Gość: Preslaw
IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl
17.04.05, 20:18
<< Brzydactwo, amatorszczyzna i szmira – wrocławianie ostro oceniają projekt
pasażu, który powstanie na placu Grunwaldzkim. Architekci są podzieleni.
Andrzej Zwierzchowski, prezes wrocławskiego Stowarzyszenia Architektów
Polskich, nazwał pasaż przykładem jarmarcznej architektury.
– Były duże oczekiwania w stosunku do tego miejsca, ale jeżeli miasto jest
dobrze ustawione pod względem urbanistycznym, to jeden budynek tego nie
popsuje – twierdzi z kolei Zbigniew Maćków, architekt, szef Pracowni
Projektowej Maćków.
Przeciętnie, bo komercyjnie
– To przeciętna architektura komercyjna, ale nie uważam, że miastu dzieje się
jakaś krzywda. Są we Wrocławiu rzeczy lepsze i gorsze, ale kierunek, w jakim
zmierza, jest słuszny – przekonuje Roman Rutkowski z Wydziału Architektury
Politechniki Wrocławskiej.
Według niego stan wrocławskiej architektury zależy od wielu czynników. Władze
Wrocławia to tylko jedna ze stron mająca wpływ na wygląd miasta.
Wkrótce spodziewać się można kolejnych gorących dyskusji dotyczących tego, co
warto, a czego nie warto budować we Wrocławiu. Lada moment sfinalizowana ma
zostać sprzedaż działki po drugiej stronie placu Grunwaldzkiego, za pętlą
autobusową. Już wiadomo, że do końca przyszłego roku na placu Bema stanie
nowoczesne centrum biurowe wybudowane przez belgijską firmę Ghelamco.
Zaawansowane są plany zagospodarowania Kępy Mieszczańskiej, terenu wokół
wieży ciśnień. Powinna też rozstrzygnąć się przyszłość Wzgórza Polskiego.
Dużo może się dziać na placu Drobnera i na placu Jana Pawła II (1 Maja).
Pieniądze i terminy
Zdaniem Rutkowskiego, w kreowaniu nowego budownictwa najwięcej do powiedzenia
ma inwestor, czyli ten, kto wykłada pieniądze – na działkę i na samą budowę.
– Potem pojawiają się kolejne czynniki: kontekst przestrzenny, uwarunkowania
formalnoprawne, ograniczenia związane z technologią realizacji – wylicza
Zbigniew Maćków. – Wizja projektanta to ostatni element architektonicznej
układanki. W dodatku projekt nigdy w 100 procentach nie spełnia oczekiwań
inwestora. Zawsze trzeba wprowadzić jakieś zmiany.
Maćków wyraźnie opisuje zalety i słabości współpracy z inwestorem prywatnym i
instytucją, która do kontaktów z architektem deleguje jedną osobę. W
pierwszym przypadku rozmawia się z człowiekiem, który osobiście wykłada
pieniądze, i z którym trzeba spierać się na temat jego pomysłów. Jednak
niekiedy udaje się go przekonać, że zwiększenie budżetu o 20 procent da
znacznie lepszy efekt.
Z inwestorem instytucjonalnym to niemożliwe. Wprawdzie nie ingeruje w formę
projektowanego budynku, ale dla niego liczą się naprawdę tylko dwie rzeczy:
terminy i pieniądze.
Ze związanymi rękami
A co robią miejscy architekci? – Nasze zadania ograniczają się do
sporządzenia planu miejscowego i później pełnienia roli jego strażnika. Nie
jesteśmy w stanie wymusić na inwestorach wartościowych projektów – przekonuje
Piotr Fokczyński, dyrektor wrocławskiego Wydziału Architektury.
Plan miejscowy to zbiór przepisów określających charakter zabudowy, m.in.
wysokość budynku, rodzaj dachu, linię zabudowy oraz rozwiązania
komunikacyjne. Jeśli będzie on zanadto radykalny, to na opisywaną działkę
trudno będzie znaleźć kupca.
Władze miejskie mogą wykorzystać jeszcze kilka „chwytów” wobec inwestorów,
którzy idą na łatwiznę. Na przykład powołać się na przepisy dotyczące ochrony
zabytków. Opinia miejskiego konserwatora zabytków ma duże znaczenie przy
podejmowaniu decyzji, chociaż tylko wtedy, gdy nowy obiekt ma powstać wśród
starej zabudowy. Urzędnicy mogą także negocjować, tak jak było w przypadku
Pasażu Grunwaldzkiego. Wiadomo, że miasto naciskało na kielecki Echo
Investment, który buduje na Grunwaldzkim, aby wprowadził zmiany w pierwotnym
projekcie.
– Po jego publikacji w miejscowych gazetach moi studenci pytali, jak mogliśmy
wydać zgodę na postawienie czegoś takiego jak Pasaż Grunwaldzki – przyznaje
Tomasz Ossowicz, dyrektor Biura Rozwoju Miasta we wrocławskim magistracie i
wykładowca na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. – Teraz już
pytań o pasaż będzie mniej.
Dodaje jednak, że zdarza się, iż są sytuacje, w których miasto nie może już
zareagować.
– Tak oceniam budynek Europeum przy Kazimierza Wielkiego, zupełnie
nietrafiony. Może sam z siebie ciekawy, ale nie powinien stanąć w tym
miejscu – mówi szef Biura Rozwoju Miasta.
Talenty ostrzą zęby
Z kolei Rutkowski wskazuje na budynek Europeum autorstwa Macieja Chorążaka i
Jacka B. Bala jako zapowiedź nowych zjawisk we wrocławskiej architekturze.
– Dzisiaj mamy architekturę strojną, kolorową, w wielu przypadkach
prowincjonalną, w której nie ma spojrzenia w przyszłość. Używamy
futurystycznych samochodów i telefonii komórkowej, a budujemy renesansowe
kamienice – twierdzi Rutkowski. – Budynek Europeum, chociaż nie jest
doskonały, jest dobrym przykładem nowoczesnej, wstrzemięźliwej architektury.
To także zapowiedź zmiany pokoleniowej na rynku architektonicznym. Obok
nazwisk utytułowanych, jak Lach czy Jarząbek, pojawiają się młodzi – zdolni.
Zaprojektowany przez Pracownię Projektową Maćków budynek Wydziału Prawa i
Administracji na pl. Uniwersyteckim jako jedyny reprezentował stolicę Dolnego
Śląska na ogólnopolskiej wystawie „3, 2, 1. Nowa architektura w Japonii i w
Polsce”, pokazywanej także we wrocławskim Muzeum Architektury.
Stawiające pierwsze kroki talenty architektoniczne ostrzą zęby. Wyzwaniem dla
nich był między innymi niedawny konkurs studencki na zagospodarowanie Kępy
Mieszczańskiej, na który przysłano aż 50 projektów.
– Nie będzie oczywiście tak, że starsi projektanci znikną z rynku. Ale coraz
więcej zleceń będą mieli młodzi architekci – zastrzega Rutkowski.
Nie ma konkursów bez burz
W ostatni poniedziałek rozstrzygnięty został konkurs na zagospodarowanie tzw.
Centrum Południe, czyli ośmiohektarowego placu za hotelem Wrocław. Ocenie
sądu konkursowego poddano 24 prace. Pewnie i tym razem pojawią się głosy
krytykujące werdykt.
– Nie pamiętam konkursu, żeby obyło się bez poważnej burzy. Łącznie z
wołaniem, że coś jest hańbiące – mówi Tomasz Ossowicz. – Jednak dużo bardziej
zależy mi, żeby pojawiły się prace znakomite. Bo największym problemem na
poprzednich konkursach było to, że zgłoszono wiele średnich projektów i
okazało się, że nie mamy z czego wybierać.
To bardzo istotne, bo jurorzy wskażą prace, które mają być inspiracją dla
planu miejscowego terenu przy Powstańców Śląskich. A im ciekawszą wizję
przedstawia miasto, tym łatwiej znaleźć kupca.
Jeśli formuła szybkiego otwartego konkursu się sprawdzi, można spodziewać się
kolejnych. Podobno w planach są konkursy na Muzeum Sztuki Współczesnej, w
maju poznamy autora najlepszego projektu na Pomnik Wspólnej Pamięci, który ma
stanąć przy ul. Grabiszyńskiej. Okazją na wykazanie się będzie z pewnością
konkurs na rozbudowę Muzeum Architektury we Wrocławiu.
Piotr Fokczyński zauważa, że dobrze byłoby, gdyby także inwestorzy prywatni
decydowali się na ogłaszanie konkursów.
– Ale my nie jesteśmy w stanie ich do tego zobowiązać – podkreśla. –
Organizowanie konkursów jest czasochłonne, a co za tym idzie kosztowne. Poza
tym inwestorzy mają swoich sprawdzonych architektów, których znają, i którym
ufają. Po konkursie zawsze pojawia się niepewność, bo nie wiadomo, czy
zwycięzca nie jest człowiekiem trudnym we współpracy.
Pierwsza liga we Wrocławiu
Czy we Wrocławiu jest na czym zawiesić oko? Poza zabytkami, oczywiście.
– Narzekamy na architekturę, ale niezasadnie. W świadomości społecznej
funkcjonuje mylne pojęcie, że wyznacznikiem dobrej architektury są tak zwane
fajerwerki przestrzenne, a to nieprawda – przekonuje szef Pracowni
Projek