Gość: Ed Pazerność kleru rzym.-kat. nie zna granic IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 12:14 eryk2 napisał: Kilka lat temu wybuchła w Szczecinie afera dotycząca opłat za wstęp do katedry. Początkowo owym podatkiem mieli być objęci tylko goście z Rzeszy (w wysokości 1 euro - wiosna 2003). Później kryska przyszła i na mieszkańców wschodniej części ziem nad Odrą i Bałtykiem. Przed dwoma miesiącami byłem uczestnikiem nieprzyjemnego incydentu - do Szczecina przyjechały z występami dwa zespoły zza wschodniej granicy RP (ich imprezy były otwarte, niebiletowane). Gdy chcieli zwiedzić katedrę, okazało się, że trzeba zapłacić po 10 zł od łebka (było to ok. 30 osób). Panienka żądająca opłaty trochę zmiękła, gdy dowiedziała się, że to bida ze wschodu (w dodatku częściowo młodzież szkolna), ale nadal żądała 120 zł od całości (zniżka grupowa?). Na żądanie widzenia się ze zwierzchnikiem odpowiedziała, że wszyscy ojczulkowie są na lekcjach religii. W grupie znalazła się przewodnicząca Federacji Organizacji Polskich na Ukrainie, p. Emilia Chmielowa i obiecała zrobić odpowiednią antyreklamę w polskich środowiskach Szczecinowi (a osobliwie szefowi katedry). Po dwóch miesiącach trafiłem tam z powrotem z czteroosobową rodziną ze Lwowa. Tym razem cerberowała starsza oberjędza. Na żądanie zapłaty za wstęp usłyszała, że przecież to nie wycieczka (ojciec, matka, siedemnasto- i sześcioletnia córka), na co stwierdziła: "Mają kamerę video". Mimo zapewnień, że kamerę mogą zostawić u niej na przechowanie i wejdą tylko na kwadrans do środka, była nieubłagana. Kiedy powiedziałem, że we Lwowie może wejść do dowolnego kościoła lub cerkwi bez biletu, usłyszałem: "Ale tu jest Polska". No to pańcia dowiedziała się ode mnie, że żaden papież nie pomoże jej i jej zwierzchnikom wobec postępowania. A teraz kilka morałów: - w katedrze św. Wita na Hradczanach w Pradze czeskiej wejście jest za darmo, płaci się tylko za wstęp do wybranych miejsc (prezbiterium, skarbiec), a jest to zabytek przewyższający o kilka klas szczecińską kapliczkę z ul. Grodzkiej (podobnie jest w Kamieniu Pomorskim - płatny jest np. skarbiec) - we Wrocławiu ani Warszawie nie przypominam sobie podobnych przepisów (w Krakowie wstęp jest płatny w kościele Mariackim, ale to też nie ten szczebel co Szczecin) - w Paryżu nie płaci się za wejście do Sacre Coeur, bilety są natomiast w kościele Inwalidów (grób Napoleona) - nauczony przez katolickiego integrystę "niegdy nie wchodzę do kościoła, gdzie wstęp jest płatny", nie zaszczyciłem tego drugiego, byłem w pierwszym (w Szczecinie też nie zaprowadzę już nikogo, żadnej grupy ani indywidualnych znajomych) - a mogło być tak miło: dwa tygodnie temu byłem świadkiem uroczej wycieczki dwóch świeckich po kościele na Krzekowie, gdzie proboszcz pokazywał detale wnętrza zupełnie obcym sobie ludziom, opowiadał o renowacji kościoła, historii otoczenia świątyni - wszystko bezpłatnie (narzekał tylko na "protestanckie niemieckie kutwy", które nie dbały o zabytek do 1945, oraz wyrażał się z wyższością o ukraińskich robotnikach, którzy u niego pracują: doznałby zawału, gdyby się dowiedział, że jeden z jego słuchaczy jest protestantem, drugi Ukraińcem, a obaj są jednopłciowym małżeństwem, ale zostało mu to oszczędzone) - sądząc z postępów prac budowlanych wokół katedry, pieniądze z wymuszanych biletów idą od samego początku na kolejny pałacyk proboszcza-dobrodzieja (a nie, jak szumnie deklarowano, na najpilniejsze remonty obiektu zabytkowego - w dodatku obecnie księżulo zacharapci pieniądze z UE na budowę wieży, walcząc o te dotacje z lobby koszalińskim w sejmiku, więc 2,5 euro z każdego biletu będzie miał na fajki, bryki, sedesiki) - ks. mądralińskiemu, który wpadł na pomysł tak dochodowego interesu, dedykuję historyjkę o pewnym papieżu, który usiłował zmusić owieczki w jednym z północnych krajów, aby płaciły daninę na rzecz budowy kolejnej katedry w Rzymie - wśród owieczek znalazł się pewien mnich-augustianin, który w 1517 wypowiedział posłuszeństwo bossowi z południa, a potem za jego przykładem poszło pół Europy Zachodniej - bazylika w Rzymie stanęła, tylko dochody się drastycznie zmniejszyły (i tak jest do dzisiaj); podobno zresztą wstęp do owej świątyni też jest bezpłatny (nie wiem, nie byłem, opowiadał mi ktoś, kto pojechał tam kilka dobrych lat temu), zresztą to akurat nieważne - współczuję katolikom rzymskim takich duszpastuchów (licencja na to słówko - ks. J. Tischner) - zakończę cytatem z Bertolta Brechta o amerykańskich kapitalistach: "Gdyby mogli, zażądaliby od pisuaru pieniędzy za siki" (mądremu dość, jak mawia o. dyktator - zgadnij, koteczku, do kogo adresuję te słowa?). Amen forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=70&w=27209478 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Targowisko kościelne czy co łaska??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 12:36 "Wówczas sporządziwszy sobie bicz ze sznurków, powypędzał wszystkich ze świątyni, także baranki i woły, porozrzucał monety bankierów, a stoły powywracał. Do tych zaś, którzy sprzedawali gołębie, rzekł: Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska!" (J 2,6) Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: kon Re: Targowisko kościelne czy co łaska??? IP: 193.151.68.* 02.08.05, 16:47 szkoda że niektórzy cytują i profanują Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Cytowanie Biblii profanacją??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 16:58 A jak nazwać wręcz kpiny z zapisów w tej Biblii biorąc postępowanie katolików??? Przecuież to jest najzwyklejsza obłuda, jeżeli postępuje się sprzecznie z tym, co się tak szeroko przecież głosi!!! Jak w tek sytuacji wyglądają relacje moralne? Gość portalu: kon napisał(a): > szkoda że niektórzy cytują i profanują Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Papież przed sądem??? IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 02.08.05, 16:52 piezo1 napisał: Dlaczego polskie media (według niektórych lewackie, ateistyczne, może nawet antykatolickie?) nie uznały za stosowne poinformować rzekomo katolicki naród, że... ...ZŁOŻONO wniosek (bodaj przełom 2004,-2005, roku) do Międzynarodowego Trybunału w Hadze o uznanie papieża Jana Pawła II winnym ZBRODNI PRZECIW LUDZKOŚCI (!) w związku z jego zdecydowanym zakazem używania i rozpowszechniania kondomów w dobie AIDS oraz za używanie kłamstw (np., że pory w lateksie i tak przepuszczają wirusa wywołującego AIDS) do zmniejszenia zainteresowania kondomami w Afryce i Azji? Czy była to informacja mniej ważna dla katolickiego Narodu Polskiego niż to, że Jan Paweł złapał przeziębienie i kichnął?! Nie. Media w Posce mają obowiązek, zgodnie z konkordatem, szerzyć katolicki punkt widzenia. A Polacy mają nie relatywizować dorobku papieża, mają myśleć, że cały świat raczej kocha "Ojca Świętego" niż go nie lubi. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=26485843&a=26565492 Odpowiedz Link Zgłoś
andrzej105 "Tylko 20 % księży współżyje z kobietami" :(((( 02.08.05, 21:00 tragedia z tym klerem i krzyż pański forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=26268944 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Brutalnie o Janu Pawle 2- ścieme walił niesłychaną 03.08.05, 01:44 wielkie_jol napisał: Ktoś to ładnie podsumował (tylko fragmeNt wyciąłem): W dniu 25 stycznia 1979 roku, Jan Paweł II dotknął ziemi w Republice Dominikańskiej na wyspie Haiti, potem wstał i powiedział: „Panie prezydencie, umiłowani bracia w biskupiej posłudze, bracia i siostry! Dziękuję Bogu, że pozwala mi wstąpić na ten skrawek ziemi amerykańskiej” […] „przyjść tutaj drogą, którą obrali pierwsi krzewiciele wiary po odkryciu tego kontynentu […]”. Słusznie rzekł papież. „Tutaj — stwierdza naoczny świadek tamtych czasów, hiszpański dominikanin Bartolome de Las Casas, późniejszy biskup Chiapas — rozpoczęło się mordowanie, duszenie tych nieszczęśników […]” „[…] bo dziś możemy wyrażać tylko podziw i wdzięczność za to, czego oni dokonali” — powiedział papież. „Chrześcijanie — pisze Las Casas — wdzierali się między ludzi, nie oszczędzali ani dzieci, ani starców, ani kobiet brzemiennych, ani tych w połogu, rozpruwali im ciała i rozrywali wszystkich na kawałki, nie inaczej, niż gdyby napadli na stado owiec […]” „[…] żeby głosić chwałę Chrystusa, Zbawiciela — mówił radośnie papież — żeby bronić godności tubylców, strzec ich nienaruszalnych praw”, „unaocznić waszym przodkom Królestwo Boże”. Biskup Las Casas: „Oni szli w zawody, który potrafi rozpłatać człowieka za pierwszym ciosem miecza, który zdoła rozerwać głowę piką albo wyrwać wnętrzności”. „Wówczas to — mówił triumfalnym głosem papież — ten umiłowany lud otworzył się na wiarę w Jezusa Chrystusa”. „Nowo narodzone istotki — opowiada Las Casas — odrywali, chwytając je za nogi, od piersi matek i rzucali je na skały, rozbijając im głowy”. „Niech będzie pochwalony Pan, który mnie tu zaprowadził” — zawołał papież… Biskup Las Casas: „Inne dzieci włóczyli ze sobą po ulicach, trzymając je za ramiona, śmiali się przy tym i żartowali, a w końcu wrzucali te dzieci do wody i mówili: «Teraz tam się miotaj, ty małe, nędzne ciało!»” PAPIEŻ: „[…] tu, gdzie na tym kontynencie rozpoczęło się dzieło boże, na chwałę i cześć Pana naszego […]”. Biskup Las Casas: „Inni zabijali i matkę, i dziecko […]” XVI-wieczna grawiura, przedstawiająca niewolniczą pracę Indian w kopalniach. Tysiące Indian zmarło w jej trakcie. PAPIEŻ: „[…] tu, gdzie zatknięto pierwszy krzyż, odprawiono pierwszą mszę i odmówiono po raz pierwszy Ave Maria”. Biskup Las Casas: „Robili oni też szerokie szubienice, takie że stopy prawie dotykały ziemi, na każdej z tych szubienic wieszali na cześć i chwałę Zbawiciela i dwunastu apostołów, po trzynastu Indian, potem podkładali drewno, rozniecali ogień i palili wszystkich żywcem” „[…] w istocie łaska i właściwe powołanie Kościoła” — stwierdził papież. „Kościół istnieje po to, żeby ewangelizować”. Biskup Las Casas: „Kiedyś pojawił się gubernator wyspy […] przywołał on do siebie trzystu najznakomitszych władców i obiecał im bezpieczeństwo. Większość z nich zwabił podstępnie do słomianej chaty […] i kazał ich wszystkich spalić żywcem”. Najznakomitsi władcy spaleni — nowi władcy zainstalowani. PAPIEŻ: „Stolica apostolska ustanowiła pierwsze biskupstwa Ameryki właśnie na tej wyspie”. Biskup Las Casas: „Wszystkich pozostałych, razem z ich świtą, chrześcijanie zabili lancami i szpadami; ale królową Anacoanę przez respekt powiesili”. Reguła była bowiem taka: „Możnych i szlachetnie urodzonych zabijali oni zazwyczaj jak następuje: robili stosy z bierwion kładzionych na widły, przywiązywali do nich nieszczęśników, a niżej rozniecali niewielki ogień, i ci ludzie z czasem krzyczeli żałośnie i w straszliwych cierpieniach oddawali ducha Bogu […]. Wszystkie opisane tu okropności i jeszcze wiele innych widziałem na własne oczy”. PAPIEŻ: „Krzewiciele wiary w stosunkowo krótkim czasie objęli swoją działalnością całe Santo Domingo” — mówił papież.„Byli to ludzie, którzy lgnęli zwłaszcza do biednych i bezradnych, do tubylców […] Później, za czasów Francisca de Vitoria, ukształtowały się na tej podstawie początki prawa międzynarodowego”. Ośrodki religijne Indian były burzone, przedmioty kultu przetapiane na cenne kruszce, a sami Indianie siłą zmuszani do chrztu. Biskup Las Casas: „Jako że wszyscy, którzy mogli uciec, skryli się w górach i weszli na najbardziej strome szczyty, żeby uchronić się przed tymi okrutnymi, bezlitosnymi ludźmi, podobnymi do zwierząt drapieżnych, więc ci dusiciele, ci śmiertelni wrogowie rodu ludzkiego, tak wytresowali swoje psy myśliwskie, by szybciej, niż odmawia się Ojcze nasz, rozrywały one każdego napotkanego Indianina; potężniejsze psy łowiły Indian niczym dzikie świnie i pożerały ich”. Papież Jan Paweł II: „Jeśli mamy tu wyrazić zasłużoną wdzięczność tym, którzy jako pierwsi posiali ziarno wiary, to należy się ona przede wszystkim zakonom, które bez reszty poświęciły się dziełu ewangelizacji, chociaż ponosiły czasem ofiary, nawet spotykała je męczeńska śmierć […]”. Biskup Las Casas: „Jako że Indianie, co zdarzyło się jednak tylko parę razy, w słusznym i świętym gniewie zabili kilku spośród chrześcijan, ci ostatni przyjęli za swą regułę, by w odwecie za zabicie jednego chrześcijanina ginęło z ich rąk stu Indian […]”. Papież Jan Paweł II: „Kościół był więc na tej wyspie pierwszą instancją, która zatroszczyła się o sprawiedliwość i prawa człowieka […]”. forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=29&w=27057867 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Remont kapliczki 03.08.05, 15:47 W ciągu kilku najbliższych dni ruszy renowacja barokowej kapliczki przy Peowiaków. Lubelska Fundacja Ochrony Zabytków czeka tylko na decyzję konserwatora zabytków i miejskich urzędników. Ci zapowiadają, że nie będą opóźniać rozpoczęcia remontu Naprawy wymagają przede wszystkim fundamenty. Trzeba też wyczyścić kapliczkę i figurę Chrystusa Frasobliwego, które są bardzo brudne. - Potrzebny jest gruntowny remont. Chcemy się zająć głównie fundamentami, ale tak naprawdę nie wiemy, co tam znajdziemy. Być może wystarczy tylko kosmetyka i ich wzmocnienie. Jeśli okaże się, że stan jest poważniejszy, prace mogą się przedłużyć. Zakładam jednak, że nie potrwają dłużej niż dwa miesiące - mówi Andrzej Gumieniczek, prezes zarządu Lubelskiej Fundacji Ochrony Zabytków. Do rozpoczęcia remontu fundacja potrzebuje zgody konserwatora zabytków i miasta. Urzędnicy zapewniają, że decyzję wydadzą jeszcze w tym tygodniu. - Nie będziemy blokować prac i zgodzimy się na zajęcie drogi podczas remontu - deklaruje Andrzej Bałaban, zastępca dyrektora Wydziału Gospodarki Komunalnej Urzędu Miasta. - Jeśli wniosek zawiera kompletne dokumenty, na pewno zostanie rozpatrzony pozytywnie - zapewnia zastępca wojewódzkiego konserwatora zabytków Dariusz Kopciowski. Prezes Gumieniczek: - Remont przeprowadzą Polskie Pracownie Konserwacji Zabytków w Lublinie. Będzie kosztował ok. 50 tys. zł. XVIII-wieczna kapliczka stoi na rondzie przed budynkiem Centrum Kultury przy ul. Peowiaków. Dawniej w tym miejscu był park. Po II wojnie, kiedy zwiększył się tu ruch, figurka pod wpływem drgań ulicy, spalin i kurzu zaczęła niszczeć. Renowacja miała rozpocząć się jeszcze wiosną, ale opóźniała się, bo zmieniały się koncepcje remontu CK. Miasto chciało przenieść Chrystusa Frasobliwego na pobliski skwer, ale w końcu pomysł upadł i kapliczka zostanie na swoim miejscu. (Tomasz Nieśpiał) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852542.html PS. Koscioły i kapliczki są nasze ale za konserwacje i remonty płaćcię wy ;(( Odpowiedz Link Zgłoś
edico Jezuici idą na aborcyjną wojnę 03.08.05, 16:22 Bydgoscy jezuici namawiają przyszłe matki, żeby zrezygnowały z aborcji. Zamieszczają w prasie ogłoszenia: "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I pomagają - płacą za wyprawki, organizują adopcję. Uratowali już dziesięcioro dzieci Dwa lata temu bogaty polonus z USA poszedł do spowiedzi. Dostał pokutę - miał skutecznie pomagać ciężarnym matkom. Zgłosił się do ojca Piotra Idziaka, jezuity z Bydgoszczy, opiekuna Diakonii Życia Duszpasterstwa Akademickiego "Arka". Dał pieniądze. Resztą zajął się zakonnik i młodzi ludzie z jego wspólnoty. Najpierw ojciec Idziak zawiesił ogłoszenie na tablicy przed kościołem: "Jeśli jesteś w stanie błogosławionym, jeśli jesteś w trudnej sytuacji, boisz się, czujesz trwogę - przyjdź, pomożemy Ci". - To nie zdało egzaminu, bo zaczęły się zgłaszać głównie ubogie rodziny wielodzietne - opowiada Katarzyna Wyczyńska z Arki. - Nie o to nam chodziło. Więc postanowiliśmy uciec się do fortelu. Arka zamieszcza ogłoszenie w lokalnych gazetach na terenie województwa kujawsko-pomorskiego: "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I numer telefonu. Anonse drukowane są regularnie co środę i piątek w rubryce "Ginekolog", pomiędzy dziesiątkami podobnie brzmiących ofert ("Zabiegi ginekologiczne", "Nie masz okresu? Pomożemy bezzabiegowo" "Bezbolesne wywoływanie miesiączki" itp.). Wyczyńska: - Wiadomo, że w ogłoszeniach tego typu chodzi tylko o nakłonienie kobiety do aborcji. Ludzie z Arki przekonują się codziennie, jak potężne jest aborcyjne podziemie: - Bywają tygodnie, gdy odbieramy po dwa, trzy telefony dziennie. Kobiety zaczynają od pytania o aborcję. O miesiączkach nie ma ani słowa. - Jak je przekonujecie, żeby nie poszły na zabieg? - Każda rozmowa jest inna. Nazywamy rzeczy po imieniu. Aborcja to dla nas zabicie dziecka. Dla kobiet to słownictwo często jest szokiem. Od razu oponują: nie zabić, tylko wykonać zabieg. To już nam otwiera drogę do dalszej rozmowy. Staramy się mówić bez emocji, chłodno, nigdy nie jesteśmy nachalni. Uświadamiamy, że kobieta w tej sytuacji nie jest sama. Proponujemy konkretną pomoc materialną albo namawiamy do adopcji. Jakie są efekty? - Część kobiet natychmiast rzuca słuchawką. Nie wiemy, jaką podjęły decyzję, ale przyjmujemy, że nie wszystkie zabiły swoje dzieci. Jest też grupa pań, z którymi kontakt urywa się na jednej rozmowie. Twierdzą, że rezygnują z zabiegu, że udało nam się je przekonać do urodzenia. Trzecia grupa to kobiety, z którymi się spotykamy i w konkretny sposób im pomagamy, do czasu porodu i już po przyjściu dziecka na świat. Kupujemy wózek, pieluchy, jedzenie, soki czy wanienkę. W skrajnych przypadkach - dajemy pieniądze. Mamy też we wspólnocie położną, która opiekuje się kobietami. W ten sposób uratowałyśmy już dziesięcioro dzieci. To nasze maluchy, znamy je po imieniu, jesteśmy w stałym kontakcie z rodzicami. Tylko jedno z tej dziesiątki zostało adoptowane przez rodzinę zastępczą. Pozostałe wychowują rodzice albo same matki. Aleksandra Cichosz, psycholog współpracujący z Arką: - Ogłoszenia w prasie to świetny pomysł. Okazuje się to dużo bardziej skuteczne od pomocy instytucjonalnej, I tu wypada mi powiedzieć: niestety. Po pierwsze, działa element zaskoczenia. Kobieta nie spodziewa się, że w słuchawce usłyszy kogoś, kto chce jej pomóc i w dodatku chce porozmawiać o moralnych rozterkach. Jeżeli jest zdecydowana na aborcję, musi przeżywać wewnętrzny wstrząs. Po drugie, rozmawiając przez telefon, ma zapewnioną anonimowość. Są placówki oferujące pomoc paniom w ciąży, ale trzeba tam iść, zapisać się, wypełnić kartotekę. Wiele kobiet to przeraża i rezygnują. Arka ma pieniądze na swoją działalność nie tylko od skruszonego polonusa. O działalności wspólnoty, która unika rozgłosu, robi się w Bydgoszczy coraz głośniej. Ludzie przynoszą do jezuitów używane wózki, łóżeczka czy śpiworki. Te dary również rozdawane są potrzebującym. (Marcin Kowalski, Jacek Kowalski) wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/1,53600,2852650.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico Nietypowa walka z aborcją 03.08.05, 16:25 Jest pierwszy w Polsce mocny dowód na działanie nielegalnego aborcyjnego podziemia. Bydgoscy jezuici i skupiona wokół nich młodzież, uruchamiając telefon ratujący nienarodzone dzieci, dowiedli, że pod ogłoszeniami o wywoływaniu miesiączki kryją się reklamy gabinetów, w których przerywa się ciąże. To, co nie udało się wielu dziennikarzom, wyszło dziewiętnastu młodym ludziom i ich mentorowi: jezuicie, ojcu Piotrowi Idziakowi. Dziennikarze przygotowywali prowokacje, dzwoniąc na numery z gazetowych ogłoszeń (typu "bezbolesne wywoływanie miesiączki") i podając się za osoby zainteresowane aborcją. Próbowali dowieść w ten sposób, że pod niewinnymi - z pozoru - ogłoszeniami kryją się gabinety, w których niezgodnie z prawem usuwa się ciąże. Niewiele jednak z tych prowokacji wynikało. Tymczasem pomysł bydgoszczan był inny. Założyli telefon, pod którym dyżurują na zmianę. Regularnie też w dziale "Ginekologia" dają do lokalnej prasy ogłoszenia: "Brak miesiączki? Możemy pomóc". I czekają. Nie bez rezultatów: - Dzwonią do nas zrozpaczone kobiety, które są w ciąży. Chcą ją przerwać. My wtedy je przekonujemy: daj spokój, nie zabijaj dziecka. Pomożemy ci, ale nie tak, jak myślisz: damy pieniądze, damy wyprawkę, załatwimy adopcję. Tylko prosimy jeszcze raz: nie przerywaj ciąży - opowiada Katarzyna, jedna z wolontariuszek dyżurujących przy jezuickim telefonie. - Nigdy nie stawialiśmy sobie za cel łapania na gorącym uczynku ginekologów, którzy ogłaszają się w ten sposób. Po prostu: dając nasze anonse między ich ogłoszeniami, chcemy ratować nienarodzone dzieci. Dawać nadzieję i konkretną pomoc ich matkom. A że przy okazji zdemaskowaliśmy aborcyjne podziemie? Tak jakoś wyszło - opowiada inny, anonimowy student działający w Diakonii Życia Duszpasterstwa Akademickiego "Arka" (to tam działa telefon). Pieniądze i inna materialna pomoc dla zdesperowanych matek (kobiety dostają w "Arce" wszystko: od pieluszek poprzez łóżeczka, wózki, aż do pieniędzy) pochodzą z darowizn. (Marcin Kowalski, Jacek Kowalski) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852263.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: * Pielgrzymi w mundurach IP: *.internetdsl.tpnet.pl 04.08.05, 15:57 Wymarszem z jednostki wojskowej przy ul. Powstańców Warszawy rozpoczęła się we wtorek 14. Piesza Pielgrzymka Wojskowa na Jasną Górę. O świcie przed jednostką stawiło się około 260 pątników. Na Jasną Górę idą żołnierze, oficerowie z rodzinami z jednostek północnej Polski, od Szczecina do Olsztyna. Pielgrzymi codziennie będą - w pełnym umundurowaniu polowym - pokonywać odcinek od 30 do 40 kilometrów; na Jasną Górę dotrą 14 sierpnia. Prowadzi ich kapelan, ks. kpt. Tomasz Paroń. serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2852251.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Zakonnica od prostytutek IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 02:12 O siostrze Annie Bałchan, z zawodu mechaniku obróbki skrawaniem, mówią: "zakonnica od prostytutek".Skromnymi środkami organizuje pomoc lekarzy, prawników, ale i duchowe wsparcie dla prostytuujących się kobiet na Śląsku. Kilka lat temu otworzyła dla nich dom Na Śląsku dziewczyny, trudniąc się prostytucją, utrzymują swoich rodziców, całe rodziny. Plaga bezrobocia sprawia, że mają na to milczącą zgodę. - Komentarz, który po powrocie z pracy niejedna z nich słyszy, brzmi: "Gdyby nie ty, zginęlibyśmy z głodu". To sprawia, że z zarobku na ulicy nie zamierzają rezygnować, bo czują się odpowiedzialne - wyjaśnia s. Anna. W 2001 r. siostra Anna założyła Stowarzyszenie im. Maryi Niepokalanej na rzecz Pomocy Dziewczętom i Kobietom, a rok później ośrodek Magdalena, w którym prostytutki mogą zamieszkać. Dla ich bezpieczeństwa zakonnica nie podaje publicznie adresu, tylko swój telefon. Obecnie ośrodek boryka się z problemami finansowymi. - Koszty wszystkich naszych działań są ogromne. Kobiety nie mają ubezpieczenia, często nie można nawet podać ich imienia i nazwiska. Za leki trzeba płacić 100 proc. ceny. Do tego dochodzą sprawy sądowe. Stowarzyszenie nie przestaje się jednak rozwijać. Oprócz opieki nad kobietami ulicy zajmuje się ich rodzinami, prowadzi mediacje. Zdarza się, że przychodzą klienci prostytutek. Chcą porady, jak zerwać ze swoim nałogiem. Stowarzyszenie współpracuje z psychologami z Instytutu Ericksonowskiego w Katowicach i wyspecjalizowanymi terapeutami. Prostytucja przybiera na Śląsku zastraszające rozmiary. Prostytuują się żony bezrobotnych górników. Niejedna z nich przekroczyła już czterdziestkę. Według danych policji w rejonie samych Katowic takich kobiet może być ok. stu (pisaliśmy o tym w "Gazecie" 27.02.2004). - O rodzinach utrzymywanych z nierządu nikt nie powiedziałby "margines społeczny". Prostytucja kojarzy się wszystkim z patologią, ale coraz częściej dotyczy tzw. średniej krajowej - komentuje s. Anna. Jej zdaniem coraz ważniejsza jest profilaktyka: - Organizujemy programy w szkołach, żeby uczulić na uliczny werbunek. Docieramy do parafii, organizacji młodzieżowych. Idziemy wszędzie, gdziekolwiek nas wpuszczą. Czy istnieje lekarstwo na prostytucję? Stowarzyszenie szuka go w pokazywaniu rozmaitych alternatyw. S. Anna: - Te dziewczyny muszą poczuć, że gdy zejdą z ulicy, dostaną coś w zamian. My proponujemy im szkolenia, pracują dla nas ludzie, którzy badają rynek pracy. Kursy zawodowe są rozmaite: opieka nad starszymi, fryzjerstwo, kosmetyczka. Jednak także obsługa komputera, nauka języków. W zależności od tego, do czego która dziewczyna ma zdolności. Czasem potrzebna jest pomoc, żeby skończyć szkołę średnią. Nam chodzi przede wszystkim o odkrywanie talentów. Uważam to za pierwszy krok w dobrą stronę, jeśli dziewczyna stwierdzi, że umie układać bukiety albo ma talent do pieczenia ciast. W pracy z prostytutkami niezbędny jest profesjonalizm. Siostra Anna bierze udział w międzynarodowych konferencjach na temat prostytucji, chce być na bieżąco z metodami pracy, ma stały kontakt z La Stradą. Myśli o rozszerzeniu siatki organizacyjnej, żeby pomagać skuteczniej. Przeszkolony zostanie również nowy nabór wolontariuszy. - Ulica ma swoje prawa. Uczymy, jak masz pomóc, a nie żeby ktoś cię zabił albo żeby dziewczyna cierpiała przez ciebie - mówi s. Anna. - Tam nie ma czasu na wielkie wywody i my nie chcemy działać agresywnie. Nikt nie rodzi się prostytutką, tak samo i zejście z ulicy musi potrwać. My po prostu pokazujemy możliwości. (Katarzyna Wiśniewska) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2855616.html PS. Brzmi to mniej więcaj tak samo, jak kapelan od złodziei. Niestety, nie jest to żart. Więcej szczegółów można znaleźć m.in. w organizowanych pielgrzymkach i procesach karnych. Czyżby zapowiedź kolejnego odsłaniania kołdry możliwości? Odpowiedz Link Zgłoś
edico Pijany ksiądz. 05.08.05, 02:49 W niedzielne popołudnie policja w Dobrzeniu Wielkim zatrzymała kompletnie pijanego księdza, który prowadził slalomem seata. Jego manewry na drodze zaniepokoiły jadącego za seatem kierowcę, który zajechał mu drogę i kazał się zatrzymać. Kiedy wyczuł od niego alkohol, wezwał policję. - Alkomat pokazał 3,65 promila alkoholu w wydychanym powietrzu - mówi rzecznik prasowy policji Sławomir Szorc. - Chcieliśmy księdza zatrzymać, ale pogotowie na to się nie zgodziło, ponieważ choruje na cukrzycę i wymagał hospitalizacji - dodaje. 54-letni duchowny pochodzi z województwa śląskiego. Opuścił już szpital wojewódzki. Zostaną mu postawione zarzuty prowadzenia pojazdu po pijanemu, za co grozi do dwóch lat więzienia. Kierowca, który złapał księdza, prosi o anonimowość. W sprawie będzie świadkiem incognito. Jak się dowiedzieliśmy, obawia się pełnych oburzenia reakcji ludzi na to, że zatrzymał księdza. (juka) miasta.gazeta.pl/opole/1,35114,2850609.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Rozprawa Jurek Owsiak kontra Renayta Głuszko IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 24.09.05, 17:11 Jerzy Owsiak żąda przeprosin od mieszkanki Kostrzyna, która krytykowała Przystanek Woodstock. Ale na pierwszej rozprawie stawiła się tylko pozwana, bo zawiadomie o rozprawie do Owsiaka nie dotarło Tłum dziennikarzy i fotoreporterów czekał na korytarzu gorzowskiego sądu na pierwszą rozprawę w głośnym sporze Renaty Głuszko z Jerzym Owsiakiem. Razem z młodą mieszkanką Kostrzyna przyjechali jej zwolennicy: starsze panie, kilku postawnych mężczyzn, a nawet ksiądz. - Jesteśmy tu, żeby wspierać panią Renatę w tych trudnych chwilach - mówili. Owsiak pozwał Głuszko na początku lipcu. Nie spodobał mu się artykuł, który opublikowała w Tygodniku Kostrzyńskim. Zarzucała w nim Owsiakowi kłamstwa na konferencji prasowej (Owsiak zaatakował Głuszko, kiedy ta rozpoczęła antywoodstockową kampanię), rozpijanie młodzieży i promowanie sekt religijnych. W procesie o ochronę dóbr osobistych Owsiak domaga się tysiąca złotych kary i publicznych przeprosin. W piśmie do sądu poprosił o zwolnienie go z obowiązku uczestniczenia w rozpraiwe. Reprezentować ma go pełnomocnik fundacji WOŚP, która co roku organizuje Woodstock i którą Owsiak kieruje. Proces miał się rozpocząć w poniedziałek, ale sąd przełożył rozprawę na piątek. Zawiadomienie o nowym terminie nie wpłynęło do fundacji. - Nie unikamy konfrontacji z panią Głuszko. Stawimy się na następną rozprawę, jeśli tylko zostaniemy o niej zawiadomieni - deklaruje Jacek Stachera, menadżer fundacji. Marek Rafalski, rzecznik Sądu Okręgowego w Gorzowie: - Wysłaliśmy do fundacji zawiadomienie, ale nie otrzymaliśmy potwierdzenia, że zostało odebrane. Prawdopodobnie zawiniła poczta. - To ja jestem ofiarą, a nie pan Owsiak - mówi Renata Głuszko. Po raz pierwsza stało się o niej głośno, gdy rok temu jako liderka Kostrzyńskiej Gupy Obywatelskiej protestowała przeciwko organizacji Przystanku Woodstock w Kostrzynie. Po jej stronie stanęły media ojca Tadeusza Rydzyka. Głuszko wystąpiła w Radiu Maryja i Telewizji Trwam, organizowała konferencje prasowe. - Mówię tylko o tym, co widziałam. W tym roku też byłam na Woodstocku i potwierdzam: są tam alkohol, narkotyki i sekty - mówi Głuszko. Tadeusz Ardelli, adwokat Renaty Głuszko, zapowiada, że w sądzie przedstawi dowody na niewinność swojej klientki. - Sprawa dotyczy granicy wolności słowa. Próbuje się zamknąć usta osobie, która ma konstytucyjne prawo do krytyki - dodaje mecenas. Za Renatą Głuszko stają murem jej zwolennicy. - Ona ma rację. Na Woodstocku pełno jest zła. Sama widziałam pijanych ludzi leżących wzdłuż ulicy. Szkoda, bo pan Owsiak zrobił też wiele dobrego - mówi Helena Romaszewska, starsza pani, która przyjechała na rozprawę z Kostrzyna. Sąd odroczył rozprawę do 19 grudnia. (Piotr Żytnicki) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2932186.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: KOSCIÓŁ KATOLICKI Sp z o.o. IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 16:28 Gość portalu: MINISTRANTKA napisał(a): Papież Benedykt XVI jest SUPER ….. Nowy Papież, który szybko zyskał sobie sympatię wiernych na całym Świecie i przydomek BENIO, staje się prawdziwym poliglotą – przyswajając sobie trudny język polski w tempie zbliżonym do przeciętnej papugi marki „średnia Ara”. Ma Chłop bowiem wyjątkowo pojemny ŁEB, chroniony kiedyś przez stalowy hełm ze swastyką – i pamięta pewnie jeszcze zasłyszane w młodości obce słowa typu: „ręce do góry” czy „ruki w wierch”. Podobnie jak nasz Wielki Zmarły Geniusz Tatr i Autorytet Moralny przerastający Koziołka Matołka Papież Jan Paweł Dablju, BENIO również snuje wspomnienia z wczesnej młodości, którą spędził w mundurach Hitleriugentd i Wermachtu. Wspomina pewnie o tym jak „w jego rodzinnym miasteczku była nieduża piekarnia żydowska w której wypiekano smaczne bułeczki – gdzie często chodził z bratem i kolegami z POCHODNIAMI”. BENIO zamierza wydać w trybie pilnym 3 niezwykle ważne Encykliki w języku „wczesnej młodości”, powszechnie znanym w Europie dzięki turystyce jaką uprawiali w latach 1939-1945 Jego Rodacy. Mają to być następujące, ważne, zmieniające Kościół dokumenty: Encyklika „O BOGU” zatytułowana „GOTT MITT UNS” czyli „Bóg jest z nami” – co niesłusznie może być utożsamiane z napisem jaki był uwidoczniony na klamrach pasów żołnierzy niemieckiego Wermachtu, składających przysięgę nijakiemu ADOLFOWI Z WĄSIKIEM. Encyklika „O EKUMENIZMIE” zatytułowana „DRACHN ANT OSTEN” czyli „Marsz na Wschód” – co niesłusznie może być utożsamiane z odwiecznym parciem Niemców na Wschód, czego przez całe wieki doświadczali Polacy, Białorusini, Litwini, Łotysze, Estończycy, Ukraińcy i Rosjanie, nie wspominając już o wymordowanych przez Niemców: Łużyczanach, Prusach, Żmudzinach i Jadźwingach. Encyklika „O PRACY” zatytułowana „ARBAIT MACH FRAIT” czyli „Praca czyni wolnym” – co niesłusznie może być utożsamiane z napisem nad bramą hitlerowskiego Obozu Zagłady w Oświęcimiu gdzie Rodacy BENIA wysłali „ekspresem” przez komin do nieba kilka milionów ludzi. Wydanie tych encyklik stanowić będzie ogromny postęp w porównaniu z przesłaną przez BENIA, jako Przewodniczącego Kongregacji ds. Nauki i Wiary /czyli dawnej Świętej Inkwizycji/ w 2002 roku do USA tajną instrukcją zakazującej biskupom amerykańskim ujawniania przypadków molestowania seksualnego dzieci przez księży katolickich – do chwili gdy upłynie ponad 10 lat od ukończenia przez ofiary księżych niewinnych „figli- migli” 18-tego roku życia. Pozwala to Amerykańskiemu Kościołowi Rzymsko- Katolickiemu „zaoszczędzić” sporo kasy z odszkodowań których domagają się ofiary zgwałcone przez blisko 5 tysięcy KSIĘŻY PEDOFILÓW. Papież BENEDYKT XVI jest naprawdę SUPER, a obowiązkiem Polaków, prawdziwych Patriotów-Katolików jest darzenie miłością BENIA – szczególnie wtedy gdy MOJA MÓWIĆ DO TWOJA po polski. I jak zwykle „przodują” w tym: Członkowie Ligii Polskich Rodzin i różnego rodzaju Chrześcijańsko-Katolicko-Narodowych Partii Kanapowych, chuligani z Młodzieży Wszechpolskiej, stretyczali Aktywiści Partii Moherowych Beretów /od Ojca Rydzyka z Radia „MA-RYJA”/ i Parlamentarzyści, od Prawej, do Lewej strony sceny politycznej – indoktrynowani przez NOWĄ CZARNĄ PRZEWODNIĄ SIŁĘ NARODU POLSKIEGO, przy pomocy zawłaszczonych przez nią mediów. RZECZYPOSPOLITA POLSKA staje się bardzo szybko PAŃSTWEM KOŚCIELNYM – swoistą KOLONIĄ WATYKANU – krajem zarządzanym przez CZARNYCH przedstawicieli Wielkiego BIAŁEGO OJCA, którym jest obecnie człowiek będący w latach 1933- 1945 wyznawcą ideologii hitlerowsko-faszystowskiej. A życie w nowym POLSKIM KATOLANDZIE, będącym ostatnią już w Europie OAZĄ ŚREDNIOWIECZNEGO KATOLICYZMU, stanie się coraz to piękniejsze. Pozostanie nam tylko opowiadanie sobie dowcipów typu: BENIO krytykuje wydanie kolejnego tomu „Przygód Harrego Pottera” jako książki satanistycznej – bo sam był wychowany na chrześcijańskim poradniku „Main Kampf” napisanym przez Braciszka ADOLFA HITLERA. W nowym filmie o życiu papieża Jana Pawła Dablju, pt. „Och Karol”, czy coś takiego, grający rolę Karolka z Wadowic aktor Adamczyk przemyka się ulicami Krakowa w czasie „strasznej okupacyjnej nocy”. Wyskakuje na niego młody niemiecki żołdak, z bronią w ręku, rządając okazania dokumentów. Ponieważ Karolek nie ma ich przy sobie – Niemiec, wymyślając mu od „polskich świń” grozi, że go „rozwali na miejscu”. Wtedy z niebios „spływa” na ulicę Anioł Stróż i prosi żołnierza aby nie zabijał Karolka, który zostanie w przyszłości Wielkim Papieżem i Świętym Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Ostatecznie Niemiec godzi się na to, pod warunkiem, że „po Karolku on sam zostanie Papieżem”. Bo tym hitlerowskim żołdakiem był nasz BENIO – obecnie nazywany Benedyktem XVI- tym. forum.gazeta.pl/forum/73,46481,1540823.html?f=60&w=25221799&wv.x=2&a=27370324&rep=1 PS. Słyszałem też określenie typu Pancerpapa w kontekście zachowania się w sprawach ochrony pedofilów kościelnych. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Panzer-Papa uber alles? 05.08.05, 16:43 Gość portalu: k4free napisał(a): ... Mogę tylko zacytować ich - było nie było NIEMCÓW przecież - wątpliwości: "Gdyby odmówił za młodu wstąpienia do Hitler Jugend być może jego życie potoczyłoby się inaczej. Może nawet zakończyłoby się przedwcześnie. Skoro jednak stało się jak się stało, to wychodzi na to, że warunek przeżycia czasów hitlleryzmu - młodzieńcza współpraca z nazistami - stał się pierwszym krokiem w długiej wędrówce do objęcia >tronu piotrowego<. Krótko mówiąc nie bardzo mamy z czego się cieszyć." Tyle NIEMCY o Ratzingerze. ... forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=50&w=22992745&a=23020815 Odpowiedz Link Zgłoś
andrzej105 zabił i poszedł na pielgrzymkę :( 05.08.05, 16:45 wiadomosci.onet.pl/1143816,11,item.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico Zabić księdza w siedzibie Trybunału Metropolitalne 05.08.05, 16:54 Zabić księdza Odsłaniamy kulisy zabójstwa, które wstrząsnęło Trójmiastem. O jego popełnienie oskarżono i w tajnych procesach skazano dwóch mężczyzn. Nikt – jak dotąd – nie ujawnił, kim była ofiara. Przed kilku laty w siedzibie Trybunału Metropolitalnego Diecezji Gdańskiej został zasztyletowany ksiądz Ernest Kleinert. „Zabójstwo, dokonane 27 maja 1996 roku na plebanii kościoła Najświętszego Serca Pana Jezusa w Gdyni, odbiło się szerokim echem w całym kraju. Ksiądz Kleinert był oficjałem Trybunału Metropolitarnego, doktorem prawa kanonicznego i powszechnie szanowanym kapłanem” – pisała wówczas lokalna prasa. Wyjaśnijmy, że Trybunał mieścił się w budynku parafialnej plebanii, gdzie ks. Kleinert mieszkał i urzędował, zaś oficjał w sądzie kościelnym to stanowisko odpowiadające wagą i prestiżem funkcji prezesa świeckiego sądu apelacyjnego. Policja stanęła na głowie i już po dwóch tygodniach zatrzymano pierwszego z domniemanych sprawców zbrodni. Był nim Andrzej Olchowy, mieszkaniec Sopotu, który mimo swoich 21 lat dał się już we znaki tamtejszej policji. Miał na koncie kilka drobnych kradzieży, włamania i wyrok 4 lat więzienia. Po kilku dniach intensywnych przesłuchań organa ścigania zakomunikowały, że wszystko już jest jasne: Rumun Silvestru Grancea (wówczas znany jako Remik Remus vel Robert Romi), którego ks. Kleinert od dawna wspomagał materialnie, zaproponował poznanemu trzy dni wcześniej Olchowemu skok na plebanię. Zamierzali skraść kasetkę z pieniędzmi w ten sposób, że Rumun miał odwrócić uwagę ks. Kleinerta, a Polak – spenetrować wskazany przez wspólnika schowek w biurze Trybunału. Zaplanowali też sobie, że gdyby pieniędzy w owym miejscu nie było, to sterroryzują księdza (nożem, z którym Grancea się nie rozstawał) i zmuszą do ich wydania. Finał zaś był taki, że Olchowy pieniędzy faktycznie nie znalazł, a Rumun – zamiast straszyć – zadał swojemu dobroczyńcy śmiertelny cios w serce, po czym dźgnął go jeszcze kilkakrotnie w plecy. „W pewnej chwili Andrzej Olchowy wyrwał mu ten nóż i sam uderzył dwa razy w plecy” – napisze później w akcie oskarżenia prokurator Tadeusz Jezierski, powołując się na „spontaniczne zeznania” złożone w śledztwie przez podejrzanego. Napastnicy uciekli, niczego z mieszkania Kleinerta nie zabierając. Ta oficjalna wersja zdarzeń utrzymywana była na użytek mediów także w trakcie przewodów sądowych. Dwóch odrębnych przewodów, ponieważ Grancea odnalazł się dopiero w sierpniu 1997 r., po rozpoczęciu procesu Olchowego. Dodajmy, że poszukiwany międzynarodowym listem gończym Rumun siedział sobie spokojnie w kieleckim areszcie śledczym, zatrzymany pod zarzutem rozboju i uszkodzenia ciała. Wszystkie rozprawy, zarówno przeciwko Olchowemu, jak i później, przeciw Grancei, utajniono („z uwagi na dobre imię zamordowanego księdza” – uzasadniał sąd), więc media bardzo ostrożnie spekulowały, że w sprawie „pojawiają się wątki obyczajowe”. Wyrokami z czerwca 1998 r. (Olchowy) oraz lipca 2000 r. (Grancea), oskarżeni dostali po 25 lat więzienia (wyroki podtrzymane przez Sąd Apelacyjny w Gdańsku) i zapewne załapaliby się na dożywocie, gdyby nie fakt, że w chwili popełnienia przestępstwa kary takiej jeszcze nie było w kodeksie. Akta dotyczące zabójstwa ks. Kleinerta były i wciąż pozostają tajne. I jeśliby nawet komuś niepowołanemu udało się do nich dotrzeć, to przed przeczytaniem powinien je zjeść. Żeby go później nie korciło, bowiem śmiałkowi, który pozwoliłby sobie „(...) rozpowszechniać publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności”, grozi 2 lata więzienia (art. 241 par. 1 kk). Dlaczego więc odgrzebujemy sprawę? – To śledztwo miało być wizytówką naszej sprawności i skuteczności. Gdy Olchowy został aresztowany, ostro nad nim „pracowano”. Jakimi metodami? Różnymi. Do planowanego rozboju i obecności na plebanii przyznał się natychmiast, ale zaprzeczał, że choćby przez chwilę miał w ręku nóż. Na trzonku faktycznie śladów jego linii papilarnych nie było. Praktycznie rzecz biorąc, to w ogóle nie było przeciwko niemu żadnych „twardych” dowodów na bezpośredni udział w zabójstwie. Liczyło się więc każde jego słowo. No i wreszcie przyznał się do dwóch ciosów. Odwołał to później przed sądem, tłumacząc, że zeznania wymuszono biciem i groźbami pozbawienia życia. Oczywiście sąd nie dał chłopakowi wiary, gdyż wskazany przez niego policjant – pod którego dyktando miał jakoby zeznawać – stanowczo zaprzeczył pomówieniom. No i okazało się wkrótce, że ten Janusz B., niby kryształowo uczciwy gliniarz, sam ma na swoim koncie napady, za które poszukiwany jest listem gończym. Dzisiaj wychodzą na wierzch takie o nim historie, że niczego nie można wykluczyć – powiedział nam jeden z gdyńskich policjantów. Po analizie kwitów, do których udało nam się dotrzeć, nabraliśmy poważnych wątpliwości, czy Andrzej Olchowy miał uczciwy proces. I nim wyjaśnimy, skąd ta obawa, pragniemy podkreślić: jesteśmy bardzo dalecy od rozstrzygania o rozmiarze winy człowieka, który bezspornie miał jakiś udział w zbrodni. Chodzi nam wyłącznie o to, że nimb otaczający ks. Kleinerta (powtórzmy: „powszechnie szanowany kapłan”) odcisnął wyraźne piętno na wnikliwości prowadzonego przez sąd I instancji postępowania dowodowego. To zaś – siłą rzeczy – pozwoliło również sądowi apelacyjnemu nie dostrzec m.in. kwestii wiktymologicznych, czyli wpływu zachowania ofiary na pobudzenie sprawcy do przestępstwa, co musi przekładać się na ocenę jego winy, a w konsekwencji – wymiar kary. „W motywach pisemnych wyroku Sąd pomija milczeniem okoliczność, że ofiara przestępstwa, pod pozorem udzielania pomocy charytatywnej, zwabiała do mieszkania osoby proszące o wsparcie – w tym wypadku żebrzących Rumunów, aby później wykorzystywać ich homoseksualnie” – pisał we wrześniu 1998 r. do Sądu Apelacyjnego w Gdańsku adwokat Ryszard Bafia, obrońca Olchowego. I dodał: „Nigdy nie doszłoby do popełnienia zaistniałego przestępstwa, gdyby ksiądz nie szukał dla siebie ofiar do wykorzystywania seksualnego spośród włóczęgów żebrzących o wsparcie”. Z pewnego dokumentu (w posiadaniu „FiM”) dowiadujemy się ponadto, że skrajnym draństwem, którego dopuścił się ks. Kleinert, był wieloletni proces deprawacji ministranta Grzegorza K. Ten młody człowiek opowiedział sądowi, że już od dziecka szef kościelnego Trybunału kształtował go pod kątem spełniania namiętności homoseksualnych patrona. Idźmy dalej: wspomniane wyżej „odwrócenie uwagi” księdza (kiedy to Olchowy miał lustrować zakamarki w siedzibie Trybunału Metropolitalnego) polegało po prostu na stosunku homoseksualnym Rumuna i Kleinerta w łazience księdza. Nie było też dla sądu tajemnicą, że duchowny uzależniał charytatywną pomoc od świadczenia usług seksualnych, i to nie tylko wobec Grancei, lecz i jego rodaka „Elwisa”. W wyroku nie ma o tych okolicznościach ani słowa. Dlaczego, skoro sąd mógł mieć wówczas pewność (w 1998 r. nie było jeszcze „Faktów i Mitów”), że akta nigdy nie trafią w ręce dziennikarza? – Również w trakcie śledztwa była taka tendencja, żeby maksymalnie ograniczyć wszelkie wątki kompromitujące ofiarę. Ustaliliśmy na przykład, że niektórzy księża – ot, choćby znamienity ksiądz Stanisław B. – podsuwali Kleinertowi młode ciała, a kilku kleryków seminarium systematycznie odwiedzało go bynajmniej nie w celu pobierania korepetycji... – wspomina policjant z Gdyni. W tej sprawie aż roi się od niedomówień. I nie tylko natury wiktymologicznej: ¤ Grancea, przesłuchany w procesie Olchowego jako świadek, początkowo przyznaje się, że tylko on zabijał. Później, pod wpływem „szczerej rozmowy” z psychologiem więziennym Dorotą D., zmienia wersję. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Ksiądz skazany za śmiertelny wypadek 05.08.05, 16:59 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=11923159 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Ksiądz oskarżony o ludobójstwo 05.08.05, 17:01 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=12239768 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Finał "KOŚCIELNEJ" trepanacja czaszki dla chło 05.08.05, 17:05 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=14523319 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Czy ksiądz zabił kochankę 05.08.05, 17:10 www.racjonalista.pl/kk.php/s,1716 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Zakonnice-ludobójczynie 05.08.05, 17:15 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=24209109 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: "Klerycy" z pałkami 05.08.05, 17:16 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=22219940 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Tajemnice zabojstwa ks. Kleinerta 05.08.05, 17:21 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=28&w=25404912 Odpowiedz Link Zgłoś
andrzej105 zabił i poszedł na pielgrzymkę do Częstochowy 05.08.05, 16:52 jakos nie jestem zdziwiony postępowaniem tego mlodego katolika. przyzwyczaili mnie do tego. wiadomosci.onet.pl/1143816,11,item.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Oskarżony ksiądz prowadził pielgrzymkę do Częs 05.08.05, 17:07 forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=69&w=957503&a=15025078 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Partia Rydzyka LPR na wekslach stoi IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 05.08.05, 23:55 Chcesz zostać posłem z LPR? Podobnie jak w Samoobronie - musisz podpisać weksle in blanco, warte ponad trzysta tysięcy złotych. Mało tego - partia wskaże ci człowieka, którego po wyborach będziesz musiał zatrudnić w biurze poselskim z pensją w wysokości 5 tys. zł. Kandydat na kandydata z okręgu bydgoskiego: - Byłem pewien, że jestem na liście do Sejmu, a teraz się zastanawiam, czy w ogóle startować z LPR. Jakie weksle? Jakie zobowiązania? Nigdy nic o tym nie mówili! Znienacka wręczyli nam do podpisu stertę papierów. Chyba się wycofuję. Do Lucjany Nowak, szefowej LPR w powiecie starachowickim, z wekslami przyjechali przedstawiciele Młodzieży Wszechpolskiej. - Przedstawili się, ale żaden nie miał pełnomocnictwa władz Ligi - opowiada. - Nie podpisałam zobowiązań, bo panowie nie chcieli dać mi ich kopii. Nam udało się się ustalić, jakie konkretnie dokumenty muszą podpisywać kandydaci LPR: • zobowiązanie do utrzymywania biura poselskiego w każdym mieście powiatowym w swoim okręgu wyborczym; • umowę o pracę in blanco o zatrudnieniu z pensją 5 tys. zł miesięcznie osoby wskazanej przez partię plus zobowiązanie do zapłacenia 100 tys. zł kary, w razie stosowania wobec niej mobbingu lub niedopuszczenia do pracy; • zobowiązanie do wpłacenia po tysiąc zł miesięcznie na rzecz tworzonej przez Młodzież Wszechpolską Akademii Orła w Warszawie; • weksle in blanco zobowiązujące łącznie do zapłaty ponad 300 tys. zł, w przypadku gdyby poseł odszedł w trakcie kadencji z klubu Ligi. Jan Salita, przewodniczący LPR w powiecie ostrowieckim (woj. świętokrzyskie) nie podpisał dokumentów. - Jestem człowiekiem uczciwym - mówi. - Cały czas liczę, że władze naczelne wycofają się z tego chybionego pomysłu - mówi. Marek Kotlinowski, szef klubu parlamentarnego Ligi, nie pozostawia nadziei, że władze partii coś zmienią: - Osoby, które chcą kandydować z naszych list, muszą spełnić pewne warunki. Dlatego żądamy pisemnych zobowiązań. - Jak to jest z tym nakazem zatrudnienia osoby wskazanej przez LPR? - pytamy. Kotlinowski: - Chcemy w ten sposób walczyć z nepotyzmem. Nie ma ryzyka, że poseł zatrudni w biurze np. kogoś ze swojej rodziny. Przy kampanii pracuje wielu młodych, dobrze wykształconych ludzi - prawników, ekonomistów, którzy zasługują, żeby później pomagać posłom w ich biurach. A 5 tys. zł. pensji to nie jest oszałamiająca kwota. - A weksle? - W wyborach parlamentarnych głosujemy na partię. Kandydat, który zostaje wybrany z listy LPR, musi zachować lojalność wobec stronnictwa. Nie chcemy takiej sytuacji, że ktoś wejdzie do Sejmu, a potem się od nas odwróci. Przypomnijmy: Na początku obecnej kadencji Sejmu klub LPR liczył 36 posłów, a na końcu - tylko 20. (Janusz Kędracki, Marcin Kowalski) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34317,2853885.html Odpowiedz Link Zgłoś
andrzej105 w dotychczas katolickiej Wenezueli też ICH mają do 06.08.05, 11:47 tam też ICH mają już dość serwisy.gazeta.pl/kosciol/1,64835,2851321.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico Polski ksiądz ograbił niemiecką staruszkę !!! 10.08.05, 13:42 Gość portalu: xyz napisał(a): > Polak potrafi > > Ewangelizujemy Europę, aż miło. Polski ksiądz katolicki ograbił > niemiecką staruszkę z oszczędności całego życia. > > Polski funkcjonariusz kat. Kościoła trafił na czołówki niemieckich gazet. > „Zakonnik żądny spadku”, „Polski ksiądz wyłudzaczem spadku? > 8221; – krzyczą bawarskie > tabloidy. Histeryzują, bo nad Renem nie są jeszcze przyzwyczajeni do obyczajów, > które nad Wisłą są standardem. > Skandal wywołał 57-letni ksiądz Ryszard R., zakonnik z poznańskiej prowincji > Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego, czyli księży palotynów. Oto co zmajstr > ował: > W 1990 r. władze zakonne skierowały księdza Ryszarda na placówkę do Niemiec. > Osiadł na przedmieściach Monachium, gdzie wkrótce – przy okazji jakichś > uroczystości religijnych – poznał zamożną wdowę Erikę M. Rezydencja w Neu > burg > nad rzeką Donau, 3-piętrowa kamienica w Lehel k. Monachium, pokaźne konto w > banku... – takiej okazji palotyn z Polski nie mógł przepuścić. > Poszło mu tym łatwiej, że Erika (dzisiaj już 84-letnia) mieszkała samotnie w > Neuburgu, a jej jedyna córka, Rosa M. (66 l.), wraz z mężem i dziećmi – w > Lehel. > Ksiądz R. zaczął się wpraszać do starszej pani na herbatki, kawki, kolacje... > – Początkowo nie widziałam w tym nic zdrożnego. Ale pewnego razu przychod > zę do > niej i zastaję dom zamknięty na cztery spusty. Okazało się, że wyjechała razem > z > księdzem na wakacje! Jestem katoliczką i bardzo mnie to zbulwersowało, ale > przebolałam. Jakiś czas później spotkałam ich przypadkowo w ekskluzywnej > restauracji. Gdy przyszło do uregulowania rachunku, on bezczelnie sięgnął do > torebki mamy, wyjął jej portfel i zapłacił jej pieniędzmi. Nie miałam już > wątpliwości, że to zwykły naciągacz. Wkrótce zaczął jeździć luksusowym > samochodem, a parafianom mydlił oczy, że to prezent od przyjaciół z Polski. Cał > a > nasza rodzina ostrzegała mamę, ale ona odpowiadała: „Nie martwcie się, ja > mu > ufam. On z pewnością nikomu krzywdy nie zrobi” – mówi Rosa M. > Życie wszakże płynęło dalej: palotyn został proboszczem niewielkiej parafii w > diecezji augsburskiej (50 km od Monachium), a starsza pani robiła się coraz > starsza... > Pod koniec 2004 r. Rosa przeżyła szok: > – Dostałam pismo z sądu rodzinnego, że mama chce tego księdza... adoptowa > ć! > Procedura prawna wymaga, żebym – jako jej córka – wyraziła w tej sp > rawie swoją > opinię. Zaczęłam dokładnie przyglądać się zakonnikowi i odkryłam rzeczy > straszne. Okazało się, że namówił mamę, żeby przepisała na niego dom w Neuburgu > . > Wyłudził pełnomocnictwa do rozporządzania jej majątkiem, z zarządzaniem masą > spadkową włącznie. Na koncie zostały jakieś resztki – oskubał ją jak gęś > na > święta. Przy okazji, oczywiście, również nas. Rozmawiałam z prawnikiem. > Twierdzi, że sprawy już nie da się odkręcić, gdyż wszystko załatwiono bardzo > profesjonalnie. Teraz już nawet nie muszę zgadzać się na tę adopcję. > Do niedawna myślała, że to już wszystkie dokonania palotyna. Naiwna, nie miała > bladego pojęcia, na co stać polskiego kapłana... > – Przed kilkunastoma dniami dowiedziałam się, że nasz dom w Lehel, dom w > którym > żyję od kilkudziesięciu lat, został przez mamę sprzedany. Mój syn Johannes musi > natychmiast zwolnić swoje tutaj mieszkanie, a ja z mężem dostaliśmy czas do > końca 2006 roku. Dlaczego sprzedała? Konto już wyczerpane, a ksiądz ma ogromne > potrzeby. Mama tłumaczyła, że on ma ogromne wydatki i musi go wspomagać. Tak ją > omotał! > O polskim łowcy spadków wypowiedział się też Gert Kaiser z organizacji > opiekuńczej Licht in Sicht, który badał przypadek Eriki M.: > – To jest typowa sytuacja. Zajmujemy się ochroną starych ludzi przed oszu > stami i > wiele już widziałem. Osamotnieni dają się łatwo omamić i są systematycznie > ograbiani z dorobku całego życia. Jednak jestem bardzo zaskoczony, że zrobił to > ksiądz katolicki. > Rodzina M. o jego poczynaniach zawiadomiła już biskupa Waltera Mixa, > ordynariusza diecezji augsburskiej. Ksiądz prof. Stephan Haering (benedyktyn), > renomowany prawnik z Ludwig-Maximilians-Universität w Monachium – zapytan > y przez > niemieckiego dziennikarza o ocenę postawy ks. R. – nie chciał jej komento > wać. > Zauważył jedynie, że zgodnie z prawem kościelnym, w kwestii adopcji musiał > wypowiedzieć się poznański przełożony zakonnika (ks. Kazimierz Czulak, > prowincjał palotynów – dop. red.). > – Oczywiście, pisałam w tej sprawie do Polski. Ba, nawet do Watykanu. Pyt > ałam, > co zamierzają zrobić. Na razie nie mam żadnego odzewu – dodaje Rosa M. > My przez dwa dni próbowaliśmy skontaktować się z ks. Ryszardem R. Niestety, jeg > o > telefon na plebanii nie odpowiada. > – Ksiądz proboszcz wyjechał do klasztoru. Nie mówił, do którego. Podobno > gdzieś > w Górnej Bawarii – dowiedzieliśmy się od pracownicy sekretariatu parafii. > „Miłość i apostolstwo kształtują styl naszego życia i naszej pracy, jak r > ównież > strukturę i zarząd Stowarzyszenia Apostolstwa Katolickiego. Naszą Patronką jest > Maryja, Królowa Apostołów. Jest Ona, po Chrystusie, najdoskonalszym wzorem > naszego apostolstwa” – prezentują się palotyni na swojej stronie in > ternetowej. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Tajne dokumenty bezpieki p pracown. KUL-u 10.08.05, 19:50 Co najmniej 32 pracowników KUL zarejestrowanych było jako tajni współpracownicy Służby Bezpieczeństwa - wynika z dokumentu, jaki odnaleźli badacze lubelskiego IPN Historycy uważają, że wiarygodność znalezionych danych nie budzi wątpliwości. Ale też nie sposób ich zweryfikować, bo większość akt została zniszczona. Małgorzata Choma-Jusińska z Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej lubelskiego IPN odnalazła w archiwach instytutu dokument, który do tej pory nie został opracowany przez badaczy. Chodzi o tajne Sprawozdanie Pokontrolne z Pracy Wydziału IV Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych z 1989 r. Kontrolę przeprowadzili funkcjonariusze ówczesnego Głównego Inspektoratu MSW. Dla lubelskich esbeków wypadła bardzo dobrze. "Wydział pomimo wakatów umocnił się agenturalnie (ilościowo i jakościowo) w obiektach i środowiskach np. w KUL z 39 TW w 1983 r. [wówczas była poprzednia kontrola - pr] do 50". Jednak pojawiają się też problemy: "(...) od śmierci ks. J. Popiełuszki w dalszym ciągu problemem jest dążenie, głównie agentury księżowskiej, do zerwania kontaktu z SB" - piszą esbecy. Wyniki kontroli przynoszą szczegółowe informacje na temat siatki tajnych współpracowników prowadzonych przez IV Wydział: "Stan na dzień 31 III 1989 r. wynosił 176 TW, uplasowanych w następujących obiektach i środowiskach: KUL - 50 (1983 - 39), w tym 4 członków senatu, 19 pracowników naukowych, z których 4 jest jednocześnie wykładowcami WSD, 9 pracowników administracji, 6 studentów, 8 posiadających dotarcie [z arytmetyki wynika, że TW było na KUL 46 - red.] WSD [Wyższe Seminarium Duchowne - pr] - 5 (1983 - 5), w tym 1 alumn i 4 ww. wykładowców KUL kler diecezjalny - 44, w tym 8 dziekanów i wicedziekanów, 21 administratorów parafii i 15 wikariuszy kler zakonny - 6 (1983 - 10) duszpasterstwo stanowo-zawodowe - 24 kościoły i wyznania nierzymskotolickie - 20 (1983 r. - 15) środowiska katolików świeckich - 16 (1983 - 10) Plan na rok 1989 przewidywał 18 "pozyskań, przy czym w I kwartale pozyskano 5 TW". W 1989 r. KUL - jak informuje dokument - miał 451 pracowników i ok. 4,5 tys. studentów. Małgorzata Choma-Jusińska podkreśla, że informacje o TW należy traktować ostrożnie: - Nie analizowałam teczek agentów IV Wydziału, więc nie wiem, jak często kontaktowali się z funkcjonariuszami SB, jaka była ich faktyczna przydatność do współpracy oraz jakie motywy nimi kierowały. W ogromnej większości mówiące o tym dokumenty zostały zniszczone. Niewielką ilość TW wśród studentów KUL tłumaczy następująco: - Na przełomie 1988 i 1989 r. panowała gorąca atmosfera. Studenci chętnie angażowali się w opozycyjną działalność polityczną. Nastroje wśród nich były dużo bardziej radykalne niż wśród kadry uniwersytetu. To nie sprzyjało werbunkowi. Dr Sławomir Poleszak z lubelskiego IPN, sekretarz redakcji periodyku "Pamięć i sprawiedliwość", w którym opublikowane zostały materiały o inwigilacji KUL, jest przekonany, że sprawozdanie pokontrolne z IV Wydziału zawiera prawdziwe liczby. Problem infiltracji środowisk KUL przez Służby Bezpieczeństwa PRL bada trzyosobowa komisja kierowana przez prof. Janusza Wronę z UMCS. Powołał ją metropolita lubelski abp Józef Życiński. Prace mają się zakończyć publikacją i - według zapowiedzi prof. Wrony - potrwają do czterech lat. Dla Gazety ks. prof. Andrzej Szostek były rektor KUL 50 osób związanych z KUL zarejestrowanych w esbeckich dokumentach jako TW na pewno chluby nam nie przynosi. Ale ta liczba nie przytłacza - biorąc pod uwagę skalę inwigilacji, to, jak wiele długofalowych działań podejmowali komuniści, by "rozpracować" naszą uczelnię. W 1972 r., gdy po raz pierwszy wybierałem się za granicę, odbyłem rozmowę z funkcjonariuszem - w przypadku wyjazdu była obowiązkowa. Pamiętam, esbek proponował mi partię szachów w kawiarni - wiedział, że jestem zapalonym graczem. Chciał mi dać odczuć, że wiedzą o mnie wszystko. Nakłaniał mnie, bym po przyjeździe umówił się z nim na rozmowę. Odmówiłem, ale nie wykluczam, że właśnie pracownicy, dla których możliwość wyjazdów zagranicznych była niezwykle ważna, mogli uwikłać się w grę z SB. Termin TW kryje bardzo różną treść, przestrzegam przed pochopną oceną. Być może, któryś z naukowców KUL, nie miał świadomości, że jest zarejestrowany jako agent, sądził, że przekazuje informacje ogólnie dostępne, które przecież SB i tak muszą już znać. Nie chcę nikogo wybielać - apeluję tylko o ostrożność w ocenach. (Paweł Reszka) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34309,2862649.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico 50 agentów SB na KUL? 11.08.05, 12:57 IPN odnalazł tajny dokument lubelskiej SB z 1989 roku. Esbecy chwalą się osiągnięciami: mamy 50 tajnych współpracowników na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. I snują ambitne plany na następne lata Dokument to "sprawozdanie pokontrolne" z pracy Wydziału IV (SB) Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych z 1989 roku. Kontrolę przeprowadzono na zlecenie ówczesnego Głównego Inspektoratu Ministra Spraw Wewnętrznych. Wypadła dobrze. "Wydział pomimo wakatów umocnił się agenturalnie (ilościowo i jakościowo) w obiektach i środowiskach, np. w KUL z 39 TW w 1983 r. [wówczas była poprzednia kontrola - red.] do 50. W wyniku ofensywnej działalności operacyjnej i oficjalnej osiągnięto wysoki stan wiedzy o operacyjnie ochranianych obiektach i środowiskach oraz zmniejszono stan zagrożenia w nich" - pisali kontrolerzy. W ciężkiej pracy SB nie brakło też obiektywnych trudności: "(...) od śmierci ks. J. Popiełuszki w dalszym ciągu problemem jest dążenie, głównie agentury księżowskiej, do zerwania kontaktu z SB - aktualnie dotyczy to 16 TW na 52 jednostki objęte kontrolą". Kontrolerzy SB policzyli siatkę tajnych współpracowników: "Stan na dzień 31 III 1989 r. wynosił 176 TW, uplasowanych w następujących obiektach i środowiskach: KUL - 50, w tym 4 członków senatu, 19 pracowników naukowych, z których 4 jest jednocześnie wykładowcami Wyższego Seminarium Duchownego, 9 pracowników administracji, 6 studentów, 8 posiadających dotarcie". Jednak z tych liczb wynika, że na KUL było 46 TW, a nie 50 ("19 pracowników naukowych, z których 4 jest..."). Czy esbecy mieli kłopoty z arytmetyką? Małgorzata Choma-Jusińska z lubelskiego IPN, która odnalazła dokument: - Pewnie dwukrotnie policzyli wykładowców z WSD, ale żeby rozstrzygnąć tę zagadkę, należałoby dotrzeć do innych statystyk SB. Raport wylicza niedociągnięcia: "Niewystarczające nasycenie agenturą występuje na odcinku alumnów WSD oraz studentów KUL". Ambitny plan na rok 1989 zakładał 18 nowych "pozyskań". SB mogła mieć jednak problemy z jego realizacją - dokument pochodzi z kwietnia 1989 roku, właśnie skończyły się obrady Okrągłego Stołu... Małgorzata Choma-Jusińska dodaje, że informacje o TW należy traktować ostrożnie: - Nie widziałam teczek agentów, więc nie wiem, jaka była ich faktyczna przydatność do współpracy. Zresztą większość dokumentów zniszczono. W 1989 r. KUL miał 451 pracowników i ok. 4,5 tys. studentów. Problem infiltracji środowiska KUL bada trzyosobowa komisja kierowana przez prof. Janusza Wronę z UMCS. Powołał ją metropolita lubelski abp Józef Życiński. Prace mają się zakończyć publikacją i potrwają do czterech lat. Dla Gazety ks. prof. Andrzej Szostek, były rektor KUL 50 osób związanych z KUL, a zarejestrowanych w esbeckich dokumentach jako TW na pewno chluby nam nie przynosi. Ale ta liczba nie przytłacza - biorąc pod uwagę skalę inwigilacji i to, jak wiele działań podejmowali komuniści, by "rozpracować" naszą uczelnię. (Paweł P. Reszka) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864080.html Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Abp Życiński o współpracownikach SB na KUL 11.08.05, 14:22 Arcybiskup Józef Życiński uważa, że należy zajrzeć do teczek konkretnych osób i sprawdzić, na czym polegała ich współpraca ze służbami bezpieczeństwa. Chodzi o 50 współpracowników Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Dokumentem świadczącym przeciwko nim dysponuje lubelski IPN. Arcybiskup Życiński podkreślił, że w rozrachunkach z PRL-em nie wolno odwoływać się jedynie do statystyki. Dodał, że trzeba sprawdzić, jakie informacje były przekazywane oraz czy przekazywano je w formie donosów, czy też raport o przeprowadzonej rozmowie wypisywał sam pracownik UB. Lubelski Instytut Pamięci Narodowej opublikował naukowe opracowanie Sprawozdania Pokontrolnego z Pracy Wydziału IV Wojewódzkiego rzędu Spraw Wewnętrznych z 1989 roku. W dokumencie są informacje na temat rozpracowywania przez SB środowisk kościelnych. Wynika z nich, że z bezpieką współpracowało łącznie 176 osób związanych z Kościołem. Według dokumentu w latach 80. 50 osób związanych z KUL-em było tajnymi współpracownikami służb bezpieczeństwa. Co najmniej 32 osoby były pracownikami uczelni. Cztery należały do Senatu KUL-u, a cztery wykładały jednocześnie w Wyższym Seminarium Duchownym w Lublinie. To pierwsza publikacja tego typu. Naukowe opracowanie znalazło się w periodyku IPN "Pamięć i sprawiedliwość". Problem infiltracji KUL-u oddzielnie bada specjalna komisja, powołana przez lubelskiego metropolitę. (IAR) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864962.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Agenci w lubelskim Kościele IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 12.08.05, 03:52 Służba Bezpieczeństwa na Lubelszczyźnie w 1989 r. miała 176 tajnych agentów inwigilujących środowiska kościelne. Prawie co trzeci z nich związany był z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim. Takie dane podaje "Sprawozdanie pokontrolne z pracy Wydziału IV Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lublinie w 1988 r.", odnalezione przez lubelskich historyków Instytutu Pamięci Narodowej w Lublinie i opublikowane przez Małgorzatę Choma-Jusińską na łamach wydawnictwa IPN "Pamięć i sprawiedliwość" nr 1(7)2005. "Na Lubelszczyźnie zwalczanie Kościoła było dla funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa szczególnie istotne ze względu na specyfikę regionu - istnienie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, jedynej niepaństwowej wyższej uczelni w PRL" - pisze Jusińska-Choma. Spośród 176 tajnych współpracowników IV Wydziału WUSW (stan na 31.03.1889 r.) na KUL ulokowanych było 50; w Wyższym Seminarium Duchownym - 5; wśród kleru diecezjalnego - 44; kleru zakonnego - 6; w duszpasterstwach - 24; w środowiskach katolików świeckich - 16, zaś w kościołach nierzymskokatolickich - 20. Agentami SB było - według sprawozdania - 4 członków senatu KUL, 19 wykładowców i 6 studentów tej uczelni. Jak podano w sprawozdaniu, w 1988 r. IV Wydział WUSW nie zrealizował "planu pozyskań" agentów. Zamiast 29 "pozyskań" było ich tylko 18. Na rok 1989 zaplanowano zdobycie 18 nowych tajnych współpracowników, w pierwszym kwartale udało się ich zdobyć 5, dalszych 7 osób uważano za kandydatów na agentów. "Liczba ta jest niższa od zaplanowanej ilości pozyskań, wykonanie planu rocznego jest jednak w pełni realne, bowiem w aktywnym zainteresowaniu pracowników Wydziału pozostaje 50 osób, w tym w większość stanowią księża" - czytamy w sprawozdaniu. W 1988 r. wydział stracił 15 tajnych współpracowników. Sprawozdanie podaje następujące tego powody: zgon - 1; odmowa współpracy - 6; brak możliwości - 3; podeszły wiek - 1, wyjazd z Lublina i niewyrażenie zgody na przekazanie - 3; wyjazd za granicę - 1. Z siecią tajnych agentów pracowało 22 esbeków, "co daje średnią 7,5 TW na jednego obsługującego". Rekordzista prowadził 14 agentów . (PAP) fakty.interia.pl/lok/lube/news?inf=655086 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: 20% duchowni na kozetce (1) 10.08.05, 21:19 Duchowni na kozetce Jeśli masz być kiepskim księdzem... zastanów się, co robisz Skandale z udziałem duchowieństwa w USA, Austrii i - jak wiele na to wskazuje - w Polsce, nie tylko na nowo podniosły kwestię "człowieczeństwa" księży, ale kolejny raz potwierdziły, że są oni obiektem intensywnych emocji ze strony tych, którzy na nich patrzą - czy to broniąc ich, czy atakując. Ks. Jacek Prusak SJ /2004-08-08 Kim są duchowni? Czy są podobni do większości społeczeństwa, czy może coś ich wyróżnia? Co wiemy o ich dojrzałości osobowej i zdrowiu psychicznym? Dlaczego trafiają się wśród nich osobnicy molestujący seksualnie nieletnich? Pytania niewątpliwie ważne, choć trudno znaleźć na nie satysfakcjonującą odpowiedź. W literaturze psychologicznej, zwłaszcza z psychologii religii, badania nad duchownymi stanowią “przedłużenie” klasycznego podejścia do badań nad konwertytami. Zarówno bowiem konwertyci, jak i duchowni, ze względu na osobiste zaangażowanie w sprawy wiary i religii, stanowią mniejszość społeczną. W przypadku duchownych mamy ponadto do czynienia z osobami, które są “zawodowo” religijne, a to zakłada specyficzny rodzaj pobożności. Ksiądz: osoba nieznana Zagadnieniami najczęściej podejmowanymi w literaturze przedmiotu są: psychologiczne kryteria selekcji kandydatów do kapłaństwa, osobowość duchownych, kwestie związane z seksualnością, podatnością na stres i sposobami radzenia sobie z nim, a także z tzw. “wypaleniem się” i poziomem życiowej satysfakcji. Coraz częściej badana jest problematyka wykroczeń seksualnych duchownych oraz ich potencjalnego związku z orientacją seksualną i celibatem. W obrębie literatury psychoterapeutycznej postuluje się, aby kwestie związane ze zdrowiem psychicznym, dojrzałością osobową i społecznym funkcjonowaniem duchownych były rozpatrywane w ramach paradygmatu międzykulturowego - analogicznie do pracy terapeutycznej z mniejszościami etnicznymi czy rasowymi - a więc uwzględniały nie tylko czynniki wewnątrzpsychiczne, ale i środowiskowe. Badania psychologiczne nad polskim duchowieństwem są wciąż “w powijakach”, więc nie bardzo jest się do czego odnieść. Te, które istnieją (wspominał o nich na tych łamach przed tygodniem ks. Józef Augustyn), dotyczą głównie kandydatów do kapłaństwa, i to na wczesnym etapie formacji - z tego też względu mają ograniczoną przydatność. Pozostaje szukanie “na Zachodzie”, gdzie badania prowadzone były zarówno przez instytucje kościelne, jak ośrodki akademickie. Trzeba jednak pamiętać, że mogą istnieć różnice pomiędzy kapłanami z różnych państw. W literaturze anglosaskiej zwraca się np. uwagę na różnice między duchowieństwem amerykańskim i brytyjskim. Podejrzewa się, że księża z Wielkiej Brytanii są bardziej introwertyczni niż kler amerykański - nie ma jednak systematycznych badań potwierdzających trafność tej hipotezy. Ważne mogą być także różnice wyznaniowe, jak również to, czy mówimy o księżach diecezjalnych czy zakonnych. Inny kłopot w przedstawieniu psychologicznego profilu współczesnych duchownych bierze się z różnorodności testów osobowościowych wykorzystywanych do badań. A jednak warto się zmierzyć z tymi trudnościami, ponieważ “ostatnie” skandale nie tylko na nowo podniosły kwestię “człowieczeństwa” księży, ale kolejny raz potwierdziły, że duchowni są obiektem intensywnych emocji ze strony tych, którzy na nich patrzą - czy to broniąc ich, czy atakując. Seminarzyści: problem z wolnością Od końca lat 60. coraz głośniej mówiono w kręgach seminaryjnych czy domach formacji, że kandydaci do kapłaństwa charakteryzują się dużym poziomem niedojrzałości osobowej. Wskazywano np. na poczucie niepewności dotyczące oceny własnych możliwości, emocjonalną niestabilność przejawiającą się lękiem i poczuciem wstydu w nawiązywaniu relacji z innymi, trudności z wyrażaniem siebie. Zauważano, że seminarzyści nie wiedzieli, czego pragną i w jakim kierunku chcieliby pójść, bali się podjęcia odpowiedzialności, w seminarium szukali ucieczki przed trudnościami wynikającymi ze zmagań z codziennością. Wielu z nich domagało się wolności widząc w niej wielką wartość, ale postrzegając ją negatywnie: wolność była dla nich tożsama z wyzwoleniem od wymagań związanych np. z regulaminem seminaryjnym. Wielu seminarzystom brakowało poczucia kreatywności, a w porównaniu do swych rówieśników z uczelni świeckich wykazywali dużą skłonność do wchodzenia w role poprzez ograniczanie osobistych pragnień i chowanie się za wytyczne, normy czy reguły. Z drugiej jednak strony: tam, gdzie w miejscach formacji zrezygnowano z “ustalonego porządku dnia”, klerycy tracili grunt pod nogami i domagali się ograniczenia własnej wolności. Obraz “typowego” kleryka i kapłana, jaki zaczął wyłaniać się z badań, dawał coraz więcej do myślenia. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: 20% duchowni na kozetce (2) 10.08.05, 21:20 Psychiatrzy: kłopotliwe badania W literaturze przedmiotu wskazuje się najczęściej na trzy klasyczne już prace: Conrada W. Baarsa i Anny A. Terruwe; Eugene’a C. Kennedy’ego i Victora J. Hecklera oraz zespołu kierowanego przez Luigiego M. Rullę. Psychiatrzy Conrad W. Baars i Anna Terruwe przedstawili swoje badania w 1971 r. na Synodzie Biskupów w Watykanie. Odwołując się do swojej długoletniej praktyki lekarskiej - obejmującej 40 lat, w których leczyli ok. 1,5 tys. księży - zauważyli oni, że 20-25 proc. kapłanów w USA miało poważne psychiczne zaburzenia, a 60-70 proc. cierpiało z powodu niedojrzałości emocjonalnej. Tylko 10-15 proc. amerykańskich księży uznano za osoby dojrzałe psychicznie. Pod koniec swego wystąpienia dr Baars powiedział: “Wszyscy księża (a niektórzy w znacznym stopniu) charakteryzują się niewystarczająco rozwiniętym czy też zaburzonym życiem emocjonalnym, a równocześnie wymaga się od nich, aby identyfikowali się z grupą mężczyzn, których natura obdarzyła wyższą inteligencją i uczuciowością. W niektórych przypadkach, przyczyny (...) miały początek w dzieciństwie i pozostały nierozpoznane w trakcie formacji seminaryjnej. Inni mieli raczej normalne dzieciństwo, ale zaczęli mieć kłopoty ze sobą z powodu źle pojętych praktyk ascetycznych w seminarium”. Wyniki badań Eugene’a Kennedy’ego i Victora Hecklera, również na księżach i zakonnikach z USA, były jeszcze bardziej kłopotliwe. Według nich tylko 7% kapłanów to osoby psychologicznie i emocjonalnie rozwinięte (developed), 18% to osoby rozwijające się (developing), 66,5% to osoby słabo rozwinięte (underdeveloped), zaś 8,5% to osoby źle rozwinięte (maldeveloped). Wyniki obu tych badań nie różnią się zasadniczo od badań zespołu włoskiego jezuity i psychiatry Luigiego M. Rulli na populacji kandydatów do kapłaństwa i życia zakonnego w USA i Europie Zachodniej. W ich świetle 60-80 proc. kandydatów do seminarium już w momencie wstąpienia wykazuje duży stopień niedojrzałości osobowej i uczuciowej, przez autorów określanych jako niespójność psychiczna, która jednak nie przybiera form patologicznych, 10-20 proc. to osoby dojrzałe uczuciowo (spójne psychicznie), a pozostałe 10-20 proc. kandydatów do seminarium czy życia zakonnego ma problemy psychiczne natury patologicznej. Biskupi: wiedzieli, ale... Ktoś może zapytać, jaką te badania mają wartość poznawczą i czy mówią nam one coś o sytuacji w polskich seminariach? Autorzy zajmujący się problematyką seksualnego wykorzystania osób nieletnich przez duchownych w USA zauważyli ostatnio, że badania dotyczące księży “słabo rozwiniętych” wydają się potwierdzać obserwacje Baarsa i Terruwe dotyczących księży “niedojrzałych emocjonalnie”. Obie zaś grupy odpowiadają profilowi duchownych, którzy wykorzystują seksualnie dzieci i młodzież. Jak zauważyli Kennedy i Heckler, “seksualność pozostaje niezintegrowanym wymiarem w życiu słabo rozwiniętych księży”, z których wielu “funkcjonuje na etapie przed-adolescencyjnego lub adolescencyjnego rozwoju psychoseksualnego”. Jeśli będziemy pamiętali, że słabo rozwinięci emocjonalnie księża czują się bardziej komfortowo w kontaktach z nastolatkami, a nawet dziećmi, i że tylko niewielu z nich ma przyjaciół w kręgu własnych rówieśników, dojdziemy do wniosku, że podobnie jak w przypadku wszystkich słabo rozwiniętych księży, ich problemy dotyczą głównie sfery emocjonalnej i psychoseksualnej. Wspólne im wszystkim jest unikanie konfrontacji z własną niedojrzałością, a także uciekanie się do mechanizmu obronnego - intelektualizacji własnych postaw i ich (nie)zgodności z powołaniem i święceniami. Dochodzi do tego brak umiejętności wchodzenia w relacje z innymi i zatrzymanie się (“fiksacja”) w rozwoju psychoseksualnym, a także problemy w radzeniu sobie z autorytetami (większość “księży z problemami” pochodzi z rodzin, w których brak właściwego emocjonalnego i duchowego wsparcia). Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: 20% duchowni na kozetce (3) 10.08.05, 21:25 Ujawniane dziś skandale związane z wykorzystywaniem seksualnym osób nieletnich przez duchownych pokazują również “drugą stronę” kryzysu objawionego przez naukowców. Jasne jest, że konkluzje, do jakich doszli Baars i Terruwe, a zwłaszcza Kennedy i jego zespół, musiały się wydać niepokojące. Badania Kennedy’ego zostały zlecone przez Konferencję Episkopatu USA; ich autor postulował reformę systemu formacyjnego i struktur kościelnych w ogóle. Oficjalnie jednak biskupi amerykańscy nie podjęli żadnych kroków. Patrząc na skalę kryzysu, jaki obecnie dotknął ich Kościół, można zasadnie stawiać pytanie: czy sytuacji nie można było uniknąć, wiedząc kogo się przyjmuje i ma w seminariach? Wiele ze spraw sądowych przeciwko duchownym molestującym seksualnie nieletnich dotyczy wypadków z czasów, kiedy badania Kennedy’ego i Baarsa były już opublikowane. Hierarchia je znała. Być może bardziej niepokoiła ją fala masowego odchodzenia od kapłaństwa (pomiędzy 1965 a 1990 r. ok. 100 tys. duchownych na całym świecie “porzuciło sutannę”), a także obrona celibatu przed społeczną krytyką. Trudno jednak nie zadać pytania, czy wśród tych, którzy zostawali, nie było wielu takich, którzy właśnie powinni opuścić seminarium, a nawet kapłaństwo - a nigdy tego nie uczynili, bo pomógł im swą ignorancją sam Kościół? To tylko hipoteza, być może niektórzy już się krzywią, ale uważam, że to jeszcze nie koniec “złej passy”. Powołanie: uwarunkowania i łaska Z badań ojca Rulli i jego współpracowników dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy o “wydolności” systemu formacyjnego. Okazało się, że większość kandydatów do kapłaństwa po czterech latach formacji nie przeżyła żadnej znaczącej przemiany wewnętrznej. Niektórzy nawet stawali się gorsi, a tylko nieliczni przeżyli wzrost w dojrzałości osobowej na miarę wyzwań, jakie pociąga za sobą kapłaństwo. Wielu badanych (aż 86 proc.) nie znało zupełnie swego głównego konfliktu wewnętrznego w momencie wstąpienia na drogę powołania (siostry zakonne nie były w tyle - 87 proc.). Czteroletnia formacja w wypadku 83 proc. kleryków (i 82 proc. zakonnic) nie przyniosła im żadnej pomocy. Co gorsza: jeśli w ciągu 8-10 lat osoby te nie porzuciły drogi powołania, to ok. 70 proc. z nich uwiło sobie “gniazdka” wewnątrz instytucji, w której się znajdowali. Jak uważa jeden z psychologów z tej szkoły: “Nie można powiedzieć, że po wyłączeniu przypadków patologicznych, wszystkie osoby pozostające na drodze życia kapłańskiego lub zakonnego są wolne, otwarte na Boga i Jego powołanie. (...) Ich wybory nie zawsze są wynikiem wolnej decyzji, ale bywają uwarunkowane pewnymi podświadomymi postawami, takimi jak lęk przed życiem i odpowiedzialnością, szukanie oparcia, robienie kariery, potrzeba bycia kimś itp. Powtórzmy jeszcze raz, że wybory te nie mają wymiaru moralnego: są one nieuświadomione”. Patrząc na te liczby trzeba pamiętać, że dojrzałość osobowa, objawiająca się w dojrzałości emocjonalnej (spójności psychicznej), jest konieczna, choć nie wystarczająca do pełnego przeżywania powołania - potrzebna jest bowiem łaska. Twierdzenie jednak, jakoby można było formować kapłana bez formowania człowieka, to iluzja, albowiem dojrzały kapłan musi być najpierw dojrzałym człowiekiem. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: 20% duchowni na kozetce (4) 10.08.05, 21:33 Seksualność księży: nienowe problemy Problemy seksualne kandydatów do kapłaństwa nie są niczym nowym. Na symptomy represji seksualności w życiu seminarzysty czy księdza wskazuje się, w duchu psychoanalizy, w przypadku takich postaw jak: narcyzm, masochizm czy rygoryzm. Narcyzm jako przejaw stłumionej seksualności u kapłanów wyraża się w niezdolności do troski o innych ludzi i postrzeganiu ich jako członków kierowanej przez siebie organizacji. Za tą postawą kryje się głęboki lęk o własne uznanie, brak empatii i szukanie wpływów. W przypadku masochizmu kleryk czy kapłan patrzy na siebie wyłącznie przez pryzmat własnej konsekracji (“wybrania”) i formację pojmuje jako przygotowanie do złożenia ofiary z siebie (“męczeństwa”), której wyznacznikiem jest przyjęcie cierpienia (“własne uświęcenie”). Rygoryzm przejawia się natomiast w rozumienia powołania jako zobowiązania (“obowiązku”), gdzie prawo stoi na równi z Bogiem, a seksualność traktowana jest z wielką podejrzliwością. O problemach związanych z seksualnością duchownych katolickich wciąż wiemy niewiele. Dotychczasowe badania sugerują, że w kwestii przeżywania własnej seksualności księża różnią się od reszty społeczeństwa. Wyniki testów prowadzonych wśród amerykańskich duchownych wskazują, że ok. 40 proc. z nich ma skłonności homoseksualne. Inne badania z USA - choć uważane za niereprezentatywne i obarczone słabościami metodologicznymi (przeprowadzone w oparciu o wywiady z tysiącem księży katolickich, z których połowa była poddana terapii, oraz z pięciuset ich seksualnymi partnerami) - doprowadziły prowadzącego je psychiatrę do wniosku, że 20 proc. duchownych żyło w związkach homoseksualnych, a 20 proc. w stałych związkach z kobietami, a liczby te odpowiadają pewnej ogólnej tendencji wśród amerykańskiego kleru. Badania dotyczące wykroczeń seksualnych w stosunku do nieletnich wskazują, że ok. 2 do 5 proc. księży katolickich miało kontakty seksualne z nieletnimi. Wśród tych duchownych aż 80 proc. (a być może i więcej) wykorzystywało seksualnie chłopców pomiędzy 13 a 17 rokiem życia. Wydaje się, że liczba 2 do 5 proc. odpowiada duchownym z innych tradycji religijnych i jest niższa od ogólnej populacji męskich przestępców seksualnych, szacowanych w granicach 8 proc. w społeczeństwie. Liczba duchownych zaangażowanych w kontakty seksualne z osobami dorosłymi jest nieznana. Przeprowadzone ostatnio w USA badania wśród duchownych, będących pięć lat po święceniach, i wśród tych, którzy odeszli, pokazują, że kwestie zdrowia psychicznego i pomocy w rozwoju psychoseksualnym nie doczekały się jeszcze właściwej recepcji ze strony hierarchii kościelnej. Wciąż powtarza się sytuacja, w której edukacja kleryków koncentruje się na tym, jak respektować innych, okazywać troskę, kontrolować siebie, a nawet “akceptować” własną seksualność, ale nie jak ją zintegrować z własną osobowością. W obliczu tych statystyk, jak i wniosków, które na ich podstawie można sformułować, przytoczona przez ks. Augustyna przestroga: “Jeśli masz być kiepskim księdzem... zastanów się, co robisz”, wydaje się być jak najbardziej na miejscu. W Polsce dobrze by było, gdybyśmy zaczęli się uczyć od innych - jeśli już nie na ich wzorach, to przynajmniej z ich błędów Źródła podstawowe: C. W. Baars, “The role of the Church in the causation, treatment and prevention of the crisis in the priesthood”, 1971; E.C. Kennedy, V.J. Heckler, “The Catholic priest in the United States: Psychological investigations”, Washington 1972, U.S. Catholic Conference; L.M. Rulla, F. Imoda, J. Ridick, “Entering and leaving vocation: intrapsychic dynamics”, Rome 1976, PUG. Literatura pomocnicza: D.R. Hoge, “The first five years of the priesthood. A study on newly ordained catholic priests”, Collegeville 2002, Liturgical Press; L. Sperry, “Sex, priestly ministry, and the Church”, Collegeville 2003, Liturgical Press; J. W. Ciarrocchi, R. J. Wicks, “Psychotherapy with priests, protestant clergy, and catholic religious. A practical guide”, Madison 2000, Psychosocial Press; K. Dyrek, “Formacja ludzka do kapłaństwa”, Kraków, 2000, Wydawnictwo WAM. tygodnik.onet.pl/1546,1179098,1,dzial.html PS. Biorąc pod uwagę coraz bardziej "popularne" nieobyczajne zachowanie się urzędników kościelnych wszelkiej maści, wskaźnik tylko 10-15 proc. amerykańskich księży uznanych za osoby dojrzałe psychicznie chyba bez większego błędu można by odnieść również i do Katolandu. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Bóg mógł stworzyć człowieka drogą ewolucji darwino 10.08.05, 21:41 Pan Bóg mógł stworzyć człowieka drogą ewolucji darwinowskiej W przesłaniu do członków Papieskiej Akademii Nauk z 1996 r. Jan Paweł II stwierdził, iż "nowe zdobycze nauki każą nam uznać, że teoria ewolucji jest czymś więcej niż hipotezą". Kard. Christoph Schönborn uważa to przesłanie za "raczej niejasne i nieistotne", bo Papież powiedział coś odmiennego jedenaście lat wcześniej, a więc w okresie na tyle odległym, że Jan Paweł II miał czas na zaktualizowanie poglądów. 2005-07-24 Kardynał uważa, że natura dostarcza dowodów na istnienie Boga-Stwórcy, a teorie tłumaczące powstanie świata wskutek “przypadku i konieczności”, jak określa się darwinowską teorię ewolucji, nazywa całkowicie nienaukowymi. Problem w tym, że poważni naukowcy są dokładnie odmiennego zdania, a naśladowanie procesów darwinowskiej ewolucji stało się skutecznym sposobem projektowania skomplikowanych urządzeń. Teoria ewolucji pełni obecnie w biologii taką rolę jak termodynamika w fizyce: obserwacje biologiczne muszą być z nią niesprzeczne. Pan Bóg mógł stworzyć świat ożywiony, w tym człowieka, drogą ewolucji darwinowskiej. Ewolucja nie jest procesem zdeterminowanym, co wynika m.in. z losowego charakteru mutacji, ich niezdeterminowanego losu (mutacja korzystna może zniknąć, bo jej nosiciel zginął przed wydaniem potomstwa) i zjawisk katastroficznych, takich jak zderzenie Ziemi z dużym meteorytem na przełomie kredy i trzeciorzędu, które zakończyło królowanie dinozaurów i dało szansę na zróżnicowanie ssakom. Jeśli uznamy Boga za Pana Zjawisk Losowych, co wydaje się przecież rozsądne, to miał On wiele możliwości działania w takim kierunku, by świat był taki, jaki jest, by powstał człowiek zdolny do refleksji i uznania Jego istnienia. Znaleźliśmy się na Ziemi przypadkowo z przyrodniczego, ale tylko przyrodniczego punktu widzenia. Człowiek wierzący ma prawo dostrzegać w tym rękę Boga, ale musi pogodzić się z myślą, że niewierzący nie przyjmie jego punktu widzenia. Forsowanie ortodoksyjnych poglądów prezentowanych przez kard. Schönborna zaowocować może jedynie całkowitym odcięciem się przyrodników od religii. Jan Kozłowski Prof. Jan Kozłowski wykłada ewolucjonizm na UJ i ekologię w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Tarnowie. tygodnik.onet.pl/1546,1238283,dzial.html Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Nie chcą religii w szkołach IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 10:49 Nie prawcie nam kazań Federacja Młodych Socjaldemokratów zaczyna zbierać podpisy pod petycją do ministra edukacji narodowej i sportu w sprawie zniesienia nauki religii w szkołach. Na razie akcję pilotuje pomorska młodzieżówka SLD, ale spontanicznie przyłączają się do niej inne regiony. Władze Sojuszu nie zajęły jeszcze stanowiska w tej sprawie. Katarzyna Maria Piekarska, wiceszefowa Sojuszu, podkreśla, że inicjatywa jest słuszna, choć ze względu na konkordat będzie bardzo trudna do realizacji. - Osobiście popieram tę akcję i myślę, że będzie ona miała charakter ogólnopolski. To jest realizacja postulatów lewicy. Jeśli nie chce tego robić SLD, to będziemy to robić my - powiedział nam Grzegorz Pietruczuk, szef FMS. - Szkoła jest instytucją państwową i wedle nas powinna być świecka - dodaje. Zapewnia, że już wkrótce wszyscy, którzy będą chcieli podpisać się pod petycją do MENiS, będą mogli to zrobić. Na razie podpisy są zbierane w Gdańsku, Gdyni, Słupsku i Malborku. Akcja ma trwać do końca lipca. FMS domaga się przeniesienia nauki religii ze szkół do kościołów. - Szkoły zatrudniają tysiące katechetów na koszt państwa, a uważam, że powinno być tak jak kiedyś, kiedy byłem dzieckiem: lekcje religii odbywały się w kościele i kto chciał, to na nie uczęszczał - mówi Pietruczuk. W uchwale władz pomorskiej FMS podjętej 9 czerwca podkreślono, że artykuł 53 konstytucji gwarantuje każdemu obywatelowi prawo do nieujawniania swoich przekonań religijnych. "Religia jako przedmiot nauczania w szkole nie pozwala młodym ludziom na korzystanie z tego prawa" - czytamy w dokumencie. Kierownictwo pomorskiej FMS sprzeciwia się jednocześnie finansowaniu katechetów z pieniędzy podatników. Zdaniem młodych działaczy lewicy, za pensje nauczycielskie dla księży powinni płacić rodzice, którzy chcą posyłać swoje dzieci na religię. - Jestem bardzo miło zaskoczony przyjęciem, z jakim spotkała się nasza akcja - mówi Paweł Wolny, szef pomorskiej młodzieżówki SLD. - Dostajemy wiele sygnałów z poparciem, listów, maili. Myślę, że powinniśmy dostać wsparcie od parlamentarzystów SLD. Szef pomorskiego Sojuszu pochlebnie wypowiedział się o naszej inicjatywie. Lewicowy elektorat został zawiedziony i nasza akcja jest zaczątkiem powrotu do wartości. Chodzi nam o zainicjowanie dyskusji. Społeczeństwo niekoniecznie się zgadza z zapisami konkordatu - uważa. - Akcja jest rewelacyjna. Na swojej stronie internetowej zamieściliśmy już uchwałę kolegów z Pomorza i deklarację do zbierania podpisów. Czas skończyć z hipokryzją. Nam chodzi o powrót do normalności. Nie potraktowaliśmy tej inicjatywy w ten sposób, że ktoś usiadł w gabinecie i powiedział: cholera, zróbmy coś, żeby zaistnieć medialnie. To jest spontaniczne. Warto walczyć o prawdę - podkreśla Konrad Gołota, szef FMS na Mazowszu. Nauczanie religii w szkołach to realizacja postanowień konkordatu i ustawy o szkolnictwie. - Konstytucja RP stoi ponad konkordatem i daje każdemu prawo do nieujawniania swoich przekonań religijnych. To będzie test dla parlamentarzystów SLD. Czas powrócić do dyskusji, które kiedyś były przez lewicę prowadzone. Od kilku lat kompromis z Kościołem w sferach rządzących oznacza de facto uleganie we wszystkim Kościołowi. Jak ktoś odważy się coś powiedzieć, to mamy święte oburzenie - mówi Gołota. Piekarska cieszy się, że to młodzi lewicowcy podnoszą ten temat. - To co można zrobić, to likwidacja ocen z religii na świadectwach i bezwzględna realizacja postulatu, by religia w szkołach rzeczywiście była na ostatnich lekcjach, tak jak miało to być kilka lat temu. W tej chwili jest różnie. Inicjatywa FMS jest fajna, bo zwraca uwagę na inne problemy z tym związane. Obawiam się jednak, że wyprowadzenie religii ze szkół będzie bardzo trudne ze względu na umowę konkordatową, którą niestety - bo głosowałam przeciw - przyjęliśmy w obecnym kształcie - mówi wiceszefowa SLD. - Prawdopodobnie podniosą się znowu głosy, że SLD walczy z Kościołem, ale to nie jest walka z Kościołem, tylko walka o tolerancję. Osobiście uważam, że religia powinna być nauczana w Kościołach, a nie w szkole. (JK) * * * Katecheza z tacy Akcja FMS wzbudziła duże zainteresowanie internautów. Na portalu Wirtualnej Polski pojawiło się prawie półtora tysiąca opinii. Przeważa poparcie. "Trzeba przeprowadzić takie zbieranie podpisów w całej Polsce. Może da się jakoś uleczyć to państwo wyznaniowe. Dlaczego z moich podatków mam łożyć na katolików? - pisał jeden z internautów. Inny dodawał: - "Te pieniądze powinno się przeznaczyć na chociażby dożywianie ubogich dzieci a nie na pensyjki katechetów. Religię niech sponsoruje Kościół z tac". "Chodziłem na religię i nie wierzę. Teraz kolej na mojego syna, który też nie wierzy, ale na religię kazałem mu chodzić. Niech się zorientuje, o co biega. Wezwała mnie do szkoły katechetka. Syn odmawia zbiorowego odmawiania modlitwy. Odpowiadam, że konstytucja zabrania komukolwiek zmuszać go do tego. Uważam, że należy niezwłocznie usunąć religię ze świadectw. Szkoła tak jak państwo ma być świecka" - pisał jeszcze inny. "Niech Ci od Boga pokażą swoją postawą, co wart jest ich Bóg. Nie przez pedofilię, bogactwa, pijaństwa, zboczenia. Cnotą udowodnią, że są lepsi bo wierzą... A nie poprzez zmuszanie innych do praktyk, na które ci nie mają ochoty". Były też głosy krytyczne: - "Dlaczego komuchy tak boją się religii? Żadnemu normalnemu człowiekowi nie przeszkadza religia w szkołach. Ale Polak to taki typ, który musi ciągle przeciw czemuś protestować". Wielu internautów zaatakowało bezpośrednio FMS. "Po co zbieracie głos?" - pytał jeden. "Wasi ojcowie najpierw Polskę sprzedali, a teraz okradli. Jeszcze wam mało? Religia wam przeszkadza, bo mówi, że powinniście być ludźmi, a nie zboczeńcami, złodziejami, sprzedawczykami. Religia mówi o honorze, ojczyźnie, a wam te ideały są obce i kolą w oczy. Wasze żydowskie sumienie jest stłamszone. Dobrze, że jest Oświęcim. Nie trzeba będzie budować od nowa, wprowadzi się tylko mniejsze ruszty". Lub: "Młode komuchy to typowe prymitywy, nie chcą nawet poznać tego, z czym walczą". "Boga nie ma, tak?" - pytał z oburzeniem jeden z internautów. "Więc jesteście durniami walczącymi z kimś/czymś, kogo/czego nie ma. Skrajny prymitywizm, właźcie z powrotem na drzewo i obierajcie banany, nie dla was chodzenie po ziemi". Pojawił się też głos nauczyciela: "To, co się dzieje na lekcjach religii w szkole, woła o pomstę do nieba. Dzieciaki traktują religię jako długą przerwę, czas na napisanie lekcji itp. Religia wymaga nastroju zadumania, szkoła na to nie jest dobrym miejscem. Dzieciaki traktują religię jako następną lekcję do odbębnienia, a nie tak powinno być. Więcej religii w szkołach to mniej wierzących mimo starań katechetów i w naszym wypadku ojców paulinów. Szkoda, że religia schodzi na plan dalszy, lepiej, żeby wróciła do kościołów". (DK) www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2004062304 Odpowiedz Link Zgłoś
edico Tak czy nie dla religii w szkołach 11.08.05, 11:59 Niewielki sondaż internetowy przeprowadzony wśród uczniów szkół wykazuje, że zaledwie 39% wypowiadających się jest za pozostawieniem religii w szkołach. Biorąc pod uwagę formę wprowadzenia tego przedmiotu do szkół oraz uwzględniając tylko treść treści art. 12, ust. 1 Konkordatu: "Uznając prawo rodziców do religijnego wychowania dzieci oraz zasadę tolerancji Państwo gwarantuje, że szkoły publiczne podstawowe i ponadpodstawowe oraz przedszkola, prowadzone przez organy administracji państwowej i samorządowej, organizują zgodnie z wolą zainteresowanych naukę religii w ramach planu zajęć szkolnych i przedszkolnych", można uznać wszędobylstwo kościoła w naszym życiu społecznym za bardzo wątpliwie uzasadnione. Odpowiedz Link Zgłoś
edico Re: Radio Maryja przestało nadawać??? 11.08.05, 13:28 Powodem zaprzestania nadawania programu przez Radio Maryja mają być kłopoty techniczne. Po opanowaniu TVP i Radia Publicznego jest to raczej zagrywka taktyczna i należy spodziewać się zabiegów włączenia taj stacji w system finansowania państwowego. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed KOSCIÓŁ KATOLICKI Sp z o.o. - Zdani na współpracę IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:07 Przed wielu laty w Tygodniku Powszechnym Tadeusz Żychiewicz w Poczcie ojca Malachiasza odpowiadał na listy czytelników, pisywał o sprawach wiary. Był pisarzem i publicystą religijnym, którego twórczoć można scharakteryzować dwiema maksymami: mów prawdę i nie nudz. W czasach PRL zaproszono go na KUL z okazji Tygodnia Kultury Chrzecijańskiej. Przed bardzo dostojnym gronem zaczął się zastanawiać, po co właciwie, i dlaczego, Kociół tak pilnie naladuje partię? Bo to dyscyplina całkiem partyjna, strachy też takie jakie partyjne i każdy księżulo stara się dowiedzieć, co się mówi w Komitecie Centralnym, czyli w kurii prymasowskiej. Jeli tego nie może, to bodaj, co się mówi w lokalnej kurii. I wszyscy czekają na instrukcje. Pyszne, prawdziwe i do dzisiaj aktualne. Przypominam tę barwną postać i jego przekorną wypowiedz, gdyż podzielam sposób postrzegania Kocioła przez Tadeusza Żychiewicza ciepły, życzliwy, ale bez niepotrzebnych złudzeń. Nie zgadzam się z oczekiwaniami większoci kleru, że o Kociele należy mówić tak, jak o zmarłym nil nisi bene nic oprócz pochwał. JĘzyk pogardy Rozważania dotyczące sytuacji katolików na lewicy muszę zacząć od przypomnienia jak przez minione kilkanacie lat kształtowały się stosunki pomiędzy lewicą a Kociołem. Gdy upadł komunizm, zwycięski Kociół rozpoczął eskalację roszczeń, a na krytykę odpowiedział językiem krucjaty. Jedynym prawdziwym katolikiem był ten, kto popierał konkordat, zakaz rozwodów, absolutny zakaz aborcji, wpisanie do ustawy obowiązku przestrzegania wartoci chrzecijańskich, modlitwę w wojsku na rozkaz itp. Siłą rzeczy prawdziwym chrzecijaninem nie mógł być katolik o poglądach lewicowych. Oliwy do ognia dolewały nieprzemylane wypowiedzi prymasa Glempa: AIDS karą za grzechy, czy słynne okrelenie krytyków kleru jako szczekające kundelki. W dialogu hierarchów z lewicą dominował język, w którym była pogarda, lekceważenie i chęć poniżenia komuchów. W owym czasie biskup Frankowski na mszy w Stalowej Woli wygłosił takie kazanie. Rządzą nami pętaki i takie pętaki Polskę sprzedają, pętaki dzieci nam uczą, telewizję tworzą. W nauczaniu Kocioła podobno szacunek dla drugiego człowieka jest najważniejszy. Po zwycięstwie Aleksandra Kwaniewskiego w wyborach prezydenckich w 1995 roku, przeor Szczepan Konik zapowiedział, że do swojego klasztoru na Jasnej Górze nie wpuci komunistów. Jak ich rozpozna nie powiedział. Przy tej okazji prymas Glemp mówił o chorej częci społeczeństwa i neopoganach. Trzeba uczciwie przyznać że lewica na okazywaną jej pogardę reagowała żywiołowym antyklerykalizmem. Czas przyjaznych gestów W drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych gorączka wyraznie opadła. Kociół uzyskał to co chciał a lewica bardziej trzymała w garci swoje emocje. W 2001 roku liderzy SLD przestali mówić o grozbie klerykalizacji państwa. Zaczął się okres przyjaznych gestów, spotkań z papieżem i przedstawicielami Episkopatu. Chodziło o wynik wyborczy, SLD chciało samo rządzić, a do tego potrzebne było poparcie katolików o centrowych poglądach. Mimo tych umizgów przed wyborami parlamentarnymi Rada Stała Episkopatu napisała list do wiernych wzywając ich, aby nie głosowali na SLD. List odniósł skutek, również z tego powodu Sojusz nie miał większoci w Sejmie. Ten wrogi gest niczego nie zmienił. Leszek Miller już jako premier zablokował liberalizację ustawy antyaborcyjnej, przychylnie zaczął się wypowiadać o obecnoci Boga w konstytucji europejskiej. Tym razem chodziło o integrację z Unią Europejską. W referendum unijnym poparcie Kocioła wydawało się niezbędne. Wewnątrzpartyjny spór o kwestie wiatopoglądowe, o relacje państwo Kociół został zduszony. Strategia Millera miała prowadzić do powstania nowej lewicowoci, takiej która nie potrzebuje sporów z Kociołem, aby się okrelić. Wielki cel, integracja z Europą, został osiągnięty, koszty polityczne przymierza ołtarza z tronem zapłaciła partia. Pamiętam taki weekend, w którym marszałek Borowski troszczył się w Moskwie o interesy Kocioła katolickiego w Rosji. Premier Miller gocił u prałata Henryka J. w parafii więtej Brygidy w Gdańsku i załatwiał mu koncesję na wydobycie bursztynu, a Marek Dyduch na zjezdzie wojewódzkim w Bydgoszczy owiadczył: SLD grozi stłamszenie przez Kociół. Jak lewica rządzi, to Kociół najwięcej ciągnie. Kupują nas, terroryzują. Taki sposób uprawiania polityki wkurzył wszystkich. Leszek Miller doprowadził do białej gorączki żelazny elektorat, Dyduch nie był w stanie swoją ostrą wypowiedzią tego zrekompensować, a za to przestraszył tych naszych zwolenników, którzy uważali, że starcie z Kociołem przed referendum nie jest nam do niczego potrzebne. Moim zdaniem Episkopat ma wiele twarzy. W zależnoci od potrzeb taktyki i strategii działania objawia jedną z nich. Im partner strony kocielnej jest słabszy, bardziej uległy, tym częciej Kociół stosuje wychowawczą metodę kija (bez marchewki). Gdy niedawno senator Krystyna Sienkiewicz zgłosiła postulat samodzielnego opłacania składki na ochronę zdrowia przez duchownych, a nie z Funduszu Kocielnego finansowanego przez budżet, hierarchowie zareagowali wyjątkowo arogancko nie kryjąc pogardy dla osłabionego SLD. Strategia Millera legła w gruzach. Czas niepokory Musimy wysoko nieć sztandar niepokory. Nadszedł moment, w którym SLD musi odpowiedzieć sobie na następujące pytania: Kim jest katolik o poglądach lewicowych? Kim on jest w Kociele? Jak postrzega relacje lewica Kociół. Niezbędne jest wypracowanie nowej sensownej strategii postępowania z tak potężną instytucją jaką jest Kociół. Musimy zdać sobie sprawę z tego, że Kociół w życiu publicznym występuje w dwóch odmiennych funkcjach. Po pierwsze jest instytucją wywierającą nacisk w celu zrealizowania swoich celów, tak jak związki zawodowe, stowarzyszenia, czy grupy lobbingowe. Minione kilkanacie lat dostarczyło nam tysięcy dowodów na to, że Kociół potrafi być potężną i bezwzględną grupą nacisku. Prawica ulegała tej presji praktycznie w każdym przypadku. Kociół w przypadku pornografii, antykoncepcji, wychowania seksualnego, przerywania ciąży zatarł granicę pomiędzy normą państwową, a religijną. Lewica powinna się tej sile umieć oprzeć. We wszystkich sporach muszą wreszcie dojć do głosu argumenty merytoryczne i względy społeczne. Nie można dopuszczać do tego, aby Kociół powołując się na nadprzyrodzoną misję, domagał się szczególnych przywilejów, stawiał się ponad prawem. Tak się działo w wielu przypadkach, na przykład przy sprowadzaniu na masową skalę luksusowych samochodów osobowych dla celów kultowych. Na tym polu nie może istnieć dialog. Lewica musi traktować Kociół tak, jak inne grupy nacisku dbać o przestrzeganie prawa, troszczyć się o finanse państwa. Wspólny jĘzyk jutra Istnieje też w Polsce inny Kociół katolicki, z którym czuję się zaprzyjazniony. Jest to instytucja, która strzeże swojej tradycji i dziedzictwa. Umie je przekazywać. Staje po stronie biednych i skrzywdzonych. To dom Boży w którym kapłani promieniują wiarą i mają ciepły stosunek do bogactwa myli tych, co nie są z nimi. Uważam że Kociół jutra będzie tradycjonalistyczny i to lewica musi uszanować. Zorientowany socjalnie i to lewica musi wspierać. Z Kociołem jutra odnajdziemy powoli wspólne troski i wspólny język. Istnieją rozległe obszary życia społecznego, które stanowią przedmiot zainteresowania zarówno lewicy jak i Kocioła i na tych polach współpraca jest konieczna. Wspólnie powinnimy decydować, gdzie w kapitalizmie, dla obrony ludzkiej godnoci, powinny być zakrelone nieprzekraczalne linie. (KRZYSZTOF MARTENS) www.trybuna.com.pl/n_show.php?code=2004090303 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Katolik jak klient hipermarketu (1) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:17 Paweł Śpiewak Socjolog, kierownik Zakładu Historii Myśli Socjologicznej Uniwersytetu Warszawskiego, autor m.in. książek "Ideologia i obywatele", "W stronę wspólnego dobra" Polska jest krajem antyklerykalnych katolików. To oni, a nie rządy czy konkordaty, doprowadzili do pełnego rozdziału Kościoła od państwa. W innych krajach europejskich zdarzyło się to kilkadziesiąt lat temu. W Polsce przeżywamy obecnie swego rodzaju kryptoreformację (jak kiedyś zauważyła Jadwiga Staniszkis). Antyklerykalne postawy polskich katolików wynikają m.in. z tego, że jedynie 15 proc. z nich pogłębia swoją wiarę, reszta zaś przyjmuje ją na zasadzie świeckiego rytuału. Po niedzielnej mszy wracają do "normalnego życia", gdzie wskazania proboszcza czy wikarego nie mają żadnego znaczenia. Ta letnia religijność Polaków decyduje o tym, że nie ma u nas miejsca na fundamentalizm religijny, ale jednocześ-nie większość wierzących jest doskonale impregnowana na naukę moralną Kościoła (choćby na dziesięć przykazań). Zdumiewa fakt, że katolików jest w Polsce więcej (92 proc.) niż wierzących w istnienie Boga (91 proc.). Podobnie jak to, że 5 proc. osób uważających się za głęboko wierzące w ogóle nie chodzi do kościoła. Jest zaskakujące, jak mało w polskiej religijności zmieniło się od stu lat. Stanisław Brzozowski pisał w "Legendzie Młodej Polski": "Polak wie, że msza się odprawia, że żona i służba chodzą do spowiedzi, że jest święcone i że przed śmiercią trzeba będzie o tym wszystkim pomyśleć. (...) A przecież ten martwy fakt przynależności do Kościoła pozwala nie myśleć o całym szeregu kwestii, pozwala zbywać niczym, ot, przeżegnaniem się lub zdjęciem czapki przy spotkaniu księdza, omijaniu Kościoła. (...) Co dzień po wszystkich kościołach odbywa się msza żałobna za setki tysięcy myśli nie rozbudzonych, sumień na wieki pogrzebanych. Ite missa est! Wracajcie dziateczki do swych zatrudnień, idźcie wszyscy razem, lichwiarz, sędzia, złodziej, adwokat, prostytutka". Tożsamość przez wiarę Statystyki dowodzą, że Polski nie sposób jednak pojąć bez katolicyzmu. Od wielu dekad w tej samej proporcji układa się odsetek osób głęboko wierzących, wierzących i niewierzących. Tych ostatnich, według różnych statystyk, jest nie więcej niż 10 proc., co czyni ich swego rodzaju mniejszością społeczną. A mniejszość i jej domniemani rzecznicy (na przykład senator Maria Szyszkowska) chętnie sięgają do języka zagrożenia i prześladowań, pomstując na nietolerancję większości. Względnie stała jest liczba osób deklarujących swoje cotygodniowe uczestnictwo w mszach świętych. Aż 78 proc. Polaków twierdzi - jak się okazuje, mocno mijając się z prawdą, bo zbierane przez Kościół katolicki dane są znacznie ostrożniejsze - że regularnie bierze udział w mszach. Statystyki wskazują na systematycznie malejący odsetek osób uczestniczących w mszach (nieco mniej niż połowa narodu), zarazem wskazują na rosnącą (od 1980 r.) liczbę osób przystępujących do komunii. Tożsamość religijna odgrywa przy tym wybitną rolę w samookreśleniu ludzi. Najpierw definiujemy się przez swoją narodowość (87 proc.) - patriotów jest u nas dostatek - potem przez więzi rodzinne i zdecydowanie przez wiarę. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Wiara wyprana z wiary (2) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:20 Polska religijność ma charakter masowy i mimo otwarcia na świat, mimo szerszej niż przed rokiem 1989 obecności nowoczesnych wzorców życia, mimo rozszerzenia zakresu wolności, trudno mówić o postępie procesów laicyzacyjnych. Można natomiast mówić o postępującym wypraniu wiary z wiary. I nie kłóci się to z przywiązaniem do swojej tradycji. Straszenie Europą jako siedliskiem szatana okazało się kompletnie bez sensu. Również częste antydemokratyczne wystąpienia hierarchów i księży z początku lat 90. nie miały podstaw. Co najwyżej wywoływały jawnie antyklerykalne postawy. W każdym razie nasza demokracja w niewielkim lub w zgoła żadnym stopniu nie wpłynęła na popularność ateizmu czy środowisk antyreligijnych. Trwamy w wierze, nie bacząc na argumenty antykościelne, i wydaje się, jakby żadna siła nie mogła Polaków oderwać od ich kultu świąt, rytuałów chrztu czy ślubu. Chętnie się mówi o różnych formach polskiej religijności: od ortodoksyjnej po - nazwijmy ją - popularną. Są osoby, które mówią o swojej głębokiej wierze i bezpośrednim intensywnym doświadczaniu bliskości Boga. Na tyle, na ile badania socjologiczne mogą tu być pomocne (bo jak ten rodzaj przeżyć badać - ankieta wydaje się narzędziem nieco siermiężnym i niestosownym), okazuje się, że 53 proc. Polaków odczuwa bliskość Boga, a 17 proc. wskazuje na dużą siłę tego przeżycia. Zarazem, co może zbijać z tropu, aż 83 proc. Polaków deklaruje, że nie odczuwa bliskości Jezusa ani Matki Boskiej. To fakt zaiste zastanawiający, bo stoi w sprzeczności z powszechnym i wydawałoby się oczywistym wyobrażeniem o wyjątkowym miejscu kultu Maryi w polskim katolicyzmie. Z badań pallotyńskiego Instytutu Statystyki Kościoła Katolickiego wynika, że tylko 69 proc. wierzących uważa, że istnieje życie wieczne. W zmartwychwstanie wierzy 65,8 proc. badanych. Nauczanie moralne Kościoła akceptuje zaledwie 31 proc. młodzieży (połowa spośród chodzących w tej grupie do kościoła). Współżycie płciowe przed ślubem akceptuje niemal 70 proc. młodych katolików, a ponad trzy czwarte - używanie środków antykoncepcyjnych. Polscy katolicy bynajmniej nie mają ochoty święcić dnia świętego, bo wygodnie jest w niedzielę robić zakupy. To, co wyróżnia religijność po upadku komunizmu, to rosnąca wiara w szatana i piekło - przewyższająca wiarę w niebo. Wiara w kary piekielne dziwnie łączy się z przeświadczeniem, że swoim bliźnim nie należy ufać i że więcej jest w nich zła niż dobra. Z nauk biblijnych z pewnością wyciągnęliśmy wniosek, że grzech pierworodny nie należy do sfery mitycznej czy odleg-łej przeszłości, ale przenika wszystkie sfery życia: od polityki po gospodarkę. Wszak gra społeczna toczy się, jak sądzimy, nie o moralne wartości - sprawiedliwość czy braterstwo, lecz o pieniądze i władzę. Jakże nie wzywać kar piekielnych i oczekiwać sprawiedliwości jeśli nie w tym, to przynajmniej na tamtym świecie? Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Religijna schizofrenia (3) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:44 Kościół jest jedną z niewielu instytucji, która cieszy się nadal sporym, choć malejącym zaufaniem (spadek od 1990 r. o 12 proc. - warto jednak zauważyć, że niemal w całej Europie Kościół jest jedną z nielicznych instytucji zaufania publicznego). Ale to zaufanie jest podszyte czymś więcej niż uważnym dystansem. Ponad jedna trzecia Polaków twierdzi uparcie, że Kościół jest przede wszystkim zainteresowany władzą doczes-ną, co oznacza, że jest naturalnym sojusznikiem bogatych i potężnych. Zdecydowana większość wiernych sądzi, iż jest to instytucja nader bogata. Często narzekamy na pazerność ojców dobrodziei. Dostrzegamy kontrast między naszym mniej lub bardziej prawdziwym ubóstwem, a rzekomą zasobnością kleru. To oczywiście musi budzić nie tyle zawiść, ile przekonanie o hipokryzji panującej w Kościele. Nasz stosunek do Kościoła to zaawansowana schizofrenia. Nie życzymy sobie, by Kościół mieszał się do polityki. Nie chcemy go widzieć przy władzy. Uważamy, że jego wskazania w dziedzinie społecznej i politycznej są niewiele warte, a co ważne, nie życzymy sobie takich pouczeń z ambony. Ponad połowa wiernych nie chce żadnych porad dotyczących indywidualnego postępowania, tym samym powiadając, że nie będzie ich nikt pouczał, jak i z kim mają uprawiać seks czy robić interesy. Dziwaczny stosunek Polaków do wiary i Kościoła nie wiąże się z liberalizacją postaw moralnych, bo rośnie odsetek osób twierdzących, że istnieją niepodważalne zasady, które pozwalają odróżnić dobro od zła. Mówi się wręcz o usztywnieniu postaw religijnych, a w każdym razie lubimy potępiać bliźnich za odstępstwa od wiary. Wydajemy surowe oceny, stanowczo osądzamy innych (rzadziej siebie), a zarazem sceptycznie odnosimy się do pouczeń Kościoła. Nie tylko zachowujemy dystans do nauk etycznych, ale również skłonni jesteśmy postępować i myśleć tak, jakby religia zaczynała się i kończyła w kościelnym budynku. W domu już obowiązują odmienne reguły. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Wiara jak zakupy (4) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:46 Nie bierzemy udziału w życiu stowarzyszeń religijnych - pod tym względem zaliczamy się do najbardziej zlaicyzowanych społeczeństw europejskich. Wyjątkowo wstrzemięźliwie korzystamy z prasy katolickiej, co zapewne świadczy o tym, że nie pogłębiamy ani wiedzy, ani wrażliwości religijnej. Prasa katolicka to obecnie jedynie 2 proc. nakładu całej prasy polskiej, podczas gdy przed wojną było to aż 27 proc. Niekiedy mówi się o swego rodzaju subiektywizacji czy uwewnętrznieniu wiary. Twierdzi się, że ludzie szukają w Kościele odpowiedzi na swoje pytania, ale chętniej sami chcą dociekać prawdy. Fakt ten nie bardzo znajduje potwierdzenie w badaniach. Granica między subiektywizacją doświadczenia religijnego a zwykłą wygodną dla człowieka relatywizacją dogmatów jest nader płynna. Przekonuje mnie inna interpretacja, przedstawiona przez Sławomira Mandesa, który pisał: "Polacy oczekują od Kościoła, że będzie kimś w rodzaju terapeuty, który da wsparcie i wysłucha w obliczu spraw ostatecznych, usprawiedliwi złe postępki, rozgrzeszy i uspokoi sumienie, a jednocześnie nie będzie się wtrącał nie pytany do spraw klienta". Można rzec, że wielu wiernych zachowuje tradycyjny szacunek dla instytucji Kościoła, jest obyczajowo głęboko z nim związana, jednak często zachowuje się jak klient supermarketu, który wybiera z półki to, co mu odpowiada. I z tego powodu nie odczuwa poczucia winy. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed Re: Homo sovieticus w Kościele (5) IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 11.08.05, 19:50 W 1989 r. ksiądz Józef Tischner odkrywał obecność homo sovieticus w całym społeczeństwie, również w Kościele. Ksiądz profesor dramatycznie i wnikliwie pisał: "Zawsze pełen roszczeń, zawsze gotów do obwiniania innych, a nie siebie, chorobliwie podejrzliwy, przesycony świadomością nieszczęścia, niezdolny do poświęcenia siebie obracał się między Wawelem a Jasną Górą jako natręt i wyrzut sumienia duszpasterzy". Niemal piętnaście lat później możemy spytać: czy coś się od tego czasu zmieniło? Czyżby homo sovieticus, równie zadowolony z siebie, jak rozzłoszczony na świat niczym nie naruszona skamielina, trwał i nadal obnosił się między Wawelem, Radiem Maryja i Jasną Górą? Paweł Śpiewak www.wprost.pl/drukuj/?O=51425 Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: Ed B. chórzysta skazany za seksualne wykorzystywanie IP: *.olsztyn.sdi.tpnet.pl 12.08.05, 03:29 B. chórzysta skazany za seksualne wykorzystywanie chłopca Na półtora roku więzienia w zawieszeniu na dwa lata skazał poznański sąd byłego chórzystę Polskich Słowików. Tomasz P. przed 10 latu wykorzystał seksualnie nieletniego chłopca. Mężczyzna był świadkiem w procesie skazanego za pedofilię, byłego dyrygenta Polskich Słowików Wojciecha Kroloppa. Jednak i jego prokuratura oskarżyła o wykorzystywanie seksualne nieletniego. Szczegóły sprawy zostały utajnione przez sąd ze względu na dobro pokrzywdzonego. Na sali sądowej było dziś kilkunastu dziennikarzy, zabrakło jednak oskarżonego. Obrońca Tomasza P. nie zgodził się z wyrokiem i zapowiedział apelację. Jego zdaniem, jeśli Tomasz P. jest winny to otrzymał stosunkowo niską karę. Według obrońcy, wynika to z tego, że sąd był niepewny co do dowodów, a były nimi tylko zeznania pokrzywdzonego i świadków. Apelację zapowiedziała również prokuratura. Jej zdaniem, wyrok jest zbyt niski i kara powinna być też orzeczona bez zawieszenia. Tomasz P. jest na wolności. Był sądzony z dwoma innymi mężczyznami, którzy dobrowolnie poddali się karze. Sąd skazał ich na cztery oraz trzy i pół roku więzienia. (IAR) serwisy.gazeta.pl/kraj/1,34308,2864761.html Odpowiedz Link Zgłoś