big_news
22.04.08, 10:08
Właśnie - choruję.
No bo tak:
tu się urodziłem, tu dorastałem, założyłem rodzinę, tu pogrzebią moje truchło.
Znam swoje miasto całkiem dobrze, nie ma ono przede mną większych tajemnic.
Oczywiście, są w nim miejsca, w których moja noga nie postała i nie postanie.
Nie na wszystkich ulicach byłem, nie do wszystkich zakamarków dotarłem, nie
dane mi będzie powąchać każdej bramy i wszystkich podwórek. Nie sądzę jednak,
żeby te braki w istotny sposób ważyły na mojej wiedzy o Łodzi.
O co mi chodzi, po co w ogóle założyłem ten wątek, skoro mogłem ten wpis
umieścić w wielu miejscach na forum?
Otóż chcę wyraźnie powiedzieć to, co jak sądzę wielu osobom kołacze się po
głowie, ale... nie mają śmiałości tego wyznać, jednocześnie nie chcę też, by
ten głos zginął "w tłumie".
Łódź jest piękna, lecz tylko dla Łodzian.
Można dla niej oszaleć, ale gotowi są na to tylko lokalni patrioci.
Miasto ma swoje uroki, ale nie jest równocześnie wolne od szpetoty, żeby nie
powiedzieć wręcz brzydoty.
Jest tragicznie zaniedbane, chociaż tu i tam po nowoczesnym liftingu.
To, co widzimy naszymi oczami, a co traktujemy niemal z nabożnością,
przyjezdni postrzegają jako sterty nieuprzątniętych gruzów. Jeżeli nawet
znajdzie się ktoś, kto pofabryczne ruiny odbiera jako coś pozytywnego, to
tylko z powodu wielkiej wyobraźni gościa, z jego przyjaznej Łodzi projekcji,
czy wreszcie możliwego potraktowania resztek dawnej świetności jako gotowej
scenografii filmu wojennego czy innego thrillera.
Twierdzę, że swoistym przekleństwem Łodzi jest zachowanie jej stanu posiadania
sprzed II WŚ. Dlatego Łódź nie doczekała się nowoczesnego budownictwa, z tego
powodu jest ciasna jak kapota, z której się wyrosło. Wszystko, czym uraczyła
nas komuna, to osiedla z blokowiskami, te szkaradne sypialnie na obrzeżach. Po
1989 r. nie wystrzeliły w centrum perełki architektoniczne, bo tu mało kto
chce się na stałe zainstalować. Zbyt blisko od stolicy jesteśmy, to tamto
miasto rośnie jak na drożdżach, Warszawa zmienia się w oczach, nie mamy
absolutnie żadnych szans by z nią konkurować w jakiejkolwiek dziedzinie. Tak,
wpadną tu czasem goście do pubu, jakieś wyjątki nawet się u nas zainstalują na
dłużej. Ale to tylko wyjątki właśnie, ledwie potwierdzające regułę.
Nie łudźmy się też, że zwabimy do Łodzi kogokolwiek z racji jej historii - nie
jesteśmy Krakowem. Nasze zabytki nie powalą na kolana nikogo, nie ma tu czegoś
Klasy "0". Podobnych atrakcji co w Łodzi jest w Europie (a i w samej Polsce
też) od groma.
Rozpadające się ruiny pofabryczne, nieremontowane od półwiecza kamienice,
praktycznie nie mają szans na przetrwanie. To po prostu za droga impreza.
Taniej jest postawić coś od fundamentów, coś, co będzie od razu spełniało
wszelkie wymogi godne naszych czasów, niż kosztowna restauracja odrapanych,
ale i zgniłych wewnątrz domów, czy mozolne skrobanie czerwonych cegieł tkalni
lub przędzalni, które przeznaczone na lokale mieszkalne dostępne będą tylko
nielicznym, bo najzamożniejszym. Takich bogatych w samej Łodzi jest zresztą
garstka, a innych nie uda się tu ściągnąć, bo i co możemy im zaproponować?
Przecież Łódź w porównaniu z wieloma polskimi miastami, to zwyczajny grajdół.
Wystarczy przejechać się gdziekolwiek, żeby dostrzec rozmach z jakim się tam
buduje.
I dlatego mówię o własnej chorobie. Na domiar złego jest ona nieuleczalna. Bo
mając pełną świadomość tego wszystkiego, mimo tych braków i ograniczeń, w
których przyszło mi żyć, nie przezwyciężę tej przypadłości, wręcz nie chcę się
wyrwać ze szpon tego niedomagania.
Tak, choruję z miłości do mojego miasta. Co nie sprawiło, że nie widzę jego
(hm...) mankamentów.
Cóż, prawdziwa miłość nie rdzewieje.