citaro
04.06.08, 20:17
chetkowski.blog.polityka.pl/
“Promocja” Łodzi
2008/06/3, wtorek
Pobyt naszych uczniów we Freiburgu zwykle zaczyna się od sympatycznego
przyjęcia u burmistrza miasta (w zabytkowej sali). Jesteśmy witani przez
przedstawiciela władz miejskich, słuchamy pięknego przemówienia o współpracy
między młodzieżą polską i niemiecką, jemy pyszne ciasta, pijemy wino (osoby
dorosłe), soki albo wodę. I przede wszystkim jesteśmy traktowani jak honorowi
goście. Nie brakuje komplementów pod adresem Polski (pamiętam, że wielkie
wrażenie zrobiła nam mnie uwaga zastępcy burmistrza, że w Łodzi jest więcej
studentów niż we Freiburgu mieszkańców). Dostajemy też jakieś upominki.
Oczywiście na przyjęciu obecni są wszyscy, tj. zarówno grupa niemiecka, jak i
polska (wszyscy uczestnicy wymiany).
Zachciało nam się 2 lata temu prosić urząd miasta o zorganizowanie podobnego
przyjęcia w Łodzi. Ponieważ się uparliśmy, urzędnikom nie było łatwo wybić nam
z głowy szalony pomysł, aby uczniów podejmował sam wiceprezydent miasta (jeden
z kilku). W końcu otrzymaliśmy zgodę. Jednak do sali w urzędzie miejskim mieli
wejść wyłącznie uczniowie niemieccy, a polscy w tym czasie powinni poczekać na
ul. Piotrkowskiej. Oczywiście nie posłuchałem zarządzenia i kazałem wszystkim
wchodzić do urzędu. Nie czekało tam na nas żadne przyjęcie (typu sok, pepsi,
ciasteczka - ależ skąd!). Nikt na nas nie czekał, nikt nas nie witał. Po
prostu kazano nam wejść, usiąść i czekać. Po kilkunastu minutach spóźnienia
weszła do sali jakaś kobieta z torbami. Wyglądała, jakby zamierzała jechać na
działkę, a nie witać gości. Niestety, to była zastępczyni Kropiwnickiego.
Kompletnie nieprzygotowana do wystąpienia, ani słowa nie powiedziała po
niemiecku, ani po angielsku, ani po francusku itd. Powiedziała po polsku, że
kocha Łódź i Niemcom radzi to samo. Zachowywała się jak ciocia na imieninach,
a nie jak osoba na tak ważnym stanowisku. Jej ubiór oraz słowa świadczyły, że
spieszy się skopać ogródek.
Gdy padły pytania (akurat przed urzędem miejskim karmiono zupami bezdomnych -
prowokacja jednego z polityków) o kontrowersyjne sprawy, pani wiceprezydent
bardzo się zdenerwowała. Na pytania polskich uczniów w ogóle nie chciała
odpowiadać, a pytania Niemców zbywała słowami: “Jakbyś był stąd, wszystko byś
zrozumiał” (także polszczyznę kaleczyła). Poza tym pewnych rzeczy nie
pozwalała tłumaczyć na niemiecki, a do głowy jej nie przyszło, że niektórzy
Niemcy znają język polski, więc wszystkie głupie uwagi pod swoim adresem
doskonale rozumieją. M. in. po polsku mówi jeden z niemieckich nauczycieli
(trzy lata mieszkał w Polsce). Gdy w końcu zacząłem u siebie obserwować
narastającą ochotę uduszenia własnymi rękami pani wiceprezydent Łodzi,
wyszedłem z sali. Ludzie tam siedzieli o suchym pysku, a było bardzo gorąco.
Mogło mi naprawdę odbić (brak płynów, nieprzygotowanie wiceprezydent Łodzi,
moja zaawansowana nerwica itd.). Dobrze, że wyszedłem.
Gdy siedziałem na korytarzu i kawą z automatu koiłem zszargane nerwy,
usłyszałem, że jakiś facet organizuje dla Niemców pamiątkowe długopisy z logo
Łodzi. Naprawdę z największym trudem powstrzymałem się, aby mu nie powiedzieć,
gdzie może wsadzić sobie taki upominek. Od tej pory nie zabiegamy u władz
miejskich Łodzi o przyjęcie naszych gości z Niemiec. Przyjęto nas bowiem w
stylu “zrobimy to tak, aby nas już więcej o nic nie poproszono”. Swój cel
osiągnięto. Nikt już nikomu nie przeszkadza w kopaniu własnego ogródka.
To i tak tylko skrócona opowieść o tym, jak władze miasta dbają o wizerunek
Łodzi wśród cudzoziemców. Co innego we Freiburgu, ale to już inna historia…