Gość: Teatr 1
IP: *.wroclaw.cvx.ppp.tpnet.pl
16.03.03, 14:28
Pierwsza część do bólu jest porostu zwykła, nie ma w niej dynamiki, pomysły
inscenizacyjne jak w "Kwiatach we włosach" - śnieżne kule, tornisterki, a
szczytem kiczu jest Miłość Ci wszystko wybaczy, wchodzący ze świecznikiem
lokaj czy kawałek Lubomskiego (który nawet nie wyszedł na ukłony), Kinga
Preis zawodzi - podobnie jak Lubomski zupełnie nie wyreżyserowana na śmierć
przypominają próbę piosenek z Kombinatu (chodzi mi tu o styl bycia na scenie,
a nie śpiewanie piosenki). Zresztą Kościelniak się powtarza, te same pomysły
wciśnięte w inne miejsca niezwykle szybko dają się rozszyfrować, brakuje
zagadkowości, tajemnicy. Piosenki są ładne, a przerwy między nimi długie.
Niedopracowanie pierwszej części odchodzi na plan dalszy po obejrzeniu
drugiej, której jedynym reżyserem jest Leszek Możdżer, to on układa
choreografię aktorom, na scenie króluje jego muzyka. Tuwima przekaz jest
mocny i sam w sobie nasuwa pewne skojarzenia z rzeczywistością polityczną i
społeczną. Wojciech Kościelniak - reżyser tego przedstawienia próbuje uczynić
z "Balu w operze" swoistą grę z przeciwnikami jego wizji osoby, przedstawień,
taki niby "Kabaret Olgi Lipińskiej". Niezliczone aluzje do politycznego
ustroju i telewizji w końcowej części, krytykujące jej poczynania nie mogą
być odebrane właściwie mając w pamięci, że sam reżyser jest kierowany, a
jeśli to za mocne słowo to na pewno obsadzony przez partię, co sprowadza to
przedsięwzięcie do dialogu reżysera z samym sobą, z nijaką nutą porozumienia
z publicznością.