Dodaj do ulubionych

Alchemik - opowiadanie w odcinkach

09.07.03, 11:22
Dawno, dawno temu, w zamkniętym już wątku surrealistycznym powstało
niedokonczone opowiadanie, które zaczęła Szprota w tym miejscu:

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=1397610&a=3161711
Następnie ciąg dalszy (jeden z możliwych) dopisał Eyemakk:

forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=63&w=1397610&a=3168785
A kolejne posty dopisane do niego przez Szprotę i pijawa rozwijały dalsze
losy bohaterów. Całość utrzymana w tonie pseudo-Pratchettowym.

Ponieważ zebrałem sobie całe opowiadanie razem i dopisałem dalszy ciąg,
postanowiłem opublikowac je tutaj, nie podbijając na nowo WSa. Od razu
nadmienię, ze musiałem troche przerobić wpis Eyemakka, gdyż część jego
pomysłów była w konflikcie z tym, co Szprota, a następnie ja napisaliśmy
później. Oryginalny wpis mozna podziwiać w linku podanym powyżej.

Na wątku tym zaprezentuję całe dotychcasowe dzieje bohaterów i co pewien czas
będe dodawał nowy odcinek (srednio postaram się co tydzień). Każdy nowy
odcinek będzie kończył się pytaniem z kilkoma odpowiedziami do wyboru,
sugerującymi jak moga się potoczyć dalsze losy opowiadania - od Waszego
wyboru bedzie zalezało co pojawi się w następnym odcinku.

Zapraszam i życzę miłej lektury.
Obserwuj wątek
    • pijaw Prolog Szproty: 09.07.03, 11:23
      Zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem” prowadził ponury, małomówny Alchemik.
      Odznaczał się żywą niechęcią do innych przypraw niż majeranek, chorobliwą
      chudością, na widok której wszystkie elfki popadały w nieuleczalną anoreksję i
      niewytłumaczalnym uporem w kwestii czystej pościeli. Jednym słowem, wzbudzał
      zaufanie i otuchę w sercach wędrowców.
    • pijaw Eyemakk z przeróbkami pijawa 09.07.03, 11:24
      Jak każdy alchemik, także i ten poszukiwał możliwości uzyskania złota bez
      inwestowania złota. Był jednak filozofem i w trakcie głębokich przemyśleń
      doszedł do wniosku, że wszyscy próbują uzyskać złoto z ołowiu, on więc spróbuje
      z czegoś innego (całe szczęście - gdyby babrał się jednocześnie w ołowiu i
      jedzeniu dla gości zajazdu, tym ostatnim nie wyszłoby to na zdrowie. A na pewno
      ich zębom). Do produkcji złota postanowił użyć tego czego miał pod dostatkiem,
      a więc resztek potraw ze stołów oraz tych, które upadły na ziemię. Jedynie elfy
      i część ludzi gardzą czymś co upadło na podłogę, lecz np. orki czy hobgobliny
      zżerają to ze smakiem - łącznie z tym co na podłogę nie spadło, lecz sobie tam
      spokojnie żyło. Ponieważ próby uzyskania złota kończyły się jak na razie
      niepowodzeniem, Alchemik próbował również uzyskać niejaki "kamień
      fizjologiczny", uznał bowiem, że jako filozof kamieni filozoficznych to on ma
      pod dostatkiem. Półki w jego sypialni uginały się od kolekcji kamieni
      nerkowych, żółciowych i wszelkich innych, które można wyciągnąć z ofiar napadów
      z użyciem procy. Jednak żaden z okazów nie przybliżał eksperymentatora do
      rozwązania kwestii tego jedynego, właściwego, uniwersalnego kamienia.
      Pewnego dnia jednak życie Alchemika się odmieniło. Do zajazdu zajechały na
      konikach dwie piękne kobiety. Wyglądały jak elfki, a jednak nie do końca. Były
      od nich większe i nieco bardziej przypominały ludzi... Stajenny, mały i
      nieznośny nizioł Hub, wyszedł po konie. Alchemik, jako gospodarz, również
      wyszedl ze swojej pracowni. Od jakiegoś czasu nie miał gości (tzn. nie miał
      nowych gości. W każdym zajeździe są starzy bywalcy, którzy ostatni raz byli na
      zewnątrz gdy formowały się pobliskie góry. Są jednak takie kontynenty, na
      których poprzednie stwierdzenie oznacza gości, którzy wpadli do baru przed
      chwilą) i wykorzystywał ten czas na próby zamiany ziemniaka w buraka (wg jego
      teorii był to ważny etap na drodze osiągnięcia złota).
      Alchemika przeszedł dreszcz, a potem kolejny i jeszcze jeden. Już kiedyś
      odwiedziła go półelfka i wiedział, co się potem stało. Ale ona była tylko przez
      chwilę, poza tym była z drużyną ludzi. A te dwie były same. I były dwie... Były
      w podróży od wielu dni. Nie rozmawiały ze sobą ani o jej celu, ani o tym, co
      może je spotkać na szlaku. Nie musiały. Były telepatkami. Teraz jednak cel
      został osiągnięty.
    • pijaw Szprota przedstawia Cordonę 09.07.03, 11:25
      Szybko dostrzegły, że wzbudzają zainteresowanie. Zwłaszcza Cordona. W miejscu
      takim jak to ustala się pewien fizyczny typ, smukły, wychudzony, zdradzający
      wieczne napięcie, na którym ciemnobure łachmany włóczęgów i jaskrawa czerwień
      sztucznego jedwabiu miały obowiązek wyglądać malowniczo i dekadencko (inna
      rzecz, że szaty nie zawsze miały poczucie obowiązku i czasami zamiast
      malowniczości fundowały właścicielom żulerskość i niechlujność). Obiecująco
      pulchna sylwetka Cordony i gołębi błękit luźnej, wygodnej szaty robiły na
      reszcie gości zajazdu takie wrażenie, jak kaczka po pekińsku na osobniku
      skazanym na dietę warzywno-owocową. Cordona nie wyglądała na osobę nękaną
      niemal wyłącznie strachem i tęsknotą. Jeśli kojarzyła się z jakimś uczuciem, to
      był to przesyt, jaki następuje po zjedzeniu zbyt dużej ilości chałwy z
      bakaliami w polewie czekoladowej wzbogaconej ajerkoniakiem i bitą śmietaną.
      Była zatem podręcznikowym przykładem osoby niepogodzonej ze swoją prozaiczną
      cielesnością. Dunhillka była dużo bardziej niepozorna i niemal wtapiała się w
      tło.
      Nie musiały długo czekać, żeby odebrać sygnały napięcia i wrogości od strony
      sąsiedniego stolika. Siedziały przy nim dwie osoby: człowiek, z ubioru wnosząc –
      mag, z zachowania zaś – niespełniony prekognita; oraz coś, co przypominało
      skrzyżowanie elfa, niziołka i przeoryszy klasztoru urszulanek. Obydwu
      najwyraźniej nieobca była Moc, na co mogły wskazywać lewitujące ponad stolikiem
      kufle z czymś, co w menu nosiło nazwę „piwo”, a w tutejszym żargonie – „mocz
      wieloryba”.
    • pijaw Nieporozumienie 09.07.03, 11:27
      Wtem ciszę przerwał głośny jęk otwieranych kopniakiem odrzwi zajazdu i do
      środka wparowało ze śpiewem na tej części twarzy, gdzie ludzie i elfy mają
      usta, pół tuzina hemogoblinów. Dźwięki prastarej pieśni podróżnej flisaków z
      EERevanijja "Płynie gówno potokiem, patrzy brązowym okiem" zawisły w połowie
      147 zwrotki i zastąpił je ryk radości na widok dobrze zaopatrzonego baru.
      Pięciu przybyszy natychmiast skondensowało się i rzuciło ku ladzie wyciągając
      łapy po wywar gnojny z kminkiem zwany w starym hemogoblińskim buule-yak czyli
      muszą ambrozją. Szósty Goblin Czerwony (bo taka jest nazwa właściwa tego
      gatunku odkryta w szesnastym roku 153 kalendarza Dariusza*) zatrzymał swą
      masywną dwudziestocalową postać na środku sali, zadarł głowę i rozejrzał się
      powoli po twarzach obecnych. Naraz z pomiędzy zakamarków jego górnej części
      tułowia wychynął długi rząd spróchniałych brązowych kłów symbolizujący uśmiech.

      <<<<*Dariusz jest plemieniem drukarzy z północnej części gór Czci Onki (nazwa
      regionalna. Pełna nazwa brzwmi: Góry Usypane Ku Czci Bogini Onki). Sztukę
      opracowywania kalendarzy zwanych potocznie dariuszami opanowali do perfekcji.
      Jedynym problemem pozostaje to, że każde nowe pokolenie układa swój własny
      kalendarz, lepszy i dokładniejszy od poprzedniego, uprzednio paląc wszystkie
      nieaktualne w jego mniemaniu egzemplarze.>>>>

      - och, co za spotkanie! Mistrz Velnany de Troll! widzę na twej wspaniałej siwej
      brodzie bojowe warkocze! Jeśli tylko potrzebujesz wsparcia...

      CHLAST!
      Odgłos owartej dłoni uderzającej w przybliżeniu w mejsce gdzie powinna
      znajdować się twarz hemogoblina rozbrzmiał donośnie jak pierd lodowego trolla.
      Rozbryzgły się lewitujące kufle, a ich uwolniona zawartość z dzikim
      piskiem "aaiiiiiiiich!" błyskawicznie skryła się w mrocznych przestrzeniach
      powały. Dachówki zerwały się przerażone i dołączyły do bezładnych kluczy
      wszelkiego ptactwa i hebli które w panice umykały we wszystkich kierunkach.

      - NIGDY WIĘCEJ NIE ZAGLĄDAJ MI POD SUKIENKĘ PRZESYMPATYCZNY AKWIZYTORZE!!!

      Wszyscy obecni skamienieli (grupa poetycka myszoskoczków, która akurat trzymała
      wzniesione szklanice do toastu, skamieniała na dobre i do dziś pełni funkcję
      gustownych i niepowtarzalnych świeczników), a wolno latające heble zawisły
      zaskoczone w powietrzu i w tej chwili nieuwagi pochwycili je wędrowni stolarze.
      Dreszcz przebiegł po ciele Alchemika. Nie słyszał on tego przekleństwa od czasu
      upadku królestwa Rud, gdy po wojnie wywołanej taką obelgą zniknął z powierzchni
      Morza Środkowego cały kontynent, a cywilizowane kraje surowo zakazały jej
      wymawiania. Zmyć tę najgorszą ze wszystkich znanych obelgę mogła jedynie bardzo
      powolna i bolesna śmierć wypowiadającego i całej jego rodziny do 30 pokoleń
      naprzód i wstecz. Hemoglobiny zza baru chwyciły swe bojowe grzebienie i tarcze
      piłowe i jednym skokiem uformowały szyk bojowy za który w osiemnastym roku 1296
      kalendarza Dariusza otrzymały nagrodę główną na CCXXII Wszechświatowych
      Mistrzostwach Akrobatów w kategorii "to niemożliwe". Tarcze piłowe jęknęły i z
      miejsca zaczęły obracać się z niewiarygodną szybkością, jaką może jedynie
      zapewnić przerażony chomik młyński w kołowrotku, nad którym porusza się groźnie
      głowa węża wielkanocnego kierowana umiejętnie za pomocą systemu dźwigni przez
      zręcznego chochlika z prastarego rodu Battery. W przeciwnym rogu sali uniosły
      się tułowia dwóch dwudziestostopowych polielfów. Uklękli oni zgarniając przy
      tym swymi spiczastymi uszami całe pokolenia opalonych owadów które na miejsce
      swego ostatniego spoczynku wybrały wiszący u powały olbrzymi żyrandol zrobiony
      z koła fortuny i 500 świec typu "Saturn 5". W ułamku sekundy polielfy wyplątały
      wszystkie swe odnóża ze sterty kufli i szklanic i naciągnęły błyskawicznie
      wszyskie 16 skrzydlatych łuków z ości kabałamarnicy obrzyna**. W powietrzu
      zawisło napięcie nie do wytrzymania. A ponieważ nie wytrzymało, opuściło salę w
      postaci widowiskowego wyładowania atmosferycznego, które powaliło przy okazji
      pielgrzymkę Dębów Kukara, które spieszyły na doroczny festiwal cza-czy "La
      Kukara cza" do krainy La.

      <<<<** Kabałamarnica Obrzyna powstaje z fusów lawowych używanych do wróżenia
      przez Obrzyna Olbrzymiego - tajemniczą istotę zamieszkującą martwą wulkaniczną
      wyspę Rev-voll-verr na Morzu Środkowym. O samym Obrzynie niewiele wiadomo. Mag
      Roob Nicnie podczas swych wielu podróży w głąb wyobraźni i odmienne stany
      świadomości zanotował tylko, że jest to istota o kształcie bliżej
      nieokreślonym, której jedyną strawą są ogromne ilości naparu z lawy
      wypływającej w pobliżu jego pieczary. Powoduje ona różowe zabarwienie na
      cielsku Obrzyna. Dlatego też czynność pochłaniania naparu - jakże odmienną od
      ogólnie przyjętego spożywania pokarmu, jeśli wierzyć magowi Roobowi - późniejsi
      skrybi nazwali wróżeniem.>>>>
    • pijaw Rozróba. 09.07.03, 11:28
      Gnom, bo tak zwał się spoliczkowany hemogoblin, wciągnął z pasją woń napastnika
      w swe nozdrza zaciskając równocześnie sękatą ośmiopalczastą dłoń na
      automatycznym depilatorze - najbardziej śmiercionośnej broni ręcznej jaka
      powstała w kuźniach hemogoblinów (zaciśnięcie pięści powoduje szarpnięcie pętli
      na czułkach czterdziestu chochlikowych osiłków z rodu Battery, które szybko
      pedałując wprawiają w ruch posuwisto-zwrotno-obrotowy czterdzieści
      dziesięciocalowych noży przypominających do złudzenia piły łańcuchowe. Broń
      przeznaczona jedynie dla herosów o nadgoblinowych siłach, zważywszy, że średnia
      wielkość hemogoblina to około szesnaście cali). niezwykła woń przedarła się
      przez wiekowe pokłady flegmy i zaczęła drażnić dogorywajace resztki zszarzałych
      od kurzu komórek pod czaszką Gnoma. Przez pokłady brudu przedarła się iskra
      pamięci, która wyhamowała unoszony depilator. Druga dłoń wyciągnęła z
      przepastnych otchłani zbroi dwa wypolerowane kryształy górskie przywiązane
      stalową nicią do szczypiec od węgla, które zacisnęła na nozdrzach hemogoblina.

      - CORDONA?? To TY??

      Iskra pamięci wywołała pod czaszką pożar w zapuszczonej krainie zdominowanej
      przez kurz i brud. To z kolei wywołało burzę wspomnień u Gnoma. Jak wicher
      wróciły rozkoszne miesiące spędzone na statku trędowatych, który wygnany ze
      wszystkich portów świata, błąkał się po Morzu Środkowym do czasu, aż wymarła
      cała załoga i zostali tylko oni: Gnom i Cordona. Połączeni miłosnym uściskiem
      od początku podróży trwali nierozerwalnie dopóki ich koja nie rozleciała się
      wraz z okrętem, gdy ten uderzył w rafę u brzegów EERevanijja. Cordona z
      rumieńcem wspominała potem, że koja uderzenie przetrwała, a pękła dopiero pod
      wpływem miłosnego spełnienia jej gorącego, choć niskiego kochanka.

      - Przez wzgląd na dawne czasy i mą wielką miłość do Ciebie wybaczę Ci obelgę,
      lecz muszę również dbać o swój honor. Od tej pory bedziesz zmuszona podróżować
      samotnie, co pewnie będzie dla Ciebie dotkliwą stratą.

      To mówiąc wyrzucił do przodu dłoń uzbrojoną w depilator i ugodził nim w pierś
      Dunhillkę.

      - Zginęła szybko i prawie bezboleśnie...

      Rzekł przepraszająco, ale bez przekonania patrząc na porozrywane szczątki tego
      co jeszcze przed chwilą było piekną półelfką.
      Potężny wstrząs targnął ławami, gdy ciało omdlałej Cordony bezwładnie osunęło
      się na podłogę.

      -AAAARRGHHHHH!!!!!

      Wrzasnęły polielfy i puściły cięciwy. Świst strzał zgasił świece na stołach i
      żyrandolu, ale ciemność nie trwała długo, gdyż kilka z nich wybiło potężne
      dziury w murach zajazdu zabierając po drodze dwa hemogobliny, trolla, dwunastu
      gnomów, elfa i człowieka.

      - CZESZ ICH!!

      Wrzasnęły pozostałe hemogobliny i rzuciły się w wir walki...

      Alchemik z niemałym trudem pociągnął za nogi Cordonę do kuchni, gdzie stał
      zawsze osiodłany wierzchowiec, tak na wszelki wypadek. Potężny ogier z
      niedowierzaniem spojrzał na półelfkę, ale natychmiast odetchnął widząc
      Alchemika prowadzącego wierzchowca Cordony.

      W chwili gdy potężny wybuch targnął okolicą, a zajazd „Pod Zaśmierdłym Siodłem”
      dołączył do bogatej kolekcji księżyców, nieliczni świadkowie którzy przeżyli
      opowiadali, że widzieli dwa obładowane wierzchowce oddalające się drogą w
      kierunku krainy La.

      Nadchodzący chłodny ranek przystanął na skraju drogi zafascynowany olbrzymim
      grzybem pyłu i cząstek magicznych unoszącym się nad zgliszczami zajazdu i nawet
      nie zauważył z przerażeniem, że chłód jego w rozgrzane popioły wnikł i padł
      ofiarą spragnionych rosy porannej żarów rozochoconych gorącą atmosferą jaka
      zapanowała wieczorem. Krzyk wchłanianego chłodu poranka poniósł się głębokim
      echem, w które zapadła się okoliczna dolina i miała się z niego nie wydostać
      jeszcze przez tydzień. fala czasoprzestrzeni poruszona zapadającym się echem
      poranka obudziła nowy dzień. A ten nastał spodziewanie.
    • pijaw Zbliżenie Gnoma 09.07.03, 11:30
      Z wychłodzonych zliszczy zajazdu poczęły uciekać zwęglone resztki zastawy i
      zastawione resztki fantów, które zostawili zwęgleni miłośnicy tostowego pokera.
      Obserwujący całe zdarzenie draptak umknął z ulgą, gdy przekonał się, że ruchy
      zgliszcz wywołane były bynajmniej nie ich nagłym ożywieniem, lecz walczącą o
      dostęp do słońca bojową machiną - depilatorem. Wiele osób twierdzi, że
      czterdziestu chochlików, to rozrzutność Batterych, skoro można z powodzeniem
      zastosować w depilatorach ten sam mechanizm z chomikiem i kołowrotkiem, co w
      tarczach piłowych, lecz praktyka wykazała, że w warunkach bojowych chomiki
      często zdychają na zawał. Natomiast nawet utrata w boju trzydziestu dziewięciu
      chochlików pozwala na utrzymanie pozycji, a zabić chochlika Battery jest
      niezwykle trudno.
      Chochliki z tego słynnego rodu, ze względu na swe niewielkie rozmiary muszą
      pozostawać w ciągłym ruchu, przeciwnie ustają w nich procesy życiowe. Dlatego
      też chłodne poranki i zimowe wieczory są dla nich zabójcze. Bezruch na tyle
      zagraża ciągłości rodu, że chochliki nigdy nie śpią poza okresem niemowlęctwa,
      kiedy to szukają ciepła w brodach hemogoblinów, którym odwdzięczają się za
      opiekę nad młodymi pracując w ich bojowych machinach. Dużym zagrożeniem jest
      zaklinowanie się depilatora w ciele ofiary, gdyż niemożność poruszania nożami
      prowadzi do bezruchu chochlika. Aby temu zaradzić, chochliki zaczynają się bić
      z myślami, co z braku miejsca przeradza się szybko w bratobójczą walkę
      sąsiadujących Batterych. Jest to właściwie jedyną przyczyną śmierci Battery'ego
      na polu walki, poza zatruciem pokarmowym i śmiercią ze starości. Śmierć ze
      starości następuje zwykle wtedy, gdy nigdy nie scinana broda chochlika zostaje
      zaplątana w tryby maszyny co prowadzi do uduszenia. Jest to naturalne u tego
      rodu i nie uchodzi za wypadek, dlatego też wdowom nie przysługuje dodatek
      wojenny do emerytury.
      Pnący się ku powierzchni zgliszcz depilator Gnoma przebił zapieczoną wierzchnią
      skorupę, obrócił się kilka razy, aby wybrać kierunek i ruszył ile tylko sił w
      ostrzach w kierunku bliżej nieokreślonym, ale wyczuwalnym przez chochliki jako
      najbliższy domowi, którego nie posiadały, ciągnąc za sobą bezwładne ciało Gnoma
      z pięścią wciąż zaciśniętą na swej rękojeści. Widok ten jest dość częsty na
      polach walki, na które hemogobliny przychodzą dla rozrywki, jak inne ludy na
      mecze piramidy odnóżnej.
      Warto tu wtrącić, że istnieje wiele odmnian tego popularnego sportu, ale
      wszystkie polegają zgrubsza na umieszczeniu jak największej liczby faraonów w
      piramidzie jedynie za pomocą specjalnie zaprojektowanych odnóży. Gracze
      zakładają specjalne skafandry (każda rasa ma swój krój, gdyż uniwersalne, dobre
      dla człekokształtnych, powodowały wiele skarg, szczególnie ze strony mątew) do
      których doczepianych jest komisyjnie sześć odnóży. Następnie wypuszczane są
      specjalnie do tego celu chodowane faraony pustynne (ptaki drapieżne z rodziny
      strusiowatych). Zdarzały się wypadki, że niektórzy zawodnicy jak i kibice
      zostali porwani w ich potężne szpony i wynoszeni poza boisko, co było
      punktowane na korzyść faraonów. Gra dość niebezpieczna, ale bardzo widowiskowa.
      Niestety wysokie koszty boiska - ze względu na konieczność budowy piramidy -
      przyczyniły się ostatnio do spadku jej popularności.
      Wróćmy jednak do hemogoblinów na polu bitwy, a w zasadzie do krajobrazu po
      bitwie. Pola bitewne hemogoblinów są o tyle unikalne, że nie ma na nich
      wszechobecnych na innych pobojowiskach padlinożerców. To znaczy są, ale głównie
      martwe. Co jakiś czas zdarza się jeszcze, że jakiś mniej rozgarnięty sęp
      tępogłów lub chichiena próbują nieopatrznie skosztować hemogoblina. reszta
      starszych osobników przygląda się temu z politowaniem, gdyż czterdzieści
      zmarzniętych chochlików potrafi zrobić w kilka sekund pasztet nawet z trolla.
      Instynkt podpowiada im, że aby przeżyć należy wykonać dwie rzeczy - ruszać się
      i ciąć nie-hemogobliny. Ta wierność innej rasie nieraz uratowała życie Gnoma.
      Choć w większości przypadków, podobnie jak i teraz nie był on tego świadomy.
      Brak zewnętrznych oznak świadomości nie oznaczał jednak oddalenia się jego
      duszy do krainy wiecznych wykopów. Pożar pod czaszką nadal tlił się i wywoływał
      coraz to starsze pokłady podświadomości. Przypomniał sobie swoje narodziny na
      polu walki podczas odbywającej się co każde trzysta lat świętej wojny z nie-
      hemogoblinami. Ostatnia trwała już sześćset siedemdziesiąty trzeci rok i
      hemogobliny zgubiły się w rachunkach z kim toczą sto siedemdziesiątą siódmą, a
      z kim sto siedemdziesiątą ósmą świętą wojnę i cała starszyzna rodu głowiła się
      nad tym, aby nikogo nie pominąć, gdyż niektóre inne rasy, na przykład polielfy
      czy genomy (gnomy z wadą wymowy) mogły się poczuć urażone. w trakcie jednego z
      ostatnich walnych starć kilkunastu ras (wiele z nich wykorzystywało świętą
      wojnę hemogoblinów do załatwiania przy okazji własnych porachunków z innymi
      rasami, lub po prostu dla rozrywki) narodził się wyjątkowo czerwony hemogoblin.
      Pierwsze słowa jakie usłyszał pochodziły od jego matki, która zirytowanym
      basem, nie pozbawionym jednak czułości, wrzasnęła:

      - Właśnie rodzę przekrętny gnomie!!! Mam tylko jedną wolną rękę!! Poczekaj, aż
      odgryzę uchowinę, to ci pokażę!!

      Tak więc pierwszym słowem, które natychmiast po narodzinach wymówił nowy
      goblin, było słowo "Gnom". Pozostałe były dla niego na razie zbyt
      skomplikowane. Szczęśliwa matka położyła swym grzebieniem trzynastu gnomów aby
      uczcić to wydarzenie, a na jego pamiątkę nadała swemu dwieście osiemdziesiąt
      drugiemu synowi imię Gnom. I natychmiast o nim zapomniała, wybiegając na
      spotkanie czterem trójidom (są to byli druidzi, którzy osiągnęli wyższy poziom
      rozwoju emocjonalnego - przynajmniej w ich mniemaniu - i za pomocą nanogenetyki
      i wywaru z kości z serca nietoperza dorobili sobie kolejne członki, tak aby ich
      ilość zawsze była podzielna przez trzy).
      Małego hemogoblina Gnoma znalazła inna samica i została jego piastunką. Imię
      przylgnęło do niego na stałe, mimo że wywoływało nieraz wiele nieprozumień,
      często dosyć krwawych. Od dzieciństwa Gnom uczęszczał na zajęcia z
      metaloplastyki i sztuki pierdnięć z zaskoczenia do Miejskiego Koedukacyjnego
      Gimnazjum Wielorasowego. Po zajęciach chodził do pobliskiej tawerny razem z
      kolegami - goblinami, gnomami i trollami. Gdy zbyt długo nie wracał do domu
      troskliwa piastunka zaplatała brodę i wychodziła mu naprzeciw otwierając drzwi
      tawerny toporem i wrzeszcząc:

      - Natychmiast do domu zapijaczony, paskudny, nieletni Gnomie!!!

      Większość obecnych gnomów nie znała jeszcze młodzieniaszka z imienia, więc
      biorąc do siebie te impertynencje jako przejaw ksenofobii u hemogoblina, z
      ochotą stawała w obronie równouprawnienia ras do pobytu w lokalu po zmroku. W
      podobnych okolicznościach hemogoblin Gnom starcił swą piastunkę wraz z trzystu
      krewnymi podczas pożaru miasteczka akademickiego, który wybuchł gdy dyskusje na
      temat równouprawnienia tudzież wyższości którejkolwiek z ras doprowadziły do
      przewrócenia ulicznego lichtarza na skład bimbru gnojnego. Gnom uśmiechnął się
      w myślach na wspomnienie przymusowych czterech miesięcy wakacji dopóki nie
      odbudowano Gimnazjum sto dwadzieścia mil dalej.
    • pijaw W drodze do L.A. 09.07.03, 11:31
      Słońce wspinało się z mozołem coraz wyżej w swym ogromnym upale przeklinając
      tego, kto wymyślił reakcje termojądrowe jako sposób na istnienie gwiazd. Tuż
      nad drzewami przystanęło by złapać oddech i spojrzałoby pod nogi gdyby tylko je
      miało. Z braku nóg musiało zadowolić się spojrzeniem w bliżej nieokreśloną
      bliższą dal. Widok ruin zajazdu i losy niedobitków wieczornej jatki zaparły mu
      dech w bąblach wodoru gnanych ku powierzchni rozpalonego cielska. Południe
      widząc słoneczny postój nad lasem stwierdziło,że jeszcze z godzinkę w takim
      razie może pospać i w ten sposób słoneczny ranek zawładnął doliną na czas
      wystarczający do opowiedzenia kolejnej historii.

      Gdy tylko promienie słoneczne zaczęły ciekawsko przygrzewać w opończę
      Alchemika, ten zrzucił ją jednym ruchem ramion. Obudzona nagłym szarpnieciem
      opończa zaskrzeczała obrażona, odbiła się od ziemi i unosząc się zaczęła
      zataczać kręgi nad wędrowcami w poszukiwaniu padliny, którą mogłaby się
      pożywić. Rumor ten wybił ze snu Cordonę. Wyprostowała się w siodle, nastawiła
      wybitą przez rumor szczękę i ziewnęła potężnie płosząc wciąż zagniewaną
      opończę. Rozejrzała się wokół powoli, ujrzała Alchemika i natychmiast wróciła
      pamięć ostatnich godzin w zajeździe. To znaczy ostatnich przed utratą
      przytomności.
      Ponieważ półelfy nie rozpatrują tego co minęło, bo zbyt je pochłaniają
      możliwości tego co będzie, Cordona poprawiła suknię i spojrzała z
      zainteresowaniem przed siebie na drogę.

      - Daleko jescze do La?

      Alchemik wytrącony ze swoich myśli spojrzał na nią spode łba. Szybko jednak się
      opanował i przywdział na twarz ironiczny uśmiech.

      - Witam Panią, jakże się spało? Czy aby nie za twarde łoże? Głodnaś Pani?

      Tym razem Cordona popatrzyła spode łba.

      - Na mózg Ci padło? Wyciągnąłeś mnie nieprzytomną, więc jestem Ci bardzo
      wdzięczna, ale zadałam konkretne pytanie. Po obranym kierunku mniemam, że
      zmierzamy do krainy La. Bardzo miło bo mam tam nigdy nie widzianą ciotkę
      Cremonę. Kiedy będziemy na miejscu?

      Alchemik westchnął. Z Półelfkami było gorzej niż z ludzkimi rozwydrzonymi
      księżniczkami. Musiał to jakoś odreagować. Sięgnął w juki i wyciągnął
      pochrapującego nizioła Huba. Potrząsnął nim, a potem rzucił o drzewo. Nizioł
      zabełkotał, wstał, otrzepał się i hyłkiem ruszył w kierunku widocznej na
      horyzoncie termitiery. Dochodził z niej odległy dźwięk kuchennego gongu. Jeśli
      się pospieszy, może się załapie na resztki z obiadu.
      Alchemik popatrzył za nim ponuro, następnie spojrzał kątem oka na zawisłe w
      powietrzu pytanie, odchrząknął i stwierdził:

      - Jeśli słońce się nie ruszy jeszcze przez godzinę to na kolację w sam raz. A
      jeśli się ocknie, to przenocujemy w osadzie dębów Kukara dziesięć mil od
      granicy.

      - Byłeś kiedyś w La? To podobno przepiękna, śpiewająca kraina...

      - Byłem. Ale do twojej wiadomości: nazwa La nie pochodzi od nut. Właściwie jest
      to L.A. Nazwa pochodzi od Lewitujących A-monitów - pierwotnych mieszkańców tej
      krainy.

      - A-monitów? Co to za stworzenia?

      - To skorupiaki unoszące się nad ziemią dzięki tchawkom wypełnionym wodorem.
      Porozumiewają się za pomocą monitów wyświetlanych na monitorach wyrastających
      powyżej otworu gębowego. wszystkie wyrazy monitów zaczynają się na "A". Stąd
      nazwa: A-monity.

      - No to świetnie... Moja ciotka jest telewizyjnym ślimakiem z tendencją do
      samozapłonu...

      - Nikt nie jest doskonały.

      To rzekłszy Alchemik popędził wierzchowca.
    • pijaw HIP-HOP i grzybki 09.07.03, 11:33
      W tym czasie nizioł Hub stał już w kolejce termitów do najbliższego kotła
      buchającego obłokami czegoś, co z zapachu sprawiało wrażenie jadalnego. Jako,
      że był wśród tych pracowitych owadów najwyższy, bezlitośnie wykorzystywał
      okazję do pokazania swej władzy i siły. Dlatego też już po dwudziestu minutach
      stał przed kotłem i z miną znawcy degustował wydobywające się z wnętrza zapachy.

      - HMMM?
      Nizioł uniósł brew i spojrzał groźnie na kuchcika w wielkiej brązowej futrzanej
      czapie.

      - To skóra chichieny, ogon trapeza i pół głowy kozy pustynnej. - Pośpieszył z
      wyjaśnieniem kuchcik. - No i oczywiście grzybki z własnej hodowli.
      - Bardzo ciężko w dzisiejszych czasach o świeżą padlinę. Przez ten efekt
      cieplarniany wszystko wysycha. Nawet na pustyni. - Dodał drugi, rozkładając
      odnóża w geście rezygnacji.

      - a dlaczego tylko pół głowy? - Warknął Hub. - Ledwo się najem takim ochłapem!

      - o drugą część przegraliśmy walkę z krowimi muchami - Szepnął wystraszony
      drugi kuchcik.

      - Polewaj! - syknął nizioł zgarniając przy okazji dwa worki suszonych grzybów. -
      Dopcham tym!

      I czym prędzej oddalił się wzdrygając na myśl o krowich muchach, których mleka
      nie cierpiał, mimo iż w niektórych kręgach uchodzi za rzadki i poszukiwany
      przysmak. Głównie dlatego, że jest wodniste, a poza tym bardzo trudno jest
      wydoić muchę wielkości konia uzbrojoną w sześć kolczastych odnóży, pysk plujący
      kwasem i żuwaczki z kłami wielkości hemogoblina.

      - Co masz w tych workach? - zapytał Alchemik spoglądając na chmurę pyłu
      wzbijaną przez biegnącego nizioła.

      - Takie tam... grzybki... - wysapał Hub.

      - Jadalne?

      - Podobno... termity jedzą...

      - Grzyby hodowlane termitów? Ale z uciętymi nogami?

      - Są... suszone...

      - Aha... To nie bedą uciekać. - Alchemik zamknął temat - Zatrzymamy się za
      tamtymi skałkami i przekąsimy co nie co. A potem - w dół ku dolinie La.

      Zza skał dobiegało rytmiczne dudnienie przypominające dźwięk przetaczanych
      głazów.

      - Co to za dźwięk?- Spytała Cordona

      - To pewnie HIP-HOP - Zespół Akrobatyczny Hipopotamów. Znakomici skoczkowie.
      Niestety z przyczym morfologicznych są zmuszeni trenować z dala od
      jakichkolwiek siedzib. Stąd podskakujące hipopotamy na pustyni to częsty widok.

      - Jesteś chodzącą encyklopedia Alchemiku - szepneła zdziwiona Cordona - Skąd to
      wszystko wiesz? Telepatia?

      - Wyczytałem w scenariuszu. To i parę innych rzeczy. - Wzruszył ramionami
      Alchemik.

      - No to czego się dowiedziałeś o mnie?

      - Ekhem.. ten.. tego... Niestety wrócił Autor i musiałem zostawić scenariusz i
      udawać wielkie zainteresowanie stertą jakiś kamieni nerkowych. Ble! - Alchemik
      zmieszał sie dyplomatycznie.

      - Nie przypominam sobie bym umieszczał jakiekolwiek dane encyklopedyczne w
      scenariuszu! - Żachnął się Autor.

      Alchemik spiorunował wzrokiem maskę wewnątrz monitora.

      - Siedź cicho, dobrze? - syknął i rzucił szybkie spojrzenie ku Cordonie, która
      chyba jednak nie słyszała tej wymiany zdań, gdyż podjechała własnie do skalnego
      załomu zza którego rozległ się dziki wrzask:

      - HAAAAAA!!!!!!!!!!! NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!!
    • pijaw Hiszpańska telewizja - pierwsze pytanie 09.07.03, 11:35
      Echo okrzyku spłoszyło konie, które stanęły dęba wzbudzając zazdrość dwóch
      rachitycznych dębów Kukara usychających u stóp skalnego usypiska.

      Alchemik i Cordona próbując okiełznać konie nawet nie spostrzegli, gdy otoczyły
      ich trzy kamieniste kształty.

      - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!! - wrzasnął powtórnie
      najwyższy troll.

      - Taaak... Wiemy... wrzeszczałeś już. Można prosić trochę ciszej? Mam wrażenie
      że słuch będzie mi jeszcze potrzebny. - Odparł Alchemik przetykając uszy. - O
      co chodzi z tą telewizją?

      - Macie jakieś wizje? - zainteresowała się Cordona. - czy oni jedli te termicie
      grzybki? - zwróciła się do Huba.

      - Czy to coś w stylu hiszpańskiej muchy? - rozmarzył się Hub ignorując pytanie
      półelfki.

      - No co? To taki wywar ze zgniłych korzeni dębów Kukara. - Zaczął się tłumaczyć
      widząc zdumione spojrzenia całej reszty towarzystwa - Zbiera się je, gdy dęby
      pójdą szukać sobie partnerów. Kiedyś próbowałem, nieźle potrafi sponiewierać...
      Na to wspomnienie coś w rodzaju uśmiechu zakwitło mu pod nosem, aby czym
      prędzej zwiędnąć w oparach gazów wydobywających się z zepsutych zębów.

      - NIE!! NIE!! NIE!! To nie tak... Powinniście omdlewać ze strachu! - najwyższy
      trol zaczął wykazywać oznaki zdezorientowania. - Zaczniemy jeszcze raz! Za
      mną! - Syknął do swoich towarzyszy.

      Trójka trolli wtoczyła się z mozołem za skalny ustęp, by po chwili wyturlać się
      błyskawicznie zza niego i przybierając postawy mniej więcej bojowe (na jakie
      pozwalały zawroty głów po turlaniu) wrzasnęła:

      - NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ HISZPAŃSKIEJ TELEWIZJI!!!

      Nizioł, człowiek i półelfka spojrzeli po sobie. Cordona ziewnęła.

      - Co z nimi? To deżawu? - Spytała swoich towarzyszy.

      - Dzień Świstaka? - Wyraził swoje przypuszczenie Hub. Przypuszczenie zaraz po
      wyrażeniu przypuściło atak na resztki liści jednego z rachitycznych dębów
      Kukara, który zaklął cicho i zaczął opędzać się konarami.

      - Dzień Świstaka był w zeszłym miesiącu. A deżawu rośnie tylko na odchodach
      lodowych trolli. Nie występuje w tych okolicach. - Alchemik znowu błysnął
      wiedzą ze scenariusza. - Sprawdźmy...

      To mówiąc zaczął grzebać w sakwach, by po chwili wyciągnąć opasły tom w
      łuskowatej oprawie.

      - Hmm... okrzyki... rządza władzy... hmm... chyba mam. Tak! To POLITYKA. Jednym
      z objawów choroby jest uporczywe powtarzanie jednej frazy w nadziei, że
      słuchacze uwierzą w jej prawdziwość. Poza tym ta rządza władzy, czerwone
      wypieki na twarzach... Wszystko się zgadza... "Tezaurus Dwuznaczny"
      jednoznacznie to definiuje.

      - Zaraz zaraz... Czerwone wypieki? U trolli? Macie w sobie dużo żelaza, co? -
      Zagadnął Alchemik przyjaźnie.

      - Jemy dużo szpinaku... - zaczął jeden z mniejszych trolli wypinając dumnie
      rudą skorupę.

      - Zamknij się! - Największy troll trzepnął swego pobratymca obuchem topora aż
      poleciały skry opalając pnie dwóch rachitycznych dębów Kukara.

      - To nie do zniesienia moja Duszko. - Zaczął żalić się jeden z dębów. -
      najpierw ta trąba powietrza, która nas tu wyrzuciła, potem żwirowe korniki, to
      przebrzydłe przypuszczenie, a teraz iskry... nigdy więcej nie dam się namówić
      na wakacje za granicą!

      - To wszystko twoja wina! Gdybyś wykupił bilety w pierwszej klasie, to byśmy
      nie mieli miejsc tak blisko krawędzi wiru i pewnie teraz wygrzewalibyśmy konary
      w Dąb Springs! A w biurze podróży ostrzegali nas, że Nadęty Wiolin, bóg trąb
      powietrznych i gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, nie bierze
      odpowiedzialności za podróżujących w klasie turystycznej! Ale do ciebie to
      można mówić! Stary, głupi, pusty żołądź! - Miotał się drugi dąb zwany Duszką.

      - Ekhem... - Chrząknął Alchemik, gdy umilkło dźwięczenie wszystkich kryształów
      porastających głowę mniejszego trolla. - Przepraszamy, że nie wykazalismy się
      należytym respektem i refleksem i wasz przerażający okrzyk nie spowodował
      naszego omdlenia, ale musicie zrozumieć, że według "Słownika wyrazów plugawych
      ze skorowidzem miejsc wszelakich" Trolle Żelazne nie występują w tych
      okolicach. Nie mogliśmy się przestraszyć czegoś, czego tutaj nie ma...

      - Wszyscy się boją Czaka z Ulu! - Krzyknął oburzony najwyższy troll uderzając
      przy tym obuchem topora we własny tors, co spowodowało chwilowe i niezamierzone
      osunięcie się trolla z powodu braku tchu.

      - Czaka Zulu? To nie ta wąsata tancerka z baru "Różowy Konar" w Dąb Springs? -
      Ożywiła się Cordona.

      - Nie! To moja niecna siostra, która uciekła z domu, bo chciała zostać
      piosenkarką! Niech ją pustynia pochłonie! - Pośpieszył z wyjaśnieniem
      najwiekszy troll podtrzymywany przez swych kompanów.

      -Tfu! Tfu! Zgiń! Przepadnij! - Zawtórowały pozostałe trolle plując przez lewe
      ramię Huba i opluwając przy tym piaskiem dwa rachityczne dęby Kukara.

      - Nazywam się Czak! Otto Czak!! - Rzekł prostując się na całą swoją wysokość,
      co trudno było zauważyć u kogoś, kto ma z natury formę kulistą. - Ul, to nasza
      osada dwadzieścia mil stąd.

      - I toczyliście się dwadzieścia mil, żeby nas o tym poinformować? - Zapytała
      zdziwiona Cordona.

      - Niezupełnie. - Całkiem już zrezygnowany Otto usiadł ciężko wzbijając chmurę
      pyłu, która niesiona podmuchem jego oddechu spowiła dwa rachityczne deby Kukara.

      - Do tej pory wystarczało, że wypadliśmy zza skały z naszym doskonale
      opracowanym bojowym okrzykiem, nad którym pracowały pokolenia najlepszych psy-
      horrorlogów, aby można było obłowić się w porzucone w przerażeniu sakwy, torby,
      kufry i kosmetyczki. - Wyjaśnił już spokojniej. - Ech... Teraz będziemy musieli
      opracować nową taktykę... może z wykorzystaniem tego? - Spojrzał pytająco na
      przybyszów wskazujac swój oburęczny topór.

      - Eee.. ten... tego... Raczej nie rezygnowałbym z raz obranej taktyki, skoro
      jak mówisz, do tej pory się ona sprawdzała. - Alchemik gorączkowo szukał w
      głowie argumentu, który odciągnął by myśli Otto Czaka od walorów użytkowych
      topora.

      - Myślę, że po prostu wasze hasło utraciło z biegiem czasu swą moc. Żyjecie
      tutaj na skraju cywilizacji, a świat biegnie naprzód. (Wiatr w skałach począł
      gwizdać melodię jaką mozna usłyszeć zawsze podczas wielkich moralizatorskich
      przemówień w filmach klasy B) Musicie za nim nadążyć. Trzeba wiedzieć co
      aktualnie wzbudza strach wśród cywilizowanych, bogatych społeczeństw. Wtedy, po
      jednym odpowiednio dobranym zdaniu, sukces macie zapewniony. Dlatego
      proponuję... (Muzyka wzmogła się, jeden z trolli zaczął rozgrzebywać piasek w
      poszukiwaniu słyszanej orkiestry dętej i organów) Proponuję zamienić wasz
      piękny, acz już nieskuteczny okrzyk na nowy: NIKT NIE SPODZIEWA SIĘ POBORCÓW
      PODATKOWYCH! (Muzyka umilkła nagle z dźwiękiem przypominającym wciąganą taśmę
      magnetofonową) - Alchemik powiódł wzrokiem po osłupiałych trollach.

      - I to tylko tyle? Myślisz, że to wystarczy? - Spytał z powątpiewaniem Otto.

      - Na pewno! Sam bym się przestraszył i w panice porzucił wszelkie dobra gdyby
      nie fakt, że tu między wami stoję i wiem, że wśród was nie ma poborców
      podatkowych. - Zarzekał się Alchemik - Ale wyglądacie na najprawdziwszych
      poborców. - Dodał szybko, by rozwiać wszelkie wątpliwości trolli.

      - Skoro tak mówisz... Coś w tym jest... POBORCA PODATKOWY... Hmm.. Brzmi
      groźnie... - Otto rozważał przez chwilę usłyszaną propozycję. - Będziemy
      musieli to poćwiczyć.

      - No cóż, więc na nas już czas - Cordona pierwsza otrząsnęła się z atmosfery
      filmu klasy B i popędziła konia.

      - Zaczekajcie! - Krzyknął za nimi Otto. - A czy nie zostawilibyście nam jakiejś
      sakwy? - Zapytał Otto wbijając wzrok w ziemię i grzebiąc nogą w piasku. - A
      może chociaż pohandlujemy?

      - Możemy wymienić worek grzybków termitów na coś wartościowego - W oku
      Alchemika błysnęła żądza łatwego zysku. - Dawka zaledwie kilku grzybów wzmocni
      wasze wizje, a wasze okrzyki staną się niepokonane!

      - Hmm... Brzmi zachęcająco... To może wymienimy na to? - Otto wyciągnął z
      czeluści swych pęknięć mechate czerwone serduszko. - Nie wiem wpraw
      • pijaw Ucięta koncówka z pierwszym pytaniem. 09.07.03, 11:38
        - Hmm... Brzmi zachęcająco... To może wymienimy na to? - Otto wyciągnął z
        czeluści swych pęknięć mechate czerwone serduszko. - Nie wiem wprawdzie co to,
        ale ładne i mechate w sam raz! - Dodał stanowczo.

        - Umowa stoi! - Uśmiechnął się Alchemik i podął worek w zamian za rzecz z łap
        trolla. - No to powodzenia! - Krzyknął w kierunku grupy niedoszłych napastników
        i popędził konia za oddalającymi się towarzyszami.

        - Ech, głupie trolle... to przecież pudełko na pierścionki! Nawet coś w środku
        grzechocze... - Myśli Alchemika o dobrym interesie wprawiły go w radosny
        nastrój. Niecierpliwie próbował podważyć zardzewiały zamek pudełka, aż w końcu
        udało mu się. Po odchyleniu wieczka słońce z radości zaczęło strzelać
        zajączkami na widok pięknego brylantu osadzonego w paszczy misternie zwiniętego
        ze złotych nitek węża morskiego. Alchemik przyjrzał się poważnie znalezisku,
        sprawdził coś w podręcznym "Almanachu biżuterii dziwnych" i z zamyśloną miną
        dołączył do swojej grupy.

        - Ekhem... - Alchemik w sposób nam już znany spróbował zwrócić uwagę Cordony na
        swoją osobę.

        - Taak? - Półelfka oderwała się od wymiany zdań z Hubem na temat zalet i wad
        teorii hiperstrun, którą Hub obmyślił w wolnym czasie celem zunifikowania
        wszystkich zjawisk magicznych. Nadęty Wiolin, bóg trąb powietrznych i
        gwiżdżących wiatrów, niech mu nuty dopisują, przysłuchiwał się z
        zainteresowaniem i postanowił mieć na oku małego nizioła.

        - A więc... ten... tego... Zbliżamy się już do granicy, a w krainie La moga nas
        czekać różne niespodzianki, przy których grupa krzykaczy Otto Czaka to grahamka
        z margaryną, tak więc... Czy nie zechciałabyś przyjąć ode mnie pewnego
        drobiazgu? - Spytał wyciągając przed siebie otwarte pudełeczko w kształcie
        serca, w którym pysznił się niesamowity pierścień.

        - Czy to aby nie zaręczyny? - Fuknęła zalotnie zaskoczona Cordona.

        ***************************************************************
        Co dalej?

        1) Alchemik zaręcza.
        2) Wprowadzamy Deus Ex Machina
        3) Jadą w lewo
        • konrad_socha Re: Ucięta koncówka z pierwszym pytaniem. 10.07.03, 15:52
          aniech sobie w lewiznę uderzą i troche poszaleją
    • Gość: anisia Re: Alchemik - opowiadanie w odcinkach IP: *.kbn.gov.pl 09.07.03, 12:38
      Czy nie szkoda czasu na takie głupoty? Wolałabym by mój szanowny mało-żonek
      zajął się bardziej pożytecznymi robótkami!!!
    • Gość: To ja Re: Alchemik - opowiadanie w odcinkach IP: *.imgw.pl 09.07.03, 13:50
      Urocze opowiadanko, ale czy nie bardziej urocza jest małżonka!!!!
      Dobrze mówię??!!
    • Gość: ojj Re: Alchemik - opowiadanie w odcinkach IP: *.lodz.sdi.tpnet.pl 09.07.03, 14:33
      -deus ex machina-
      ale żeby pierdnęło pożądnie,
      jakąś pożądną wirówkę,
      nie taką dla dzieci, ok?
      ;)) pisz, pliss

      pozdrawiam
      • pijaw Kto jeszcze? 10.07.03, 09:12
        No i jest pierwszy głos.

        Bedą kolejne?

        Pomysły na wszystkie 3 rozwiązania sa gotowe, wystarczy zagłosować :-)
        • marrgos Re: Kto jeszcze? 10.07.03, 09:29
          deus ex machina - najbardziej tajemniczo brzmi :)
          • pijaw Ale zauważ, że... 10.07.03, 10:12
            W surrealnych opowiadankach nic nie jest takie jak się wydaje...

            Hehe :-)
            • szprota1 W lewo! W lewo! 10.07.03, 15:40
              PIjawq, niech pojadą w lewo do tawerny "pod zaśmiardłym siodłem"!
    • pijaw Na razie jest 2:2 - 10.07.03, 20:22
      2 na deus ex machina i 2 na lewo.

      No to może jeszcze jakiś decydujący głos do konca tygodnia??

      (Ech, a ja miałem taki pomysł na zaręczyny...)

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka