lalecznik-7
23.02.17, 21:59
Wychowałem się na podpopolskiej wsi. Moi rodzice kupili dom na skraju, nieco oddalony od głównej drogi. Pamiętam pola, poranny szczęk ostrzonych kos, turkot konnej kosiarki. No i pamiętam te drzewa. Stojące samotnie przy polnych drogach. Wysmukłe olchy przy rowach, rozłożyste dęby na skrzyżowaniach polnych dróg. Często samotnie stojące dokładnie pośrodku łąki czy pola. Wspaniałe grube pnie. Dzisiaj wiem, że musiały mieć lekko po 300 lat. Widok opolskich pól w gorący sierpniowy zachód przypominał ten z afrykańskich sawann. Przestrzeń, czerwone słońce, zaczynająca się ścielić mgła, no i te wielkie pojedyncze drzewa. Tu i tam.
Potem przyszła mechanizacja. Pojawiły się pierwsze ciągniki. Zielone Zetory, jeszcze z drewnianymi końskimi furmankami. Potem żółte Ursusy z pełnymi metalowymi przyczepami i uchylnymi burtami. Możliwości transportu wzrosły. A potem pojawiły się pierwsze piły spalinowe. I drzewa zaczęły znikać. Przedtem trudno było ściąć drzewo dochodzące w przekroju do grubości prawie metra. Ile to trzeba było mieć siły, aby takiego olbrzyma powalić. Siekierą? Piłą typu moja-twoja? Nawet nie miały takiej długości. Ściąć to jedno, ale załadować na wóz to drugie. Ponad siły. Jednak przy pile łańcuchowej i ciągniku sprawa była prosta. Podjeżdżali ciągnikiem. Piłą dookoła. Potem zwalony pień na plastry. W dwóch-trzech chłopa i drzewo znikało w jeden dzień. Wtedy trudno było dostać węgiel. Jak się nie należało do partii, to jedynie okazyjnie, jak rzucili na skład. Dostępny to był miał. Mimo, że Polska węglem stała. Najpierw koksownie, potem dolary, człowiek ze wsi był na szarym końcu tej hierarchii. A takie drzewo to przecież kupa palenia. Trudno się dziwić.
No i pamiętam ten wszechobecny jęk pił. Krajobraz pustoszał. Pniaki szerokie niczym stoły mijane w drodze do szkoły/pracy. Drzewa szły i swoje i te nie swoje. Niczyje. Stojące na ugorach. Państwowe, przy drogach i rzeczkach. Jak leci. Pamiętam kłótnie z lokalnym bamberem, gdy ten z ciągnikiem i piłą zabrał się za kilka takich bezpańskich stojących blisko domu. Nie rozumiał, o co chodzi. Co komu do niczyich drzew. Są, to zetnie. Po co ten hałas.
I krajobraz się zmienił. Znikły pojedyncze drzewa, całe ich kępy. Jeżdżę rowerem po Opolszczyźnie. Nie ma już takich klimatów. Pojedyncze okazy przypominają to, co było. Kilka lat temu pojechałem do UK, a konkretnie na południe Londynu, do Walii. Serce mi stanęło. Są. Drzewa. Grube. Pojedyncze. Na łuku wąskich wiejskich dróg. Przy mostkach. Na środku łąki stara sosna z poskręcanymi konarami. Coś pięknego. Można wstać rano, usiąść w fotelu z filiżanką herbaty i zapatrzeć się przez okno. Nie wiem ile jest warty taki widok. Dla jednego pewnie nic. Dla innego nieoceniony. Jakiś taki spokój ogarnia, relaks. Jak się patrzy na stare wielkie drzewo. Może to spuścizna po przodkach? Atawistyczne, głęboko zakorzenione małpie przekonanie, że oto jest w zasięgu bezpieczne miejsce, gdzie można podbiec, wspiąć się i ocalić życie? Może.
Wiele rzeczy można sobie kupić. Zmienić samochód na lepszy. Dom można pobudować. Postawić wysoki płot żeby nie patrzeć na wkurzającego sąsiada, i go rozebrać, kiedy relacje się polepszą. Ale takie drzewo? W największym miastach, co najwyżej przesuną na szynach, jak poszerzają reprezentacyjną aleję miasta. I to tylko te największe mogą sobie na taki kaprys pozwolić. A pospolity mieszkaniec wsi? Nie można sobie wejść do Internetu i zamówić – w tylu - Poproszę 150-letnią czeremchę w roku ogrodu. Ten mdły gorzkawy zapach. Zresztą, ludzie reagują dwojako. Jedni pukają się palcem po czole - popierniczony kaprys. Drugim nie trzeba tłumaczyć. I tak to właśnie jest.