Gość: bonczek
IP: *.acn.pl / 10.132.128.*
15.04.02, 00:40
Miałem czas, chwilę czasu wracając ciuchcią z Głównego na warszawski Centralny.
znudzony brakiem towarzystwa sięgnąłem po jedną z wrocławskich gazet, w której
to przedrukowywane są fragmenty książki prof. Normana Daviesa a dotyczącej
historii Wrocka.
Po jego „Europie” jakże zachwalanej i grubaśnej w swej formie książka o Wrocku
kreowana zaczyna być na hicior. Jako dogmat zaczynamy przyjmować opracowania
zachodnich historyków odnoszące się do naszego miasta. W wielu , acz nie
wszystkich opiniach co poniektórzy już piszczą z radości jakim to wielki
dziełem będzie przygotowywana do wydania książka w/w autora. Być może – nie
przeczę. Swoją skromną wiedzę opieram na wielu źródłach tak polskich jak
również niemieckich bo w przekonaniu moim są najwierniejszymi realiów
historycznych źródłami. Z ciekawością więc sięgnąłem po te fragmenty (opisujące
sytuację zaraz po upadku Breslau) i zatopiłem się na 50 km w czytaniu owych. I
tu nie powiem miłe rozczarowanie. Ciekawy język, w miarę dokładne opisy,
obszerne źródła choć w moim mniemaniu wybiórcze pokazujące Wrocław raczej z
jednej, mało pozytywnej jeśli o Polaków chodzi strony (mniejsza jednak o to).
Choć nie jestem i zapewne profesorem nie będę pozwolę sobie jednak podnieść
rękawicę szukając wśród Was forumowicze sprzymierzeńców. Przemawia za nami
miejsce zamieszkania i dusza tego miasta a w wielu także (zdążyłem się
zorientować) bogata wiedza, której naprawdę można pozazdrościć? Szanowny pan
profesor Davies w jednym z fragmentów opisujących losy powojennego Wrocławia
pisze:
„De jure ziemie odzyskane zostały ostatecznie uznane za terytorium Polski
dopiero 46 lat później. Przez te wszystkie dziesięciolecia, o czym rzadko
wspominano, we Wrocławiu dało się wyczuć niesprzyjający klimat tymczasowości”
Rozumiem ,że chodzi tu zapewne nie o wizytę Brandta w Warszawie i układ z
Gomółką, lecz rok 91 i Krzyżową która w/g Daviesa uspokoiła nas Wrocławian w
przeświadczeniu tymczasowości Wrocka. Mam rozumieć ,że to klęczący Kohl a nie
Brandt był tą barierą dla Wrocka? Dla mnie, osobiście nie! (ilu jeszcze klęknie
ciekaw jestem?).
Nie wiem, naprawdę nie wiem ale uważam ,że o tyle o ile w pierwszych latach po
wojnie mógłbym się z tym zgodzić to już od połowy lat 50 tych ten klimat nie
był wyczuwalny, a jeśli nawet to na pewno nie przez 46 lat. (inną sprawą jest
nasze doświadczenie historyczne, które jak wiemy uczy nas, że wszelakie
dokumenty potwierdzające nasze status quo w Europie a podpisane z krajami
Europy Zachodniej możemy sobie wsadzić...) Opieram się tu li tylko na
wspomnieniach własnych, rodziny i najbliższych oraz znanych mi starszego
pokolenia Wrocławiaków.
Drugim temat, który nie do końca wydał mi się obiektywnie przedstawiony to
temat Lwowa.
I w tym momencie znów zacytuje;
‘‘Byli to ludzie (Lwowiacy), których cechował wielki patriotyzm,9..) wolni od
złudzeń wobec komunizmu. Głównie spośród nich rekrutowała się kadra Uwr.(...)
oni też uzupełnili przerzedzone szeregi wrocławskich lekarzy, prawników i
inżynierów. Przynajmniej przez jedno pokolenie na dźwięk nazwy Lwów
komunistyczna władza dostawała dreszczy”.
To prawda, że czasy te cechowała patologia polityczna i depresje wszelakiego
rodzaju. Nic wtedy nie było normalne. Ludzi skazywano za przekonania,
przynależność partyjną czy nawet nieudowodnione sympatie do innych ugrupowań
politycznych czy też religijnych. Ludzi zabijano, torturowano, deportowano,
wrzucano do więzień, skazywano na roboty czy pozbawiano środków do życia.
Dziwne to jednak były dreszcze na dźwięk nazwy „Lwów” skoro od 48 roku w
różnego rodzaju informatorach /również planach miast/ wyodrębniano organizacje
sympatyków Lwowa i pokrewne im instytucje. Dziwne to dreszcze gdzie w
większości albumów w tym także obcojęzycznych z pełną świadomością podkreślano
zasługi lwowskiej szkoły matematycznej a także poszczególnych osób piastujących
odpowiedzialne stanowiska naukowe czy też medyczne podając jako wyróżnik
miejsce ich pochodzenia czyli Lwów.
Nie wiem jak Wy ale myślę, że tak naprawdę z tym nie można do końca się zgodzić.
Zawsze „Lwów” był we Wrocławiu i nie wiem jak głupią byłaby władza, która
chciała by to zmienić, choćby była komunistyczną.
Pozdrawiam serdecznie i oczekuję na wasze w tym temacie opinie.
Czy tak naprawdę to co przeczytamy z racji autora musimy przyjąć do naszej
świadomości obligatoryjnie?
bonczydło