the_dzidka
09.10.03, 17:49
Zostałam dzisiaj posądzona o kradzież w sklepie. I niestety - nieporozumienie
się NIE wyjaśniło.
Ten sklep to jeden z fajnych, porządnych, polskich supermarketów. Mam go po
drodze z pracy i niedaleko domu, więc często tam zachodzę, choć ceny są nieco
wyższe...
Dwa dni temu kupiłam u nich dezodorant. Adidasa, za raptem 10 zł - promocja
jakaś... Dzisiaj kupowałam jakieś tam fintifluszki jedzeniowe. Zapłaciłam
przy kasie, no i nagle bramka zaczęła piszczeć. Podszedł ochroniarz,
grzeczny, nie powiem, poprosił na zaplecze - "bo ma pani zapewne jakiś towar
z poprzednich zakupów, więc musimy go odkodować". Zgodziłam się z nim, bo już
parę razy takie rzeczy mi się zdarzały.
Idziemy na zaplecze, cha cha, no tak, ta elektronika, no tak, ale trzeba, na
zapleczu wąsaty pan, ja od razu otwieram plecaczek, uchachana wyciągam
dezodorant, pokazuję mu, a pan pyta: "Skoro go pani kupiła dwa dni temu, to
dlaczego nie zapiszczała bramka wejściowa?"
No fakt, nie zapiszczała, i to dwa razy.
Pan przytknął jakieś urządzenie, które wydało z siebie długi pisk, wziął
dezodorant do ręki i mówi - "pełny jest!" "Panie, no jasne, że pełny, pan
myśli, że wypsikałabym go całego przez dwa dni?!" "A ma pani paragon?" "Pan
wybaczy, mam nosić przy sobie stare paragony?" "A dlaczego nie zostawiła pani
plecaka w depozycie?" "Widzi pan rozmiar tego plecaka? To jak torebka. A
dokumenty, pieniądze, i dwa telefony mam w zębach nosić?!"
Od słowa, do słowa, itd... "Proszę pani, w takiej sytuacji może pani zapłacić
za ten towar i sobie pójść, albo musimy niestety wezwać policję. A jeśli pani
się upiera, to sprawę rozstrzygnie sąd grodzki" Wściekłam się. ZAPŁACIĆ?!
Mowy nie ma.
Olśniło mnie. "Skoro pan twierdzi, że ten dezodorant jest pełny i nieużywany,
proszę bardzo, niech pan go bierze i odłoży na półkę. Moja strata. Płacić nie
zamierzam". Wepchnęłam mu Adidasa w rękę. "Ale ja tak nie mogę, ja muszę
spisać notatkę służbową". "Niech pan spisuje, proszę bardzo".
Po chwili przyszedł trzeci z kolei ochroniarz z formularzykiem. Również
grzeczny i nawet współczujący. Zapisał moje dane, podpisał i podał mi do
podpisania. Spojrzałam. Ooooo, nie. Mowy nie ma, żebym ja to podpisała. "W
dniu dzisiejszym ujęto na próbie wyniesienia towaru..." "Nie podpiszę tego,
proszę pana".
I nie podpisałam. Co zresztą nie ma najmniejszego znaczenia.
Powiedziałam temu trzeciemu, że ja nie mam do nich pretensji. Taka praca. Bo
to rzeczywiście wyglądało bardzo jednoznacznie. Gdybym była pewna, że mam w
domu ten paragon, to bym się uparła. Niech sobie nawet policja przyjeżdża.
Ale ten paragon już pewnie w śmieciach. On mi na to, że on wcale mnie nie
oskarża. Dla niego jednoznaczne byłoby, gdyby mnie złapał za rękę. Ale chyba
rozumiem, że on musi pewne "procedury" odbębnić.
Wyszłam stamtąd z dziarskim uśmiechem na ustach. W sumie to nawet komiczne.
Ale wiecie, jaki we mnie żal? Jak się czuję?
Jestem niewinna jak noworodek, a trafiłam do kartoteki i jeszcze musiałam (no
dobra, nie musiałam) oddać towar, za który uczciwie zapłaciłam.
Nie dalej jak wczoraj mówiłam przyjaciółce, że jestem za dużym tchórzem, żeby
robić jakiekolwiek przekręty. No i masz ci los...
A po przyjściu do domu znalazłam ten paragon.