Dodaj do ulubionych

Felieton z Polityki

04.03.26, 06:35
Wojciech Orliński

Wspomnienia szofera

Wciąż myślę, że jesteśmy teraz jak nasi przodkowie z początku 1939 r., nieświadomi tego, co przyniesie im wrzesień.
Tydzień temu media były pełne tekstów o czwartej rocznicy pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę. Mam nadzieję, że wybaczą mi państwo powrót do tego tematu. Na swoje usprawiedliwienie powiem, że od czterech lat uważam, że ważniejszego nie ma. Wiem, że gazety nie mogą się w kółko zajmować tym samym, bo czytelnicy odczuwają przesyt, ale naprawdę uważam, że nasze wszystkie inne rozterki są i tak zależne od tego, jak i kiedy skończy się ta wojna. Wliczam w to nawet najbardziej przyziemne problemy: „czy mi się uda spłacić ten kredyt”, „czy uda mi się znaleźć lepszą pracę”, a nawet „czy dożyję tej wizyty u kardiologa umówionej na rok 2028”.

Wciąż myślę, że jesteśmy teraz jak nasi przodkowie z pierwszych miesięcy 1939 r. kładący sobie kafelki w mieszkaniu na nowym osiedlu, które znacznie później będzie nazywane np. Starymi Bielanami, albo kupujący Polskiego Fiata 508, radośnie nieświadomi tego, co przyniesie im wrzesień. Kto był świadomy, ten sprzedawał wszystko, co miał, i kupował bilet na transatlantyk w jedną stronę, ale takich wówczas praktycznie nie było.

Moje najważniejsze wspomnienia pochodzą akurat właśnie z tego następnego tygodnia. W pierwszych dniach wojny byłem pochłonięty sprawami osobistymi i zawodowymi. To był akurat sezon studniówek, więc w niejednym liceum gorąco dyskutowano, tak jak w naszym, czy wypada takową obchodzić, skoro w sąsiednim i zaprzyjaźnionym kraju trwa wojna. Z drugiej strony rocznik ówczesnych abiturientów – klasa 2022 – należał do wyjątkowo ciężko poszkodowanych przez los. Byli doświadczeni covidem, lockdownem i pisowską deformą oświaty. Czy wypadało na koniec edukacji fundować im jeszcze taką traumę? O tym w każdym razie dyskutowali wtedy nauczyciele, rodzice i sami uczniowie.

Na serio to wszystko zaczęło się dla mnie w następnym tygodniu, kiedy zacząłem pomagać pewnym przyjaciołom z Ukrainy. Wbrew różnym stereotypom, które mamy na swój temat, okazaliśmy się wtedy wspaniałym społeczeństwem obywatelskim. Rząd Morawieckiego lubił prężyć piersi do orderów, jak to oni wszystko zorganizowali, ale ja widziałem głównie inicjatywy oddolne. Z góry zaznaczam, że to tylko moje indywidualne wspomnienia. Nie byłem na granicy jako reporter, tylko najzupełniej prywatnie. Moje wspomnienia z tego okresu to głównie wspomnienia kierowcy.

Dla moich przyjaciół najważniejsze było niewielkie przejście graniczne w Hrubieszowie. Zapamiętałem z niego doskonale zorganizowany punkt recepcyjny dla uchodźców. Znów, być może moje wspomnienia są omylne, ale z tego, co widziałem, zorganizowano go głównie siłami lokalnego samorządu i społeczeństwa obywatelskiego. Wszystkie czynności typu „rozpakować paletę zgrzewek wody mineralnej” albo „pomóc osobie na wózku przy wysiadaniu z autokaru” ochoczo wykonywali młodzi ludzie, zwracający się do komenderującego nimi dżentelmena per „panie trenerze”. Był to więc najprawdopodobniej jakiś lokalny klub sportowy działający pod egidą miejskiego ośrodka sportu i rekreacji. Zatem za sprawne funkcjonowanie całego tego punktu należy gratulować samorządowi w Hrubieszowie, a nie rządowi w Warszawie.

A było czego gratulować, bo to się zdawało działać jak w zegarku. Uchodźcy docierali w różnym stanie, zazwyczaj nienajlepszym. Część nie miała żadnego majątku, wielu z kolei dźwigało transportery z psami i kotami. Po wielu było widać, że to ich pierwsza zagraniczna podróż. Witali ich serdeczni i uśmiechnięci wolontariusze. Pamiętam starszą panią, która na przejściu zostawiła paszport. Była roztrzęsiona, w panice: „Co teraz będzie?”. Błyskawicznie zaopiekowała się nią tłumaczka, porozumiała się z „panem trenerem”, ten przez walkie-talkie z panem komendantem, w stronę granicy pognał samochód na sygnale – i po chwili paszport dotarł do właścicielki. Aż się chciało powiedzieć: „Witamy w Polsce”. Ale właściwie to przecież powiedzieliśmy, bez zbędnych słów.

Jeszcze bardziej rzucało się to w oczy na MOP Markuszów na S17. W normalnych czasach jest to po prostu duży parking przy ekspresówce, ze stacją benzynową, McDonaldem i toaletą tak dużą, żeby obsłużyła cały autokar. Kiedy się jedzie w stronę Warszawy od granicy, to miejsce w dość naturalny sposób nasuwa się jako postój, bo po prostu wcześniej długo nie ma nic porównywalnego. I tam właśnie cztery lata temu powstało centrum pomocy zorganizowane całkowicie oddolnie. Ludzie sami się skrzyknęli i poustawiali termosy z herbatą, punkty wydawania odzieży i zabawek dla dzieci, a nawet polową naleśnikarnię (jak teraz wyguglałem, to zasługa pani Jadwigi Gil).

Lubię wracać do tamtych wspomnień, ponieważ, no cóż, rzadko się jednoczymy jako społeczeństwo, a już zwłaszcza wokół spraw bezinteresownie szlachetnych. Ale tak właśnie było w pierwszych tygodniach roku 2022. Chciałbym więc tym felietonem nisko się pokłonić i pozdrowić wszystkich zaangażowanych w pomoc dla Ukrainy. Także tych, którzy robili tylko za szofera, jak niżej podpisany.

Polityka 10.2026 (3554) z dnia 03.03.2026; Felietony; s. 90
Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka