Gość: Rodzina Ulmow
IP: *.wi.res.rr.com
29.03.06, 06:18
Za Naszym Dziennikiem (z ostatniej niedzieli):
Sześćdziesiąt dwa lata temu, 24 marca 1944 r. w Markowej, jednej z tysiąca okupowanych przez
Niemców wsi, doszło do zdarzenia, które wstrząsnęło nie tylko jej mieszkańcami, ale i całym
regionem. Za przechowywanie Żydów została rozstrzelana polska rodzina Józefa i Wiktorii Ulmów.
Siedemnaścioro ludzi, w tym ośmioro dzieci, zginęło tylko za to, że byli Żydami lub Polakami, którzy
odważyli się udzielić im zakazanej pomocy. Ponieważ pamięć ludzka szybko się zaciera, deformuje, a
dodatkowo w niewielkim stopniu dociera do młodego pokolenia, istnieje konieczność ciągłego
przypominania pozytywnych postaw bohaterów naszej polskiej historii.
W okresie międzywojennym Markowa była jedną z największych wsi w Polsce. W 1931 r. liczyła 931
domów, w których zamieszkiwało 4442 mieszkańców. Wśród nich olbrzymią większość stanowili
katolicy. W Markowej żyło także około 120 Żydów (blisko 30 rodzin).
Po zajęciu Polski Niemcy stworzyli nowy podział administracyjny. Do utrzymania "porządku" na
terenach wiejskich oraz w mniejszych miastach zobowiązana była m.in. żandarmeria. Markowa
podlegała placówce w Łańcucie. Na jej czele stał porucznik Eilert Dieken, a jednym z podległych mu
żandarmów był szeregowy Joseph Kokott.
W czasie okupacji niemieckiej Żydzi pozbawieni zostali wszelkich praw. Musieli przeprowadzać
różnorakie prace na rzecz okupanta, nie mogli wykonywać swoich zawodów. Wkrótce rozpoczęto
zakładanie gett. Latem i jesienią 1942 r. Niemcy wymordowali większość żydowskich mieszkańców
Markowej. Miejscem zbrodni było głównie grzebowisko padłych zwierząt. Przy życiu pozostali ci
Żydzi, którzy wcześniej ukryli się w chłopskich domach.
Rodzinne ognisko
Jedną z rodzin, które zdecydowały się na bohaterską decyzję ukrycia Żydów, byli Józef i Wiktoria
Ulmowie. Józef, urodzony w 1900 r., znany był doskonale w całej wsi. Wszechstronnie utalentowany,
jako pierwszy w Markowej prowadził szkółkę drzew owocowych. Propagował nierozpowszechnione
jeszcze wówczas uprawy warzyw i owoców. Jego nowatorskie metody gospodarowania znane były nie
tylko w tej dziedzinie. Zachowały się dyplomy, które otrzymał w 1933 r. na Powiatowej Wystawie
Rolniczej w Przeworsku - jeden "za pomysłowe ule i narzędzia pszczelarskie własnej konstrukcji",
drugi "za wzorową hodowlę jedwabników i wykresy ich życia". Zwłaszcza to jego ostatnie
zainteresowanie wzbudzało ciekawość nie tylko całej wsi, ale i okolicy, a nawet księcia Andrzeja
Lubomirskiego, który odwiedził gospodarstwo Ulmów, by obejrzeć jedwabniki i drzewa morwowe.
Józef nie stronił także od działalności społecznej. Angażował się w Katolickim Stowarzyszeniu
Młodzieży, później działał w Związku Młodzieży Wiejskiej "Wici", w którym był bibliotekarzem i
fotografem. Jego największą pasją było właśnie fotografowanie. Wykonał tysiące zdjęć, w znacznej
mierze zachowanych do dziś, przechowywanych w wielu szufladach nie tylko markowskich domów.
Pięknie fotografował swoją małżonkę i dzieci. Zachowały się także zdjęcia samego Józefa,
przedstawiające przystojnego mężczyznę w garniturze, pod krawatem i w kapeluszu, którego twarz
ukazuje inteligentnego, wrażliwego człowieka.
Wybranką Józefa stała się najmłodsza córka Jana i Franciszki Niemczaków - Wiktoria, urodzona w
1912 r. jako ich siódme dziecko. Matka osierociła ją, gdy miała 6 lat; ojciec też nie doczekał ślubu
córki
- zmarł rok wcześniej.
Małżeństwo było dobrze dobrane i darzyło się miłością. Na jednym ze wspólnych zdjęć widać Józefa
trzymającego Wiktorię na swoich kolanach, przytulonych do siebie. Szybko doczekali się potomstwa.
W ciągu siedmiu lat małżeństwa urodziło się im sześcioro dzieci: Stasia, Basia, Władzio, Franuś,
Antoś, Marysia. Gdyby nie tragedia, na wiosnę 1944 r. cieszyliby się siódmym maleństwem. Wiktoria
zajmowała się domem - na jednym ze zdjęć widać, jak rysuje lub pisze dzieciom w zeszycie, na
innych stoi otoczona dużą i zadbaną gromadką, trzymając najmłodsze dziecko.
Trudna decyzja
Dokładnie nie wiadomo, kiedy (prawdopodobnie w drugiej połowie 1942 r.) i jak do tego doszło, że
w domu Ulmów znalazło się ośmioro Żydów: pięciu mężczyzn z Łańcuta o nazwisku Szall - znany
przed wojną handlarz bydłem z synami, oraz bliscy sąsiedzi domu rodzinnego Józefa: Gołda i Layka
Goldman, ta ostatnia z małą córką.
Trudno też określić, jakie motywy kierowały Ulmami. Józef znany był z życzliwości dla Żydów.
Wcześniej innej rodzinie żydowskiej pomógł sporządzić kryjówkę w jarach. Zapewne kierowały nimi
miłość do drugiego człowieka, współczucie i świadomość tego, co czeka Żydów, jeśli nie otrzymają
pomocy. Ulmowie na własne oczy widzieli, jak w 1942 r. na sąsiedniej parceli Niemcy rozstrzelali co
najmniej kilkadziesięcioro Żydów z Markowej i okolic.
Jak doszło do dekonspiracji kryjówki? Szallowie ukrywający się u Ulmów mieszkali przed wojną w
Łańcucie. Zdając sobie sprawę ze zbliżającego się "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej",
rozpoczęli poszukiwania schronienia. Obiecał im je Włodzimierz Leś, posterunkowy granatowej
policji w Łańcucie. Pochodził z Białej koło Tyczyna. Tak jak jego dziadkowie, którzy przybyli z Galicji
Wschodniej na Rzeszowszczyznę, był uważany za Ukraińca. Mieszkał na przedmieściach Łańcuta
nieopodal Szallów, z którymi przed wojną utrzymywał bliskie kontakty. Pomagał im w ukrywaniu się
przed Niemcami. Gdy sytuacja się zaostrzyła, Szallowie musieli sobie szukać innej kryjówki. Udali się
wtedy do Ulmów, znajomych gospodarzy z Markowej, którzy ich ukryli. Szallowie jednak nadal
nachodzili Lesia, domagając się od niego wsparcia, gdyż najprawdopodobniej u niego zostawili
znaczną część majątku. Ponieważ od pewnego czasu odmawiał im pomocy, sami próbowali odzyskać
swoją własność lub przejąć w zamian inne jego dobra. Wiele wskazuje na to, że wtedy Leś
zdecydował się zdradzić kolegom z żandarmerii niemieckiej miejsce ukrywania się żydowskiej
rodziny.
Dzięki zachowanym aktom postępowania sądowego przeciwko jednemu ze sprawców - Josephowi
Kokottowi, można z dużą dokładnością ustalić przebieg okrutnej zbrodni. Dowódcą grupy
ekspedycyjnej był szef posterunku żandarmerii niemieckiej w Łańcucie porucznik Eilert Dieken. Inni
żandarmi to: Joseph Kokott, Michael Dziewulski i Erich Wilde. Z policjantów granatowych udało się
ustalić dwa nazwiska: Eustachy Kolman oraz Włodzimierz Leś.
Zbrodnia
Na krótko przed porankiem 24 marca 1944 r. żandarmi dotarli do zabudowań Józefa Ulmy,
położonych na krańcu wsi. Pozostawiwszy na uboczu furmanów z końmi, Niemcy wraz z obstawą
złożoną z granatowych policjantów udali się pod dom. Wkrótce rozległo się kilka strzałów - jako
pierwsi zginęli Żydzi.
Naocznymi świadkami pozostałych rozstrzeliwań byli furmani, którzy zostali przez Niemców
przywołani rozkazem, by przyglądać się, jaka kara może spotkać wszystkich ukrywających Żydów.
Jeden z furmanów, Edward Nawojski, podaje, iż widział, jak wyprowadzono z domu gospodarzy -
Józefa i Wiktorię Ulmów - i rozstrzelano ich. Jak podaje świadek: "W czasie rozstrzeliwania na
miejscu egzekucji słychać było straszne krzyki, lament ludzi, dzieci wołały rodziców, a rodzice już
byli rozstrzelani. Wszystko to robiło wstrząsający widok".
Po zastrzeleniu rodziców wśród krzyków żandarmi zaczęli się zastanawiać, co zrobić z dziećmi. Po
naradzie Dieken zdecydował, że należy je rozstrzelać. Nawojski widział, jak trójkę lub czwórkę dzieci
własnoręcznie rozstrzelał Joseph Kokott. Słowa tego zgermanizowanego Czecha wypowiedziane po
polsku do furmanów wryły się głęboko w pamięć Nawojskiego: "Patrzcie, jak polskie świnie giną -
które przechowują Żydów". Zginęli: Stasia, Basia, Władzio, Franuś, Antoś, Marysia i siódme w łonie
matki, na kilka dni przed planowanym urodzeniem. W ciągu kilkudziesięciu minut zginęło
siedemnaście osób. Niemieccy zbrodniarze dokonali tej zbrodni własnoręcznie, wykorzystując
granatowych policjantów do obst