Gość: Max
IP: 217.11.145.*
14.01.03, 10:26
"Reżyserie" Wojciecha Kościelniaka.
Od pewnego czasu obserwuję pewne - zatrważające zjawisko, z którym mamy do
czynienia na wrocławskim - kulturalnym podwórku.
Jeszcze w zeszłym roku doszło do skandalicznej w swojej formie zmiany na
stanowiskach dyrektorów kilku wrocławskich instytucji. Między innymi
zwolniony został wieloletni dyrektor Teatru Muzycznego - Operetki
Wrocławskiej Marek Rostecki, a na jego miejsce "postawiony" został p.
Kościelniak. Początkowo zmiana ta odbywać się miała za zasadach konkursowych,
lecz... z konkursu szybko zrezygnowano, ponieważ kandydat na dyrektora był
tylko jeden - Kościelniak. Miał on - wcześniej - zostać dyrektorem Impartu
wyłanianym w drodze konkursu, lecz komisja zadecydowała inaczej. Teraz trzeba
było natychmiast znaleźć koledze Wojtusiowi jakąś zabaweczkę. Padło na Teatr
Muzyczny. W Operetce rozpoczęły się kontrole z Urzędu Miejskiego. Jedna za
drugą. Trzeba było znaleźć "haka" na dyr. Rosteckiego - tego życzył sobie
ówczesny wiceprezydent Andrzej Łoś.
Jeszcze przed zakończeniem kontroli Rostecki został zwolniony...
Nowo powołany dyrektor rozpoczął z ogromnym animuszem zwalnianie pracowników
tej instytucji. Miał przyzwolenie z góry, od dobrych wujków: Łosia, Brody,
Żabskiego. Dostał też niebagatelną kwotę 700 000 zł (oficjalnie) na
przygotowanie "Opery za trzy grosze". Premiera się odbyła, widownia przyjęła
ją bez specjalnego entuzjazmu. Recenzję z premiery do Wyborczej napisała
pracownica Teatru - a nie Adam Domagała...
Po "Kombinacie", który jest niczym innym jak tylko "żerowanie na
trupie", "Opera..." pokazała... hm... pokazała te same pomysły, a w zasadzie
ich brak, ten sam rodzaj prymitywnego - dosłownego - przekazu. Żeby się nic
nikomu nie popieprzyło na scenie siedzi dodatkowo spiker, który wszystko
dokładnie wyjaśnia (to w przypadku "Kombiantu"). Obrzydliwość.
W przedpremierowych wypowiedziach członkowie "Republiki" wspominali o
możliwości okazjonalnego wystawiania "Kombinatu". Po telewizyjnym pokazie -
powiedzieli zdecydowane NIE. "Republika" wystąpiła po raz ostatni.
Niestrudzony Wojtek - "reżyser" - stworzył kolejne "dzieło" - "Operę...".
Tylko tym razem nie mógł się oprzeć na znanym zespole rockowym, więc wyszło
to - co wyszło. Szczególnym hitem miał być bardzo "klimatyczny" taniec
nagiego mężczyzny. Wyszło niesmacznie i może... trochę zabawnie. O to na
pewno Wojtusiowi nie chodziło.
"Gorączka" - znów spiker na obrotowym, lub jeżdżącym siedzisku, nerwowe ruchy
tancerzy tworzących śmieszne, bardziej pasujące do "Kwadransa na kawę" układy
niczym szkółka aerobiku. Wszystko to utrzymane w nieznośnej i nudnej
konwencji m.in. "Opery...". Ale nie ma się czemu dziwić skoro p. Staniek
skończył AWF... Trupi grymas na twarzach towarzyszy kolejnym wykonawcom. Znów
oglądamy te same, dobrze znane postacie: Groniec, Preis, Imiela, Kilian to
koledzy "pana reżysera". Oni mają pierwszeństwo, zgadnijcie Państwo, kim
Kościelniak obsadzi główne role w tymże spektaklu, tym razem sprzedawanym na
deskach Operetki? Kupa pieniędzy, nuda i kompletny brak pomysłu. W
najbliższym czasie Kościelniak znów wyreżyseruje Galę Piosenki Aktorskiej...
Zastanawiam się kto w tej całej sytuacji zwariował? Magistrat, że finansuje
takie buble? Prasa, że nikt nie odważy się nazwać rzeczy po imieniu? Pani
Terentiew, która zleciła Wojciowi realizację "Gorączki"? Porównując to, co
dzieje się dzisiaj w Operetce z czasami reżyserii wspaniałych spektakli
m.in. "Cabaretu", "Zorby", "Sztukmistrza z Lublina", "Skrzypka na
dachu", "Chicago"... ech... szkoda gadać, ponieważ porównania po prostu nie
ma.