l.george.l
19.06.06, 11:01
Podczas minionego długiego weekendu udałem się nad jezioro do Strzeszynka. W tego typu miejsca jeżdżdę przed wieczorem, gdy słońce zachodzi, a większość ludzi opuszcza plażę. Do zgrzytu doszło już na parkingu. Kartka obwieszczała, że odpłatność wynosi 6 zł od godz. 9 do 18. Ja byłem na pół godziny przed 18, powiedziałem więc cieciowi, że mogę mu dać najwyżej złotówkę. Ten upierał się przy sześciu, pojechałem więc 300 metrów dalej. I tam już nic ode mnie nie wzięto (inna interpretacja tego samego zarządzenia?). Wchodzę na plażę, a tam trawa pokryta równym dywanem butelek, puszek, foliowych worków. Kubły na śmieci, odrapane i pogięte, pamiętające kilka poprzednich sezonów, można było policzyć na palcach jednej ręki. W żadnym nie mieściły się już śmieci, więc nawet ci porzundni poznaniacy (paru takich zaobserwowałem), którzy chcieli po sobie posprzątać i tak nie mieli gdzie śmieci wyrzucić. Sytuację ratował menel krążący po plaży, ale interesowały go jedynie puszki. Pora teraz na podsumowanie. Niedawno Szanowna Redakcja poinformowała nas, że Strzeszynek przejął nowy dzierżawca. Zdaje się, że bez przetargu i jak mój opis dowodzi bez pomysłu i przede wszystkim jakichkolwiek kompetencji do zarządzania takim terenem. Po pierwsze: debilny pomysł na pobieranie opłat za parkowanie, korzystny może dla tych, którzy przyjeżdżają na cały dzień, ale nie tych, którzy wpadają na chwilę. Po drugie: bałagan. Dlaczego ktoś, kto chce skorzystać z miejskiego kąpieliska wieczorem musi brodzić w śmieciach? Czy na przykład w restauracji na czysty stolik może liczyć jedynie klient, który przyjdzie na śniadanie? - Chyba nie. Dlaczego, gdzie się w naszym mieście nie spojrzy, człowiek natrafia na przejawy niekomeptencji, bałaganiartstwa i najzwyklejszej głupoty. Czy tak musi być?