Dodaj do ulubionych

KOSCIÓŁ KATOLICKI Sp z o.o.

    • Gość: Ed Pazerność kleru rzym.-kat. nie zna granic IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 12:14
      eryk2 napisał:

      Kilka lat temu wybuchła w Szczecinie afera dotycząca opłat za wstęp do
      katedry. Początkowo owym podatkiem mieli być objęci tylko goście z Rzeszy (w
      wysokości 1 euro - wiosna 2003). Później kryska przyszła i na mieszkańców
      wschodniej części ziem nad Odrą i Bałtykiem. Przed dwoma miesiącami byłem
      uczestnikiem nieprzyjemnego incydentu - do Szczecina przyjechały z występami
      dwa zespoły zza wschodniej granicy RP (ich imprezy były otwarte,
      niebiletowane). Gdy chcieli zwiedzić katedrę, okazało się, że trzeba zapłacić
      po 10 zł od łebka (było to ok. 30 osób). Panienka żądająca opłaty trochę
      zmiękła, gdy dowiedziała się, że to bida ze wschodu (w dodatku częściowo
      młodzież szkolna), ale nadal żądała 120 zł od całości (zniżka grupowa?). Na
      żądanie widzenia się ze zwierzchnikiem odpowiedziała, że wszyscy ojczulkowie
      są na lekcjach religii. W grupie znalazła się przewodnicząca Federacji
      Organizacji Polskich na Ukrainie, p. Emilia Chmielowa i obiecała zrobić
      odpowiednią antyreklamę w polskich środowiskach Szczecinowi (a osobliwie
      szefowi katedry). Po dwóch miesiącach trafiłem tam z powrotem z czteroosobową
      rodziną ze Lwowa. Tym razem cerberowała starsza oberjędza. Na żądanie zapłaty
      za wstęp usłyszała, że przecież to nie wycieczka (ojciec, matka, siedemnasto-
      i sześcioletnia córka), na co stwierdziła: "Mają kamerę video". Mimo
      zapewnień, że kamerę mogą zostawić u niej na przechowanie i wejdą tylko na
      kwadrans do środka, była nieubłagana. Kiedy powiedziałem, że we Lwowie może
      wejść do dowolnego kościoła lub cerkwi bez biletu, usłyszałem: "Ale tu jest
      Polska". No to pańcia dowiedziała się ode mnie, że żaden papież nie pomoże
      jej i jej zwierzchnikom wobec postępowania.
      A teraz kilka morałów:
      - w katedrze św. Wita na Hradczanach w Pradze czeskiej wejście jest za darmo,
      płaci się tylko za wstęp do wybranych miejsc (prezbiterium, skarbiec), a jest
      to zabytek przewyższający o kilka klas szczecińską kapliczkę z ul. Grodzkiej
      (podobnie jest w Kamieniu Pomorskim - płatny jest np. skarbiec)
      - we Wrocławiu ani Warszawie nie przypominam sobie podobnych przepisów (w
      Krakowie wstęp jest płatny w kościele Mariackim, ale to też nie ten szczebel
      co Szczecin)
      - w Paryżu nie płaci się za wejście do Sacre Coeur, bilety są natomiast w
      kościele Inwalidów (grób Napoleona) - nauczony przez katolickiego
      integrystę "niegdy nie wchodzę do kościoła, gdzie wstęp jest płatny", nie
      zaszczyciłem tego drugiego, byłem w pierwszym (w Szczecinie też nie
      zaprowadzę już nikogo, żadnej grupy ani indywidualnych znajomych)
      - a mogło być tak miło: dwa tygodnie temu byłem świadkiem uroczej wycieczki
      dwóch świeckich po kościele na Krzekowie, gdzie proboszcz pokazywał detale
      wnętrza zupełnie obcym sobie ludziom, opowiadał o renowacji kościoła,
      historii otoczenia świątyni - wszystko bezpłatnie (narzekał tylko
      na "protestanckie niemieckie kutwy", które nie dbały o zabytek do 1945, oraz
      wyrażał się z wyższością o ukraińskich robotnikach, którzy u niego pracują:
      doznałby zawału, gdyby się dowiedział, że jeden z jego słuchaczy jest
      protestantem, drugi Ukraińcem, a obaj są jednopłciowym małżeństwem, ale
      zostało mu to oszczędzone)
      - sądząc z postępów prac budowlanych wokół katedry, pieniądze z wymuszanych
      biletów idą od samego początku na kolejny pałacyk proboszcza-dobrodzieja (a
      nie, jak szumnie deklarowano, na najpilniejsze remonty obiektu zabytkowego -
      w dodatku obecnie księżulo zacharapci pieniądze z UE na budowę wieży, walcząc
      o te dotacje z lobby koszalińskim w sejmiku, więc 2,5 euro z każdego biletu
      będzie miał na fajki, bryki, sedesiki)
      - ks. mądralińskiemu, który wpadł na pomysł tak dochodowego interesu,
      dedykuję historyjkę o pewnym papieżu, który usiłował zmusić owieczki w jednym
      z północnych krajów, aby płaciły daninę na rzecz budowy kolejnej katedry w
      Rzymie - wśród owieczek znalazł się pewien mnich-augustianin, który w 1517
      wypowiedział posłuszeństwo bossowi z południa, a potem za jego przykładem
      poszło pół Europy Zachodniej - bazylika w Rzymie stanęła, tylko dochody się
      drastycznie zmniejszyły (i tak jest do dzisiaj); podobno zresztą wstęp do
      owej świątyni też jest bezpłatny (nie wiem, nie byłem, opowiadał mi ktoś, kto
      pojechał tam kilka dobrych lat temu), zresztą to akurat nieważne - współczuję
      katolikom rzymskim takich duszpastuchów (licencja na to słówko - ks. J.
      Tischner)
      - zakończę cytatem z Bertolta Brechta o amerykańskich kapitalistach: "Gdyby
      mogli, zażądaliby od pisuaru pieniędzy za siki" (mądremu dość, jak mawia o.
      dyktator - zgadnij, koteczku, do kogo adresuję te słowa?). Amen
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=70&w=27209478
    • Gość: Ed Targowisko kościelne czy co łaska??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 12:36
      "Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze
      świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły
      powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a
      nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!"
      (J 2,6)
      • Gość: kon Re: Targowisko kościelne czy co łaska??? IP: 193.151.68.* 02.08.05, 16:47
        szkoda że niektórzy cytują i profanują
        • Gość: Ed Re: Cytowanie Biblii profanacją??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 16:58
          A jak nazwać wręcz kpiny z zapisów w tej Biblii biorąc postępowanie katolików???
          Przecuież to jest najzwyklejsza obłuda, jeżeli postępuje się sprzecznie z tym,
          co się tak szeroko przecież głosi!!!
          Jak w tek sytuacji wyglądają relacje moralne?

          Gość portalu: kon napisał(a):

          > szkoda że niektórzy cytują i profanują
    • Gość: Ed Papież przed sądem??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 16:52
      piezo1 napisał:

      Dlaczego polskie media (według niektórych lewackie, ateistyczne, może nawet
      antykatolickie?) nie uznały za stosowne poinformować rzekomo katolicki naród,
      że...
      ...ZŁOŻONO wniosek (bodaj przełom 2004,-2005, roku) do Międzynarodowego
      Trybunału w Hadze o uznanie papieża Jana Pawła II winnym ZBRODNI PRZECIW
      LUDZKOŚCI (!) w związku z jego zdecydowanym zakazem używania i
      rozpowszechniania kondomów w dobie AIDS oraz za używanie kłamstw (np., że pory
      w lateksie i tak przepuszczają wirusa wywołującego AIDS) do zmniejszenia
      zainteresowania kondomami w Afryce i Azji?
      Czy była to informacja mniej ważna dla katolickiego Narodu Polskiego niż to, że
      Jan Paweł złapał przeziębienie i kichnął?!
      Nie. Media w Posce mają obowiązek, zgodnie z konkordatem, szerzyć katolicki
      punkt widzenia. A Polacy mają nie relatywizować dorobku papieża, mają myśleć,
      że cały świat raczej kocha "Ojca Świętego" niż go nie lubi.
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=26485843&a=26565492
    • andrzej105 "Tylko 20 % księży współżyje z kobietami" :(((( 02.08.05, 21:00
      tragedia z tym klerem i krzyż pański
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=26268944
    • edico Brutalnie o Janu Pawle 2- ścieme walił niesłychaną 03.08.05, 01:44
      wielkie_jol napisał:

      Ktoś to ładnie podsumował (tylko fragmeNt wyciąłem):

      W dniu 25 stycznia 1979 roku, Jan Paweł II dotknął ziemi w Republice
      Dominikańskiej na wyspie Haiti, potem wstał i powiedział: „Panie prezydencie,
      umiłowani bracia w biskupiej posłudze, bracia i siostry! Dziękuję Bogu, że
      pozwala mi wstąpić na ten skrawek ziemi amerykańskiej” […] „przyjść tutaj
      drogą, którą obrali pierwsi krzewiciele wiary po odkryciu tego kontynentu
      […]”.

      Słusznie rzekł papież. „Tutaj — stwierdza naoczny świadek tamtych czasów,
      hiszpański dominikanin Bartolome de Las Casas, późniejszy biskup Chiapas —
      rozpoczęło się mordowanie, duszenie tych nieszczęśników […]”

      „[…] bo dziś możemy wyrażać tylko podziw i wdzięczność za to, czego oni
      dokonali” — powiedział papież.
      „Chrześcijanie — pisze Las Casas — wdzierali się między ludzi, nie
      oszczędzali ani dzieci, ani starców, ani kobiet brzemiennych, ani tych w
      połogu, rozpruwali im ciała i rozrywali wszystkich na kawałki, nie inaczej,
      niż gdyby napadli na stado owiec […]”
      „[…] żeby głosić chwałę Chrystusa, Zbawiciela — mówił radośnie papież — żeby
      bronić godności tubylców, strzec ich nienaruszalnych praw”, „unaocznić waszym
      przodkom Królestwo Boże”.

      Biskup Las Casas: „Oni szli w zawody, który potrafi rozpłatać człowieka za
      pierwszym ciosem miecza, który zdoła rozerwać głowę piką albo wyrwać
      wnętrzności”.

      „Wówczas to — mówił triumfalnym głosem papież — ten umiłowany lud otworzył
      się na wiarę w Jezusa Chrystusa”.

      „Nowo narodzone istotki — opowiada Las Casas — odrywali, chwytając je za
      nogi, od piersi matek i rzucali je na skały, rozbijając im głowy”.

      „Niech będzie pochwalony Pan, który mnie tu zaprowadził” — zawołał papież…

      Biskup Las Casas: „Inne dzieci włóczyli ze sobą po ulicach, trzymając je za
      ramiona, śmiali się przy tym i żartowali, a w końcu wrzucali te dzieci do
      wody i mówili: «Teraz tam się miotaj, ty małe, nędzne ciało!»”

      PAPIEŻ: „[…] tu, gdzie na tym kontynencie rozpoczęło się dzieło boże, na
      chwałę i cześć Pana naszego […]”.

      Biskup Las Casas: „Inni zabijali i matkę, i dziecko […]”

      XVI-wieczna grawiura, przedstawiająca niewolniczą pracę Indian w kopalniach.
      Tysiące Indian zmarło w jej trakcie. PAPIEŻ: „[…] tu, gdzie zatknięto
      pierwszy krzyż, odprawiono pierwszą mszę i odmówiono po raz pierwszy Ave
      Maria”.

      Biskup Las Casas: „Robili oni też szerokie szubienice, takie że stopy prawie
      dotykały ziemi, na każdej z tych szubienic wieszali na cześć i chwałę
      Zbawiciela i dwunastu apostołów, po trzynastu Indian, potem podkładali
      drewno, rozniecali ogień i palili wszystkich żywcem”

      „[…] w istocie łaska i właściwe powołanie Kościoła” — stwierdził
      papież. „Kościół istnieje po to, żeby ewangelizować”.

      Biskup Las Casas: „Kiedyś pojawił się gubernator wyspy […] przywołał on do
      siebie trzystu najznakomitszych władców i obiecał im bezpieczeństwo.
      Większość z nich zwabił podstępnie do słomianej chaty […] i kazał ich
      wszystkich spalić żywcem”. Najznakomitsi władcy spaleni — nowi władcy
      zainstalowani.

      PAPIEŻ: „Stolica apostolska ustanowiła pierwsze biskupstwa Ameryki właśnie na
      tej wyspie”.

      Biskup Las Casas: „Wszystkich pozostałych, razem z ich świtą, chrześcijanie
      zabili lancami i szpadami; ale królową Anacoanę przez respekt powiesili”.
      Reguła była bowiem taka: „Możnych i szlachetnie urodzonych zabijali oni
      zazwyczaj jak następuje: robili stosy z bierwion kładzionych na widły,
      przywiązywali do nich nieszczęśników, a niżej rozniecali niewielki ogień, i
      ci ludzie z czasem krzyczeli żałośnie i w straszliwych cierpieniach oddawali
      ducha Bogu […]. Wszystkie opisane tu okropności i jeszcze wiele innych
      widziałem na własne oczy”.

      PAPIEŻ: „Krzewiciele wiary w stosunkowo krótkim czasie objęli swoją
      działalnością całe Santo Domingo” — mówił papież.„Byli to ludzie, którzy
      lgnęli zwłaszcza do biednych i bezradnych, do tubylców […] Później, za czasów
      Francisca de Vitoria, ukształtowały się na tej podstawie początki prawa
      międzynarodowego”.

      Ośrodki religijne Indian były burzone, przedmioty kultu przetapiane na cenne
      kruszce, a sami Indianie siłą zmuszani do chrztu. Biskup Las Casas: „Jako że
      wszyscy, którzy mogli uciec, skryli się w górach i weszli na najbardziej
      strome szczyty, żeby uchronić się przed tymi okrutnymi, bezlitosnymi ludźmi,
      podobnymi do zwierząt drapieżnych, więc ci dusiciele, ci śmiertelni wrogowie
      rodu ludzkiego, tak wytresowali swoje psy myśliwskie, by szybciej, niż
      odmawia się Ojcze nasz, rozrywały one każdego napotkanego Indianina;
      potężniejsze psy łowiły Indian niczym dzikie świnie i pożerały ich”.

      Papież Jan Paweł II: „Jeśli mamy tu wyrazić zasłużoną wdzięczność tym, którzy
      jako pierwsi posiali ziarno wiary, to należy się ona przede wszystkim
      zakonom, które bez reszty poświęciły się dziełu ewangelizacji, chociaż
      ponosiły czasem ofiary, nawet spotykała je męczeńska śmierć […]”.

      Biskup Las Casas: „Jako że Indianie, co zdarzyło się jednak tylko parę razy,
      w słusznym i świętym gniewie zabili kilku spośród chrześcijan, ci ostatni
      przyjęli za swą regułę, by w odwecie za zabicie jednego chrześcijanina ginęło
      z ich rąk stu Indian […]”.

      Papież Jan Paweł II: „Kościół był więc na tej wyspie pierwszą instancją,
      która zatroszczyła się o sprawiedliwość i prawa człowieka […]”.
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=27057867
    • edico Remont kapliczki 03.08.05, 15:47
      W ciągu kilku najbliższych dni ruszy renowacja barokowej kapliczki przy
      Peowiaków. Lubelska Fundacja Ochrony Zabytków czeka tylko na decyzję
      konserwatora zabytków i miejskich urzędników. Ci zapowiadają, że nie będą
      opóźniać rozpoczęcia remontu

      Naprawy wymagają przede wszystkim fundamenty. Trzeba też wyczyścić kapliczkę i
      figurę Chrystusa Frasobliwego, które są bardzo brudne. - Potrzebny jest
      gruntowny remont. Chcemy się zająć głównie fundamentami, ale tak naprawdę nie
      wiemy, co tam znajdziemy. Być może wystarczy tylko kosmetyka i ich wzmocnienie.
      Jeśli okaże się, że stan jest poważniejszy, prace mogą się przedłużyć. Zakładam
      jednak, że nie potrwają dłużej niż dwa miesiące - mówi Andrzej Gumieniczek,
      prezes zarządu Lubelskiej Fundacji Ochrony Zabytków.

      Do rozpoczęcia remontu fundacja potrzebuje zgody konserwatora zabytków i miasta.
      Urzędnicy zapewniają, że decyzję wydadzą jeszcze w tym tygodniu. - Nie będziemy
      blokować prac i zgodzimy się na zajęcie drogi podczas remontu - deklaruje
      Andrzej Bałaban, zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu
      Miasta. - Jeśli wniosek zawiera kompletne dokumenty, na pewno zostanie
      rozpatrzony pozytywnie - zapewnia zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków
      Dariusz Kopciowski.

      Prezes Gumieniczek: - Remont przeprowadzą Polskie Pracownie Konserwacji Zabytków
      w Lublinie. Będzie kosztował ok. 50 tys. zł.

      XVIII-wieczna kapliczka stoi na rondzie przed budynkiem Centrum Kultury przy ul.
      Peowiaków. Dawniej w tym miejscu był park. Po II wojnie, kiedy zwiększył się tu
      ruch, figurka pod wpływem drgań ulicy, spalin i kurzu zaczęła niszczeć.
      Renowacja miała rozpocząć się jeszcze wiosną, ale opóźniała się, bo zmieniały
      się koncepcje remontu CK. Miasto chciało przenieść Chrystusa Frasobliwego na
      pobliski skwer, ale w końcu pomysł upadł i kapliczka zostanie na swoim miejscu.
      (Tomasz Nieśpiał)
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852542.html
      PS. Koscioły i kapliczki są nasze ale za konserwacje i remonty płaćcię wy ;((
    • edico Jezuici idą na aborcyjną wojnę 03.08.05, 16:22
      Bydgoscy jezuici namawiają przyszłe matki, żeby zrezygnowały z aborcji.
      Zamieszczają w prasie ogłoszenia: "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I pomagają -
      płacą za wyprawki, organizują adopcję. Uratowali już dziesięcioro dzieci

      Dwa lata temu bogaty polonus z USA poszedł do spowiedzi. Dostał pokutę - miał
      skutecznie pomagać ciężarnym matkom. Zgłosił się do ojca Piotra Idziaka, jezuity
      z Bydgoszczy, opiekuna Diakonii Życia Duszpasterstwa Akademickiego "Arka". Dał
      pieniądze. Resztą zajął się zakonnik i młodzi ludzie z jego wspólnoty.

      Najpierw ojciec Idziak zawiesił ogłoszenie na tablicy przed kościołem: "Jeśli
      jesteś w stanie błogosławionym, jeśli jesteś w trudnej sytuacji, boisz się,
      czujesz trwogę - przyjdź, pomożemy Ci".

      - To nie zdało egzaminu, bo zaczęły się zgłaszać głównie ubogie rodziny
      wielodzietne - opowiada Katarzyna Wyczyńska z Arki. - Nie o to nam chodziło.
      Więc postanowiliśmy uciec się do fortelu.

      Arka zamieszcza ogłoszenie w lokalnych gazetach na terenie województwa
      kujawsko-pomorskiego: "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I numer telefonu. Anonse
      drukowane są regularnie co środę i piątek w rubryce "Ginekolog", pomiędzy
      dziesiątkami podobnie brzmiących ofert ("Zabiegi ginekologiczne", "Nie masz
      okresu? Pomożemy bezzabiegowo" "Bezbolesne wywoływanie miesiączki" itp.).

      Wyczyńska: - Wiadomo, że w ogłoszeniach tego typu chodzi tylko o nakłonienie
      kobiety do aborcji.

      Ludzie z Arki przekonują się codziennie, jak potężne jest aborcyjne podziemie: -
      Bywają tygodnie, gdy odbieramy po dwa, trzy telefony dziennie. Kobiety zaczynają
      od pytania o aborcję. O miesiączkach nie ma ani słowa.

      - Jak je przekonujecie, żeby nie poszły na zabieg?

      - Każda rozmowa jest inna. Nazywamy rzeczy po imieniu. Aborcja to dla nas
      zabicie dziecka. Dla kobiet to słownictwo często jest szokiem. Od razu oponują:
      nie zabić, tylko wykonać zabieg. To już nam otwiera drogę do dalszej rozmowy.
      Staramy się mówić bez emocji, chłodno, nigdy nie jesteśmy nachalni.
      Uświadamiamy, że kobieta w tej sytuacji nie jest sama. Proponujemy konkretną
      pomoc materialną albo namawiamy do adopcji.

      Jakie są efekty?

      - Część kobiet natychmiast rzuca słuchawką. Nie wiemy, jaką podjęły decyzję, ale
      przyjmujemy, że nie wszystkie zabiły swoje dzieci. Jest też grupa pań, z którymi
      kontakt urywa się na jednej rozmowie. Twierdzą, że rezygnują z zabiegu, że udało
      nam się je przekonać do urodzenia. Trzecia grupa to kobiety, z którymi się
      spotykamy i w konkretny sposób im pomagamy, do czasu porodu i już po przyjściu
      dziecka na świat. Kupujemy wózek, pieluchy, jedzenie, soki czy wanienkę. W
      skrajnych przypadkach - dajemy pieniądze. Mamy też we wspólnocie położną, która
      opiekuje się kobietami. W ten sposób uratowałyśmy już dziesięcioro dzieci. To
      nasze maluchy, znamy je po imieniu, jesteśmy w stałym kontakcie z rodzicami.
      Tylko jedno z tej dziesiątki zostało adoptowane przez rodzinę zastępczą.
      Pozostałe wychowują rodzice albo same matki.

      Aleksandra Cichosz, psycholog współpracujący z Arką:

      - Ogłoszenia w prasie to świetny pomysł. Okazuje się to dużo bardziej skuteczne
      od pomocy instytucjonalnej, I tu wypada mi powiedzieć: niestety. Po pierwsze,
      działa element zaskoczenia. Kobieta nie spodziewa się, że w słuchawce usłyszy
      kogoś, kto chce jej pomóc i w dodatku chce porozmawiać o moralnych rozterkach.
      Jeżeli jest zdecydowana na aborcję, musi przeżywać wewnętrzny wstrząs. Po
      drugie, rozmawiając przez telefon, ma zapewnioną anonimowość. Są placówki
      oferujące pomoc paniom w ciąży, ale trzeba tam iść, zapisać się, wypełnić
      kartotekę. Wiele kobiet to przeraża i rezygnują.

      Arka ma pieniądze na swoją działalność nie tylko od skruszonego polonusa. O
      działalności wspólnoty, która unika rozgłosu, robi się w Bydgoszczy coraz
      głośniej. Ludzie przynoszą do jezuitów używane wózki, łóżeczka czy śpiworki. Te
      dary również rozdawane są potrzebującym.
      (Marcin Kowalski, Jacek Kowalski)
      wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2852650.html
      • edico Nietypowa walka z aborcją 03.08.05, 16:25
        Jest pierwszy w Polsce mocny dowód na działanie nielegalnego aborcyjnego
        podziemia. Bydgoscy jezuici i skupiona wokół nich młodzież, uruchamiając telefon
        ratujący nienarodzone dzieci, dowiedli, że pod ogłoszeniami o wywoływaniu
        miesiączki kryją się reklamy gabinetów, w których przerywa się ciąże.

        To, co nie udało się wielu dziennikarzom, wyszło dziewiętnastu młodym ludziom i
        ich mentorowi: jezuicie, ojcu Piotrowi Idziakowi. Dziennikarze przygotowywali
        prowokacje, dzwoniąc na numery z gazetowych ogłoszeń (typu "bezbolesne
        wywoływanie miesiączki") i podając się za osoby zainteresowane aborcją.
        Próbowali dowieść w ten sposób, że pod niewinnymi - z pozoru - ogłoszeniami
        kryją się gabinety, w których niezgodnie z prawem usuwa się ciąże. Niewiele
        jednak z tych prowokacji wynikało.

        Tymczasem pomysł bydgoszczan był inny. Założyli telefon, pod którym dyżurują na
        zmianę. Regularnie też w dziale "Ginekologia" dają do lokalnej prasy ogłoszenia:
        "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I czekają.

        Nie bez rezultatów: - Dzwonią do nas zrozpaczone kobiety, które są w ciąży. Chcą
        ją przerwać. My wtedy je przekonujemy: daj spokój, nie zabijaj dziecka. Pomożemy
        ci, ale nie tak, jak myślisz: damy pieniądze, damy wyprawkę, załatwimy adopcję.
        Tylko prosimy jeszcze raz: nie przerywaj ciąży - opowiada Katarzyna, jedna z
        wolontariuszek dyżurujących przy jezuickim telefonie. - Nigdy nie stawialiśmy
        sobie za cel łapania na gorącym uczynku ginekologów, którzy ogłaszają się w ten
        sposób. Po prostu: dając nasze anonse między ich ogłoszeniami, chcemy ratować
        nienarodzone dzieci. Dawać nadzieję i konkretną pomoc ich matkom. A że przy
        okazji zdemaskowaliśmy aborcyjne podziemie? Tak jakoś wyszło - opowiada inny,
        anonimowy student działający w Diakonii Życia Duszpasterstwa Akademickiego
        "Arka" (to tam działa telefon).

        Pieniądze i inna materialna pomoc dla zdesperowanych matek (kobiety dostają w
        "Arce" wszystko: od pieluszek poprzez łóżeczka, wózki, aż do pieniędzy) pochodzą
        z darowizn.
        (Marcin Kowalski, Jacek Kowalski)
        serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852263.html
    • Gość: * Pielgrzymi w mundurach IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.08.05, 15:57
      Wymarszem z jednostki wojskowej przy ul. Powstańców Warszawy rozpoczęła się we
      wtorek 14. Piesza Pielgrzymka Wojskowa na Jasną Górę. O świcie przed jednostką
      stawiło się około 260 pątników.

      Na Jasną Górę idą żołnierze, oficerowie z rodzinami z jednostek północnej
      Polski, od Szczecina do Olsztyna. Pielgrzymi codziennie będą - w pełnym
      umundurowaniu polowym - pokonywać odcinek od 30 do 40 kilometrów; na Jasną Górę
      dotrą 14 sierpnia. Prowadzi ich kapelan, ks. kpt. Tomasz Paroń.
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852251.html
    • Gość: Ed Zakonnica od prostytutek IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 02:12
      O siostrze Annie Bałchan, z zawodu mechaniku obróbki skrawaniem, mówią:
      "zakonnica od prostytutek".Skromnymi środkami organizuje pomoc lekarzy,
      prawników, ale i duchowe wsparcie dla prostytuujących się kobiet na Śląsku.
      Kilka lat temu otworzyła dla nich dom

      Na Śląsku dziewczyny, trudniąc się prostytucją, utrzymują swoich rodziców, całe
      rodziny. Plaga bezrobocia sprawia, że mają na to milczącą zgodę.

      - Komentarz, który po powrocie z pracy niejedna z nich słyszy, brzmi: "Gdyby nie
      ty, zginęlibyśmy z głodu". To sprawia, że z zarobku na ulicy nie zamierzają
      rezygnować, bo czują się odpowiedzialne - wyjaśnia s. Anna.

      W 2001 r. siostra Anna założyła Stowarzyszenie im. Maryi Niepokalanej na rzecz
      Pomocy Dziewczętom i Kobietom, a rok później ośrodek Magdalena, w którym
      prostytutki mogą zamieszkać. Dla ich bezpieczeństwa zakonnica nie podaje
      publicznie adresu, tylko swój telefon. Obecnie ośrodek boryka się z problemami
      finansowymi. - Koszty wszystkich naszych działań są ogromne. Kobiety nie mają
      ubezpieczenia, często nie można nawet podać ich imienia i nazwiska. Za leki
      trzeba płacić 100 proc. ceny. Do tego dochodzą sprawy sądowe.

      Stowarzyszenie nie przestaje się jednak rozwijać. Oprócz opieki nad kobietami
      ulicy zajmuje się ich rodzinami, prowadzi mediacje. Zdarza się, że przychodzą
      klienci prostytutek. Chcą porady, jak zerwać ze swoim nałogiem. Stowarzyszenie
      współpracuje z psychologami z Instytutu Ericksonowskiego w Katowicach i
      wyspecjalizowanymi terapeutami.

      Prostytucja przybiera na Śląsku zastraszające rozmiary. Prostytuują się żony
      bezrobotnych górników. Niejedna z nich przekroczyła już czterdziestkę. Według
      danych policji w rejonie samych Katowic takich kobiet może być ok. stu
      (pisaliśmy o tym w "Gazecie" 27.02.2004). - O rodzinach utrzymywanych z nierządu
      nikt nie powiedziałby "margines społeczny". Prostytucja kojarzy się wszystkim z
      patologią, ale coraz częściej dotyczy tzw. średniej krajowej - komentuje s. Anna.

      Jej zdaniem coraz ważniejsza jest profilaktyka: - Organizujemy programy w
      szkołach, żeby uczulić na uliczny werbunek. Docieramy do parafii, organizacji
      młodzieżowych. Idziemy wszędzie, gdziekolwiek nas wpuszczą.

      Czy istnieje lekarstwo na prostytucję? Stowarzyszenie szuka go w pokazywaniu
      rozmaitych alternatyw.

      S. Anna: - Te dziewczyny muszą poczuć, że gdy zejdą z ulicy, dostaną coś w
      zamian. My proponujemy im szkolenia, pracują dla nas ludzie, którzy badają rynek
      pracy. Kursy zawodowe są rozmaite: opieka nad starszymi, fryzjerstwo,
      kosmetyczka. Jednak także obsługa komputera, nauka języków. W zależności od
      tego, do czego która dziewczyna ma zdolności. Czasem potrzebna jest pomoc, żeby
      skończyć szkołę średnią. Nam chodzi przede wszystkim o odkrywanie talentów.
      Uważam to za pierwszy krok w dobrą stronę, jeśli dziewczyna stwierdzi, że umie
      układać bukiety albo ma talent do pieczenia ciast.

      W pracy z prostytutkami niezbędny jest profesjonalizm. Siostra Anna bierze
      udział w międzynarodowych konferencjach na temat prostytucji, chce być na
      bieżąco z metodami pracy, ma stały kontakt z La Stradą. Myśli o rozszerzeniu
      siatki organizacyjnej, żeby pomagać skuteczniej. Przeszkolony zostanie również
      nowy nabór wolontariuszy. - Ulica ma swoje prawa. Uczymy, jak masz pomóc, a nie
      żeby ktoś cię zabił albo żeby dziewczyna cierpiała przez ciebie - mówi s. Anna.
      - Tam nie ma czasu na wielkie wywody i my nie chcemy działać agresywnie. Nikt
      nie rodzi się prostytutką, tak samo i zejście z ulicy musi potrwać. My po prostu
      pokazujemy możliwości.
      (Katarzyna Wiśniewska)
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2855616.html
      PS. Brzmi to mniej więcaj tak samo, jak kapelan od złodziei. Niestety, nie jest
      to żart. Więcej szczegółów można znaleźć m.in. w organizowanych pielgrzymkach i
      procesach karnych. Czyżby zapowiedź kolejnego odsłaniania kołdry możliwości?
    • edico Pijany ksiądz. 05.08.05, 02:49
      W niedzielne popołudnie policja w Dobrzeniu Wielkim zatrzymała kompletnie
      pijanego księdza, który prowadził slalomem seata.

      Jego manewry na drodze zaniepokoiły jadącego za seatem kierowcę, który zajechał
      mu drogę i kazał się zatrzymać. Kiedy wyczuł od niego alkohol, wezwał policję. -
      Alkomat pokazał 3,65 promila alkoholu w wydychanym powietrzu - mówi rzecznik
      prasowy policji Sławomir Szorc. - Chcieliśmy księdza zatrzymać, ale pogotowie na
      to się nie zgodziło, ponieważ choruje na cukrzycę i wymagał hospitalizacji -
      dodaje. 54-letni duchowny pochodzi z województwa śląskiego. Opuścił już szpital
      wojewódzki. Zostaną mu postawione zarzuty prowadzenia pojazdu po pijanemu, za co
      grozi do dwóch lat więzienia. Kierowca, który złapał księdza, prosi o
      anonimowość. W sprawie będzie świadkiem incognito. Jak się dowiedzieliśmy,
      obawia się pełnych oburzenia reakcji ludzi na to, że zatrzymał księdza.
      (juka)
      miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,2850609.html
      • Gość: Ed Rozprawa Jurek Owsiak kontra Renayta Głuszko IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 24.09.05, 17:11
        Jerzy Owsiak żąda przeprosin od mieszkanki Kostrzyna, która krytykowała
        Przystanek Woodstock. Ale na pierwszej rozprawie stawiła się tylko pozwana, bo
        zawiadomie o rozprawie do Owsiaka nie dotarło

        Tłum dziennikarzy i fotoreporterów czekał na korytarzu gorzowskiego sądu na
        pierwszą rozprawę w głośnym sporze Renaty Głuszko z Jerzym Owsiakiem. Razem z
        młodą mieszkanką Kostrzyna przyjechali jej zwolennicy: starsze panie, kilku
        postawnych mężczyzn, a nawet ksiądz. - Jesteśmy tu, żeby wspierać panią Renatę w
        tych trudnych chwilach - mówili.

        Owsiak pozwał Głuszko na początku lipcu. Nie spodobał mu się artykuł, który
        opublikowała w Tygodniku Kostrzyńskim. Zarzucała w nim Owsiakowi kłamstwa na
        konferencji prasowej (Owsiak zaatakował Głuszko, kiedy ta rozpoczęła
        antywoodstockową kampanię), rozpijanie młodzieży i promowanie sekt religijnych.

        W procesie o ochronę dóbr osobistych Owsiak domaga się tysiąca złotych kary i
        publicznych przeprosin. W piśmie do sądu poprosił o zwolnienie go z obowiązku
        uczestniczenia w rozpraiwe. Reprezentować ma go pełnomocnik fundacji WOŚP, która
        co roku organizuje Woodstock i którą Owsiak kieruje.

        Proces miał się rozpocząć w poniedziałek, ale sąd przełożył rozprawę na piątek.
        Zawiadomienie o nowym terminie nie wpłynęło do fundacji. - Nie unikamy
        konfrontacji z panią Głuszko. Stawimy się na następną rozprawę, jeśli tylko
        zostaniemy o niej zawiadomieni - deklaruje Jacek Stachera, menadżer fundacji.

        Marek Rafalski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gorzowie: - Wysłaliśmy do fundacji
        zawiadomienie, ale nie otrzymaliśmy potwierdzenia, że zostało odebrane.
        Prawdopodobnie zawiniła poczta.

        - To ja jestem ofiarą, a nie pan Owsiak - mówi Renata Głuszko. Po raz pierwsza
        stało się o niej głośno, gdy rok temu jako liderka Kostrzyńskiej Gupy
        Obywatelskiej protestowała przeciwko organizacji Przystanku Woodstock w
        Kostrzynie. Po jej stronie stanęły media ojca Tadeusza Rydzyka. Głuszko
        wystąpiła w Radiu Maryja i Telewizji Trwam, organizowała konferencje prasowe. -
        Mówię tylko o tym, co widziałam. W tym roku też byłam na Woodstocku i
        potwierdzam: są tam alkohol, narkotyki i sekty - mówi Głuszko.

        Tadeusz Ardelli, adwokat Renaty Głuszko, zapowiada, że w sądzie przedstawi
        dowody na niewinność swojej klientki. - Sprawa dotyczy granicy wolności słowa.
        Próbuje się zamknąć usta osobie, która ma konstytucyjne prawo do krytyki -
        dodaje mecenas.

        Za Renatą Głuszko stają murem jej zwolennicy. - Ona ma rację. Na Woodstocku
        pełno jest zła. Sama widziałam pijanych ludzi leżących wzdłuż ulicy. Szkoda, bo
        pan Owsiak zrobił też wiele dobrego - mówi Helena Romaszewska, starsza pani,
        która przyjechała na rozprawę z Kostrzyna.

        Sąd odroczył rozprawę do 19 grudnia.
        (Piotr Żytnicki)
        serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2932186.html
    • Gość: Ed Re: KOSCIÓŁ KATOLICKI Sp z o.o. IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 16:28
      Gość portalu: MINISTRANTKA napisał(a):

      Papież Benedykt XVI jest SUPER …..
      Nowy Papież, który szybko zyskał sobie sympatię wiernych na całym Świecie i
      przydomek BENIO, staje się prawdziwym poliglotą – przyswajając sobie trudny
      język polski w tempie zbliżonym do przeciętnej papugi marki „średnia Ara”. Ma
      Chłop bowiem wyjątkowo pojemny ŁEB, chroniony kiedyś przez stalowy hełm ze
      swastyką – i pamięta pewnie jeszcze zasłyszane w młodości obce słowa
      typu: „ręce do góry” czy „ruki w wierch”.
      Podobnie jak nasz Wielki Zmarły Geniusz Tatr i Autorytet Moralny
      przerastający Koziołka Matołka Papież Jan Paweł Dablju, BENIO również snuje
      wspomnienia z wczesnej młodości, którą spędził w mundurach Hitleriugentd i
      Wermachtu. Wspomina pewnie o tym jak „w jego rodzinnym miasteczku była
      nieduża piekarnia żydowska w której wypiekano smaczne bułeczki – gdzie często
      chodził z bratem i kolegami z POCHODNIAMI”.
      BENIO zamierza wydać w trybie pilnym 3 niezwykle ważne Encykliki w
      języku „wczesnej młodości”, powszechnie znanym w Europie dzięki turystyce
      jaką uprawiali w latach 1939-1945 Jego Rodacy. Mają to być następujące,
      ważne, zmieniające Kościół dokumenty: Encyklika „O BOGU” zatytułowana „GOTT
      MITT UNS” czyli „Bóg jest z nami” – co niesłusznie może być utożsamiane z
      napisem jaki był uwidoczniony na klamrach pasów żołnierzy niemieckiego
      Wermachtu, składających przysięgę nijakiemu ADOLFOWI Z WĄSIKIEM. Encyklika „O
      EKUMENIZMIE” zatytułowana „DRACHN ANT OSTEN” czyli „Marsz na Wschód” – co
      niesłusznie może być utożsamiane z odwiecznym parciem Niemców na Wschód,
      czego przez całe wieki doświadczali Polacy, Białorusini, Litwini, Łotysze,
      Estończycy, Ukraińcy i Rosjanie, nie wspominając już o wymordowanych przez
      Niemców: Łużyczanach, Prusach, Żmudzinach i Jadźwingach. Encyklika „O PRACY”
      zatytułowana „ARBAIT MACH FRAIT” czyli „Praca czyni wolnym” – co niesłusznie
      może być utożsamiane z napisem nad bramą hitlerowskiego Obozu Zagłady w
      Oświęcimiu gdzie Rodacy BENIA wysłali „ekspresem” przez komin do nieba kilka
      milionów ludzi. Wydanie tych encyklik stanowić będzie ogromny postęp w
      porównaniu z przesłaną przez BENIA, jako Przewodniczącego Kongregacji ds.
      Nauki i Wiary /czyli dawnej Świętej Inkwizycji/ w 2002 roku do USA tajną
      instrukcją zakazującej biskupom amerykańskim ujawniania przypadków
      molestowania seksualnego dzieci przez księży katolickich – do chwili gdy
      upłynie ponad 10 lat od ukończenia przez ofiary księżych niewinnych „figli-
      migli” 18-tego roku życia. Pozwala to Amerykańskiemu Kościołowi Rzymsko-
      Katolickiemu „zaoszczędzić” sporo kasy z odszkodowań których domagają się
      ofiary zgwałcone przez blisko 5 tysięcy KSIĘŻY PEDOFILÓW.
      Papież BENEDYKT XVI jest naprawdę SUPER, a obowiązkiem Polaków, prawdziwych
      Patriotów-Katolików jest darzenie miłością BENIA – szczególnie wtedy gdy MOJA
      MÓWIĆ DO TWOJA po polski. I jak zwykle „przodują” w tym: Członkowie Ligii
      Polskich Rodzin i różnego rodzaju Chrześcijańsko-Katolicko-Narodowych Partii
      Kanapowych, chuligani z Młodzieży Wszechpolskiej, stretyczali Aktywiści
      Partii Moherowych Beretów /od Ojca Rydzyka z Radia „MA-RYJA”/ i
      Parlamentarzyści, od Prawej, do Lewej strony sceny politycznej –
      indoktrynowani przez NOWĄ CZARNĄ PRZEWODNIĄ SIŁĘ NARODU POLSKIEGO, przy
      pomocy zawłaszczonych przez nią mediów.
      RZECZYPOSPOLITA POLSKA staje się bardzo szybko PAŃSTWEM KOŚCIELNYM – swoistą
      KOLONIĄ WATYKANU – krajem zarządzanym przez CZARNYCH przedstawicieli
      Wielkiego BIAŁEGO OJCA, którym jest obecnie człowiek będący w latach 1933-
      1945 wyznawcą ideologii hitlerowsko-faszystowskiej. A życie w nowym POLSKIM
      KATOLANDZIE, będącym ostatnią już w Europie OAZĄ ŚREDNIOWIECZNEGO
      KATOLICYZMU, stanie się coraz to piękniejsze.
      Pozostanie nam tylko opowiadanie sobie dowcipów typu:
      BENIO krytykuje wydanie kolejnego tomu „Przygód Harrego Pottera” jako książki
      satanistycznej – bo sam był wychowany na chrześcijańskim poradniku „Main
      Kampf” napisanym przez Braciszka ADOLFA HITLERA.
      W nowym filmie o życiu papieża Jana Pawła Dablju, pt. „Och Karol”, czy coś
      takiego, grający rolę Karolka z Wadowic aktor Adamczyk przemyka się ulicami
      Krakowa w czasie „strasznej okupacyjnej nocy”. Wyskakuje na niego młody
      niemiecki żołdak, z bronią w ręku, rządając okazania dokumentów. Ponieważ
      Karolek nie ma ich przy sobie – Niemiec, wymyślając mu od „polskich świń”
      grozi, że go „rozwali na miejscu”. Wtedy z niebios „spływa” na ulicę Anioł
      Stróż i prosi żołnierza aby nie zabijał Karolka, który zostanie w przyszłości
      Wielkim Papieżem i Świętym Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Ostatecznie Niemiec
      godzi się na to, pod warunkiem, że „po Karolku on sam zostanie Papieżem”. Bo
      tym hitlerowskim żołdakiem był nasz BENIO – obecnie nazywany Benedyktem XVI-
      tym.
      forum.gazeta.pl/forum/73,46481,1540823.html?f=60&w=25221799&wv.x=2&a=27370324&rep=1
      PS. Słyszałem też określenie typu Pancerpapa w kontekście zachowania się w
      sprawach ochrony pedofilów kościelnych.
      • edico Re: Panzer-Papa uber alles? 05.08.05, 16:43
        Gość portalu: k4free napisał(a):

        ...
        Mogę tylko zacytować ich - było nie było NIEMCÓW przecież - wątpliwości:

        "Gdyby odmówił za młodu wstąpienia do Hitler Jugend być może jego życie
        potoczyłoby się inaczej. Może nawet zakończyłoby się przedwcześnie. Skoro
        jednak stało się jak się stało, to wychodzi na to, że warunek przeżycia
        czasów hitlleryzmu - młodzieńcza współpraca z nazistami - stał się pierwszym
        krokiem w długiej wędrówce do objęcia >tronu piotrowego<. Krótko mówiąc
        nie bardzo mamy z czego się cieszyć."

        Tyle NIEMCY o Ratzingerze.
        ...
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=50&w=22992745&a=23020815
    • andrzej105 zabił i poszedł na pielgrzymkę :( 05.08.05, 16:45
      wiadomosci.onet.pl/1143816,11,item.html
      • edico Zabić księdza w siedzibie Trybunału Metropolitalne 05.08.05, 16:54
        Zabić księdza

        Odsłaniamy kulisy zabójstwa, które wstrząsnęło Trójmiastem. O jego popełnienie
        oskarżono i w tajnych procesach skazano dwóch mężczyzn.
        Nikt – jak dotąd – nie ujawnił, kim była ofiara.

        Przed kilku laty w siedzibie Trybunału Metropolitalnego Diecezji Gdańskiej
        został zasztyletowany ksiądz Ernest Kleinert. „Zabójstwo, dokonane 27 maja 1996
        roku na plebanii kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni, odbiło się
        szerokim echem w całym kraju. Ksiądz Kleinert był oficjałem Trybunału
        Metropolitarnego, doktorem prawa kanonicznego i powszechnie szanowanym kapłanem”
        – pisała wówczas lokalna prasa.
        Wyjaśnijmy, że Trybunał mieścił się w budynku parafialnej plebanii, gdzie ks.
        Kleinert mieszkał i urzędował, zaś oficjał w sądzie kościelnym to stanowisko
        odpowiadające wagą i prestiżem funkcji prezesa świeckiego sądu apelacyjnego.
        Policja stanęła na głowie i już po dwóch tygodniach zatrzymano pierwszego z
        domniemanych sprawców zbrodni. Był nim Andrzej Olchowy, mieszkaniec Sopotu,
        który mimo swoich 21 lat dał się już we znaki tamtejszej policji. Miał na koncie
        kilka drobnych kradzieży, włamania i wyrok 4 lat więzienia.
        Po kilku dniach intensywnych przesłuchań organa ścigania zakomunikowały, że
        wszystko już jest jasne: Rumun Silvestru Grancea (wówczas znany jako Remik Remus
        vel Robert Romi), którego ks. Kleinert od dawna wspomagał materialnie,
        zaproponował poznanemu trzy dni wcześniej Olchowemu skok na plebanię. Zamierzali
        skraść kasetkę z pieniędzmi w ten sposób, że Rumun miał odwrócić uwagę ks.
        Kleinerta, a Polak – spenetrować wskazany przez wspólnika schowek w biurze
        Trybunału. Zaplanowali też sobie, że gdyby pieniędzy w owym miejscu nie było, to
        sterroryzują księdza (nożem, z którym Grancea się nie rozstawał) i zmuszą do ich
        wydania. Finał zaś był taki, że Olchowy pieniędzy faktycznie nie znalazł, a
        Rumun – zamiast straszyć – zadał swojemu dobroczyńcy śmiertelny cios w serce, po
        czym dźgnął go jeszcze kilkakrotnie w plecy. „W pewnej chwili Andrzej Olchowy
        wyrwał mu ten nóż i sam uderzył dwa razy w plecy” – napisze później w akcie
        oskarżenia prokurator Tadeusz Jezierski, powołując się na „spontaniczne
        zeznania” złożone w śledztwie przez podejrzanego. Napastnicy uciekli, niczego z
        mieszkania Kleinerta nie zabierając.
        Ta oficjalna wersja zdarzeń utrzymywana była na użytek mediów także w trakcie
        przewodów sądowych. Dwóch odrębnych przewodów, ponieważ Grancea odnalazł się
        dopiero w sierpniu 1997 r., po rozpoczęciu procesu Olchowego. Dodajmy, że
        poszukiwany międzynarodowym listem gończym Rumun siedział sobie spokojnie w
        kieleckim areszcie śledczym, zatrzymany pod zarzutem rozboju i uszkodzenia ciała.
        Wszystkie rozprawy, zarówno przeciwko Olchowemu, jak i później, przeciw Grancei,
        utajniono („z uwagi na dobre imię zamordowanego księdza” – uzasadniał sąd), więc
        media bardzo ostrożnie spekulowały, że w sprawie „pojawiają się wątki obyczajowe”.
        Wyrokami z czerwca 1998 r. (Olchowy) oraz lipca 2000 r. (Grancea), oskarżeni
        dostali po 25 lat więzienia (wyroki podtrzymane przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku)
        i zapewne załapaliby się na dożywocie, gdyby nie fakt, że w chwili popełnienia
        przestępstwa kary takiej jeszcze nie było w kodeksie.
        Akta dotyczące zabójstwa ks. Kleinerta były i wciąż pozostają tajne.
        I jeśliby nawet komuś niepowołanemu udało się do nich dotrzeć, to przed
        przeczytaniem powinien je zjeść. Żeby go później nie korciło, bowiem śmiałkowi,
        który pozwoliłby sobie „(...) rozpowszechniać publicznie wiadomości z rozprawy
        sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności”, grozi 2 lata więzienia (art. 241
        par. 1 kk).
        Dlaczego więc odgrzebujemy sprawę?
        – To śledztwo miało być wizytówką naszej sprawności i skuteczności. Gdy Olchowy
        został aresztowany, ostro nad nim „pracowano”. Jakimi metodami? Różnymi. Do
        planowanego rozboju i obecności na plebanii przyznał się natychmiast, ale
        zaprzeczał, że choćby przez chwilę miał w ręku nóż. Na trzonku faktycznie śladów
        jego linii papilarnych nie było. Praktycznie rzecz biorąc, to w ogóle nie było
        przeciwko niemu żadnych „twardych” dowodów na bezpośredni udział w zabójstwie.
        Liczyło się więc każde jego słowo. No i wreszcie przyznał się do dwóch ciosów.
        Odwołał to później przed sądem, tłumacząc, że zeznania wymuszono biciem i
        groźbami pozbawienia życia. Oczywiście sąd nie dał chłopakowi wiary, gdyż
        wskazany przez niego policjant – pod którego dyktando miał jakoby zeznawać –
        stanowczo zaprzeczył pomówieniom. No i okazało się wkrótce, że ten
        Janusz B., niby kryształowo uczciwy gliniarz, sam ma na swoim koncie napady, za
        które poszukiwany jest listem gończym. Dzisiaj wychodzą na wierzch takie o nim
        historie, że niczego nie można wykluczyć – powiedział nam jeden z gdyńskich
        policjantów.
        Po analizie kwitów, do których udało nam się dotrzeć, nabraliśmy poważnych
        wątpliwości, czy Andrzej Olchowy miał uczciwy proces. I nim wyjaśnimy, skąd ta
        obawa, pragniemy podkreślić: jesteśmy bardzo dalecy od rozstrzygania o rozmiarze
        winy człowieka, który bezspornie miał jakiś udział w zbrodni. Chodzi nam
        wyłącznie o to, że nimb otaczający ks. Kleinerta (powtórzmy: „powszechnie
        szanowany kapłan”) odcisnął wyraźne piętno na wnikliwości prowadzonego przez sąd
        I instancji postępowania dowodowego. To zaś – siłą rzeczy – pozwoliło również
        sądowi apelacyjnemu nie dostrzec m.in. kwestii wiktymologicznych, czyli wpływu
        zachowania ofiary na pobudzenie sprawcy do przestępstwa, co musi przekładać się
        na ocenę jego winy, a w konsekwencji – wymiar kary.
        „W motywach pisemnych wyroku Sąd pomija milczeniem okoliczność, że ofiara
        przestępstwa, pod pozorem udzielania pomocy charytatywnej, zwabiała do
        mieszkania osoby proszące o wsparcie – w tym wypadku żebrzących Rumunów, aby
        później wykorzystywać ich homoseksualnie” – pisał we wrześniu 1998 r. do Sądu
        Apelacyjnego w Gdańsku adwokat Ryszard Bafia, obrońca Olchowego.
        I dodał:
        „Nigdy nie doszłoby do popełnienia zaistniałego przestępstwa, gdyby ksiądz nie
        szukał dla siebie ofiar do wykorzystywania seksualnego spośród włóczęgów
        żebrzących o wsparcie”.
        Z pewnego dokumentu (w posiadaniu „FiM”) dowiadujemy się ponadto, że skrajnym
        draństwem, którego dopuścił się ks. Kleinert, był wieloletni proces deprawacji
        ministranta Grzegorza K. Ten młody człowiek opowiedział sądowi, że już od
        dziecka szef kościelnego Trybunału kształtował go pod kątem spełniania
        namiętności homoseksualnych patrona.
        Idźmy dalej: wspomniane wyżej „odwrócenie uwagi” księdza (kiedy to Olchowy miał
        lustrować zakamarki w siedzibie Trybunału Metropolitalnego) polegało po prostu
        na stosunku homoseksualnym Rumuna i Kleinerta w łazience księdza. Nie było też
        dla sądu tajemnicą, że duchowny uzależniał charytatywną pomoc od świadczenia
        usług seksualnych, i to nie tylko wobec Grancei, lecz i jego rodaka „Elwisa”.
        W wyroku nie ma o tych okolicznościach ani słowa. Dlaczego, skoro sąd mógł mieć
        wówczas pewność (w 1998 r. nie było jeszcze „Faktów i Mitów”), że akta nigdy nie
        trafią w ręce dziennikarza?
        – Również w trakcie śledztwa była taka tendencja, żeby maksymalnie ograniczyć
        wszelkie wątki kompromitujące ofiarę. Ustaliliśmy na przykład, że niektórzy
        księża – ot, choćby znamienity ksiądz Stanisław B. – podsuwali Kleinertowi młode
        ciała, a kilku kleryków seminarium systematycznie odwiedzało go bynajmniej nie w
        celu pobierania korepetycji... – wspomina policjant z Gdyni.
        W tej sprawie aż roi się od niedomówień. I nie tylko natury wiktymologicznej:
        ¤ Grancea, przesłuchany w procesie Olchowego jako świadek, początkowo przyznaje
        się, że tylko on zabijał. Później, pod wpływem „szczerej rozmowy” z psychologiem
        więziennym Dorotą D., zmienia wersję.
        • edico Re: Ksiądz skazany za śmiertelny wypadek 05.08.05, 16:59
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=11923159
        • edico Re: Ksiądz oskarżony o ludobójstwo 05.08.05, 17:01
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=12239768
        • edico Re: Finał "KOŚCIELNEJ" trepanacja czaszki dla chło 05.08.05, 17:05
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=14523319
        • edico Re: Czy ksiądz zabił kochankę 05.08.05, 17:10
          www.racjonalista.pl/kk.php/s,1716
        • edico Re: Zakonnice-ludobójczynie 05.08.05, 17:15
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=24209109
        • edico Re: "Klerycy" z pałkami 05.08.05, 17:16
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=22219940
        • edico Re: Tajemnice zabojstwa ks. Kleinerta 05.08.05, 17:21
          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=25404912
    • andrzej105 zabił i poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy 05.08.05, 16:52
      jakos nie jestem zdziwiony postępowaniem tego mlodego katolika. przyzwyczaili
      mnie do tego.
      wiadomosci.onet.pl/1143816,11,item.html
      • edico Re: Oskarżony ksiądz prowadził pielgrzymkę do Częs 05.08.05, 17:07
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=15025078
    • Gość: Ed Partia Rydzyka LPR na wekslach stoi IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 23:55
      Chcesz zostać posłem z LPR? Podobnie jak w Samoobronie - musisz podpisać weksle
      in blanco, warte ponad trzysta tysięcy złotych. Mało tego - partia wskaże ci
      człowieka, którego po wyborach będziesz musiał zatrudnić w biurze poselskim z
      pensją w wysokości 5 tys. zł.

      Kandydat na kandydata z okręgu bydgoskiego: - Byłem pewien, że jestem na liście
      do Sejmu, a teraz się zastanawiam, czy w ogóle startować z LPR. Jakie weksle?
      Jakie zobowiązania? Nigdy nic o tym nie mówili! Znienacka wręczyli nam do
      podpisu stertę papierów. Chyba się wycofuję.

      Do Lucjany Nowak, szefowej LPR w powiecie starachowickim, z wekslami przyjechali
      przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej. - Przedstawili się, ale żaden nie miał
      pełnomocnictwa władz Ligi - opowiada. - Nie podpisałam zobowiązań, bo panowie
      nie chcieli dać mi ich kopii.

      Nam udało się się ustalić, jakie konkretnie dokumenty muszą podpisywać kandydaci
      LPR:

      • zobowiązanie do utrzymywania biura poselskiego w każdym mieście powiatowym w
      swoim okręgu wyborczym;

      • umowę o pracę in blanco o zatrudnieniu z pensją 5 tys. zł miesięcznie osoby
      wskazanej przez partię plus zobowiązanie do zapłacenia 100 tys. zł kary, w razie
      stosowania wobec niej mobbingu lub niedopuszczenia do pracy;

      • zobowiązanie do wpłacenia po tysiąc zł miesięcznie na rzecz tworzonej przez
      Młodzież Wszechpolską Akademii Orła w Warszawie;

      • weksle in blanco zobowiązujące łącznie do zapłaty ponad 300 tys. zł, w
      przypadku gdyby poseł odszedł w trakcie kadencji z klubu Ligi.

      Jan Salita, przewodniczący LPR w powiecie ostrowieckim (woj. świętokrzyskie) nie
      podpisał dokumentów. - Jestem człowiekiem uczciwym - mówi. - Cały czas liczę, że
      władze naczelne wycofają się z tego chybionego pomysłu - mówi.

      Marek Kotlinowski, szef klubu parlamentarnego Ligi, nie pozostawia nadziei, że
      władze partii coś zmienią: - Osoby, które chcą kandydować z naszych list, muszą
      spełnić pewne warunki. Dlatego żądamy pisemnych zobowiązań.

      - Jak to jest z tym nakazem zatrudnienia osoby wskazanej przez LPR? - pytamy.

      Kotlinowski: - Chcemy w ten sposób walczyć z nepotyzmem. Nie ma ryzyka, że poseł
      zatrudni w biurze np. kogoś ze swojej rodziny. Przy kampanii pracuje wielu
      młodych, dobrze wykształconych ludzi - prawników, ekonomistów, którzy zasługują,
      żeby później pomagać posłom w ich biurach. A 5 tys. zł. pensji to nie jest
      oszałamiająca kwota.

      - A weksle?

      - W wyborach parlamentarnych głosujemy na partię. Kandydat, który zostaje
      wybrany z listy LPR, musi zachować lojalność wobec stronnictwa. Nie chcemy
      takiej sytuacji, że ktoś wejdzie do Sejmu, a potem się od nas odwróci.

      Przypomnijmy: Na początku obecnej kadencji Sejmu klub LPR liczył 36 posłów, a na
      końcu - tylko 20.
      (Janusz Kędracki, Marcin Kowalski)
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2853885.html
    • andrzej105 w dotychczas katolickiej Wenezueli też ICH mają do 06.08.05, 11:47
      tam też ICH mają już dość
      serwisy.gazeta.pl/kosciol/1,64835,2851321.html
    • edico Polski ksiądz ograbił niemiecką staruszkę !!! 10.08.05, 13:42
      Gość portalu: xyz napisał(a):

      > Polak potrafi
      >
      > Ewangelizujemy Europę, aż miło. Polski ksiądz katolicki ograbił
      > niemiecką staruszkę z oszczędności całego życia.
      >
      > Polski funkcjonariusz kat. Kościoła trafił na czołówki niemieckich gazet.
      > „Zakonnik żądny spadku”, „Polski ksiądz wyłudzaczem spadku?&#
      > 8221; – krzyczą bawarskie
      > tabloidy. Histeryzują, bo nad Renem nie są jeszcze przyzwyczajeni do obyczajów,
      > które nad Wisłą są standardem.
      > Skandal wywołał 57-letni ksiądz Ryszard R., zakonnik z poznańskiej prowincji
      > Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego, czyli księży palotynów. Oto co zmajstr
      > ował:
      > W 1990 r. władze zakonne skierowały księdza Ryszarda na placówkę do Niemiec.
      > Osiadł na przedmieściach Monachium, gdzie wkrótce – przy okazji jakichś
      > uroczystości religijnych – poznał zamożną wdowę Erikę M. Rezydencja w Neu
      > burg
      > nad rzeką Donau, 3-piętrowa kamienica w Lehel k. Monachium, pokaźne konto w
      > banku... – takiej okazji palotyn z Polski nie mógł przepuścić.
      > Poszło mu tym łatwiej, że Erika (dzisiaj już 84-letnia) mieszkała samotnie w
      > Neuburgu, a jej jedyna córka, Rosa M. (66 l.), wraz z mężem i dziećmi – w
      > Lehel.
      > Ksiądz R. zaczął się wpraszać do starszej pani na herbatki, kawki, kolacje...
      > – Początkowo nie widziałam w tym nic zdrożnego. Ale pewnego razu przychod
      > zę do
      > niej i zastaję dom zamknięty na cztery spusty. Okazało się, że wyjechała razem
      > z
      > księdzem na wakacje! Jestem katoliczką i bardzo mnie to zbulwersowało, ale
      > przebolałam. Jakiś czas później spotkałam ich przypadkowo w ekskluzywnej
      > restauracji. Gdy przyszło do uregulowania rachunku, on bezczelnie sięgnął do
      > torebki mamy, wyjął jej portfel i zapłacił jej pieniędzmi. Nie miałam już
      > wątpliwości, że to zwykły naciągacz. Wkrótce zaczął jeździć luksusowym
      > samochodem, a parafianom mydlił oczy, że to prezent od przyjaciół z Polski. Cał
      > a
      > nasza rodzina ostrzegała mamę, ale ona odpowiadała: „Nie martwcie się, ja
      > mu
      > ufam. On z pewnością nikomu krzywdy nie zrobi” – mówi Rosa M.
      > Życie wszakże płynęło dalej: palotyn został proboszczem niewielkiej parafii w
      > diecezji augsburskiej (50 km od Monachium), a starsza pani robiła się coraz
      > starsza...
      > Pod koniec 2004 r. Rosa przeżyła szok:
      > – Dostałam pismo z sądu rodzinnego, że mama chce tego księdza... adoptowa
      > ć!
      > Procedura prawna wymaga, żebym – jako jej córka – wyraziła w tej sp
      > rawie swoją
      > opinię. Zaczęłam dokładnie przyglądać się zakonnikowi i odkryłam rzeczy
      > straszne. Okazało się, że namówił mamę, żeby przepisała na niego dom w Neuburgu
      > .
      > Wyłudził pełnomocnictwa do rozporządzania jej majątkiem, z zarządzaniem masą
      > spadkową włącznie. Na koncie zostały jakieś resztki – oskubał ją jak gęś
      > na
      > święta. Przy okazji, oczywiście, również nas. Rozmawiałam z prawnikiem.
      > Twierdzi, że sprawy już nie da się odkręcić, gdyż wszystko załatwiono bardzo
      > profesjonalnie. Teraz już nawet nie muszę zgadzać się na tę adopcję.
      > Do niedawna myślała, że to już wszystkie dokonania palotyna. Naiwna, nie miała
      > bladego pojęcia, na co stać polskiego kapłana...
      > – Przed kilkunastoma dniami dowiedziałam się, że nasz dom w Lehel, dom w
      > którym
      > żyję od kilkudziesięciu lat, został przez mamę sprzedany. Mój syn Johannes musi
      > natychmiast zwolnić swoje tutaj mieszkanie, a ja z mężem dostaliśmy czas do
      > końca 2006 roku. Dlaczego sprzedała? Konto już wyczerpane, a ksiądz ma ogromne
      > potrzeby. Mama tłumaczyła, że on ma ogromne wydatki i musi go wspomagać. Tak ją
      > omotał!
      > O polskim łowcy spadków wypowiedział się też Gert Kaiser z organizacji
      > opiekuńczej Licht in Sicht, który badał przypadek Eriki M.:
      > – To jest typowa sytuacja. Zajmujemy się ochroną starych ludzi przed oszu
      > stami i
      > wiele już widziałem. Osamotnieni dają się łatwo omamić i są systematycznie
      > ograbiani z dorobku całego życia. Jednak jestem bardzo zaskoczony, że zrobił to
      > ksiądz katolicki.
      > Rodzina M. o jego poczynaniach zawiadomiła już biskupa Waltera Mixa,
      > ordynariusza diecezji augsburskiej. Ksiądz prof. Stephan Haering (benedyktyn),
      > renomowany prawnik z Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium – zapytan
      > y przez
      > niemieckiego dziennikarza o ocenę postawy ks. R. – nie chciał jej komento
      > wać.
      > Zauważył jedynie, że zgodnie z prawem kościelnym, w kwestii adopcji musiał
      > wypowiedzieć się poznański przełożony zakonnika (ks. Kazimierz Czulak,
      > prowincjał palotynów – dop. red.).
      > – Oczywiście, pisałam w tej sprawie do Polski. Ba, nawet do Watykanu. Pyt
      > ałam,
      > co zamierzają zrobić. Na razie nie mam żadnego odzewu – dodaje Rosa M.
      > My przez dwa dni próbowaliśmy skontaktować się z ks. Ryszardem R. Niestety, jeg
      > o
      > telefon na plebanii nie odpowiada.
      > – Ksiądz proboszcz wyjechał do klasztoru. Nie mówił, do którego. Podobno
      > gdzieś
      > w Górnej Bawarii – dowiedzieliśmy się od pracownicy sekretariatu parafii.
      > „Miłość i apostolstwo kształtują styl naszego życia i naszej pracy, jak r
      > ównież
      > strukturę i zarząd Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego. Naszą Patronką jest
      > Maryja, Królowa Apostołów. Jest Ona, po Chrystusie, najdoskonalszym wzorem
      > naszego apostolstwa” – prezentują się palotyni na swojej stronie in
      > ternetowej.
    • edico Re: Tajne dokumenty bezpieki p pracown. KUL-u 10.08.05, 19:50
      Co najmniej 32 pracowników KUL zarejestrowanych było jako tajni współpracownicy
      Służby Bezpieczeństwa - wynika z dokumentu, jaki odnaleźli badacze lubelskiego IPN



      Historycy uważają, że wiarygodność znalezionych danych nie budzi wątpliwości.
      Ale też nie sposób ich zweryfikować, bo większość akt została zniszczona.

      Małgorzata Choma-Jusińska z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej lubelskiego
      IPN odnalazła w archiwach instytutu dokument, który do tej pory nie został
      opracowany przez badaczy. Chodzi o tajne Sprawozdanie Pokontrolne z Pracy
      Wydziału IV Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych z 1989 r. Kontrolę
      przeprowadzili funkcjonariusze ówczesnego Głównego Inspektoratu MSW. Dla
      lubelskich esbeków wypadła bardzo dobrze. "Wydział pomimo wakatów umocnił się
      agenturalnie (ilościowo i jakościowo) w obiektach i środowiskach np. w KUL z 39
      TW w 1983 r. [wówczas była poprzednia kontrola - pr] do 50".

      Jednak pojawiają się też problemy: "(...) od śmierci ks. J. Popiełuszki w
      dalszym ciągu problemem jest dążenie, głównie agentury księżowskiej, do zerwania
      kontaktu z SB" - piszą esbecy.

      Wyniki kontroli przynoszą szczegółowe informacje na temat siatki tajnych
      współpracowników prowadzonych przez IV Wydział:

      "Stan na dzień 31 III 1989 r. wynosił 176 TW, uplasowanych w następujących
      obiektach i środowiskach:

      KUL - 50 (1983 - 39), w tym 4 członków senatu, 19 pracowników naukowych, z
      których 4 jest jednocześnie wykładowcami WSD, 9 pracowników administracji, 6
      studentów, 8 posiadających dotarcie [z arytmetyki wynika, że TW było na KUL 46 -
      red.]

      WSD [Wyższe Seminarium Duchowne - pr] - 5 (1983 - 5), w tym 1 alumn i 4 ww.
      wykładowców KUL

      kler diecezjalny - 44, w tym 8 dziekanów i wicedziekanów, 21 administratorów
      parafii i 15 wikariuszy

      kler zakonny - 6 (1983 - 10)

      duszpasterstwo stanowo-zawodowe - 24

      kościoły i wyznania nierzymskotolickie - 20 (1983 r. - 15)

      środowiska katolików świeckich - 16 (1983 - 10)

      Plan na rok 1989 przewidywał 18 "pozyskań, przy czym w I kwartale pozyskano 5 TW".

      W 1989 r. KUL - jak informuje dokument - miał 451 pracowników i ok. 4,5 tys.
      studentów. Małgorzata Choma-Jusińska podkreśla, że informacje o TW należy
      traktować ostrożnie: - Nie analizowałam teczek agentów IV Wydziału, więc nie
      wiem, jak często kontaktowali się z funkcjonariuszami SB, jaka była ich
      faktyczna przydatność do współpracy oraz jakie motywy nimi kierowały. W ogromnej
      większości mówiące o tym dokumenty zostały zniszczone.

      Niewielką ilość TW wśród studentów KUL tłumaczy następująco: - Na przełomie 1988
      i 1989 r. panowała gorąca atmosfera. Studenci chętnie angażowali się w
      opozycyjną działalność polityczną. Nastroje wśród nich były dużo bardziej
      radykalne niż wśród kadry uniwersytetu. To nie sprzyjało werbunkowi.

      Dr Sławomir Poleszak z lubelskiego IPN, sekretarz redakcji periodyku "Pamięć i
      sprawiedliwość", w którym opublikowane zostały materiały o inwigilacji KUL, jest
      przekonany, że sprawozdanie pokontrolne z IV Wydziału zawiera prawdziwe liczby.

      Problem infiltracji środowisk KUL przez Służby Bezpieczeństwa PRL bada
      trzyosobowa komisja kierowana przez prof. Janusza Wronę z UMCS. Powołał ją
      metropolita lubelski abp Józef Życiński. Prace mają się zakończyć publikacją i -
      według zapowiedzi prof. Wrony - potrwają do czterech lat.



      Dla Gazety

      ks. prof. Andrzej Szostek

      były rektor KUL

      50 osób związanych z KUL zarejestrowanych w esbeckich dokumentach jako TW na
      pewno chluby nam nie przynosi. Ale ta liczba nie przytłacza - biorąc pod uwagę
      skalę inwigilacji, to, jak wiele długofalowych działań podejmowali komuniści, by
      "rozpracować" naszą uczelnię. W 1972 r., gdy po raz pierwszy wybierałem się za
      granicę, odbyłem rozmowę z funkcjonariuszem - w przypadku wyjazdu była
      obowiązkowa. Pamiętam, esbek proponował mi partię szachów w kawiarni - wiedział,
      że jestem zapalonym graczem. Chciał mi dać odczuć, że wiedzą o mnie wszystko.
      Nakłaniał mnie, bym po przyjeździe umówił się z nim na rozmowę. Odmówiłem, ale
      nie wykluczam, że właśnie pracownicy, dla których możliwość wyjazdów
      zagranicznych była niezwykle ważna, mogli uwikłać się w grę z SB. Termin TW
      kryje bardzo różną treść, przestrzegam przed pochopną oceną. Być może, któryś z
      naukowców KUL, nie miał świadomości, że jest zarejestrowany jako agent, sądził,
      że przekazuje informacje ogólnie dostępne, które przecież SB i tak muszą już
      znać. Nie chcę nikogo wybielać - apeluję tylko o ostrożność w ocenach.
      (Paweł Reszka)
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2862649.html
      • edico 50 agentów SB na KUL? 11.08.05, 12:57
        IPN odnalazł tajny dokument lubelskiej SB z 1989 roku. Esbecy chwalą się
        osiągnięciami: mamy 50 tajnych współpracowników na Katolickim Uniwersytecie
        Lubelskim. I snują ambitne plany na następne lata

        Dokument to "sprawozdanie pokontrolne" z pracy Wydziału IV (SB) Wojewódzkiego
        Urzędu Spraw Wewnętrznych z 1989 roku. Kontrolę przeprowadzono na zlecenie
        ówczesnego Głównego Inspektoratu Ministra Spraw Wewnętrznych. Wypadła dobrze.
        "Wydział pomimo wakatów umocnił się agenturalnie (ilościowo i jakościowo) w
        obiektach i środowiskach, np. w KUL z 39 TW w 1983 r. [wówczas była poprzednia
        kontrola - red.] do 50. W wyniku ofensywnej działalności operacyjnej i
        oficjalnej osiągnięto wysoki stan wiedzy o operacyjnie ochranianych obiektach i
        środowiskach oraz zmniejszono stan zagrożenia w nich" - pisali kontrolerzy. W
        ciężkiej pracy SB nie brakło też obiektywnych trudności: "(...) od śmierci ks.
        J. Popiełuszki w dalszym ciągu problemem jest dążenie, głównie agentury
        księżowskiej, do zerwania kontaktu z SB - aktualnie dotyczy to 16 TW na 52
        jednostki objęte kontrolą".

        Kontrolerzy SB policzyli siatkę tajnych współpracowników: "Stan na dzień 31 III
        1989 r. wynosił 176 TW, uplasowanych w następujących obiektach i środowiskach:
        KUL - 50, w tym 4 członków senatu, 19 pracowników naukowych, z których 4 jest
        jednocześnie wykładowcami Wyższego Seminarium Duchownego, 9 pracowników
        administracji, 6 studentów, 8 posiadających dotarcie". Jednak z tych liczb
        wynika, że na KUL było 46 TW, a nie 50 ("19 pracowników naukowych, z których 4
        jest..."). Czy esbecy mieli kłopoty z arytmetyką? Małgorzata Choma-Jusińska z
        lubelskiego IPN, która odnalazła dokument: - Pewnie dwukrotnie policzyli
        wykładowców z WSD, ale żeby rozstrzygnąć tę zagadkę, należałoby dotrzeć do
        innych statystyk SB.

        Raport wylicza niedociągnięcia: "Niewystarczające nasycenie agenturą występuje
        na odcinku alumnów WSD oraz studentów KUL". Ambitny plan na rok 1989 zakładał 18
        nowych "pozyskań". SB mogła mieć jednak problemy z jego realizacją - dokument
        pochodzi z kwietnia 1989 roku, właśnie skończyły się obrady Okrągłego Stołu...

        Małgorzata Choma-Jusińska dodaje, że informacje o TW należy traktować ostrożnie:
        - Nie widziałam teczek agentów, więc nie wiem, jaka była ich faktyczna
        przydatność do współpracy. Zresztą większość dokumentów zniszczono.

        W 1989 r. KUL miał 451 pracowników i ok. 4,5 tys. studentów. Problem infiltracji
        środowiska KUL bada trzyosobowa komisja kierowana przez prof. Janusza Wronę z
        UMCS. Powołał ją metropolita lubelski abp Józef Życiński. Prace mają się
        zakończyć publikacją i potrwają do czterech lat.

        Dla Gazety ks. prof. Andrzej Szostek, były rektor KUL

        50 osób związanych z KUL, a zarejestrowanych w esbeckich dokumentach jako TW na
        pewno chluby nam nie przynosi. Ale ta liczba nie przytłacza - biorąc pod uwagę
        skalę inwigilacji i to, jak wiele działań podejmowali komuniści, by
        "rozpracować" naszą uczelnię.
        (Paweł P. Reszka)
        serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864080.html
        • edico Re: Abp Życiński o współpracownikach SB na KUL 11.08.05, 14:22
          Arcybiskup Józef Życiński uważa, że należy zajrzeć do teczek konkretnych osób i
          sprawdzić, na czym polegała ich współpraca ze służbami bezpieczeństwa. Chodzi o
          50 współpracowników Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dokumentem
          świadczącym przeciwko nim dysponuje lubelski IPN.

          Arcybiskup Życiński podkreślił, że w rozrachunkach z PRL-em nie wolno odwoływać
          się jedynie do statystyki. Dodał, że trzeba sprawdzić, jakie informacje były
          przekazywane oraz czy przekazywano je w formie donosów, czy też raport o
          przeprowadzonej rozmowie wypisywał sam pracownik UB.

          Lubelski Instytut Pamięci Narodowej opublikował naukowe opracowanie Sprawozdania
          Pokontrolnego z Pracy Wydziału IV Wojewódzkiego rzędu Spraw Wewnętrznych z 1989
          roku. W dokumencie są informacje na temat rozpracowywania przez SB środowisk
          kościelnych. Wynika z nich, że z bezpieką współpracowało łącznie 176 osób
          związanych z Kościołem.

          Według dokumentu w latach 80. 50 osób związanych z KUL-em było tajnymi
          współpracownikami służb bezpieczeństwa. Co najmniej 32 osoby były pracownikami
          uczelni. Cztery należały do Senatu KUL-u, a cztery wykładały jednocześnie w
          Wyższym Seminarium Duchownym w Lublinie.

          To pierwsza publikacja tego typu. Naukowe opracowanie znalazło się w periodyku
          IPN "Pamięć i sprawiedliwość". Problem infiltracji KUL-u oddzielnie bada
          specjalna komisja, powołana przez lubelskiego metropolitę.
          (IAR)
          serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864962.html
          • Gość: Ed Re: Agenci w lubelskim Kościele IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 12.08.05, 03:52
            Służba Bezpieczeństwa na Lubelszczyźnie w 1989 r. miała 176 tajnych agentów
            inwigilujących środowiska kościelne. Prawie co trzeci z nich związany był z
            Katolickim Uniwersytetem Lubelskim.

            Takie dane podaje "Sprawozdanie pokontrolne z pracy Wydziału IV Wojewódzkiego
            Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lublinie w 1988 r.", odnalezione przez lubelskich
            historyków Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie i opublikowane przez
            Małgorzatę Choma-Jusińską na łamach wydawnictwa IPN "Pamięć i sprawiedliwość" nr
            1(7)2005.

            "Na Lubelszczyźnie zwalczanie Kościoła było dla funkcjonariuszy aparatu
            bezpieczeństwa szczególnie istotne ze względu na specyfikę regionu - istnienie
            Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, jedynej niepaństwowej wyższej uczelni w
            PRL" - pisze Jusińska-Choma.

            Spośród 176 tajnych współpracowników IV Wydziału WUSW (stan na 31.03.1889 r.) na
            KUL ulokowanych było 50; w Wyższym Seminarium Duchownym - 5; wśród kleru
            diecezjalnego - 44; kleru zakonnego - 6; w duszpasterstwach - 24; w środowiskach
            katolików świeckich - 16, zaś w kościołach nierzymskokatolickich - 20.

            Agentami SB było - według sprawozdania - 4 członków senatu KUL, 19 wykładowców i
            6 studentów tej uczelni.

            Jak podano w sprawozdaniu, w 1988 r. IV Wydział WUSW nie zrealizował "planu
            pozyskań" agentów. Zamiast 29 "pozyskań" było ich tylko 18. Na rok 1989
            zaplanowano zdobycie 18 nowych tajnych współpracowników, w pierwszym kwartale
            udało się ich zdobyć 5, dalszych 7 osób uważano za kandydatów na agentów.

            "Liczba ta jest niższa od zaplanowanej ilości pozyskań, wykonanie planu rocznego
            jest jednak w pełni realne, bowiem w aktywnym zainteresowaniu pracowników
            Wydziału pozostaje 50 osób, w tym w większość stanowią księża" - czytamy w
            sprawozdaniu.

            W 1988 r. wydział stracił 15 tajnych współpracowników. Sprawozdanie podaje
            następujące tego powody: zgon - 1; odmowa współpracy - 6; brak możliwości - 3;
            podeszły wiek - 1, wyjazd z Lublina i niewyrażenie zgody na przekazanie - 3;
            wyjazd za granicę - 1.

            Z siecią tajnych agentów pracowało 22 esbeków, "co daje średnią 7,5 TW na
            jednego obsługującego". Rekordzista prowadził 14 agentów .

            (PAP)
            fakty.interia.pl/lok/lube/news?inf=655086
    • edico Re: 20% duchowni na kozetce (1) 10.08.05, 21:19
      Duchowni na kozetce
      Jeśli masz być kiepskim księdzem... zastanów się, co robisz
      Skandale z udziałem duchowieństwa w USA, Austrii i - jak wiele na to wskazuje -
      w Polsce, nie tylko na nowo podniosły kwestię "człowieczeństwa" księży, ale
      kolejny raz potwierdziły, że są oni obiektem intensywnych emocji ze strony tych,
      którzy na nich patrzą - czy to broniąc ich, czy atakując.
      Ks. Jacek Prusak SJ /2004-08-08

      Kim są duchowni? Czy są podobni do większości społeczeństwa, czy może coś ich
      wyróżnia? Co wiemy o ich dojrzałości osobowej i zdrowiu psychicznym? Dlaczego
      trafiają się wśród nich osobnicy molestujący seksualnie nieletnich? Pytania
      niewątpliwie ważne, choć trudno znaleźć na nie satysfakcjonującą odpowiedź. W
      literaturze psychologicznej, zwłaszcza z psychologii religii, badania nad
      duchownymi stanowią “przedłużenie” klasycznego podejścia do badań nad
      konwertytami. Zarówno bowiem konwertyci, jak i duchowni, ze względu na osobiste
      zaangażowanie w sprawy wiary i religii, stanowią mniejszość społeczną. W
      przypadku duchownych mamy ponadto do czynienia z osobami, które są “zawodowo”
      religijne, a to zakłada specyficzny rodzaj pobożności.

      Ksiądz: osoba nieznana

      Zagadnieniami najczęściej podejmowanymi w literaturze przedmiotu są:
      psychologiczne kryteria selekcji kandydatów do kapłaństwa, osobowość duchownych,
      kwestie związane z seksualnością, podatnością na stres i sposobami radzenia
      sobie z nim, a także z tzw. “wypaleniem się” i poziomem życiowej satysfakcji.
      Coraz częściej badana jest problematyka wykroczeń seksualnych duchownych oraz
      ich potencjalnego związku z orientacją seksualną i celibatem. W obrębie
      literatury psychoterapeutycznej postuluje się, aby kwestie związane ze zdrowiem
      psychicznym, dojrzałością osobową i społecznym funkcjonowaniem duchownych były
      rozpatrywane w ramach paradygmatu międzykulturowego - analogicznie do pracy
      terapeutycznej z mniejszościami etnicznymi czy rasowymi - a więc uwzględniały
      nie tylko czynniki wewnątrzpsychiczne, ale i środowiskowe.

      Badania psychologiczne nad polskim duchowieństwem są wciąż “w powijakach”, więc
      nie bardzo jest się do czego odnieść. Te, które istnieją (wspominał o nich na
      tych łamach przed tygodniem ks. Józef Augustyn), dotyczą głównie kandydatów do
      kapłaństwa, i to na wczesnym etapie formacji - z tego też względu mają
      ograniczoną przydatność. Pozostaje szukanie “na Zachodzie”, gdzie badania
      prowadzone były zarówno przez instytucje kościelne, jak ośrodki akademickie.
      Trzeba jednak pamiętać, że mogą istnieć różnice pomiędzy kapłanami z różnych
      państw. W literaturze anglosaskiej zwraca się np. uwagę na różnice między
      duchowieństwem amerykańskim i brytyjskim. Podejrzewa się, że księża z Wielkiej
      Brytanii są bardziej introwertyczni niż kler amerykański - nie ma jednak
      systematycznych badań potwierdzających trafność tej hipotezy. Ważne mogą być
      także różnice wyznaniowe, jak również to, czy mówimy o księżach diecezjalnych
      czy zakonnych. Inny kłopot w przedstawieniu psychologicznego profilu
      współczesnych duchownych bierze się z różnorodności testów osobowościowych
      wykorzystywanych do badań. A jednak warto się zmierzyć z tymi trudnościami,
      ponieważ “ostatnie” skandale nie tylko na nowo podniosły kwestię
      “człowieczeństwa” księży, ale kolejny raz potwierdziły, że duchowni są obiektem
      intensywnych emocji ze strony tych, którzy na nich patrzą - czy to broniąc ich,
      czy atakując.

      Seminarzyści: problem z wolnością

      Od końca lat 60. coraz głośniej mówiono w kręgach seminaryjnych czy domach
      formacji, że kandydaci do kapłaństwa charakteryzują się dużym poziomem
      niedojrzałości osobowej. Wskazywano np. na poczucie niepewności dotyczące oceny
      własnych możliwości, emocjonalną niestabilność przejawiającą się lękiem i
      poczuciem wstydu w nawiązywaniu relacji z innymi, trudności z wyrażaniem siebie.
      Zauważano, że seminarzyści nie wiedzieli, czego pragną i w jakim kierunku
      chcieliby pójść, bali się podjęcia odpowiedzialności, w seminarium szukali
      ucieczki przed trudnościami wynikającymi ze zmagań z codziennością. Wielu z nich
      domagało się wolności widząc w niej wielką wartość, ale postrzegając ją
      negatywnie: wolność była dla nich tożsama z wyzwoleniem od wymagań związanych
      np. z regulaminem seminaryjnym. Wielu seminarzystom brakowało poczucia
      kreatywności, a w porównaniu do swych rówieśników z uczelni świeckich wykazywali
      dużą skłonność do wchodzenia w role poprzez ograniczanie osobistych pragnień i
      chowanie się za wytyczne, normy czy reguły.

      Z drugiej jednak strony: tam, gdzie w miejscach formacji zrezygnowano z
      “ustalonego porządku dnia”, klerycy tracili grunt pod nogami i domagali się
      ograniczenia własnej wolności. Obraz “typowego” kleryka i kapłana, jaki zaczął
      wyłaniać się z badań, dawał coraz więcej do myślenia.
      • edico Re: 20% duchowni na kozetce (2) 10.08.05, 21:20
        Psychiatrzy: kłopotliwe badania

        W literaturze przedmiotu wskazuje się najczęściej na trzy klasyczne już prace:
        Conrada W. Baarsa i Anny A. Terruwe; Eugene’a C. Kennedy’ego i Victora J.
        Hecklera oraz zespołu kierowanego przez Luigiego M. Rullę.

        Psychiatrzy Conrad W. Baars i Anna Terruwe przedstawili swoje badania w 1971 r.
        na Synodzie Biskupów w Watykanie. Odwołując się do swojej długoletniej praktyki
        lekarskiej - obejmującej 40 lat, w których leczyli ok. 1,5 tys. księży -
        zauważyli oni, że 20-25 proc. kapłanów w USA miało poważne psychiczne
        zaburzenia, a 60-70 proc. cierpiało z powodu niedojrzałości emocjonalnej. Tylko
        10-15 proc. amerykańskich księży uznano za osoby dojrzałe psychicznie. Pod
        koniec swego wystąpienia dr

        Baars powiedział: “Wszyscy księża (a niektórzy w znacznym stopniu)
        charakteryzują się niewystarczająco rozwiniętym czy też zaburzonym życiem
        emocjonalnym, a równocześnie wymaga się od nich, aby identyfikowali się z grupą
        mężczyzn, których natura obdarzyła wyższą inteligencją i uczuciowością. W
        niektórych przypadkach, przyczyny (...) miały początek w dzieciństwie i
        pozostały nierozpoznane w trakcie formacji seminaryjnej. Inni mieli raczej
        normalne dzieciństwo, ale zaczęli mieć kłopoty ze sobą z powodu źle pojętych
        praktyk ascetycznych w seminarium”.

        Wyniki badań Eugene’a Kennedy’ego i Victora Hecklera, również na księżach i
        zakonnikach z USA, były jeszcze bardziej kłopotliwe. Według nich tylko 7%
        kapłanów to osoby psychologicznie i emocjonalnie rozwinięte (developed), 18% to
        osoby rozwijające się (developing), 66,5% to osoby słabo rozwinięte
        (underdeveloped), zaś 8,5% to osoby źle rozwinięte (maldeveloped).

        Wyniki obu tych badań nie różnią się zasadniczo od badań zespołu włoskiego
        jezuity i psychiatry Luigiego M. Rulli na populacji kandydatów do kapłaństwa i
        życia zakonnego w USA i Europie Zachodniej. W ich świetle 60-80 proc. kandydatów
        do seminarium już w momencie wstąpienia wykazuje duży stopień niedojrzałości
        osobowej i uczuciowej, przez autorów określanych jako niespójność psychiczna,
        która jednak nie przybiera form patologicznych, 10-20 proc. to osoby dojrzałe
        uczuciowo (spójne psychicznie), a pozostałe 10-20 proc. kandydatów do seminarium
        czy życia zakonnego ma problemy psychiczne natury patologicznej.

        Biskupi: wiedzieli, ale...

        Ktoś może zapytać, jaką te badania mają wartość poznawczą i czy mówią nam one
        coś o sytuacji w polskich seminariach?

        Autorzy zajmujący się problematyką seksualnego wykorzystania osób nieletnich
        przez duchownych w USA zauważyli ostatnio, że badania dotyczące księży “słabo
        rozwiniętych” wydają się potwierdzać obserwacje Baarsa i Terruwe dotyczących
        księży “niedojrzałych emocjonalnie”. Obie zaś grupy odpowiadają profilowi
        duchownych, którzy wykorzystują seksualnie dzieci i młodzież. Jak zauważyli
        Kennedy i Heckler, “seksualność pozostaje niezintegrowanym wymiarem w życiu
        słabo rozwiniętych księży”, z których wielu “funkcjonuje na etapie
        przed-adolescencyjnego lub adolescencyjnego rozwoju psychoseksualnego”.

        Jeśli będziemy pamiętali, że słabo rozwinięci emocjonalnie księża czują się
        bardziej komfortowo w kontaktach z nastolatkami, a nawet dziećmi, i że tylko
        niewielu z nich ma przyjaciół w kręgu własnych rówieśników, dojdziemy do
        wniosku, że podobnie jak w przypadku wszystkich słabo rozwiniętych księży, ich
        problemy dotyczą głównie sfery emocjonalnej i psychoseksualnej. Wspólne im
        wszystkim jest unikanie konfrontacji z własną niedojrzałością, a także uciekanie
        się do mechanizmu obronnego - intelektualizacji własnych postaw i ich
        (nie)zgodności z powołaniem i święceniami. Dochodzi do tego brak umiejętności
        wchodzenia w relacje z innymi i zatrzymanie się (“fiksacja”) w rozwoju
        psychoseksualnym, a także problemy w radzeniu sobie z autorytetami (większość
        “księży z problemami” pochodzi z rodzin, w których brak właściwego emocjonalnego
        i duchowego wsparcia).
        • edico Re: 20% duchowni na kozetce (3) 10.08.05, 21:25
          Ujawniane dziś skandale związane z wykorzystywaniem seksualnym osób nieletnich
          przez duchownych pokazują również “drugą stronę” kryzysu objawionego przez
          naukowców. Jasne jest, że konkluzje, do jakich doszli Baars i Terruwe, a
          zwłaszcza Kennedy i jego zespół, musiały się wydać niepokojące. Badania
          Kennedy’ego zostały zlecone przez Konferencję Episkopatu USA; ich autor
          postulował reformę systemu formacyjnego i struktur kościelnych w ogóle.
          Oficjalnie jednak biskupi amerykańscy nie podjęli żadnych kroków. Patrząc na
          skalę kryzysu, jaki obecnie dotknął ich Kościół, można zasadnie stawiać pytanie:
          czy sytuacji nie można było uniknąć, wiedząc kogo się przyjmuje i ma w seminariach?

          Wiele ze spraw sądowych przeciwko duchownym molestującym seksualnie nieletnich
          dotyczy wypadków z czasów, kiedy badania Kennedy’ego i Baarsa były już
          opublikowane. Hierarchia je znała. Być może bardziej niepokoiła ją fala masowego
          odchodzenia od kapłaństwa (pomiędzy 1965 a 1990 r. ok. 100 tys. duchownych na
          całym świecie “porzuciło sutannę”), a także obrona celibatu przed społeczną
          krytyką. Trudno jednak nie zadać pytania, czy wśród tych, którzy zostawali, nie
          było wielu takich, którzy właśnie powinni opuścić seminarium, a nawet kapłaństwo
          - a nigdy tego nie uczynili, bo pomógł im swą ignorancją sam Kościół? To tylko
          hipoteza, być może niektórzy już się krzywią, ale uważam, że to jeszcze nie
          koniec “złej passy”.

          Powołanie: uwarunkowania i łaska

          Z badań ojca Rulli i jego współpracowników dowiadujemy się kilku ciekawych
          rzeczy o “wydolności” systemu formacyjnego. Okazało się, że większość kandydatów
          do kapłaństwa po czterech latach formacji nie przeżyła żadnej znaczącej
          przemiany wewnętrznej. Niektórzy nawet stawali się gorsi, a tylko nieliczni
          przeżyli wzrost w dojrzałości osobowej na miarę wyzwań, jakie pociąga za sobą
          kapłaństwo.

          Wielu badanych (aż 86 proc.) nie znało zupełnie swego głównego konfliktu
          wewnętrznego w momencie wstąpienia na drogę powołania (siostry zakonne nie były
          w tyle - 87 proc.). Czteroletnia formacja w wypadku 83 proc. kleryków (i 82
          proc. zakonnic) nie przyniosła im żadnej pomocy. Co gorsza: jeśli w ciągu 8-10
          lat osoby te nie porzuciły drogi powołania, to ok. 70 proc. z nich uwiło sobie
          “gniazdka” wewnątrz instytucji, w której się znajdowali. Jak uważa jeden z
          psychologów z tej szkoły: “Nie można powiedzieć, że po wyłączeniu przypadków
          patologicznych, wszystkie osoby pozostające na drodze życia kapłańskiego lub
          zakonnego są wolne, otwarte na Boga i Jego powołanie. (...) Ich wybory nie
          zawsze są wynikiem wolnej decyzji, ale bywają uwarunkowane pewnymi podświadomymi
          postawami, takimi jak lęk przed życiem i odpowiedzialnością, szukanie oparcia,
          robienie kariery, potrzeba bycia kimś itp. Powtórzmy jeszcze raz, że wybory te
          nie mają wymiaru moralnego: są one nieuświadomione”.

          Patrząc na te liczby trzeba pamiętać, że dojrzałość osobowa, objawiająca się w
          dojrzałości emocjonalnej (spójności psychicznej), jest konieczna, choć nie
          wystarczająca do pełnego przeżywania powołania - potrzebna jest bowiem łaska.
          Twierdzenie jednak, jakoby można było formować kapłana bez formowania człowieka,
          to iluzja, albowiem dojrzały kapłan musi być najpierw dojrzałym człowiekiem.
          • edico Re: 20% duchowni na kozetce (4) 10.08.05, 21:33
            Seksualność księży: nienowe problemy

            Problemy seksualne kandydatów do kapłaństwa nie są niczym nowym. Na symptomy
            represji seksualności w życiu seminarzysty czy księdza wskazuje się, w duchu
            psychoanalizy, w przypadku takich postaw jak: narcyzm, masochizm czy rygoryzm.
            Narcyzm jako przejaw stłumionej seksualności u kapłanów wyraża się w
            niezdolności do troski o innych ludzi i postrzeganiu ich jako członków
            kierowanej przez siebie organizacji. Za tą postawą kryje się głęboki lęk o
            własne uznanie, brak empatii i szukanie wpływów. W przypadku masochizmu kleryk
            czy kapłan patrzy na siebie wyłącznie przez pryzmat własnej konsekracji
            (“wybrania”) i formację pojmuje jako przygotowanie do złożenia ofiary z siebie
            (“męczeństwa”), której wyznacznikiem jest przyjęcie cierpienia (“własne
            uświęcenie”). Rygoryzm przejawia się natomiast w rozumienia powołania jako
            zobowiązania (“obowiązku”), gdzie prawo stoi na równi z Bogiem, a seksualność
            traktowana jest z wielką podejrzliwością.

            O problemach związanych z seksualnością duchownych katolickich wciąż wiemy
            niewiele. Dotychczasowe badania sugerują, że w kwestii przeżywania własnej
            seksualności księża różnią się od reszty społeczeństwa. Wyniki testów
            prowadzonych wśród amerykańskich duchownych wskazują, że ok. 40 proc. z nich ma
            skłonności homoseksualne. Inne badania z USA - choć uważane za
            niereprezentatywne i obarczone słabościami metodologicznymi (przeprowadzone w
            oparciu o wywiady z tysiącem księży katolickich, z których połowa była poddana
            terapii, oraz z pięciuset ich seksualnymi partnerami) - doprowadziły
            prowadzącego je psychiatrę do wniosku, że 20 proc. duchownych żyło w związkach
            homoseksualnych, a 20 proc. w stałych związkach z kobietami, a liczby te
            odpowiadają pewnej ogólnej tendencji wśród amerykańskiego kleru.

            Badania dotyczące wykroczeń seksualnych w stosunku do nieletnich wskazują, że
            ok. 2 do 5 proc. księży katolickich miało kontakty seksualne z nieletnimi. Wśród
            tych duchownych aż 80 proc. (a być może i więcej) wykorzystywało seksualnie
            chłopców pomiędzy 13 a 17 rokiem życia. Wydaje się, że liczba 2 do 5 proc.
            odpowiada duchownym z innych tradycji religijnych i jest niższa od ogólnej
            populacji męskich przestępców seksualnych, szacowanych w granicach 8 proc. w
            społeczeństwie. Liczba duchownych zaangażowanych w kontakty seksualne z osobami
            dorosłymi jest nieznana.

            Przeprowadzone ostatnio w USA badania wśród duchownych, będących pięć lat po
            święceniach, i wśród tych, którzy odeszli, pokazują, że kwestie zdrowia
            psychicznego i pomocy w rozwoju psychoseksualnym nie doczekały się jeszcze
            właściwej recepcji ze strony hierarchii kościelnej. Wciąż powtarza się sytuacja,
            w której edukacja kleryków koncentruje się na tym, jak respektować innych,
            okazywać troskę, kontrolować siebie, a nawet “akceptować” własną seksualność,
            ale nie jak ją zintegrować z własną osobowością.

            W obliczu tych statystyk, jak i wniosków, które na ich podstawie można
            sformułować, przytoczona przez ks. Augustyna przestroga: “Jeśli masz być
            kiepskim księdzem... zastanów się, co robisz”, wydaje się być jak najbardziej na
            miejscu. W Polsce dobrze by było, gdybyśmy zaczęli się uczyć od innych - jeśli
            już nie na ich wzorach, to przynajmniej z ich błędów

            Źródła podstawowe:
            C. W. Baars, “The role of the Church in the causation, treatment and prevention
            of the crisis in the priesthood”, 1971; E.C. Kennedy, V.J. Heckler, “The
            Catholic priest in the United States: Psychological investigations”, Washington
            1972, U.S. Catholic Conference; L.M. Rulla, F. Imoda, J. Ridick, “Entering and
            leaving vocation: intrapsychic dynamics”, Rome 1976, PUG.

            Literatura pomocnicza:
            D.R. Hoge, “The first five years of the priesthood. A study on newly ordained
            catholic priests”, Collegeville 2002, Liturgical Press; L. Sperry, “Sex,
            priestly ministry, and the Church”, Collegeville 2003, Liturgical Press; J. W.
            Ciarrocchi, R. J. Wicks, “Psychotherapy with priests, protestant clergy, and
            catholic religious. A practical guide”, Madison 2000, Psychosocial Press; K.
            Dyrek, “Formacja ludzka do kapłaństwa”, Kraków, 2000, Wydawnictwo WAM.

            tygodnik.onet.pl/1546,1179098,1,dzial.html

            PS. Biorąc pod uwagę coraz bardziej "popularne" nieobyczajne zachowanie się
            urzędników kościelnych wszelkiej maści, wskaźnik tylko 10-15 proc. amerykańskich
            księży uznanych za osoby dojrzałe psychicznie chyba bez większego błędu można by
            odnieść również i do Katolandu.
    • edico Bóg mógł stworzyć człowieka drogą ewolucji darwino 10.08.05, 21:41
      Pan Bóg mógł stworzyć człowieka drogą ewolucji darwinowskiej
      W przesłaniu do członków Papieskiej Akademii Nauk z 1996 r. Jan Paweł II
      stwierdził, iż "nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest
      czymś więcej niż hipotezą". Kard. Christoph Schönborn uważa to przesłanie za
      "raczej niejasne i nieistotne", bo Papież powiedział coś odmiennego jedenaście
      lat wcześniej, a więc w okresie na tyle odległym, że Jan Paweł II miał czas na
      zaktualizowanie poglądów.
      2005-07-24
      Kardynał uważa, że natura dostarcza dowodów na istnienie Boga-Stwórcy, a teorie
      tłumaczące powstanie świata wskutek “przypadku i konieczności”, jak określa się
      darwinowską teorię ewolucji, nazywa całkowicie nienaukowymi. Problem w tym, że
      poważni naukowcy są dokładnie odmiennego zdania, a naśladowanie procesów
      darwinowskiej ewolucji stało się skutecznym sposobem projektowania
      skomplikowanych urządzeń. Teoria ewolucji pełni obecnie w biologii taką rolę jak
      termodynamika w fizyce: obserwacje biologiczne muszą być z nią niesprzeczne.

      Pan Bóg mógł stworzyć świat ożywiony, w tym człowieka, drogą ewolucji
      darwinowskiej. Ewolucja nie jest procesem zdeterminowanym, co wynika m.in. z
      losowego charakteru mutacji, ich niezdeterminowanego losu (mutacja korzystna
      może zniknąć, bo jej nosiciel zginął przed wydaniem potomstwa) i zjawisk
      katastroficznych, takich jak zderzenie Ziemi z dużym meteorytem na przełomie
      kredy i trzeciorzędu, które zakończyło królowanie dinozaurów i dało szansę na
      zróżnicowanie ssakom. Jeśli uznamy Boga za Pana Zjawisk Losowych, co wydaje się
      przecież rozsądne, to miał On wiele możliwości działania w takim kierunku, by
      świat był taki, jaki jest, by powstał człowiek zdolny do refleksji i uznania
      Jego istnienia. Znaleźliśmy się na Ziemi przypadkowo z przyrodniczego, ale tylko
      przyrodniczego punktu widzenia. Człowiek wierzący ma prawo dostrzegać w tym rękę
      Boga, ale musi pogodzić się z myślą, że niewierzący nie przyjmie jego punktu
      widzenia. Forsowanie ortodoksyjnych poglądów prezentowanych przez kard.
      Schönborna zaowocować może jedynie całkowitym odcięciem się przyrodników od religii.

      Jan Kozłowski

      Prof. Jan Kozłowski wykłada ewolucjonizm na UJ i ekologię w Państwowej Wyższej
      Szkole Zawodowej w Tarnowie.
      tygodnik.onet.pl/1546,1238283,dzial.html
    • Gość: Ed Re: Nie chcą religii w szkołach IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 10:49
      Nie prawcie nam kazań

      Federacja Młodych Socjaldemokratów zaczyna zbierać podpisy pod petycją do
      ministra edukacji narodowej i sportu w sprawie zniesienia nauki religii w szkołach.

      Na razie akcję pilotuje pomorska młodzieżówka SLD, ale spontanicznie przyłączają
      się do niej inne regiony. Władze Sojuszu nie zajęły jeszcze stanowiska w tej
      sprawie. Katarzyna Maria Piekarska, wiceszefowa Sojuszu, podkreśla, że
      inicjatywa jest słuszna, choć ze względu na konkordat będzie bardzo trudna do
      realizacji.

      - Osobiście popieram tę akcję i myślę, że będzie ona miała charakter
      ogólnopolski. To jest realizacja postulatów lewicy. Jeśli nie chce tego robić
      SLD, to będziemy to robić my - powiedział nam Grzegorz Pietruczuk, szef FMS. -
      Szkoła jest instytucją państwową i wedle nas powinna być świecka - dodaje.
      Zapewnia, że już wkrótce wszyscy, którzy będą chcieli podpisać się pod petycją
      do MENiS, będą mogli to zrobić. Na razie podpisy są zbierane w Gdańsku, Gdyni,
      Słupsku i Malborku. Akcja ma trwać do końca lipca.

      FMS domaga się przeniesienia nauki religii ze szkół do kościołów. - Szkoły
      zatrudniają tysiące katechetów na koszt państwa, a uważam, że powinno być tak
      jak kiedyś, kiedy byłem dzieckiem: lekcje religii odbywały się w kościele i kto
      chciał, to na nie uczęszczał - mówi Pietruczuk. W uchwale władz pomorskiej FMS
      podjętej 9 czerwca podkreślono, że artykuł 53 konstytucji gwarantuje każdemu
      obywatelowi prawo do nieujawniania swoich przekonań religijnych. "Religia jako
      przedmiot nauczania w szkole nie pozwala młodym ludziom na korzystanie z tego
      prawa" - czytamy w dokumencie. Kierownictwo pomorskiej FMS sprzeciwia się
      jednocześnie finansowaniu katechetów z pieniędzy podatników. Zdaniem młodych
      działaczy lewicy, za pensje nauczycielskie dla księży powinni płacić rodzice,
      którzy chcą posyłać swoje dzieci na religię.

      - Jestem bardzo miło zaskoczony przyjęciem, z jakim spotkała się nasza akcja -
      mówi Paweł Wolny, szef pomorskiej młodzieżówki SLD. - Dostajemy wiele sygnałów z
      poparciem, listów, maili. Myślę, że powinniśmy dostać wsparcie od
      parlamentarzystów SLD. Szef pomorskiego Sojuszu pochlebnie wypowiedział się o
      naszej inicjatywie. Lewicowy elektorat został zawiedziony i nasza akcja jest
      zaczątkiem powrotu do wartości. Chodzi nam o zainicjowanie dyskusji.
      Społeczeństwo niekoniecznie się zgadza z zapisami konkordatu - uważa. - Akcja
      jest rewelacyjna. Na swojej stronie internetowej zamieściliśmy już uchwałę
      kolegów z Pomorza i deklarację do zbierania podpisów. Czas skończyć z
      hipokryzją. Nam chodzi o powrót do normalności. Nie potraktowaliśmy tej
      inicjatywy w ten sposób, że ktoś usiadł w gabinecie i powiedział: cholera,
      zróbmy coś, żeby zaistnieć medialnie. To jest spontaniczne. Warto walczyć o
      prawdę - podkreśla Konrad Gołota, szef FMS na Mazowszu.

      Nauczanie religii w szkołach to realizacja postanowień konkordatu i ustawy o
      szkolnictwie. - Konstytucja RP stoi ponad konkordatem i daje każdemu prawo do
      nieujawniania swoich przekonań religijnych. To będzie test dla parlamentarzystów
      SLD. Czas powrócić do dyskusji, które kiedyś były przez lewicę prowadzone. Od
      kilku lat kompromis z Kościołem w sferach rządzących oznacza de facto uleganie
      we wszystkim Kościołowi. Jak ktoś odważy się coś powiedzieć, to mamy święte
      oburzenie - mówi Gołota.

      Piekarska cieszy się, że to młodzi lewicowcy podnoszą ten temat. - To co można
      zrobić, to likwidacja ocen z religii na świadectwach i bezwzględna realizacja
      postulatu, by religia w szkołach rzeczywiście była na ostatnich lekcjach, tak
      jak miało to być kilka lat temu. W tej chwili jest różnie. Inicjatywa FMS jest
      fajna, bo zwraca uwagę na inne problemy z tym związane. Obawiam się jednak, że
      wyprowadzenie religii ze szkół będzie bardzo trudne ze względu na umowę
      konkordatową, którą niestety - bo głosowałam przeciw - przyjęliśmy w obecnym
      kształcie - mówi wiceszefowa SLD. - Prawdopodobnie podniosą się znowu głosy, że
      SLD walczy z Kościołem, ale to nie jest walka z Kościołem, tylko walka o
      tolerancję. Osobiście uważam, że religia powinna być nauczana w Kościołach, a
      nie w szkole. (JK)

      * * *

      Katecheza z tacy
      Akcja FMS wzbudziła duże zainteresowanie internautów. Na portalu Wirtualnej
      Polski pojawiło się prawie półtora tysiąca opinii. Przeważa poparcie. "Trzeba
      przeprowadzić takie zbieranie podpisów w całej Polsce. Może da się jakoś uleczyć
      to państwo wyznaniowe. Dlaczego z moich podatków mam łożyć na katolików? - pisał
      jeden z internautów. Inny dodawał: - "Te pieniądze powinno się przeznaczyć na
      chociażby dożywianie ubogich dzieci a nie na pensyjki katechetów. Religię niech
      sponsoruje Kościół z tac". "Chodziłem na religię i nie wierzę. Teraz kolej na
      mojego syna, który też nie wierzy, ale na religię kazałem mu chodzić. Niech się
      zorientuje, o co biega. Wezwała mnie do szkoły katechetka. Syn odmawia
      zbiorowego odmawiania modlitwy. Odpowiadam, że konstytucja zabrania komukolwiek
      zmuszać go do tego. Uważam, że należy niezwłocznie usunąć religię ze świadectw.
      Szkoła tak jak państwo ma być świecka" - pisał jeszcze inny. "Niech Ci od Boga
      pokażą swoją postawą, co wart jest ich Bóg. Nie przez pedofilię, bogactwa,
      pijaństwa, zboczenia. Cnotą udowodnią, że są lepsi bo wierzą... A nie poprzez
      zmuszanie innych do praktyk, na które ci nie mają ochoty". Były też głosy
      krytyczne: - "Dlaczego komuchy tak boją się religii? Żadnemu normalnemu
      człowiekowi nie przeszkadza religia w szkołach. Ale Polak to taki typ, który
      musi ciągle przeciw czemuś protestować". Wielu internautów zaatakowało
      bezpośrednio FMS. "Po co zbieracie głos?" - pytał jeden. "Wasi ojcowie najpierw
      Polskę sprzedali, a teraz okradli. Jeszcze wam mało? Religia wam przeszkadza, bo
      mówi, że powinniście być ludźmi, a nie zboczeńcami, złodziejami,
      sprzedawczykami. Religia mówi o honorze, ojczyźnie, a wam te ideały są obce i
      kolą w oczy. Wasze żydowskie sumienie jest stłamszone. Dobrze, że jest Oświęcim.
      Nie trzeba będzie budować od nowa, wprowadzi się tylko mniejsze ruszty". Lub:
      "Młode komuchy to typowe prymitywy, nie chcą nawet poznać tego, z czym walczą".
      "Boga nie ma, tak?" - pytał z oburzeniem jeden z internautów. "Więc jesteście
      durniami walczącymi z kimś/czymś, kogo/czego nie ma. Skrajny prymitywizm,
      właźcie z powrotem na drzewo i obierajcie banany, nie dla was chodzenie po
      ziemi". Pojawił się też głos nauczyciela: "To, co się dzieje na lekcjach religii
      w szkole, woła o pomstę do nieba. Dzieciaki traktują religię jako długą przerwę,
      czas na napisanie lekcji itp. Religia wymaga nastroju zadumania, szkoła na to
      nie jest dobrym miejscem. Dzieciaki traktują religię jako następną lekcję do
      odbębnienia, a nie tak powinno być. Więcej religii w szkołach to mniej
      wierzących mimo starań katechetów i w naszym wypadku ojców paulinów. Szkoda, że
      religia schodzi na plan dalszy, lepiej, żeby wróciła do kościołów". (DK)
      www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2004062304
    • edico Tak czy nie dla religii w szkołach 11.08.05, 11:59
      Niewielki sondaż internetowy przeprowadzony wśród uczniów szkół wykazuje, że
      zaledwie 39% wypowiadających się jest za pozostawieniem religii w szkołach.
      Biorąc pod uwagę formę wprowadzenia tego przedmiotu do szkół oraz uwzględniając
      tylko treść treści art. 12, ust. 1 Konkordatu:
      "Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę tolerancji
      Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz
      przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej,
      organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć
      szkolnych i przedszkolnych", można uznać wszędobylstwo kościoła w naszym życiu
      społecznym za bardzo wątpliwie uzasadnione.
    • edico Re: Radio Maryja przestało nadawać??? 11.08.05, 13:28
      Powodem zaprzestania nadawania programu przez Radio Maryja mają być kłopoty
      techniczne.
      Po opanowaniu TVP i Radia Publicznego jest to raczej zagrywka taktyczna i należy
      spodziewać się zabiegów włączenia taj stacji w system finansowania państwowego.
    • Gość: Ed KOSCIÓŁ KATOLICKI Sp z o.o. - Zdani na współpracę IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:07
      Przed wielu laty w Tygodniku Powszechnym Tadeusz Żychiewicz w Poczcie ojca
      Malachiasza odpowiadał na listy czytelników, pisywał o sprawach wiary. Był
      pisarzem i publicystą religijnym, którego twórczoć można scharakteryzować dwiema
      maksymami: mów prawdę i nie nudz. W czasach PRL zaproszono go na KUL z okazji
      Tygodnia Kultury Chrzecijańskiej. Przed bardzo dostojnym gronem zaczął się
      zastanawiać, po co właciwie, i dlaczego, Kociół tak pilnie naladuje partię? Bo
      to dyscyplina całkiem partyjna, strachy też takie jakie partyjne i każdy
      księżulo stara się dowiedzieć, co się mówi w Komitecie Centralnym, czyli w kurii
      prymasowskiej. Jeli tego nie może, to bodaj, co się mówi w lokalnej kurii. I
      wszyscy czekają na instrukcje.

      Pyszne, prawdziwe i do dzisiaj aktualne. Przypominam tę barwną postać i jego
      przekorną wypowiedz, gdyż podzielam sposób postrzegania Kocioła przez Tadeusza
      Żychiewicza ciepły, życzliwy, ale bez niepotrzebnych złudzeń. Nie zgadzam się z
      oczekiwaniami większoci kleru, że o Kociele należy mówić tak, jak o zmarłym nil
      nisi bene nic oprócz pochwał. JĘzyk pogardy Rozważania dotyczące sytuacji
      katolików na lewicy muszę zacząć od przypomnienia jak przez minione kilkanacie
      lat kształtowały się stosunki pomiędzy lewicą a Kociołem. Gdy upadł komunizm,
      zwycięski Kociół rozpoczął eskalację roszczeń, a na krytykę odpowiedział
      językiem krucjaty.

      Jedynym prawdziwym katolikiem był ten, kto popierał konkordat, zakaz rozwodów,
      absolutny zakaz aborcji, wpisanie do ustawy obowiązku przestrzegania wartoci
      chrzecijańskich, modlitwę w wojsku na rozkaz itp.

      Siłą rzeczy prawdziwym chrzecijaninem nie mógł być katolik o poglądach
      lewicowych. Oliwy do ognia dolewały nieprzemylane wypowiedzi prymasa Glempa:
      AIDS karą za grzechy, czy słynne okrelenie krytyków kleru jako szczekające
      kundelki. W dialogu hierarchów z lewicą dominował język, w którym była pogarda,
      lekceważenie i chęć poniżenia komuchów. W owym czasie biskup Frankowski na mszy
      w Stalowej Woli wygłosił takie kazanie. Rządzą nami pętaki i takie pętaki Polskę
      sprzedają, pętaki dzieci nam uczą, telewizję tworzą. W nauczaniu Kocioła podobno
      szacunek dla drugiego człowieka jest najważniejszy. Po zwycięstwie Aleksandra
      Kwaniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku, przeor Szczepan Konik
      zapowiedział, że do swojego klasztoru na Jasnej Górze nie wpuci komunistów. Jak
      ich rozpozna nie powiedział. Przy tej okazji prymas Glemp mówił o chorej częci
      społeczeństwa i neopoganach.

      Trzeba uczciwie przyznać że lewica na okazywaną jej pogardę reagowała żywiołowym
      antyklerykalizmem.

      Czas przyjaznych gestów W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych gorączka
      wyraznie opadła. Kociół uzyskał to co chciał a lewica bardziej trzymała w garci
      swoje emocje. W 2001 roku liderzy SLD przestali mówić o grozbie klerykalizacji
      państwa. Zaczął się okres przyjaznych gestów, spotkań z papieżem i
      przedstawicielami Episkopatu. Chodziło o wynik wyborczy, SLD chciało samo
      rządzić, a do tego potrzebne było poparcie katolików o centrowych poglądach.
      Mimo tych umizgów przed wyborami parlamentarnymi Rada Stała Episkopatu napisała
      list do wiernych wzywając ich, aby nie głosowali na SLD. List odniósł skutek,
      również z tego powodu Sojusz nie miał większoci w Sejmie. Ten wrogi gest niczego
      nie zmienił. Leszek Miller już jako premier zablokował liberalizację ustawy
      antyaborcyjnej, przychylnie zaczął się wypowiadać o obecnoci Boga w konstytucji
      europejskiej. Tym razem chodziło o integrację z Unią Europejską. W referendum
      unijnym poparcie Kocioła wydawało się niezbędne. Wewnątrzpartyjny spór o kwestie
      wiatopoglądowe, o relacje państwo Kociół został zduszony. Strategia Millera
      miała prowadzić do powstania nowej lewicowoci, takiej która nie potrzebuje
      sporów z Kociołem, aby się okrelić. Wielki cel, integracja z Europą, został
      osiągnięty, koszty polityczne przymierza ołtarza z tronem zapłaciła partia.
      Pamiętam taki weekend, w którym marszałek Borowski troszczył się w Moskwie o
      interesy Kocioła katolickiego w Rosji. Premier Miller gocił u prałata Henryka J.
      w parafii więtej Brygidy w Gdańsku i załatwiał mu koncesję na wydobycie
      bursztynu, a Marek Dyduch na zjezdzie wojewódzkim w Bydgoszczy owiadczył: SLD
      grozi stłamszenie przez Kociół. Jak lewica rządzi, to Kociół najwięcej ciągnie.
      Kupują nas, terroryzują. Taki sposób uprawiania polityki wkurzył wszystkich.
      Leszek Miller doprowadził do białej gorączki żelazny elektorat, Dyduch nie był w
      stanie swoją ostrą wypowiedzią tego zrekompensować, a za to przestraszył tych
      naszych zwolenników, którzy uważali, że starcie z Kociołem przed referendum nie
      jest nam do niczego potrzebne. Moim zdaniem Episkopat ma wiele twarzy. W
      zależnoci od potrzeb taktyki i strategii działania objawia jedną z nich. Im
      partner strony kocielnej jest słabszy, bardziej uległy, tym częciej Kociół
      stosuje wychowawczą metodę kija (bez marchewki). Gdy niedawno senator Krystyna
      Sienkiewicz zgłosiła postulat samodzielnego opłacania składki na ochronę zdrowia
      przez duchownych, a nie z Funduszu Kocielnego finansowanego przez budżet,
      hierarchowie zareagowali wyjątkowo arogancko nie kryjąc pogardy dla osłabionego
      SLD. Strategia Millera legła w gruzach.

      Czas niepokory Musimy wysoko nieć sztandar niepokory. Nadszedł moment, w którym
      SLD musi odpowiedzieć sobie na następujące pytania:

      Kim jest katolik o poglądach lewicowych?

      Kim on jest w Kociele?

      Jak postrzega relacje lewica Kociół. Niezbędne jest wypracowanie nowej sensownej
      strategii postępowania z tak potężną instytucją jaką jest Kociół.

      Musimy zdać sobie sprawę z tego, że Kociół w życiu publicznym występuje w dwóch
      odmiennych funkcjach. Po pierwsze jest instytucją wywierającą nacisk w celu
      zrealizowania swoich celów, tak jak związki zawodowe, stowarzyszenia, czy grupy
      lobbingowe. Minione kilkanacie lat dostarczyło nam tysięcy dowodów na to, że
      Kociół potrafi być potężną i bezwzględną grupą nacisku. Prawica ulegała tej
      presji praktycznie w każdym przypadku. Kociół w przypadku pornografii,
      antykoncepcji, wychowania seksualnego, przerywania ciąży zatarł granicę pomiędzy
      normą państwową, a religijną. Lewica powinna się tej sile umieć oprzeć. We
      wszystkich sporach muszą wreszcie dojć do głosu argumenty merytoryczne i względy
      społeczne. Nie można dopuszczać do tego, aby Kociół powołując się na
      nadprzyrodzoną misję, domagał się szczególnych przywilejów, stawiał się ponad
      prawem. Tak się działo w wielu przypadkach, na przykład przy sprowadzaniu na
      masową skalę luksusowych samochodów osobowych dla celów kultowych. Na tym polu
      nie może istnieć dialog. Lewica musi traktować Kociół tak, jak inne grupy
      nacisku dbać o przestrzeganie prawa, troszczyć się o finanse państwa. Wspólny
      jĘzyk jutra Istnieje też w Polsce inny Kociół katolicki, z którym czuję się
      zaprzyjazniony. Jest to instytucja, która strzeże swojej tradycji i dziedzictwa.
      Umie je przekazywać. Staje po stronie biednych i skrzywdzonych.

      To dom Boży w którym kapłani promieniują wiarą i mają ciepły stosunek do
      bogactwa myli tych, co nie są z nimi.

      Uważam że Kociół jutra będzie tradycjonalistyczny i to lewica musi uszanować.
      Zorientowany socjalnie i to lewica musi wspierać. Z Kociołem jutra odnajdziemy
      powoli wspólne troski i wspólny język.

      Istnieją rozległe obszary życia społecznego, które stanowią przedmiot
      zainteresowania zarówno lewicy jak i Kocioła i na tych polach współpraca jest
      konieczna. Wspólnie powinnimy decydować, gdzie w kapitalizmie, dla obrony
      ludzkiej godnoci, powinny być zakrelone nieprzekraczalne linie.
      (KRZYSZTOF MARTENS)
      www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2004090303
    • Gość: Ed Katolik jak klient hipermarketu (1) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:17
      Paweł Śpiewak
      Socjolog, kierownik Zakładu Historii Myśli Socjologicznej Uniwersytetu
      Warszawskiego, autor m.in. książek "Ideologia i obywatele", "W stronę wspólnego
      dobra"

      Polska jest krajem antyklerykalnych katolików. To oni, a nie rządy czy
      konkordaty, doprowadzili do pełnego rozdziału Kościoła od państwa. W innych
      krajach europejskich zdarzyło się to kilkadziesiąt lat temu. W Polsce przeżywamy
      obecnie swego rodzaju kryptoreformację (jak kiedyś zauważyła Jadwiga
      Staniszkis). Antyklerykalne postawy polskich katolików wynikają m.in. z tego, że
      jedynie 15 proc. z nich pogłębia swoją wiarę, reszta zaś przyjmuje ją na
      zasadzie świeckiego rytuału. Po niedzielnej mszy wracają do "normalnego życia",
      gdzie wskazania proboszcza czy wikarego nie mają żadnego znaczenia. Ta letnia
      religijność Polaków decyduje o tym, że nie ma u nas miejsca na fundamentalizm
      religijny, ale jednocześ-nie większość wierzących jest doskonale impregnowana na
      naukę moralną Kościoła (choćby na dziesięć przykazań). Zdumiewa fakt, że
      katolików jest w Polsce więcej (92 proc.) niż wierzących w istnienie Boga (91
      proc.). Podobnie jak to, że 5 proc. osób uważających się za głęboko wierzące w
      ogóle nie chodzi do kościoła.
      Jest zaskakujące, jak mało w polskiej religijności zmieniło się od stu lat.
      Stanisław Brzozowski pisał w "Legendzie Młodej Polski": "Polak wie, że msza się
      odprawia, że żona i służba chodzą do spowiedzi, że jest święcone i że przed
      śmiercią trzeba będzie o tym wszystkim pomyśleć. (...) A przecież ten martwy
      fakt przynależności do Kościoła pozwala nie myśleć o całym szeregu kwestii,
      pozwala zbywać niczym, ot, przeżegnaniem się lub zdjęciem czapki przy spotkaniu
      księdza, omijaniu Kościoła. (...) Co dzień po wszystkich kościołach odbywa się
      msza żałobna za setki tysięcy myśli nie rozbudzonych, sumień na wieki
      pogrzebanych. Ite missa est! Wracajcie dziateczki do swych zatrudnień, idźcie
      wszyscy razem, lichwiarz, sędzia, złodziej, adwokat, prostytutka".

      Tożsamość przez wiarę
      Statystyki dowodzą, że Polski nie sposób jednak pojąć bez katolicyzmu. Od wielu
      dekad w tej samej proporcji układa się odsetek osób głęboko wierzących,
      wierzących i niewierzących. Tych ostatnich, według różnych statystyk, jest nie
      więcej niż 10 proc., co czyni ich swego rodzaju mniejszością społeczną. A
      mniejszość i jej domniemani rzecznicy (na przykład senator Maria Szyszkowska)
      chętnie sięgają do języka zagrożenia i prześladowań, pomstując na nietolerancję
      większości.
      Względnie stała jest liczba osób deklarujących swoje cotygodniowe uczestnictwo w
      mszach świętych. Aż 78 proc. Polaków twierdzi - jak się okazuje, mocno mijając
      się z prawdą, bo zbierane przez Kościół katolicki dane są znacznie ostrożniejsze
      - że regularnie bierze udział w mszach. Statystyki wskazują na systematycznie
      malejący odsetek osób uczestniczących w mszach (nieco mniej niż połowa narodu),
      zarazem wskazują na rosnącą (od 1980 r.) liczbę osób przystępujących do komunii.
      Tożsamość religijna odgrywa przy tym wybitną rolę w samookreśleniu ludzi.
      Najpierw definiujemy się przez swoją narodowość (87 proc.) - patriotów jest u
      nas dostatek - potem przez więzi rodzinne i zdecydowanie przez wiarę.
      • Gość: Ed Re: Wiara wyprana z wiary (2) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:20
        Polska religijność ma charakter masowy i mimo otwarcia na świat, mimo szerszej
        niż przed rokiem 1989 obecności nowoczesnych wzorców życia, mimo rozszerzenia
        zakresu wolności, trudno mówić o postępie procesów laicyzacyjnych. Można
        natomiast mówić o postępującym wypraniu wiary z wiary. I nie kłóci się to z
        przywiązaniem do swojej tradycji. Straszenie Europą jako siedliskiem szatana
        okazało się kompletnie bez sensu. Również częste antydemokratyczne wystąpienia
        hierarchów i księży z początku lat 90. nie miały podstaw. Co najwyżej wywoływały
        jawnie antyklerykalne postawy. W każdym razie nasza demokracja w niewielkim lub
        w zgoła żadnym stopniu nie wpłynęła na popularność ateizmu czy środowisk
        antyreligijnych. Trwamy w wierze, nie bacząc na argumenty antykościelne, i
        wydaje się, jakby żadna siła nie mogła Polaków oderwać od ich kultu świąt,
        rytuałów chrztu czy ślubu.
        Chętnie się mówi o różnych formach polskiej religijności: od ortodoksyjnej po -
        nazwijmy ją - popularną. Są osoby, które mówią o swojej głębokiej wierze i
        bezpośrednim intensywnym doświadczaniu bliskości Boga. Na tyle, na ile badania
        socjologiczne mogą tu być pomocne (bo jak ten rodzaj przeżyć badać - ankieta
        wydaje się narzędziem nieco siermiężnym i niestosownym), okazuje się, że 53
        proc. Polaków odczuwa bliskość Boga, a 17 proc. wskazuje na dużą siłę tego
        przeżycia. Zarazem, co może zbijać z tropu, aż 83 proc. Polaków deklaruje, że
        nie odczuwa bliskości Jezusa ani Matki Boskiej. To fakt zaiste zastanawiający,
        bo stoi w sprzeczności z powszechnym i wydawałoby się oczywistym wyobrażeniem o
        wyjątkowym miejscu kultu Maryi w polskim katolicyzmie.
        Z badań pallotyńskiego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że
        tylko 69 proc. wierzących uważa, że istnieje życie wieczne. W zmartwychwstanie
        wierzy 65,8 proc. badanych. Nauczanie moralne Kościoła akceptuje zaledwie 31
        proc. młodzieży (połowa spośród chodzących w tej grupie do kościoła). Współżycie
        płciowe przed ślubem akceptuje niemal 70 proc. młodych katolików, a ponad trzy
        czwarte - używanie środków antykoncepcyjnych. Polscy katolicy bynajmniej nie
        mają ochoty święcić dnia świętego, bo wygodnie jest w niedzielę robić zakupy.
        To, co wyróżnia religijność po upadku komunizmu, to rosnąca wiara w szatana i
        piekło - przewyższająca wiarę w niebo. Wiara w kary piekielne dziwnie łączy się
        z przeświadczeniem, że swoim bliźnim nie należy ufać i że więcej jest w nich zła
        niż dobra. Z nauk biblijnych z pewnością wyciągnęliśmy wniosek, że grzech
        pierworodny nie należy do sfery mitycznej czy odleg-łej przeszłości, ale
        przenika wszystkie sfery życia: od polityki po gospodarkę. Wszak gra społeczna
        toczy się, jak sądzimy, nie o moralne wartości - sprawiedliwość czy braterstwo,
        lecz o pieniądze i władzę. Jakże nie wzywać kar piekielnych i oczekiwać
        sprawiedliwości jeśli nie w tym, to przynajmniej na tamtym świecie?
        • Gość: Ed Re: Religijna schizofrenia (3) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:44
          Kościół jest jedną z niewielu instytucji, która cieszy się nadal sporym, choć
          malejącym zaufaniem (spadek od 1990 r. o 12 proc.
          - warto jednak zauważyć, że niemal w całej Europie Kościół jest jedną z
          nielicznych instytucji zaufania publicznego). Ale to zaufanie jest podszyte
          czymś więcej niż uważnym dystansem. Ponad jedna trzecia Polaków twierdzi
          uparcie, że Kościół jest przede wszystkim zainteresowany władzą doczes-ną, co
          oznacza, że jest naturalnym sojusznikiem bogatych i potężnych. Zdecydowana
          większość wiernych sądzi, iż jest to instytucja nader bogata. Często narzekamy
          na pazerność ojców dobrodziei. Dostrzegamy kontrast między naszym mniej lub
          bardziej prawdziwym ubóstwem, a rzekomą zasobnością kleru. To oczywiście musi
          budzić nie tyle zawiść, ile przekonanie o hipokryzji panującej w Kościele.
          Nasz stosunek do Kościoła to zaawansowana schizofrenia. Nie życzymy sobie, by
          Kościół mieszał się do polityki. Nie chcemy go widzieć przy władzy. Uważamy, że
          jego wskazania w dziedzinie społecznej i politycznej są niewiele warte, a co
          ważne, nie życzymy sobie takich pouczeń z ambony. Ponad połowa wiernych nie chce
          żadnych porad dotyczących indywidualnego postępowania, tym samym powiadając, że
          nie będzie ich nikt pouczał, jak i z kim mają uprawiać seks czy robić interesy.
          Dziwaczny stosunek Polaków do wiary i Kościoła nie wiąże się z liberalizacją
          postaw moralnych, bo rośnie odsetek osób twierdzących, że istnieją niepodważalne
          zasady, które pozwalają odróżnić dobro od zła. Mówi się wręcz o usztywnieniu
          postaw religijnych, a w każdym razie lubimy potępiać bliźnich za odstępstwa od
          wiary. Wydajemy surowe oceny, stanowczo osądzamy innych (rzadziej siebie), a
          zarazem sceptycznie odnosimy się do pouczeń Kościoła. Nie tylko zachowujemy
          dystans do nauk etycznych, ale również skłonni jesteśmy postępować i myśleć tak,
          jakby religia zaczynała się i kończyła w kościelnym budynku. W domu już
          obowiązują odmienne reguły.
          • Gość: Ed Re: Wiara jak zakupy (4) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:46
            Nie bierzemy udziału w życiu stowarzyszeń religijnych - pod tym względem
            zaliczamy się do najbardziej zlaicyzowanych społeczeństw europejskich. Wyjątkowo
            wstrzemięźliwie korzystamy z prasy katolickiej, co zapewne świadczy o tym, że
            nie pogłębiamy ani wiedzy, ani wrażliwości religijnej. Prasa katolicka to
            obecnie jedynie 2 proc. nakładu całej prasy polskiej, podczas gdy przed wojną
            było to aż 27 proc.
            Niekiedy mówi się o swego rodzaju subiektywizacji czy uwewnętrznieniu wiary.
            Twierdzi się, że ludzie szukają w Kościele odpowiedzi na swoje pytania, ale
            chętniej sami chcą dociekać prawdy. Fakt ten nie bardzo znajduje potwierdzenie w
            badaniach. Granica między subiektywizacją doświadczenia religijnego a zwykłą
            wygodną dla człowieka relatywizacją dogmatów jest nader płynna. Przekonuje mnie
            inna interpretacja, przedstawiona przez Sławomira Mandesa, który pisał: "Polacy
            oczekują od Kościoła, że będzie kimś w rodzaju terapeuty, który da wsparcie i
            wysłucha w obliczu spraw ostatecznych, usprawiedliwi złe postępki, rozgrzeszy i
            uspokoi sumienie, a jednocześnie nie będzie się wtrącał nie pytany do spraw
            klienta". Można rzec, że wielu wiernych zachowuje tradycyjny szacunek dla
            instytucji Kościoła, jest obyczajowo głęboko z nim związana, jednak często
            zachowuje się jak klient supermarketu, który wybiera z półki to, co mu
            odpowiada. I z tego powodu nie odczuwa poczucia winy.
            • Gość: Ed Re: Homo sovieticus w Kościele (5) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:50
              W 1989 r. ksiądz Józef Tischner odkrywał obecność homo sovieticus w całym
              społeczeństwie, również w Kościele. Ksiądz profesor dramatycznie i wnikliwie
              pisał: "Zawsze pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie,
              chorobliwie podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do
              poświęcenia siebie obracał się między Wawelem a Jasną Górą jako natręt i wyrzut
              sumienia duszpasterzy". Niemal piętnaście lat później możemy spytać: czy coś się
              od tego czasu zmieniło? Czyżby homo sovieticus, równie zadowolony z siebie, jak
              rozzłoszczony na świat niczym nie naruszona skamielina, trwał i nadal obnosił
              się między Wawelem, Radiem Maryja i Jasną Górą?

              Paweł Śpiewak
              www.wprost.pl/drukuj/?O=51425
    • Gość: Ed B. chórzysta skazany za seksualne wykorzystywanie IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 12.08.05, 03:29
      B. chórzysta skazany za seksualne wykorzystywanie chłopca


      Na półtora roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata skazał poznański sąd byłego
      chórzystę Polskich Słowików. Tomasz P. przed 10 latu wykorzystał seksualnie
      nieletniego chłopca.

      Mężczyzna był świadkiem w procesie skazanego za pedofilię, byłego dyrygenta
      Polskich Słowików Wojciecha Kroloppa. Jednak i jego prokuratura oskarżyła o
      wykorzystywanie seksualne nieletniego. Szczegóły sprawy zostały utajnione przez
      sąd ze względu na dobro pokrzywdzonego.

      Na sali sądowej było dziś kilkunastu dziennikarzy, zabrakło jednak oskarżonego.
      Obrońca Tomasza P. nie zgodził się z wyrokiem i zapowiedział apelację. Jego
      zdaniem, jeśli Tomasz P. jest winny to otrzymał stosunkowo niską karę. Według
      obrońcy, wynika to z tego, że sąd był niepewny co do dowodów, a były nimi tylko
      zeznania pokrzywdzonego i świadków. Apelację zapowiedziała również prokuratura.
      Jej zdaniem, wyrok jest zbyt niski i kara powinna być też orzeczona bez zawieszenia.

      Tomasz P. jest na wolności. Był sądzony z dwoma innymi mężczyznami, którzy
      dobrowolnie poddali się karze. Sąd skazał ich na cztery oraz trzy i pół roku
      więzienia.
      (IAR)
      serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864761.html

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka