emi69
18.02.06, 18:33
Dorota Hartwich
Tygodnik Powszechny nr 8/19.02.06
16-02-2006
Wrocław na rozbiegu
- Kraków, gdzie pracowałam, wydawał mi się miastem ugiętym pod ciężarem
przeszłości. We Wrocławiu natomiast, prócz dziedzictwa, ważna jest
perspektywa przyszłości. Tutaj ludzie, w tym władze miejskie, są otwarci,
przyjmują moje pomysły - twierdzi Krystyna Meissner.
«Aż cztery Paszporty Polityki powędrowały w tym roku do artystów związanych z
Wrocławiem. Miasto przyciąga mocne postaci - swój festiwal filmowy będzie tu
robił Roman Gutek, kierownictwo artystyczne nad festiwalem Wratislavia
Cantans obejmuje światowej sławy dyrygent Paul McĆreesh. Mówi się o panującym
tu zachęcającym klimacie dla sztuki. Genius loci? Możliwe. Miejsce
prawdopodobnie daje siłę ludziom, ale przede wszystkim to ludzie dają siłę
miejscu. Wspomnienie sprzed kilku lat: późny wieczór, opustoszała ulica, z
oddali słychać tylko wyraźny, miarowy dźwięk stukających o bruk obcasów.
Szybko rozpoznaję sylwetki. To znani warszawscy aktorzy i reżyser, którzy
zaraz spotkają się na rozmowach ze swoją publicznością na poddaszu Teatru
Współczesnego, gdzie trwa festiwal teatralny Dialog. Przyspieszam kroku.
Docierają do mnie strzępy rozmów: "świetna publiczność, dobry klimat, ale
jest w tym Wrocławiu jakaś obcość...", "wyraźnie się czuje, że to nie jest
polskie miejsce, widać to w pejzażu miasta."
Mają rację, to mało polskie miasto - to nie my budowaliśmy stary Wrocław, nie
my stawialiśmy reprodukowane dziś na widokówkach kamienice, kościoły,
uniwersytet. Początki były piastowskie, ale potem gród przechodził w ręce
Czechów, Habsburgów, stanowił część Prus, III Rzeszy, by w końcu na powrót
znaleźć się na mapie Polski. Kulturę tworzyli tu Niemcy, Czesi, Walonowie,
Żydzi, Węgrzy, Austriacy i "przyprowadzeni" po wojnie mieszkańcy kresów
wschodnich. Poczucie obcości mogło zatem towarzyszyć wszystkim przyjezdnym
(jako że przeważnie stanowili przypadek "innego"), a zwłaszcza tym, którzy
znaleźli się tu w wyniku politycznych decyzji. Fakt, iż ducha miasta tworzyło
wiele narodowości, jest niepodważalny i ma wartość historyczną; nie zawsze
jednak, co warto odnotować, wymiana kulturowa dokonywała się z pełną
życzliwością. Czasem wpływy bardziej wypierały się niż dopełniały (co też
owocowało, bo przecież negacja bywa inspirująca). Dlatego też sztandarowe
hasło "miasto wielokulturowe", lansowane jako wizytówka dzisiejszego
Wrocławia, musi być rozumiane wielowymiarowo. I to zarówno przez wzgląd na
złożoną przeszłość, jak i z uwagi na czas teraźniejszy - dzisiejszego
międzynarodowego wymiaru Wrocławia nie tworzą bowiem żadne większe,
współistniejące mniejszości narodowe czy grupy imigranckie, lecz (nie inaczej
niż w Krakowie, Warszawie, Gdańsku czy Poznaniu) zagraniczni turyści,
studenci, naukowcy i biznesmeni.
Przy drzwiach otwartych
"Tutaj każdy jest skądś" - mówią często wrocławianie, przypominając, że
ludność miasta została po wojnie w pełni wymieniona. Kresowianie, którzy
przyjechali po 1945 r., to jednak starsze pokolenie; obok (trudno tego nie
zauważyć zdążyły wyrosnąć co najmniej dwie kolejne generacje - już
ludzi "stąd", którzy tworzą własne "tutaj". Aktualna wielokulturowość
Wrocławia jest zatem w pewnym sensie mitem, ale mitem żywym, bo podsycanym
zarówno przez mieszkańców (którzy niejednokrotnie czynią to odruchowo), jak i
przez władze miasta (te czynią to zupełnie świadomie). "Wrocław, zamiast
rozdrapywać rany historii, wykorzystuje ją do budowy swego wizerunku jako
miasta współczesnej, wielokulturowej przeszłości. .W przeciwieństwie do
Warszawy - pisze korespondent prasy niemieckiej i austriackiej Klaus Bachmann
(Polityka, nr 24 z 18 czerwca 2005), który przeciwstawia patrzący w
przyszłość Wrocław kreującej się na miasto bojowników, ofiar i martyrologii
stolicy. Pominę to zestawienie, ale pozwolę sobie myśl Bachmanna uzupełnić:
dzisiejszy Wrocław, szczególnie dbający o wsparty na faktach historycznych
wizerunek, jest nie tyle miastem wielokulturowym, co na wielokulturowość
otwartym.
Otwartość to jedna z głównych wartości, które podkreśla w obrazie miasta
ekipa speców od jego promocji. Mówi się o otwartości człowieka na człowieka,
ale i o otwieraniu drzwi, przestrzeni. Wyrosłe z inspiracji słowami Jana
Pawła II promocyjne hasło: "Wrocław - the meeting place" (Wrocław - miasto
spotkań ma w sobie z jednej strony nutę przeszłości (motyw przyjazdu), z
drugiej strony brzmi przyszłościowo (zapraszamy tych, których jeszcze tu nie
było). Paweł Romaszkan, szef Biura Promocji Miasta przy Urzędzie Miejskim
Wrocławia: - Odeszliśmy od standardu polegającego na reklamowaniu miasta
jedynie jako atrakcji turystycznej. Zależy nam na pokazaniu, że to nie tylko
miejsce pełne pięknych zabytków, ale że to odpowiednia przestrzeń do życia.
Dlatego też, prócz szeroko zakrojonej akcji promocyjnej opartej na
haśle "Wrocław - the meeting place", w listopadzie ub. roku ruszyła kampania
billboardowa "Wrocław - twoje klimaty", mająca na celu ściągnięcie do
Wrocławia studentów. Pretekst był iście meteorologiczny: -We Wrocławiu jesień
zaczyna się dwa tygodnie później, a wiosna budzi się szybciej niż w innych
częściach kraju - przekonuje Paweł Romaszkan. - Wiadomo jednak, że nie chodzi
jedynie o średnie temperatury w mieście. Chcemy przekonać młodych, że panuje
tu dobry klimat do nauki i mieszkania, że po studiach znajdą pracę, że będą
mieli co robić w wolnym czasie.
Obecnie we Wrocławiu studiuje aż 130 tys. studentów, ale jest o kogo walczyć,
bo na wyższe uczelnie już zagląda niż demograficzny. Miasta obiecuje
stworzenie około 70 tys. miejsc pracy w ciągu 5 lat. To będzie cud nad Odrą-
grzmiały głosy krytyczne. Założenia władz nie wydają się jednak być wyssane z
palca; akcję ściągania studentów wspierają firmy, które inwestują we
Wrocławiu: Hewlett Packard, Volvo i Siemens. Inny inwestor, gigant LG,
zapowiada, że przyjmie na swoje stanowiska 15 tysięcy ludzi. O władzach
Wrocławia mówi się, że nie szukają inwestorów, lecz na nich polują. Nie
działają jednak według praw dżungli: bierzemy wszystko, co da się ustrzelić.
Czynniki ekonomiczne są oczywiście znaczące, ale miasto nie zabiega o
wszystkich tak samo; najbardziej pożądane są firmy, które potrzebują
wykwalifikowanych pracowników. - Stawiając na studentów, odpowiadamy na
potrzeby inwestorów. Mamy przy tym świadomość, że wykształcenie i praca to
nie wszystko. Odpowiednia musi być też oferta kulturalna miasta - podkreśla
Jarosław Broda, dyrektor wydziału kultury Urzędu Miejskiego Wrocławia.
Ruch na scenie, ruch na ekranie
Wrocław ma szczęście do włodarzy. Nie najważniejsze (choć bardzo istotne)
jest to, że władza jest politycznie stabilna - miastem od 15 lat rządzi
centroprawica. Decydująca jest świadomość roli, jaką w rozwoju miasta pełni
kultura. Świadomość tę miał już pierwszy po PRL-u prezydent Bogdan
Zdrojewski, tak samo myśli jego następca Rafał Dutkiewicz wraz ze swoją
ekipą. - Kultury nie można używać, czy to do celów politycznych czy
jakichkolwiek innych - uważa Jarosław Broda. - Jeśli wspierani przez nas
artyści i ich sztuka promują miasto, to dobrze, to pozytywny efekt uboczny.
Promocja miasta nie może być celem, a kultura nie może być narzędziem.
W ramach umacniania Wrocławia jako znaczącego ośrodka kultury prezydent
Bogdan Zdrojewski zaczął zatrzymywać w mieście (i powstrzymywać przed
ucieczką do stolicy) artystów. Uznani za najbardziej zasłużonych malarze,
aktorzy, muzycy, pisarze dostali wyremontowane mieszkania komunalne. Także
Zdrojewski namówił Normana Davisa, by napisał historię miasta. "Mikrokosmos"
ukazał się w 2002 roku. Trzy lata wcześniej prezydent udał się do
warszawskiego mieszkania Krystyny Meissner, by zaproponować jej fotel
dyrektora Teatru Współczesnego i prosić o "podjęcie próby odnowienia życia
teatralnego we Wrocławiu