lukask73
07.01.14, 11:23
Czy to są króle, czy magowie, niech rozsądzą bibliści.
Czy wartość artystyczna śpiewów do mikrofonu była wystarczająca – to nam powiedzą krytycy muzyczni.
Czy można opłacać takie imprezy z kasy miejskiej – rozpoznają prawnicy.
Ale dlaczego u licha po raz kolejny miasto organizuje coś tak fatalnie?
* tłum ludzi prowadzony po rozrzuconym końskim łajnie (wystarczyło zabezpieczyć kogoś z szufelką w gotowości)
* żenujące nagłośnienie; pan z pierwszego samochodu trzymał w ręce antenkę, która nadawała sygnał do drugiego samochodu; który najwyraźniej miał kłopoty z odbiorem (szumy i trzaski); kto znajdował się obok głośnika, był narażony na nadmierne decybele; komu megafonołaz schował się za winklem, ten nic nie słyszał; a przecież dziś co druga osoba ma w kieszeni odbiornik radiowy UKF; wystarczyło ogłosić, że kolędy będą np. na 95,5 MHz, gdzie w Poznaniu jest najszerszy odstęp między stacjami, załatwić potrzebne pozwolenie i nie trzeba by było wynajmować drugiego samochodu
* kolejne niedogodności związane z ruchomymi punktami megafonicznymi: jacyś wystraszeni młodzieńcy starali się torować samochodowi drogę przez tłum ludzi na rynku; było to o tyle trudne, że nie wyznaczono żadnej trasy przejazdu, nie było się dokąd cofnąć; na szczęście nikt nie wpadł pod koła; niestety kierowca drugiego samochodu musiał sobie radzić bez młodzieży z przodu; jeśli przypomnimy sobie, co było prawdopodobną przyczyną śmierci rowerzysty przy Akademii Muzycznej, można mieć wrażenie, że ktoś tutaj igrał z losem; być może strategia była taka, że ludzie rozpierzchną się i zrobią miejsce samochodowi z nagłośnieniem, ponieważ został on wyposażony w dwie rury wydechowe: jedna od silnika głównego, druga od agregatu; smród w bezpośrednim sąsiedztwie był niemiłosierny, bo jeden z silników pracował z pełną mocą; mimo to miejsce „samo” nie zrobiło się
* nie do końca wiadomo, jak odbywałby się przejazd karetki, gdyby zaistniała taka konieczność; być może jednak rezerwowanie miejsca nie było potrzebne, bo karetki żadnej w okolicy nie zabezpieczono
* za to policja wykazała się w 150%; zablokowano oba pasy Al. Marcinkowskiego, mimo że przemarsz z powodzeniem zmieściłby się na jezdni od strony muzeum (ewentualnie na środku alei); jest to o tyle istotne, że praktycznie zniknął dojazd do wygodnego parkingu pod pl. Wolności, do którego jesteśmy – jak się okazuje: czysto teoretycznie – zachęcani. W efekcie dziesiątki a może i setki samochodów krążyły po 23 Lutego, Młyńskiej, Libelta, bezskutecznie szukając wolnego miejsca (podobna sytuacja miała miejsce podczas i jeszcze długo po tzw. marszu równości; otępiali funkcjonariusze tarasowali wjazd na parking, sami nie wiedząc, dlaczego)
Podsumowując: inicjatywa pewnie pozytywna; dzieci na pewno cieszyły się z koron i widoku przedstawienia, jednak beczkę miodu można popsuć łyżką dziegciu.