Gość: MacGrabiX
IP: *.icpnet.pl
29.06.03, 23:01
Koncert Ferrera był genialny. Nie znajduję słów, które mogłyby oddać
całe misterium, które - niestety - już jest za mną. Pamiętam swoje olbrzymie
zauroczenie Buena Vista Social Club lat kilka temu nad Maltą - to co
usłyszałem tym razem bije wszystkie tamte szalone emocje na
siedem łbów i 14 kręgów szyjnych. Tam (BVSC) mieliśmy przyjemnośc poznania
prawie
wszystkich wielkich z Cuby. I nie dało się wtedy(piszę to z perspektywy
dzisiejszego
show I.F.)uniknąć pewnych wątków kompilacyjnych i okolicznościowo-
składankowych. Tu mieliśmy wyjątkową przyjemność obejrzenia i wysłuchania
koncertu jednego artysty, który z poznaniakami zrobił co tylko chciał. A
chciał
zagrać tylko koncert. Powiem tylko, że to co przeżyłem przy koncercie Petera
Gabriela - wydawało mi się, że nie spotka mnie w tym mieście za 10 lat.
Musiałem czekać tylko miesiąc. Wirtuozeria całej orkiestry (pianista i
kontrabasista to hegemoni wszechwag)paraliżowała moją duszę do ostatniego
wolnego nerwu. A sam Ferrer mimo 9 krzyżyka na karku w formie Boba Beamona
podczas Igrzysk w Mexico City. Zbyt szybko odtrąbiliście klapę - frustraci i
malkontenci. Gdyby Frank Zappa urodził się na Kubie byłby zaszczycony mogąc
czyścić im buty. Z całym przeogromnym szacunkiem dla śp. Franciszka :))))))
A ludzi w Arenie było w sam raz na taki koncert. 3 tysiące ludzi, którzy
wiedzieli po co przyszli i za co płacili.