wydobył z siebie jedyne słowo, jakie mu go głowy przyszło na tą okazję.
      - Alina?
      Alina, miękko kołysząc biodrami podeszła do zdziwionego twardziela i wgryzła
      się stanowczo w jego wargi. Całowała, delikatnie kąsała i muskała końcówką
      języka. Johnowi przywróciło to 73% wybrakowanej energii życiowej. Nie
      namyślając się zbytnio, John zbadał ukradkiem, przy pomocy swojego bystrego
      wzroku, otaczający ich teren. Ani żywej duszy. Następnie przystąpił do tego co
      należy, mianowicie cisnął Alinę w piach, westchnął głęboko i skoczył niczym
      głodny tygrys na swoją pierwszą od niepamiętnych czasów ofiarę. Od tej chwili
      wydarzenia potoczyły się momentalnie.
      Była 6 : 00 i odbyty został stosunek. John wyciągnął z kieszeni paczkę
      malborasów, które miał przygotowane wyłącznie na specjalne okazje. Alina
      poczęstowana nie zwykła odmawiać i podpaliwszy papierosy, oboje zalegli na
      piasku, tuląc się do siebie jak dwa zbłąkane zajączki. Tak minęło siedem minut
      i dwadzieścia jeden upojnych sekund. Na horyzoncie zaczęli się pojawiać
      nieznajomi osobnicy, więc nasza para postanowiła nieco przyodziać swe
      roznegliżowane ciała. Zrobiwszy to, Alina uniosła się lekko na lewym łokciu i
      sięgnęła do swojej kurtki dżinsowej.
      - 501. - Rzekła niespodzianie.
      - Też mam dżinsy Levi’sa 501, ale nie wiedziałem, że kurtki mają takie
      oznaczenie. - Powiedział John. Alina spojrzała na niego, jak na wariata i
      naprowadziła go na właściwy trop.
      - Co ty bredzisz? Chyba dawno nie widziałeś tego.
      - Mój czarny notes! - Wykrzyknął John. - Ale, ale tak w ogóle to skąd
      wiedziałaś, że mnie tutaj spotkasz? - Dodał tajemniczym głosem John, po tym jak
      jego twarz nagle wyraźnie spoważniała. Spotkanie zdecydowanie nie wyglądało mu
      na przypadek, chociaż w szale euforii John nie miał czasu się temu bliżej
      przyjrzeć. Teraz była odpowiednia pora. Chciał więc zapytać, ale Alina położyła
      mu swoją przepięknie wypielęgnowaną dłoń na ustach i nie dopuściła do tego.
      - Zaraz ci wszystko opowiem, ale najpierw pocałuj Alinę. - Powiedziała słodko,
      gdy John złapał się na tym, że zastanawia się, w jaki sposób można być
      jednocześnie wyszkolonym do wszelkiego rodzaju zadań superagentem i mieć tak
      wypielęgnowane dłonie. Ale nie czas na takie rozterki.
      John pocałował, odebrał notes i sprawdził ostatnie zapiski. Cztery ostatnie
      strony były zapisane charakterem Aliny. Trzy pierwsze, a mianowicie numery 498,
      499 i 500 opisywały zdarzenia mniej lub bardzie nam znane. Na czwartej stronie
      widniało tylko jedno zdanie. 501 - stosunek na plaży w promieniach wschodzącego
      słońca. Teraz, dla Johna stało się pewnym, że Alina znalazła go celowo, a co za
      tym idzie nadciągały kłopoty z dalekiego Wschodu. Mówiąc bardziej obrazowo:
      wróciły ryski.
      Była 6 : 12 gdy John założył kamizelkę kuloodporną i sprawdził gotowość
      terapeuty. Zastanawiał go niczym nie zakłócony spokój przyjaciółki. Cały czas,
      gdy tylko mogła przymilała się do Johna i całowała ukradkiem. John natomiast
      czół się coraz bardziej poirytowany. Postanowił uzyskać informacje, które
      mogłyby go usatysfakcjonować.
      - Przestań się myziać i wytłumacz o co tu chodzi. - Zastopował stanowczo
      rozochoconą Alinę. Ona jednak zaczęła głośno chichotać i odpowiedziała;
      - Uwielbiam jak jesteś taki twardy. Przestań marudzić i chodźmy na spacer. -
      John nie wiedział co począć, tylko patrzył się, mrugał powiekami, zgrzytał
      zębami, smarkał i stał bez ruchu. Dodatkowo cicho pryknął, co go lekko
      rozluźniło. Alina szarpnęła natomiast jego dłonią i poszli na spacer. Po chwili
      dodała: - Nie widziałam cię ponad rok, chce się tobą nacieszyć, mój ty obrońco
      pokrzywdzonych, a ty co? Węszysz i węszysz czy jakoby jakiegoś spisku na nie
      ciebie szykują. A co mają nie szykować? - Sarkazm Aliny był dobitny. John
      słuchał grzecznie, a ona mówiła dalej. - Pewnie przeprowadzą desant na tej
      plaży, a ty biedaku ich wszystkich wykończysz, stojąc na straży swojego narodu.
      Słodki jesteś, ale wyluzuj trochę.
      John spuścił głowę jakby go zbeształa niedobra matka i potulnie ruszył pod rękę
      z Aliną wzdłuż linii oddzielającej piasek od wody.
      - Sorry, kurde. Miałem ciężką noc. - Usprawiedliwił się cichutko John.
      Idąc tak sobie wzdłuż wspomnianej linii, gdy John sztywny zamieniał się w Johna
      luźnego, Alina zaczęła wyjawiać mu prawdę na temat ich spotkania. A prawda była
      następująca:
      - Wszystko zaczęło się niecały rok temu, pamiętasz pewnie niecny proceder,
      którego byłeś ofiarą w pociągu do Chicago? No wiesz, te cztery zabójcze koty. -
      Alina spojrzała pytająco na Johna, ten jednak nic nie odpowiedział tylko kiwną
      głową. Alina kontynuowała: - Dowiedziałam się o wszystkim w samą porę i
      podążyłam ich tropem. To ja załatwiłam tą konduktorkę z kotami, lecz nie
      zdążyłam zapobiec wszystkiemu. Kotów już nie było, ale jak widzę poradziłeś
      sobie znakomicie, mój ty słodki oprawco złych bestii. - Alina znów ucałowała i
      ciągnęła dalej. - Tyle, że to nie była zwykła konduktorka, a specjalnie
      szkolona hipnotyzerka kotów, działających na specjalne hasło. Nie wiem tylko
      skąd nagle się pojawili ci dwaj, czyhający na twoją głowę
      • aric Part XVI: Gorący wiatr od Santa Anna cd 22.08.02, 13:11
        Nie wiem tylko skąd nagle się pojawili ci dwaj, czyhający na twoją głowę na
        dworcu. Podsumowując, nim ruscy zdążyli cię zaatakować na peronach zdążyłeś
        zniknąć w mrokach nocy. Zgubili twój ślad, podobnie jak ja. Próbowałam się z
        tobą skontaktować, lecz zdobycie twojego numeru telefonu jest zbyt trudne,
        nawet dla mnie. Teraz namierzyli cię na nowo i jestem tu by cię ostrzec.
        Tymczasem namieszałam trochę w ich szykach i mamy dla siebie trochę czasu.
        Cholera zwykle nie mówię tylu zdań naraz, zmęczyłam się okrutnie. - Alina
        przystanęła i przez chwilę, jakby nic innego w życiu nie robiła, upajała się
        przyjemnie muskającymi jej bose nogi, niewielkimi falami.
        John zdawał się być trochę zakłopotany takim rozwiązaniem zagadki sprzed roku,
        kiedy wiele spraw pozostało dla niego nie w pełni wyjaśnionych i dziwnych.
        Teraz stał patrząc jak przepiękna twarz Aliny promienieje radością. Nigdy jej
        takiej nie widział, wiedział jednak, dlaczego tak się dzieje. Wszystko
        tłumaczył gorący wiatr od Santa Ana. John stwierdził, że obecne oblicze
        najwierniejszej towarzyszki jego przygód zdecydowanie bardziej przypadło mu do
        gustu. Podszedł więc do niej, wziął na ręce i zaniósł kilkanaście metrów od
        brzegu oceanu. Położył na ciepłym już piasku i usiadł obok niej. Nagle stało
        się coś dziwnego. Alina w jednej chwili przestała radować się z życia, okryła
        się powagą i powiedziała do obserwującego ją Johna:
        - To moje ostatnie zadanie, gdy tylko ci pomogę zniknę na trochę z twojego
        życia. - Słowa te wielce przeraziły i zabolały Johna. Alina miała zaledwie 29
        lat i była w pełni sił do dalszego istnienia jako superagentka, a od czasu do
        czasu mogłaby poigrać z Johnem.
        - Co się stało? - Zapytał więc.
        - Po ostatnim dali mi jeszcze jedną szansę i tym razem mi nie darują. Muszę
        zniknąć, ale nie martw się. Odnajdę cię.
        Alina była przerażająco poważna i od tej chwili stało się dla Johna jasnym, co
        się dalej stanie. Nie pozostało im wiele czasu. John wziął w ramiona Alinę i
        obcałował po ojcowsku jej gładziutkie czoło. O czym ja tu kurde piszę, tanich
        romansów mi się kurwa zachciało.
        Była 8 : 13 gdy do Johnowych uszu zaczęły docierać jakieś dźwięki, kształtujące
        się powoli w miły głos Aliny. John przetarł oczy i usiadł zdziwiony.
        - Co jest do cholery?
        - Zasnąłeś nagle prawie półtorej godziny temu. Pomyślałam, że sen ci dobrze
        zrobi, ala ty zacząłeś coś mamrotać, żebym nie odchodziła i obściskiwać moje
        nogi, więc cię szturchnęłam kilka razy w czoło i się obudziłeś.
        John wstał, popatrzył na Alinę, popatrzył na ocean i zdębiał. Na horyzoncie
        pojawiły się jakieś dziwne pojazdy wodno-lądowe o znajomych kształtach. John
        obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, ile czasu pozostało mu by przygotować
        się do odparcia desantu, który niewątpliwie się szykował. Po uwzględnieniu
        oporu wody, średniej prędkości poruszających się maszyn i innych czynników,
        wyszło mu, że mają siedem minut, aby przyszykować się do morderczej walki.
        Siedem minut później, przyczajeni w wykopanym pośpiesznie grajdole, obserwowali
        jak amfibie wylegają na brzeg, a z ich stalowego brzucha wybiegają amerykańscy
        żołnierze. John mało się ze wstydu nie spalił, gdy przypomniał sobie, że jak co
        rok, 4 lipca rano, jak na ironię był właśnie ten dzień, na wybrzeżu L.A.
        odbywają się pokazy zorganizowane przez wojska amerykańskie. Rozejrzał się
        uważnie dokoła, skoncentrowany dotychczas na ataku pseudo nieprzyjaciela i
        uśmiechnął się głupawo. Tym razem atrakcją dla stojącej nieopodal licznej
        widowni nie były pokazy wojskowe, a para przygłupów szykujących się do potyczki
        z siłami wroga. Alina zachichotała i rzekła:
        - Ja żartowałam z tym desantem. - Popatrzyła z wyrozumiałością w jego zdziwione
        oczęta. Powabnie ujęła dłońmi jego napakowany kark i ucałowała czule w usta.
        A wszystkiemu był winny gorący wiatr od Santa Anna.

        Aric van der Matak
    • aric Part XVII: Trupy nie śpiewają 23.08.02, 15:22
      Była 12 : 03 gdy John, z ust szefowej usłyszał słowa, które go szczerze
      zaniepokoiły:
      - Scot Razor podobno jest w Stanach.
      - „Trupy nie śpiewają”? - Zapytał zdziwiony John.
      - Podobno chce się zemścić, więc postanowiłam cię ostrzec. - Odparła szefowa i
      przekazała Johnowi dokumentację zebraną na temat Scota „Trupy nie śpiewają”
      Razora. John wziął do ręki teczkę z napisem Ściśle Tajne, grzecznie się
      pożegnał i opuścił gabinet. Na korytarzu natknął się na Steva Blade’a.
      Przywitał się i nawiązał konwersację:
      - Jak leci Steve?
      - Znakomicie, ale słyszałem, że „Trupy nie śpiewają” wrócił. Daj mi znać, jak
      będziesz potrzebował pomocy. - Odparł Steve i pożegnał się z Johnem.
      John nie miał więcej ochoty na rozmowy z kimkolwiek, więc postanowił udać się
      natychmiast do mieszkania służbowego w Waszyngtonie i poczekać na rozwój
      wydarzeń. Jeżeli Scot Razor był w Stanach na pewno zapoluje na Johna i
      prawdopodobnie nie będzie sam.
      Kim był Scot „Trupy nie śpiewają” Razor? Dlaczego John się go bał i dlaczego
      chciał dorwać Johna? O tym za chwilę.
      Minęła chwila.
      Była 8 : 54, co w sumie nie miało najmniejszego znaczenia, gdy John jako
      kapitan, kierując niewielkim oddziałem podczas operacji „Pustynna Burza”
      wykonywał ściśle tajne zadanie. Jednym z jego podwładnych był sierżant Razor,
      dwudziestopięcioletni gość o nieprzeciętnych zdolnościach. Potrafił tak dużo,
      że w niektórych sprawach John mógłby się wiele od niego nauczyć. Jednak nie
      posiadał kilku cech najważniejszych w tym fachu, a mianowicie: mocy fizycznej
      potrzebnej np. do zgniecenia komuś głowy gołymi rękoma, ponadto nie potrafił
      wykonywać uników szybszych niż błyskawiczne i niezbyt dobrze potrafił liczyć.
      Te trzy cechy eliminowały go, jako Johnowego sobowtóra. Wracając jednak do
      tamtych wydarzeń, które kilka lat temu naprawdę toczyły się momentalnie przez
      cały okres konfliktu, gdy John dotarł na miejsce i wykonał zadanie,
      niespodzianie wpadł w pułapkę. Nim zdążył ze swoim oddziałem wycofać się na
      właściwe stanowiska, zaskoczyli ich wrodzy żołnierze. Chociaż nie było
      problemów z ich wyeliminowaniem, zagrożenie stało się na tyle realne, że kto
      wie, może John nigdy by nie pospółkował z poznaną niedługo później Aliną
      Czieriebskoją. Niebezpieczeństwo przeminęło dzięki stanowczemu posunięciu Scota
      Razora. Gdy John z chłopakami zlikwidował niewielki oddział zwiadowczy, przy
      życiu pozostał tylko jeden z tych, poniekąd złych wyznawców Allacha. John
      pomyślał, że pomoże im to się wydostać z wrogiego terenu, gdyż niechcący, w
      ferworze walki pogubili mapy i radio. Nagle jeden z chłopaków, wystawionych na
      czujkę zameldował o zbliżającym się kolejnym niebezpieczeństwie. Wtedy to,
      rozumiejąc chyba słowa zwiadowcy zakładnik zaczął śpiewać. Ale nie był to śpiew
      pod nosem. Ten pieprzony kutas zaczął wyśpiewywać tak głośno, żeby sam Allach
      mógł go usłyszeć i pochwalić. To stawiało nasz oddział w niewesołej sytuacji.
      John pierwszy postanowił zamknąć gębę śpiewakowi i wrzasnął:
      - Stul gębę kurwa!
      Wrzask był całkiem, całkiem, lecz niewiele pomógł. Śpiewak śpiewał nadal. John
      powziął decyzję o cięższych środkach perswazji i już miał go zdzielić w pysk,
      kiedy rozległ się cichy strzał z pistoletu z tłumikiem. Głowa, do której mówił
      John znikła, a na jej miejscu pojawiły się śladowe ilości mózgu, czaszki,
      włosów i tkanki z krwią. Paskudny widok. John momentalnie odwrócił się i
      spojrzał na zadowoloną twarz Razora. On lubił takie scenki rodzajowe, bo
      chociaż był dobrym komandosem, był również zdrowo pieprznięty. Uśmiechnął się
      tylko do Johna i dodał chowając broń:
      - Trupy nie śpiewają.
      Od tej pory członkowie oddziału opowiadali między sobą wiele razy jak to
      powstała owa nietypowa ksywa. Scot dorzucił coś jeszcze do swojej wypowiedzi, a
      John nigdy nie zrozumiał dlaczego nie nazwali go Doom-doom, przecież przezwisko
      to było znacznie poręczniejsze. A oto co dodał:
      - Doom-doom kurwa, kocham te kulki.
      Tak oto dowiedzieliśmy się jak powstała ksywka Razora. Na koniec tej
      retrospekcji dodajmy jeszcze jak skończył się ta pamiętna akcja. Akcja
      skończyła się pomyślnie. Oddział Johna nie poniósł żadnych strat, bo nie było
      to w stylu dowódcy. On szanował swoich podwładnych i nigdy nie stracił żadnego
      żołnierza. Do diabła, ależ był dobry.
      Udzielenie odpowiedzi na pytanie, dlaczego John bał się Razora było dość łatwe
      do wyjaśnienia i w pełni było racjonalne. (Nie ma nic racjonalnego w całym tym
      cyklu opowieści, lecz na potrzeby chwili autor nie boi użyć się tego słowa).
      Ale w sumie nie ma po co wyjaśniać wszystkiego, bo nie należy wyjawiać przed
      końcem tego opowiadania najciekawszych fragmentów, dlatego wszystko wyjaśni się
      we właściwym miejscu, albo i nie.
      Pozostaje odpowiedź na ostatnie pytanie, dlaczego Scot Razor czyha na życie
      Johna? Wszystko zaczęło się kilka tygodni po incydencie ze śpiewakiem. John,
      chociaż nie podobał mu się stan umysłu Razora, nie złożył na niego raportu. Ten
      facet był niezastąpiony i cholernie potrzebny. Jednak w czasie wykonywania
      ostatniego, powierzonego im zadania zdarzyło się coś, czego John do końca życia
      sobie nie wybaczył. Został zaskoczony i śmiertelnie ranny. Przeżył tyko dzięki
      temu, że był potrzebny, abym mógł napisać kilkaset bzdur o jego życiu, ale
      przeżył i to było najważniejsze. Przyczyną nieszczęśliwego zdarzenia był
      zdrada. Wszystko przez chciwość i żądzę władzy. Gdy John z odziałem zajął
      budynek wyznaczony jako strategiczny punkt, dla wykonania dalszej części
      powierzonego im zadania, natknęli się na pośpiesznie porzucony sejf. Okazał się
      łatwy do sforsowania przy pomocy niewielkiej ilości plastiku. W środku, w
      dziesięciu metalowych skrzynkach wielkości cegieł znajdowały się setki
      diamentów. John, jako prawy obywatel nie zezwolił na grabież i zapłacił za to
      trzema miesiącami szpitala. Postanowił, że się zemści, jednak nie było na
      kim. „Trupy nie śpiewają” wraz z ósemką pozostałych zniknęli w czasie Johnowej
      niedyspozycji. Wróciwszy do bazy, po tym jak zostawili Johna na pastwę losu,
      zameldowali o nieszczęśliwym wypadku przy pracy i nim się zorientowano o co w
      tym wszystkich chodziło, przepadli na amen.
      Po zakończeniu leczenia John powrócił do stałego zajęcia, jakim była praca dla
      Agencji. Poznał Alinę Czieriebskoją i zawładnął jej umysłem. Zbudował sobie dom
      i założył sad wiśniowy. Prowadził dobre i ustatkowane życie poprzeplatane
      koniecznością wykonywania grzesznego zawodu. Aż tu pewnego dnia, przechadzając
      się po Waszyngtonie natknął się na swojego dawnego żołnierza, który zniknął
      wraz z „Trupy nie śpiewają”. Nie namyślał się zbyt długo i postanowił odnaleźć
      bezwzględnego grabieżcę. Minęły 24 godziny, a John z dostatecznym ekwipunkiem i
      terapeutą, który wtedy był jeszcze młodym chłopcem, a zwany był po prostu
      gnatem, giwerą czy spluwą, ruszył do akcji. Celem była silnie strzeżona wyspa,
      którą Razor kupił od jakiegoś szejka za część łupu. Wszystko poszło po myśli
      Johna i po wylądowaniu w docelowym miejscu rozpętał prawdziwe piekło. Rozgniótł
      ochronę wyspy jak pełzające robactwo, wszystkie budynki zamienił w kupę gruzu.
      Wykończył upajających się bogactwem i rozpustą dawnych kumpli z oddziału.
      Wszystkie dziwki i inne ścierwa, bo cała wyspa roiła się od zawszonych
      wypierdków społeczeństwa, posłał w zaświaty. Tyle istnień ludzkich za trzy
      miesiące pobytu w szpitalu, może nie postąpił sprawiedliwie, ale w końcu to był
      John i należy to uszanować. Pozostawał tylko jeden człowiek, którego John nie
      odnalazł, a co za tym idzie nie uśmiercił. Oczywiście Scot „Trupy nie śpiewają”
      Razor. John popełnił znaczący błąd, nie przeprowadzając akcji wywiadowczej
      zanim, owładnięty myślą zniszczenia ruszył by się mścić. Ale kto by racjonalnie
      myślał w takim wypadku, na pewno nie John. Zakończywszy swe dzieło, John usiadł
      na brzegu wy
      • aric Part XVII: Trupy nie śpiewają cd 23.08.02, 15:24
        Zakończywszy swe dzieło, John usiadł na brzegu wyspy i postanowił odpocząć.
        Szalejące wokoło pożary sprawiały, że temperatura powietrza w promieniu 5 km
        wrosła średnio o 8 stopni Celsjusza. John obliczył tą temperaturę, a liczyć
        umiał całkiem nieźle, uwzględniając cała masę czynników, których nie ma po co
        wymieniać. Ważne, że obliczył i basta.
        W tym samym czasie, gdy John kończył obliczać temperaturę powietrza, Scot Razor
        nadlatywał od południa swoim hydroplanem, wracając z nową porcją dziwek na
        pokładzie. Siedział sobie za sterami i upajał się ustnymi pieszczotami jednej z
        panienek, gdy dojrzał na horyzoncie pogorzelisko, będące jeszcze godzinę
        wcześniej mlekiem i miodem płynącą krainą rozpusty i swawoli. Natychmiast
        zawrócił samolot i zniknął bez śladu. John obserwując manewr hydroplanu przez
        lornetkę zaflugał pod nosem i zdegustowany, że całe to zabijanie poszło trochę
        na marne, powziął decyzję o powrocie do domu. Zdarł z siebie podniszczoną przez
        pociski nieprzyjaciół kamizelkę i ruszył do ukrytej łodzi motorowej. Wiedział,
        że „Trupy nie śpiewają” nie przełknie tej klęski i podejmie wszelkie środki by
        odszukać i zgładzić Johna. Choć będzie próbował kilka razy, nie uda mu się to
        aż do śmierci, która zaskoczy go pod kołami osiemnastotonowego tira pędzącego,
        by dostarczyć łatwo psujący się towar. Prawdziwy fart.
        Była 14 : 23 w dniu obecnym, gdy John usłyszał przez okno w mieszkaniu
        służbowym, przeraźliwy pisk opon i głuchy dźwięk połączony z mlaśnięciem.
        Wyjrzał prze okno i stwierdził:
        - Co za pech, ciekawe jak rodzina zidentyfikuje zwłoki?
        John mówił o tym co pozostało z mężczyzny, który zginął pod kołami
        osiemnastotonowego tira pędzącego by dostarczyć łatwo psujący się towar.
        Prawdziwy fart. Mężczyzna i towar mieli coś wspólnego ze sobą, a mianowicie
        wiązała ich tendencja do łatwego popsucia. Nic nie jest wieczne, i wcześniej
        czy później się popsuje.
        Minął dzień i nastała noc. John spędził osiem godzin z hakiem, przypatrując się
        w jaki sposób usuwano z jezdni i ciężarówki resztki po zepsutym facecie.
        - Można by napisać książkę o pierwszej pomocy w czasie tego rodzaju zdarzeń. -
        Zauważył John i uznał to za ciekawy pomysł.
        Była 23 : 42 gdy John usłyszał pukanie do drzwi. Dobył terapeuty i przyczaił
        się pod ścianą w sąsiedztwie wejścia.
        - Kto tam? - Zapytał zmieniając swój głos nie do poznania. Konspiracja była
        częścią jego życia, więc zakonspirował się jak trzeba i czekał.
        - Lasy w Brazylii donoszą o zażegnaniu niebezpieczeństwa. - Odparł głos za
        drzwiami. John otworzył je, rozpoznawszy zarówno tajny kod jak również głos
        Steva Blade’a. Steve wkroczył do siedziby Johna i powiedział:
        - Przydzielono mnie bym zajął się odnalezieniem Scota, lecz gdy tylko to
        uczyniłem on zniknął bez śladu. Jak kamień w wodę. A propos... - John jak
        porażony piorunem zamarł bez ruchu oczekując na puentę, ale pomylił się. - Może
        masz ochotę na kielicha. Wiem, że jest późno, ale słyszałem, że oprócz parowozu
        w gaciach masz też mocną głowę. Chciałbym się o tym przekonać.
        - Dobra, tylko bez aluzji o moim penisie. - Odpowiedział John, na co Steve
        nieszczęśliwy, że będzie musiał powstrzymać to co jest od niego silniejsze,
        skiną głową.
        Minęła 23 : 55 gdy skończyła się ta krótka przygoda Johna, powiązana z
        nieprzyjemnymi epizodami z wcześniejszych dokonań twardego jak skała człowieka
        czynu.
        Zastanawiacie się pewnie co takiego potrafił Scot „Trupy nie śpiewają” Razor,
        że John się go bał. Wytłumaczenie tego, jak wspominałem wcześniej było
        racjonalne, lecz zajęłoby wiele cennego miejsca, które można by wykorzystać dla
        opisania kolejnej z przygód Johna.


        Aric van der Matak
    • aric Part XVIII Podążaj śladami krwi 26.08.02, 13:28
      Była 11 : 24 gdy John podążał śladami krwi, pośród leśnej gęstwiny. Przyczyna
      podążania, choć mogłaby się wydawać dość banalna, wcale taka nie była. Ale aby
      dowiedzieć się co było przyczyną owego podążania, cofnijmy się o kilkanaście
      godzin wcześniej.
      Była 22 : 33 i było zupełnie ciemno, pochmurno i wietrznie. John siedział na
      przystanku autobusowym w miejscowości o nazwie Bloody Trees, po tym jak przeżył
      ciężki wypadek, jadąc 160 na Harleyu. On został wyszkolony do przeżycia
      zderzenia z traktorem, lecz Harley niestety nie. Jakiś pijany farmer w
      nieoświetlonym ciągniku rolniczym wyjechał nagle z pola, co zaskoczyło Johna i
      nawet nie próbował ominąć przeszkody. W lot przygotował się do mającego
      nastąpić, jak John obliczył, a liczyć umiał całkiem nieźle, za osiem
      dziesiątych sekundy zderzenia. Nastąpiła okrutna kraksa, po której John
      wyskoczywszy z siodła swojego rumaka przeleciał 28, 5 metra i wylądował na
      miękkim dywanie z lucerny. Harley przyjmując na siebie cały ciężar zginął na
      miejscu, rozlatując się na drobne podzespoły. John wstał, oczyścił swe
      muskularne ciało z roślinek motylkowych i sprawdził stan swojego zdrowia.
      - Gdyby nie umiejętne pady słabo by ze mną było. - Powiedział do siebie po tym
      jak zlokalizował poszczególne uszkodzenia na ciele. Złamany paznokieć,
      potargane włosy i rozdarte spodnie. Niewiele tego było, więc się nie przejął
      zbytnio i pobiegł oglądnąć traktorzystę. Jakiś stary dziadek spał za
      kierownicą. John zdjął go stamtąd i położył na ziemi. Usiadł za kierownicą i
      wycofał potężnego sprawcę zamieszania. Humor poprawiła mu pewna rzecz, która
      znalazł w schowku maszyny, ale o tym później. Lecz gdy tylko postanowił
      uprzątnąć z drogi to co pozostało z Harleya, spuścił nos na kwintę i posmutniał
      natychmiast. John z ciężkim sercem zabrał się do tego niewdzięcznego procesu i
      pochlipując pod nosem schylił się po strzaskaną rurę wydechową. Była jeszcze
      ciepła. Ociekając resztkami paliwa nieprzetworzonego w gaźniku, leżała samotnie
      dwa metry od przedniego koła z widełkami. Zaniósł ją do pobliskiego rowu i
      wrócił po przednie koło i widełki. Chociaż zatrważająco zósemkowane, jeszcze
      drgało, poruszane siłą rozpędu. John jął widełki w swe potężne dłonie i
      delikatnie zaniósł drogi sercu kawałek gumy i metalu, by mógł dołączyć do
      spoczywającej w rowie rury wydechowej. Następny w kolejności był cały korpus, z
      którego wyciekały strugi oleju. Silnik umarł na miejscu i już nigdy miał się
      nie odrodzić. Brakowało w nim wielu elementów, co jeszcze bardziej wzruszyło
      Johna i smarknął cichutko. Siodełko i tylne koło spoczywały spokojnie kilka
      metrów dalej. John odniósł korpus osadzony w pogiętej niemiłosiernie ramie do
      rowu i wrócił po siodełko i tylnie koło. Już nigdy nie poczuje pod sobą
      buksującego koła i miękkiej skóry siodła. Smutne. Siodełko i koło po chwili
      spoczęły obok całej reszty. Z większych, bardziej bliskich sercu Johna
      składników wiernego rumaka, pozostała tylko kierownica. Leżała samotnie pośród
      zielonej lucerny, a znalazła się tam z powodu wielkiej siły odrzutu,
      działającej na nią zaraz po kolizji. John powoli zbliżył się do znanego
      kształtu i wziął go w swe dłonie. Dotyk manetki wzruszył go do głębi.
      Naciśnięcie sprzęgła dodało goryczy. John nie wytrzymał. Rzucił kierownicę do
      rowu. Sprawdził czy kamizelka dobrze leży, wziął do ręki terapeutę, sprawdził
      magazynek, wszystko było w porządku. Schował go i ruszył przed siebie drogą w
      kierunku z którego nadjechał. 7, 2 km wcześniej mijał miejscowość Bloody Trees
      i chociaż nazwa ta nie wróżyła zbytnio przyjemnych doznań, zdecydował się tam
      udać.
      Była 21 : 11 i John się udawał w sposób zdecydowany. To był czarny dzień w
      jego życiu. Dzień, w którym Harley zakończył swój żywot, jak również początek
      kłopotów, jakie John będzie miał tej nocy i przez połowę następnego dnia.
      Wszystko skończy się w samo południe i wszystko skończy się dobrze, bo jak
      inaczej mogłoby się skończyć.
      Godzinę później John dotarł do miejsca, w którym znajdował się obecnie i usiadł
      na ławce w stanie wskazującym na spożycie, bo wydoił flaszkę, którą znalazł w
      traktorze, zaraz po tym jak wyciągnął z niego rolnika-pijaczka. Whiskey
      smakowała jak szczyny pawiana, ale Johna to wszystko niewiele interesowało,
      trąbił ją jak z wodę z kranu i gdy siadał, tam gdzie musiał, był zalany w 75%.
      Była 22 : 33 i jeszcze trochę, gdy minęła już chwila obecna. John pociągnął
      ostatniego łyka, cisnął butelką przed siebie z całą siłą i wciągnął smarki
      nosem. Nagle z ciemności dobiegł go odgłos w rodzaju bam! Potem bęc! Następnie
      do uszu Johna dobiegły bliżej nieokreślone jęki. Pijany w 85% wstał z ławki i
      chwiejnym krokiem ruszył w kierunku, jak przypuszczał i nie mylił się, ofiary
      rzutu butelką. Powoli podszedł, jak okazało się do leżącego mężczyzny i
      przykucnął. Facet był wysokim blondynem, ale że krew zalewała mu facjatę, więc
      jego kudełki nabrały niecodziennej barwy o ciemnoczerwonym odcieniu. John lekko
      oszołomiony ohydną gorzałą, która nagle zaczęła szykować się do ucieczki,
      beknął jak stary pijaczyna. I wtedy nastąpiło chluśnięcie z otworu gębowego
      prosto na twarz leżącego. John nie przejął się tym nazbyt, poprawił azymut i
      tym razem narzygał na jego nogi. Nagle facet zaczął się dusić i pluć pomieszaną
      z Johnowymi rzygami krwią. John otrząsnął się lekko i wytarłszy rękawem usta
      przyglądał się ze zdziwieniem co robi, do tej pory nieruchomy mężczyzna. John
      lekko się od niego odsunął i usiadł na poboczu drogi. Oszołomienie alkoholowe
      minęło jak ręką odjął. Teraz jako, w wystarczającym stopniu świadom tego co się
      stało, John poczuł się jak gówno. Nie dość, że przyłożył facetowi pusta
      butelką, to jeszcze zarzygał mu twarz i kończyny dolne. Postanowił jednak
      poczekać na rozwój wypadków, a może wymyśli jakąś wymówkę. Facet natomiast
      odzyskał przytomność i przyjął pozycję siedzącą, przykładając przy tym ręce do
      twarzy. Przetarł zakrwawione oczy i zobaczył siedzącego Johna.
      - Co się stało? - Zapytał Johna.
      - Nie wiem, dopiero co przyszedłem. - Odparł John z nadzieją, że się wykręci.
      - Idę sobie, widzę, że na przystanku siedzi jakiś facet, już miałem się do
      niego odezwać i nagle zapadła ciemność. - Pokrótce streścił nieznajomy. - Skąd
      te rzygi? Co jest do chuja wafla?
      John myślał intensywnie i wymyślił.
      - Może sam się obrzygałeś? - „Ale wymyśliłem”, dodał bezgłośnie. - Miałem
      wypadek na motocyklu niedaleko stąd i właśnie cię znalazłem. Jednak nie miałem
      pojęcia jak wezwać pomoc.
      Widać było, w miarę jak nieznajomy odzyskiwał coraz większą przytomność, że
      jego umysł zaczynał pracować, próbując rozwikłać mroczną zagadkę utraty
      świadomości. Przez kilkanaście sekund trawił całe to zajście, lecz jego twarz
      zdawała się nie wyrażać żadnych oznak możliwych wniosków. Wreszcie
      niespodziewanie wstał, rozejrzał się dookoła, otrzepał się z czego tam miał na
      sobie i ruszył w kierunku Johna. John też wstał. Latarnia przy przystanku
      dawała wystarczające światło, by mogli się sobie przyjrzeć.
      - Niezły z ciebie olbrzym. - Powiedział nieznajomy i dodał. - Nazywam się Danny
      Frikas i mieszkam niedaleko.
      - Jestem John, a ty wyglądasz jak zombi. Powinieneś się odświeżyć. - Odparł
      John.
      Była 00 : 20 gdy Danny prowadząc Johna poprzez ciemność dotarł do swojej farmy.
      John nie miał pojęcia dokąd doszedł, wiedział tylko, że oddalili się znacznie
      od głównej drogi, po tym jak Danny skręcił w jakąś polną drożynę. Farma
      wyglądała zwyczajnie, tak przynajmniej stwierdził John widząc ją w nocy. W
      dzień byłby innego zdania. Zauważyłby wiele rzeczy, które zniechęciłyby go do
      odwiedzenia, tego przerażającego miejsca. Jednak o tej porze nie dojrzał nic
      szczególnie dziwnego, poza tym, że zaczął go drażnić dziwny zapach,
      przypominający gnijące mięso. Danny zaprosił Johna do środka i wszedł za nim
      zamykając drewniane drzwi. Wewnątrz znajdowały się trzy osoby, starsza kobieta
      • aric Part XVIII Podążaj śladami krwi cd 26.08.02, 13:30
        Wewnątrz znajdowały się trzy osoby, starsza kobieta, która jak się niebawem
        okazało miała na imię Emma i oprócz tego, że była szczególnie paskudnym
        osobnikiem, była także żoną Dannego. Pozostałych dwoje to bliźniaki o imionach
        Kenny i Kimberly. John został przedstawiony rodzinie Dannego i gdy się okazało,
        że nie ma w tym domu środków łączności, postanowił zostać na noc. John nie miał
        ochoty niczego spożywać, więc poprosił tylko o miejsce do spania. Gdy życzenie
        zostało spełnione padł na skromne łóżko i momentalnie zasnął, co okazało się
        ogromnym błędem w jego życiu. Co się działo tej nocy na farmie pozostanie dla
        Johna nigdy nie wyjaśnione.
        Była 11 : 01 gdy John ocknął się w miejscu przypominającym rzeźnię. Po pierwsze
        miał ogromnego kaca, mimo że mieć go nie powinien, a po drugie nie mógł się
        ruszyć i czuł, że leci mu z czoła krew. Był bardzo zaskoczony takim obrotem
        spraw i doprawdy nie wiedział co się stało. Pierwszym odruchem było ustalenie
        możliwych opcji wyjścia z tej opresji. Pomysły przelatywały mu przez oczami
        błyskawicznie. Wybrał najprostszy. Używając swojej niebywałej siły fizycznej
        zerwał więzy, rozmasował nadgarstki i postanowił się rozejrzeć. To co zobaczył
        naprawdę go zaszokowało. A jednak, jest jeszcze coś co mogło Johna zaszokować.
        Była to kolekcja czaszek przybitych do drewnianej ściany. W kącie leżały sterty
        pozostałych części szkieletów ludzkich.
        - W co ja kurde wdepnąłem? - Zapytał się John samego siebie. Po czym
        stwierdził, że ubrany jest jedynie w spodnie i podkoszulek. Nie miał na sobie
        ani butów, ani kamizelki kuloodpornej, nie miał też oczywiście terapeuty. To
        stawało się niebezpieczne. Gdy zastanawiał się co ma dalej zrobić, usłyszał
        jakieś dźwięki dochodzące z drugiego pomieszczenia. Uzbroiwszy się w tasak
        znaleziony nieopodal, John ruszył w kierunku zamkniętych drzwi. Od tej chwili
        wydarzenia potoczą się momentalnie. Nim zdążył złapać za klamkę drzwi się
        otworzyły, a do środka weszła Emma. Nie zauważyła Johna stojącego w cieniu. W
        ręku miała terapeutę. John bez namysłu ciął ze wściekłością. Odpadła ręka z
        terapeutą zaciśniętym w dłoni. John ciął ponownie lecz chybił o milimetr. Emma
        z odciętym przedramieniem ryknęła jak zarzynana maciora i błyskawicznie cofając
        się zniknąła Johnowi z widoku, i nim John przygotował się do trzeciego cięcia,
        zamknęła drzwi z sobą. John zaskoczony szybkością obecnego wroga postanowił
        odzyskać terapeutę. Odrzucił tasak i zaczął wyrywać z odciętej ręki swojego
        towarzysza.
        - Mocno trzyma, kurde. - Zdziwił się, John łamiąc po kolei zaciśnięte palce.
        Wreszcie puściły i John podążył w ślad za Emmą. Odtworzył ostrożnie drzwi i
        wszedł do środka. Izba, w której się znajdował była mu znajoma. Na jej środku,
        z nożem kuchennym w głowie leżał Danny, obok z cepem w sercu, leżał Kenny.
        Kimberly John nie zauważył. Postanowił więc wyjść przed dom. Na podwórku stało
        kilkanaście wraków aut. Leżały sterty ubrań, a między nimi ubranie Johna.
        Przywdział więc skarpetki, buty, kamizelkę i kurtkę, i postanowił zbadać teren.
        Rozejrzał się uważnie dokoła i zauważył leżącą postać. Pośpiesznie podbiegł do
        niej, Kimberly ledwo dychała z kosą wbitą w bebechy. Spojrzała na Johna i
        powiedziała:
        - Wykończ zdzirę.
        - Co wy tu wyrabiacie, do stu diabłów? - Zapytał z niepokojem John, umierającą
        dziewczynę.
        - Lubimy zabijać, ale ta zdzira się w tobie zakochała i chciała mieć cię tylko
        dla siebie. Nim się spostrzegłam, a ta franca ukatrupiła mojego tatusia i
        braciszka. Leciała na mnie z pistoletem, a ja cofając się wpadłam na kosę. Co
        za pech, kurde.
        - Gdzie jest twoja matka?
        - Uciekała w las, zabij zdzirę, widziałam jak biegła bez ręki, więc podążaj
        śladami krwi. - Powiedziawszy te słowa zmarła
        Była 11 : 23 gdy John podążał śladami krwi, pośród leśnej gęstwiny. Po kilku
        minutach znalazł Emmę dogorywającą z upływu krwi. Rzężąc, oparta o pień drzewa,
        wpatrywała się tępo w twarz Johna. John strzelił jej między oczy, schował
        terapeutę, kopnął Emmę w jej martwą głową i odszedł. Gdy odchodził tą samą
        drogą, którą tutaj dotarł, słońce było w zenicie, co mogło oznaczać tylko jedno
        o tej prze roku, było południe. Johna czekała długa droga do domu.

        Aric van der Matak
    • aric Part XIX: Nic nie trwa wiecznie 27.08.02, 15:27
      Była 9 : 09 gdy zadzwonił telefon. Nadchodziła kolejna zima i sążniste mrozy, a
      mimo to John ciągle był gorącym ogierem. Nie dalej jak wczoraj napalony jak w
      piecu, kotłował się z Ginger, która przyjechała w odwiedziny za namową wujka
      Teda. Niespodziewana wiadomość o przyjeździe, upojne dwie noce i sentymentalne
      pożegnanie z Ginger sprawiły, że John zaczął tęsknić za latami szkolnymi, gdy
      nie wzywały go żadne obowiązki wobec ojczyzny i mógł dowoli kąsać jędrne
      tyłeczki.
      Tymczasem dzwonił telefon. John rozbudzony ze snu, usiadł na łóżku i przetarł
      zalepione czymś, co potocznie nazywano ropą, oczy. Śniły mu się straszne
      koszmary. Zatem musiał się mu śnić niejaki Fiodor. Kilka miesięcy wcześniej,
      gdy przechadzał się z Aliną po piaskach kalifornijskiej plaży, zapomniał
      zapytać co oznacza jego proroczy sen. Tyle spraw mieli na głowie. Ale co się
      odwlecze to nie uciecze, a Fiodor tym bardziej. Sprawa musi wreszcie zostać
      załatwiona. Żaden Fiodor nie będzie obłapiał jego Aliny. Co za zazdrośnik z
      tego Johna.
      Tymczasem dzwonił telefon. John zwlekł się ociężale z wyrka i poczłapał. Ujął
      słuchawkę i przyłożywszy ją do ucha, wydobył z siebie głos oznajmiający jego
      stałą gotowość do odbierania porannych wieści:
      - Taaa!
      - Ojczyzna wzywa. - Odezwał się znajomy głos szefowej. - Jutro w południe
      stawisz się w Agencji, kroi się grubsza sprawa.
      - Jak ci mówiłem, to będzie moja ostania robota.
      - Pamiętam. - Odpowiedział niewzruszony głos i rozmowa się urwała.
      John odwiesił słuchawkę i zaklął z ironią pod nosem:
      - Ojczyzna kurwa wzywa.
      Rezygnacja w głosie Johna była wyczuwalna na siedemnaście metrów. Wizyta Ginger
      umocniła jego postanowienie o zawieszeniu działalności w Agencji, jednak myśl o
      odejściu zaczęła gnębić Johna jakieś dwa miesiące wcześniej. Jak on to wtedy
      powiedział: - Czas skończyć z idącą za mną śmiercią. Czasem myślę, że mój
      własny cień czai się z nożem i czeka na okazję by mnie ugodzić w potylicę. Do
      kogo to mówił i w jakich okolicznościach, niewiadomo.
      Tak oto w wieku 34 lat, jeszcze w pełni sprawny, zarówno psychicznie jak i
      fizycznie John nie potrafił już żyć w ciągłym napięciu... Nie, nie, nie... Same
      brednie, John nie żył wcale w napięciu, był luzakiem z krwi i kości,
      odbierającym życie złym, a dającym szczęcie kobietom. Był twardogłowym
      osobnikiem o ciekawych nawykach. Lubił prykać, pluć wiśniami, golić wódeczkę i
      gździć się z laseczkami, nie interesując się zbytnio ich poziomem umysłowym.
      John po prostu stwierdził, że 34-letni luzak nie powinien już dłużej leserować
      i zabijać, lecz powinien pomyśleć o przyjemniejszej przyszłości. Bez trupów,
      wrzasku kobiet i dzieci, wybuchów i innych odgłosów towarzyszących śmierci,
      szerzonej przez Johna w słusznej sprawie. Oczywiście jak mu się przyszłość
      znudzi, a niewykluczone, że tak się stanie, zawsze znów będzie mógł ukatrupiać
      chodzące po ulicach gadziny i kopulować do utraty tchu. Dobrze wykombinował, w
      życiu trzeba spróbować wszystkiego, nawet nudnego życia z jedną kobietą i
      dziećmi rujnującymi ambicje na lepszy los. Nie każdy ma szansę na takie
      radykalne zmiany i śmiałe posunięcia, a w przypadku Johna rodzinna nuda zdawała
      się być zdecydowanie radykalnym posunięciem. Niektórzy to mają prawdziwy fart.
      Była 11 : 54 gdy John wysiadł z Jeepa, zaparkowanego pod gmachem Agencji. W
      Waszyngtonie, chociaż troszkę było chłodnawo, rezolutnie świeciło słonko.
      Niestety w tym momencie John nie mógł spojrzeć w jego kierunku. Ogromny gmach
      rzucał cień na tę cześć świata, w której John się znajdował, czyli na schody
      prowadzące do wejścia do budynku. Jeep zastąpił wiernego Harleya, a John
      postanowił, że nie dosiądzie więcej żadnego motocykla, ale kto to wie co się
      może zdarzyć. Na razie jednak Jeep będzie musiał wystarczyć. Wchodząc po
      schodach, John zastanawiał się, czy bardzo będzie musiał się napocić wykonując
      ostatnie zlecenie w swojej karierze tajnego mordercy. Ale mi kariera. Myślące
      narzędzie w rękach władzy, nie ma szans na żadną karierę, są tylko szanse na
      bezimienny pochówek w niewiadomym miejscu i w bliżej nieokreślonym czasie. Na
      razie miał nadzieję, że odejdzie w wielkim stylu, bo taki miał właśnie zamiar.
      Krok za krokiem zbliżał się do celu. Zawsze cierpliwy w swoich poczynaniach,
      dzisiaj się zmienił. Ciągle myślał i myślał, a przemykające elektryczne impulsy
      w jego mózgu, powodowały nasilający się proces zniecierpliwienia. Jednak, gdy
      John wkroczył do znajomego gabinetu, wszystko co związane z niecierpliwością
      zniknęło w mig. Wewnątrz znajdowało się aż ośmioro osób. Wyraźnie było widać,
      że czekali tylko na niego. Zatem nie tylko John się niecierpliwił, a dobrze im
      tak. John ucieszył się na widok trojga z obecnych, chociaż znał wszystkich, ale
      niekoniecznie osobiście. Steve Blade podszedł do niego jako pierwszy i przybił
      piątkę, uśmiechając się jakby miał za chwilę dostać lizaka. Steve zawsze
      uśmiechał się w taki sposób, jakby dostał albo właśnie miał dostać lizaka.
      - Ale fajnie kurde, że wpadłeś. - Powiedział. - Nie spodziewałem się, że
      jeszcze kiedyś ruszymy razem do dżungli.
      John wyraźnie zdumiony tymi słowami wbił wzrok w Steva. Następnie swe
      spojrzenie skierował w stroną szefowej i wyraźnie zły rzekł:
      - Nikt mi nie mówił o żadnej dżungli. Wiesz jak nie lubię tego cholerstwa.
      - Ostatni raz John. - Odpowiedziała spokojnie szefowa. - Masz w tym pewien
      interes.
      John grzecznie przytaknął głową nie chcąc wdawać się w dalsze dyskusje. Miał w
      tym interes, ciekawe jaki. Następnie ucałował Fionę w czółko i przywitał się
      Dougiem Mara. Poza tym w pokoju były jeszcze cztery, dotychczas nieznane
      osobiście Johnowi postaci, z którymi chciał, albo musiał się przywitać. Miał
      czasem okazję słyszeć to i owo o ich wyczynach. Pierwszym był najważniejszy w
      tym budynku człowiek, zwany przez wszystkich Mr X. Niegdyś pułkownik zielonych
      beretów i zajebisty zabijaka, teraz jegomość w garniaku za 2 tys. baksów.
      Ludzie się zmieniają. Była tam także para nazywana „Lucytex”. Według Johna
      brzmiało to trochę jak nazwa środka czyszczącego niewiadomego pochodzenia, lecz
      John wiedział, że połączenie imion tych dwojga nie było bezcelowe. Ta para to
      28-letnia Lucy „Devil” Perr i 30-letni Tex „Gasolin” Schell. Prawdopodobnie
      najlepsi snajperzy w Stanach, a może i na całym świecie. Skąd wzięły się ich
      przezwiska? Domyślcie się sami. John to wiedział i nie musiał ich o to pytać.
      Wiedział także, że potrafili trafić pilota myśliwca odrzutowego w locie, z
      odległości kilku kilometrów, prosto między oczy. John nie miał pojęcia, gdzie
      się tego nauczyli, ale skurczybyki z pewnością potrafili znakomicie liczyć.
      John mógł im w tej kwestii z lekka pozazdrościć. Nie miał także okazji się
      przekonać o ich umiejętnościach w praktyce. Zawsze działał sam, ewentualnie w
      duecie, więc trójkąt nie miał jeszcze miejsca w jego karierze tajnego agenta. A
      tu proszę bardzo, szykuje się wielokąt w doborowym towarzystwie. Żyć nie
      umierać. I z pewnością John nie umrze, co do innych to się jeszcze zastanowię.
      Po chwili namysłu stwierdzam, że nikt nie umrze. Ostatni z obecnych ciekawił
      Johna najbardziej. Nazywał się Eliot „Cichacz” Pretzel i był podobno zdrowo
      świrnięty. Ponoć podczas wykonywanych zadań gadał od rzeczy, śpiewał i robił
      różne inne pierdoły. Chociaż nigdy nie zawiódł ludzi, z którymi pracował,
      prosili oni o zmianę partnera zaraz po wypełnieniu misji. Od trzech lat więc,
      Pretzel pracował w pojedynkę. Teraz miał pracować z Johnem. Może być całkiem
      ciekawie.
      - Kurwa, ale kanał. - Mruknął pod nosem John, podając ręką Eliotowi. Myślał
      pewnie, że poczynił śmieszną uwagę, ale nie była ona wcale śmieszna.
      - Co powiedziałeś John? - Zapytała szefowa.
      - Nic nie mówiłem. - Odparł John.
      - Powiedział: Kurwa, ale kanał. - Rzekł wyraźnie zadowolony z siebie „Cichacz”
      Pretzel.
      - Stul pysk! - Zdenerwował się John. -
      • aric Part XIX: Nic nie trwa wiecznie cd 27.08.02, 15:29
        - Stul pysk! - Zdenerwował się John. - Wcale tak nie powiedziałem. - Wyjaśnił
        niewinny i zwrócił wzrok w stronę szefowej, wyczekał moment, wzruszył ramionami
        i zakończył wyjaśniać: - Tak se pod nosem bredziłem, bez urazy.
        - Dobra, nie ważne. - Przerwał tę żenadę Mr X, po czym zaczął snuć opowieść o
        tym, co należy uczynić w niedalekiej przyszłości odnośnie celu kolejnej misji.
        Jego wypowiedź przeplatana pozostałościami z dawnych czasów brzmiała dość
        specyficznie. Co drugie zdanie pojawiało się kilka słów w stylu: „Pieprzone
        dziadostwo nie będzie więcej zużywać tlenu”, albo „Zabić wszystkich, zabić i
        zostawić ścierwo sępom”, albo „Zapłacą za konspirowanie za plecami narodu
        amerykańskiego”, to było nawet sensowne, albo „Poucinać łby i nasrać im do
        czaszek”, a to było niezbyt miłe, albo „Moi chłopcy nie biorą jeńców, masakrują
        wszystko”, i tak dalej. John słuchając uważnie wszystkiego co zastało
        powiedziane w tym pokoju zapamiętał co następuje: Informator Mr X’a, niejaki
        Carlos doniósł o spotkaniu miejscowego monopolisty na rynku narkotykowym z
        mafią rosyjską (znowu ruski, fajna sprawa), która zaczyna zadamawiać się na
        amerykańskim rynku nielegalnych towarów, ci to się wszędzie rozpanoszą. Za 24
        godziny John ze swoją nową kompaniją zostanie zrzucony o 10 km od miejsca
        schadzki mafijnych bosów. Należy tam dotrzeć i rozwalić wszystko i wszystkich,
        oprócz jednego budynku, który też w sumie ma ulec rozpadowi, ale nie od razu. W
        tym momencie Mr X wyjął z kieszeni rozkładany wskaźnik, rozciągnął na stole
        obszerne plany kompleksu budynków i przy pomocy rysunku, przesłanego przez
        Carlosa i wskaźnika nie przesłanego przez Carlosa, kontynuował objaśnianie celu
        misji, a nie kończył się on na totalnej demolce. Budynkiem, który miał pozostać
        nienaruszony był magazyn z wiadomymi towarami.
        - Wewnątrz. - Mówił Mr X. - Znajduje się pewna substancja, której używa się
        przy produkcji heroiny dla wzmocnienia jej działania halucogennego. Niewiele o
        niej wiemy, a chcemy wiedzieć wszystko. W tym momencie do akcji wkracza Doug
        Mara, który ma wystarczającą wiedzę, aby ją zidentyfikować i zabrać próbkę.
        Co dalej, John miał się dowiedzieć nieco później, ponieważ istniało coś o czym
        powinien wiedzieć tylko on. Inni nie muszą sobie zaprzątać tym głowy.
        - Tak na koniec. - Mr X dochodził do końca swej roli. - Nie mam pojęcia o
        waszym istnieniu i USA nie wie o waszym istnieniu. John, tu masz resztę danych
        dotyczących szczegółów operacji: „Nic nie trwa wiecznie”. - Mr X przystanął na
        chwilkę, wręczył Johnowi szarą teczkę, uśmiechnął się jak głupi pajac i dodał z
        dumą: - Sam tę nazwę wymyśliłem. Prawda, że fajna?
        - Ta, fajna. - Skwitował Steve, mrugając lewym okiem do Johna.
        John przyzwyczajony do tego typu gadek i zadań stał zaniepokojony tylko jednym.
        - Czy ta mała panienka jedzie z nami? - Pytanie dotyczyło oczywiście Fiony,
        która o ile John posiadał dostateczną wiedzę na jej temat, a posiadał, nie
        zwykła brać udziału w takich masakrach.
        - Fiona zostaje tutaj, zaprosiłem ją bo chciała pokazać wam kilka nowych
        produktów wybuchowych.
        John nabrał nagle olbrzymiej sympatii do Mr X’a. Zawsze lubił ludzi, którzy
        potrafią rymować. On rymował, Alina umiała rymować, Mr X też rymował. Każdy kto
        rymował, zasługiwał w mniemaniu Johna na zaufanie, a przynajmniej na szacunek.
        Była 13 : 01 gdy John dotknął nogami ziemi. Umiejętnie ominął tropikalne drzewa
        i wylądował miękko na leśnej ściółce. Z szybkością elektrycznej maszynki do
        mięsa, bo po co się spieszyć, odpiął spadochron i przygotował się do kolejnego
        etapu swojej przygody. Sprawdził czy kamizelka dobrze leży i odbezpieczył
        terapeutę. Oprócz plecaka wypełnionego materiałami wybuchowymi miał na sobie
        specjalistyczne ubranko maskujące z całym oprzyrządowaniem potrzebnym by
        przeżyć w dżungli. Komandorski nóż, nitka z igłą, kompas, niemal jak Rambo, ale
        co tam Rambo. John takich Rambo zjadał na śniadanie. Lubił poranne,
        lekkostrawne posiłki. Na razie jednak nie było czasu na konsumpcję, trzeba było
        natomiast skonsolidować ekipę. Zanim jednak cokolwiek John uczynił „Cichacz”
        i „Kataryniarz” zameldowali się jak dwie zjawy na zlocie duchów.
        - Może postrzelamy do małpek? - Zagadnął „Cichacz”. - Kapucynki zdają się być
        odpowiednie.
        - Daj spokój Pretzel. - Odchrząknął Steve i zniknął w zaroślach celem
        poszukania pozostałej części ekipy. Nie minęło minut siedem, a wszyscy stanęli
        jak mąż jeden. Od czasu do czasu trzeba porymować. Szybko sprawdzili stan
        osprzętu i ruszyli w kierunku posiadłości narkotykowego bosa. John postanowił,
        że gdy znajdą się w odpowiednim miejscu ustalą plan działania, a tymczasem
        należało poczytać o czym to Mr X chciał mu opowiedzieć. A lektura jak się
        okazało była dosyć ciekawa. Dowiedział się o drodze powrotu i o pewnym
        szczególe operacji, którego inni nie musieli znać, natomiast on powinien.
        Była 13 : 42 gdy John przysłuchiwał się Lucy i Texowi, którzy gwarzyli ze sobą
        o tym jak to załatwią kilku złych, z jakiej odległości, w jakich pozycjach i
        tak dalej. John przysłuchując się temu dziwnemu dialogowi stwierdził, że ma do
        czynienia z bandą maniaków owładniętych szałem zabijania. Lucy stwierdziła, że
        zastrzeli faceta używając tyko nóg w czasie zwisu na jednej ręce, na gałęzi
        drzewa w odległości trzech kilometrów od celu. Tex założył się z nią o sto
        dolców, że nie trafi i zaczął wymyślać pozę dla siebie. W tym momencie John
        przestał słuchać, bo zauważył wyłaniającego się z naprzeciwka Eliota
        śpiewającego pod nosem mniej więcej coś takiego:
        - Ence pence ja wam chuje w dupę śrubki wkręcę. - Melodia przypominała nieco
        muzykę z jakiejś znanej reklamy telewizyjnej, jednak John nie pamiętał z
        której. Nie miało to większego znaczenia. Eliot ujrzawszy minę Johna
        momentalnie spoważniał i zameldował o sytuacji. Należy wspomnieć o specjalnych
        właściwościach Eliota, który był szkolony specjalnie do akcji w lasach
        tropikalnych. Jego przezwisko odnosiło się zatem do jego umiejętności
        bezszelestnego przemykania pośród leśnej gęstwiny. Był w tym zdecydowanie
        lepszy od Steva, chociaż jak wiadomo ten też nienajgorzej sobie radził. John
        postanowił więc, że przodem pójdzie Eliot, a tyły będzie osłaniał Steve.
        Meldunek złożony przez „Cichacza” zadowolił Johna. Postanowił więc, że czas
        szykować się do akcji. Zrobili mały odpoczynek i John zaczął wprowadzać w
        szczegóły planu, który pokrótce wymyślił dwie minuty wcześniej. Plan nie był
        zbyt skomplikowany. Eliot miał przemknąć niepostrzeżenie w sąsiedztwo zabudowań
        i w asyście snajperów podłożyć specjalne ładunki, przygotowane przez Fionę.
        John rusza do akcji jako drugi i wraz z Eliotem kasują złych wewnątrz budynków,
        zaraz po tym jak „Lucytex” zdejmą strażników. Gdy John z Eliotem skończą z
        czyszczeniem, Steve z Dougiem ruszą do magazynu oddalonego od budynków
        mieszkalnych o kilkadziesiąt metrów.
        - Wszystko ma trwać nie dłużej niż pięć minut. - Kończył wyjaśniać John. -
        Steve, ty ruszasz w cztery minuty po tym jak Eliot podłoży ładunki i da znać
        snajperom o gotowości do dalszych działań. Sprawdźcie krótkofalówki i ruszajcie
        na wygodne stanowiska. - Ostatnie zdanie skierował do Lucy i Texa, ci kiwnęli
        głowami i zniknęli momentalnie w zaroślach. John oddał Eliotowi plecak z
        arsenałem wybuchowym i obaj zagłębili się w „zielone bagnisko” w celu
        zainicjowania akcji dywersyjnej. Steve i Doug pozostali na miejscu z
        przygotowaną krótkofalówką, by oczekiwać na sygnał.
        Była 14 : 00 gdy Eliot zapytał Johna:
        - Czy będę mógł poruchać, zaraz po tym jak skończymy robotę?
        - Co ty pierdolisz Pretzel?
        John wyraźnie zaniepokojony stanem umysłu Eliota zaczął się zastanawiać czy
        samemu nie załatwić wszystkiego.
        - Tak tylko pytam. Na wypadek gdybym znalazł jakąś miłą lalunię. - O
        • aric Part XIX: Nic nie trwa wiecznie cd cd 27.08.02, 15:31
          - Tak tylko pytam. Na wypadek gdybym znalazł jakąś miłą lalunię. - Odparł ze
          stoickim spokojem „Cichacz”. - Lubię czasem poruchać, a przecież takie krótkie
          jest życie. - Westchnął i bardzo posmutniał. Smutny był przez pięć sekund po
          czym odezwał się znów:
          - Dobra, obejdzie się bez ruchania. Dawaj sprzęt i idę.
          - Zaczekaj na gotowość snajperów. - Przypomniał John
          - A tak, zapomniałem. Myślisz, że Lucy wygra zakład?
          John popatrzył uważnie na Eliota, ten rozbawiony na maksa, zaraz po tym jak
          przestał być smutny, cierpliwie czekał na odpowiedź.
          - Skąd wiesz o zakładzie, przecież cię przy tym nie było?
          - Drzewa mają uszy. - Odparł jakby to było zupełnie oczywiste. - Gdy jestem
          pośród drzew słyszę wszystko.
          „Ale świr”, pomyślał John i udzielił odpowiedzi, bo co mu w sumie szkodzi: -
          Stawiam na Lucy, oni są trochę nienormalni, ale kto dzisiaj nie jest, stawiam
          na Lucy, ma duże szanse. Ważne, aby nie zawiodła.
          W tym momencie trzasnęło cicho w krótkofalówce i usłyszeli głos Lucy:
          - Jesteśmy na miejscu, bez odbioru.
          - Do roboty Eliot. - Powiedział John, a nim zdążył mrugnąć okiem, Pretzela już
          nie było.
          Minęła minuta i dwie sekundy. Odezwała się krótkofalówka i John usłyszał
          ponownie głos Lucy:
          - Obstawa uśpiona, Eliot skończył robotę.
          John ruszył do akcji. Od tej chwili wydarzenia potoczą się momentalnie.
          Przedarł się przez dziesięciometrowy odcinek gęstych zarośli tropikalnych i
          ujrzał siedzibę mafijnych kutasów w pełnej okazałości. A była okazała, oj była,
          a co do kutasów, to Johna też był całkiem okazały, oj był. Nie zastanawiając
          się jednak nad sprawą kutasów, John dotarł do siatki odgradzającej kompleks
          budynków od świata zewnętrznego. Przecisnął się przez dziurę zrobioną
          kilkadziesiąt sekund wcześniej przez Eliota i przystanął w celu zlustrowania
          okolicy. Po krótkiej lustracji John uzyskał zadawalający wynik i ruszył dalej.
          Eliot czaił się w odległości piętnastu metrów, przy zaparkowanych samochodach.
          Wszędzie leżały zakrwawione ciała martwej obstawy. John stwierdził, że
          przezwisko Eliota było odpowiednie i policzył, a liczyć umiał całkiem nieźle,
          wszystkie trupy. Musiał to zrobić, gdyż miał taki rozkaz. Mr X chciał to
          wiedzieć, bo sporządzał jakieś tam wykresy śmiertelności wśród ludzi z
          poszczególnych grup społecznych, którzy ginęli z rąk tajnych agentów. Każdy ma
          jakieś hobby. John policzył i podszedł do Pretzela. Nim zdążył zapytać go jak
          się sprawy mają, ten odezwał się pierwszy:
          - Lucy wygrała zakład.
          - Skąd wiesz? - Zapytał John.
          - Tex mi o tym powiedział. Powiedział, że przegrał sto dolców. Miał pecha.
          - Podłożyłeś ładunki? - Spytał ponownie John.
          - Wszystkie misie są na miejscach, będą skakać na skakankach, będą biegać po
          polankach... - Eliot cichutko zaczął podśpiewywać na nutę znanej już melodii.
          Johna trochę to zbiło z tropu, ale zachował się zupełnie spokojnie. Poklepał
          Eliota po ramieniu i dodał:
          - Jak rozumiem wszystko jest w porządku, więc ruszamy. Ty bierzesz ten mniejszy
          domek, a ja ten większy. Spotkamy się za dwie minuty w tym miejscu.
          Minęły dwie minuty i pięć sekund. Gdy John wyszedł z budynku, mając na sumieniu
          kolejnych dwunastu przedstawicieli bandyckiego nasienia, Eliot siedział sobie
          na masce jednego z samochodów i podśpiewywał coś pod nosem.
          - Ilu zabiłeś Eliot? - Spytał John bo musiał znać odpowiedź.
          - Dziewięciu zeszło pod grunt. Ciężko było, ale jakoś dałem radę.
          - Ukatrupiłeś może jakieś kobiety?
          - Ukatrupionych kobiet brak. - Odpowiedział zwięźle „Cichacz” i zaczął bekać w
          takt znanej melodii.
          - Znakomicie, kurde. - Pochwalił John. - Poczekaj chwilę, muszę jeszcze coś
          załatwić w tamtym budynku. - Eliot przytaknął spokojnie głową nie przerywając
          śpiewania za pomocą bekania.
          John otrzymał polecenie od Mr X’a, że ma zabrać ze sobą Carlosa. Ten siedział
          teraz w prywatnym więzieniu dla nieposłusznych. Ostatnia informacją, która
          została przesłana do Agencji była od kogoś innego. Była w niej informacja na
          temat więzienia i gnijącego w nim Carlosa. Dlaczego była wiarygodna? Zgadnijcie.
          W czasie waszego zgadywania nie wydarzyło się zbyt wiele. John uwolnił
          Carlosa i osobę ściśle związaną z zagadką, po czym wspólnie z Eliotem poszli w
          stroną magazynu. Przekazał wiadomość Lucy i Texowi o zakończeniu operacji oraz
          miejscu spotkania. Mając nadzieję, że Steve z Dougiem uporali się ze wszystkim,
          użył detonatora i wszystko co należało do narkotykowego kartelu z Kolumbii
          przestało istnieć. Siła odrzutu była zajebista, ale John nawet nie mrugnął
          okiem gdy fala uderzeniowa trąciła go w plecy. Twardy jak zawsze.
          Była 14 : 10 gdy cała grupa dywersyjna była w komplecie, po tym jak magazyn
          zniknął z powierzchni ziemi.
          - O trzeciej ma nas stąd zabrać śmigłowiec więc do tego czasu możemy się trochę
          poodprężać. - Oznajmił John i zaczął się odprężać. Postanowił także zasięgnąć
          języka od zagadkowej osoby, bo był trochę zdziwiony jej obecnością w więzieniu.
          I tak oto w ciągu niecałych pięćdziesięciu minut odprężania dowiedział się
          wszystkiego czego potrzebował.
          Była 15 : 03 gdy śmigłowiec w eskorcie innego śmigłowca odleciał w stronę
          tajnej bazy wojskowej. Dla Johna najważniejsze było to, że przez przypadek
          ziściło się jego ciche pragnienie. Mianowicie dowiedział się, że nieświadomy
          niczego ustrzelił Fiodora. Niektórzy to mają prawdziwy fart.

          Aric van der Matak

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka