map4
25.01.05, 14:52
Właśnie przeczytałem sobie z niejakim zdziwieniem, że J. Urbana, naczelnego
redaktora "Nie" skazano za lżenie papieża z paragrafu o ochronie czci głowy
państwa. Przypomina mi się postać Larry'ego Flynta i znamienną, wypowiedzianą
przez niego sentencję "to ja jestem gwarantem waszej wolności słowa".
Okazuje się, że polityków wolno krytykować, pod warunkiem wszakże, że nie
pełnią oni funkcji państwowych. Czyli wolno krytykować wyłącznie opozycję.
To nie jest wolność słowa, to jej parodia. To jest wolność głoszenia poglądów
rodem z Orwella.
W uzasadnieniu do tego skandalicznego wyroku sędzina prowadząca raczyła między
innymi stwierdzić, że "artykuł odbiegał brutalnością ośmieszających
sformułowań od ogólnie znanej linii skandalizującego - jak podkreśliła - i
antyklerykalnego pisma, jakim jest "Nie"."
Jest to pierwszy znany mi w historii przypadek, w którym sąd niezawisłego
teoretycznie kraju skazuje właściciela gazety za opublikowanie w niej artykułu
odbiegającego od jej linii. Jest to jaskrawe nadużycie władzy ze strony sądu,
ponieważ sąd nie jest opłacany przez nas po to, żeby bronić linii programowej
prywatnych gazet. Rozumiem, że sam fakt posiadania antyklerykalnej linii
programowej godny jest - zdaniem niezawisłego podobno sądu - potępienia.
Hm. Do kompletu brakowało tej sędzinie peleryny z kapturem i ciężkim krzyżem
na szyi oraz Biblii. Tak wyposażona spokojnie mogłaby wysłać bluźniercę na stos.
No to mamy cieplutko. Ciekawe, kto się na rynku mediów masowego rażenia
ostanie. Znajdżcie mi bowiem proszę gazetę, która w przeszłości nie lżyła
Łukaszenki, Kim'ów z północnego raju, Putina, Fidela, Busha, Kwacha i całej
reszty tego politycznego cyrku.
Ludzie - paszporty w dłoń i niech ostatni gasi światło.