Gość: antonina zuzanna
IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl
11.07.11, 00:03
Widziałam pierwszy spektakl. To prawda, ludzie zaczęli wychodzić, ale dopiero gdy było jasne, że ostateczne wytłumaczenie tego chaosu dziejącego się na scenie nigdy nie nastąpi a stanowczo zbyt głośna muzyka przewiercała mózgi. Ja zostałam. Ale tylko dlatego by zobaczyć całość i móc się wypowiedzieć.
To, co pisze pani Torbicka o swoim zrozumieniu dla sztuki "I apologise" jest szukaniem trzeciego dna tam, gdzie prawdziwej sztuki nie ma. Wybierając spektakle maltańskie, opis przedstawienia reżyserowanego przez Gisele zaintrygował mnie, ale po obejrzeniu byłam bardzo rozczarowana.
1. Rozdzierająca uszy muzyka wprowadza niepokój (dobrze - w końcu to spektakl o zbrodni), ale jest przy tym monotonna i nie do wytrzymania.
2. Fragmenty Pseudo-poezji czytanej przez Denisa Coopera nie mają nic wspólnego z treścią spektaklu oprócz wrażenia, że opisywane wulgarne sytuacje i problemy z narkotykami dotyczą samej reżyserki, skoro stworzyła coś tak psychodelicznego. (Choć na żywo sprawia wrażenie osoby sympatycznej)
3. Postacie miotały się po scenie wykonując dziwaczne ruchy, które wydawałoby się do niczego nie prowadzą (jak akrobatyczne wygibasy kobiety białej niczym lalka)
4. Żeby było bardziej kontrowersyjnie, musiała pojawić się scena pocałunku dwóch facetów, przebieranki w damskie ciuszki przypominające fanów sado-maso oraz oczywiście męska nagość. Wszystko z domieszką tarzania się w sztucznej krwi i orgiastycznych tańców.
Rozumiem chęć pani Vienne do sprowokowania widzów do otwarcia się na swoją mroczną stronę i zaakceptowania jej jako swej integralnej części. Aby tak się stało trzeba się w ten mrok zagłębić i przestać się go bać, jak mówiła na spotkaniu z widzami. Chodzi jednak o sposób przekazu takich myśli i idei.
Wywarcie silnych emocji na publiczności jest istotne, jednak próbując być oryginalną, Gisele Vienne wpisuje się w nowy nurt wielbicieli przemocy i przekraczania wszelkich etycznych granic. Mnie ten nurt osobiście niepokoi.