Gość: klex IP: 62.233.177.* 03.12.07, 17:50 miasta.gazeta.pl/poznan/1,36001,4723966.html Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
Gość: klex ...a we Wrocławiu... IP: 62.233.177.* 06.12.07, 17:48 Nijaka wrocławska architektura 40 lat temu powstał w stolicy ostatni budynek europejskiej klasy Jakoś źle sypiam ostatnio. Zazdrość - natrętne uczucie. Dawniej chyba zazdrościłem zabawek, potem dziewczyn, a kiedyś pewnie będę zazdrościł dobrej pielęgniarki i sprawnej pompy infuzyjnej. Ale na razie mam to: obejrzałem ładny dom zrobiony przez Słoweńca i zazdroszczę mu jak cholera. Tymczasem we Wrocławiu pada. Styropianowe fasady dumnie przyjmują deszcz "na klatę" i nic sobie nie robią z tego, że bledną. Hasła z wczorajszej gazety z mnóstwem nowo projektowanych domów, mieniących się nieprzebraną paletą styropianowych tynków: "geniusz", "prestiżowy projekt", "unikalny", "jedyny we Wrocławiu"... Obracam gazetę mocniej do światła - rzeczywiście, szczęśliwie "jedyny" i oby tak zostało. Geniuszu jakoś doszukać się nie mogę. Żenująca autopromocja - a co na to profesjonalna krytyka? Ano nic. Jeżeli zdobędziemy się na szczerość, to myślę, że można postawić tezę, że ostatnie budynki klasy naprawdę europejskiej powstały we Wrocławiu ponad 40 lat temu. Myślę tu o "zagłębiu" dobrej architektury na placu Grunwaldzkim i Instytucie Matematyki (Barscy) oraz kompleksie Mieszkalno-Usługowym (Grabowska-Hawrylak z zespołem). Potem mimo usilnych prób już nigdy urodzaj wybitnych architektonicznych realizacji nie wystąpił w tym mieście. I nie zmienią tego obrazu pojedyncze przypadki "plombowania" z lat 90. z uroczym budynkiem przy ul. Trzebnickiej (Lewczuk) czy zgrabnie skomponowanym Zespołem Mieszkalno-Usługowym przy ul. Pułaskiego (Kirschke, Masełkowski, Rubik). W ostatnich latach powstały tylko dwa naprawdę trochę bardziej niż przyzwoite budynki użyteczności publicznej: "Europeum" przy Kazimierza Wielkiego (BC Arch) i Zintegrowane Centrum Studenckie przy Wybrzeżu Wyspiańskiego, zwane Serowcem (Manufaktura). Trochę mało, żeby zapisać się w historii tego miasta. Miasta, które kiedyś już dwukrotnie awansowało do architektonicznej Champions League i nieźle w niej wypadło. Zatem, jeżeli teraz nam się nie udaje, może warto przyjrzeć się historii i spróbować wyciągnąć stąd kształcące wnioski. Pierwszy, brawurowy marsz na szczyty architektonicznej awangardy odbył się za sprawą pokolenia młodych wilków z lat 20. minionego stulecia. Dla niepoznaki przebrani w surduty budowali domy, po obejrzeniu których trzeba było przyjmować środki uspokajające. Najpierw Berg i Poelzig, następnie ich uczniowie Effenberger, Hadda, Heim, Jaeger, Lauterbach, Moshamer, Scharoun czy wreszcie mój ulubiony Rading i sam Mendelsohn, sprawili, że Wrocław wszedł na stałe do podręczników architektury. Drugi urodzaj - to lata 60. i pokolenia Barskich, Grabowskiej-Hawrylak, Tarnawskich, Frąckiewiczów, Tawryczewskich czy Dziekońskiego. Czytając wspomnienia arch. Zenona Prętczyńskiego wyłania się obraz ciepłych, sympatycznych ludzi. Jakże jednak bezkompromisowych i niezależnych w postawie zawodowej. Wystarczy przyjrzeć się budynkom, by nogi jeszcze dziś, po tylu latach, nam wiotczały. Kto z nas teraz zdobyłby się na tak spektakularne formy (Barscy)? Kto ośmieliłby się pokazać inwestorowi taką bezkompromisowość funkcji (Grabowska-Hawrylak)? Komu wreszcie nie zadrżałaby ręka i ustawiłby urbanistycznie tak budynek ZETO (Tarnawscy)? Przy tych architektonicznych "twardzielach" (przepraszam Panie) my jesteśmy niczym prowadzący "Taniec z gwiazdami". Edmund Frąckiewicz to nawet wyglądał jak młody Sean Connery w "Dr No" (moje ulubione zdjęcie). A my? W trampkach i garniturkach z Zary umizgujemy się do facetów, których kanon lektur ogranicza się być może do instrukcji obsługi BMW. I nawet nie jest nam przykro. Profesjonalna krytyka milczy. W przerwach między schlebianiem nam po kolejnym oddanym budynku. Zatem należy wziąć sprawy we własne ręce i jak nie ma chętnych, to samemu sobie dokopać. A więc "piękni trzydziesto- -czterdziestoletni": gdzie te domy, po których inni będą mieli kłopot z zaśnięciem? Gdzie te utopie wywracające z hukiem poukładany świat? Gdzie nieodzowny dla rewolucji szafot dla epigonów minionej estetyki? No gdzie? Żeby było jasne. Piszę o swoim pokoleniu. Bo jeżeli ktoś ma wziąć odpowiedzialność za architekturę w najbliższych kilkunastu latach, to nie możemy oglądać się dookoła. Nie możemy narzekać na inwestorów, "miasto", zagraniczną konkurencję. Musimy spojrzeć w lustro. I nie chodzi o to, aby dodać kolejny głos malkontenta do puli partii frustratów. Dzieje się dużo i bardzo dobrze, że się w ogóle dzieje. Teraz tylko czas najwyższy, aby powoli posterować i przejść z ilości w jakość. Z pobieżnej analizy sytuacji wygląda na to, że czas jest też właściwy. Porównując ogólnie tzw. tło społeczno-gospodarcze w obu wymienionych okresach świetności, łatwo zauważyć pewne powtarzające się prawidłowości. Cechy wspólne to: boom mieszkaniowy i budowlany, gospodarcze prosperity, "czysta karta" miasta po wojnie, otwartość władz, pewna masa krytyczna w utalentowanym młodym pokoleniu itd. Nawet gołym okiem widać zbieżność tamtych czasów z naszą rzeczywistością. Dziś mamy także rozpędzoną gospodarkę, szczytujący rynek mieszkaniowy, władze organizujące konkursy i namawiające do kreowania ikon oraz zdolnych, młodych ludzi. Pozostaje zatem zadać sobie kilka pytań. Czy jesteśmy dostatecznie zdeterminowani? Czy nie obrośliśmy już na tyle tłuszczem konformizmu, że nie zechce nam się potykać w konkursach? Czy może hedonistyczny rytm życia wyklucza taki dyskomfort, jak wysiłek intelektualny przy analizie kolejnych dokonań Słoweńców i powiedzenie "nie" wszystkowiedzącemu klientowi? Wreszcie, czy jesteśmy dostatecznie odważni? Wydaje się, że jeśli coś chcemy zrobić, musimy zrobić to teraz. Tak jak w gospodarce - najlepszy moment na reformy to czas boomu i prosperity. Tylko czy nam się będzie chciało chcieć? Jeżeli nie i jeśli wierzyć w powtarzalności historycznych cykli, to Wrocław będzie musiał poczekać jeszcze dwadzieścia lat na narodziny nowego pokolenia. Pokolenia, którym znów awansuje do finałów Champions League. Tymczasem we Wrocławiu pada. Równostajny werbel na styropianowych ścianach pozwala nam zasnąć. Gdzie są te domy, po obejrzeniu których inni architekci będą mieli kłopoty z zaśnięciem? Jaka jest wrocławska architektura ostatnich dwóch dekad? Czy Zbyszek Maćków ma rację? Czekamy na państwa opinie: listy@gazeta.wroc.pl. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: klex Re: Kiedy we Wrocławiu..? IP: 62.233.177.* 11.12.07, 17:59 Libeskind za każdym krzakiem W Warszawie stanie niedługo apartamentowiec Daniela Libeskinda oraz kilkanaście nowych wieżowców na czele z tyle ambitnym, co czysto komercyjnym planem wybudowania najwyższego budynku Europy przygotowanym przez firmę Jana Kulczyka. Ten sam Libeskind rozpoczyna projektowanie w Poznaniu i Bydgoszczy. Grażyna Kulczyk w ostatniej chwili odsunęła architektów ze studia ADS od planowania nowej części Starego Browaru i na ich miejscu ulokowała Tadao Ando. W tym samym Poznaniu do planowania terenów wokół Dworca Głównego zaproszono Santiago Calatravę. We Wrocławiu startuje budowa hotelu Hilton zaprojektowanego przez francuskie biuro Gottesman-Szmelcman. W Gdańsku niedługo rozstrzygnięcie konkursu na Centrum Solidarności. Szczecin ma zamiar postawić sobie ambitną filharmonię, której projekt wyłoniono w konkursie. Widać, że trend stawiania na marketing w architekturze dotarł również i do Polski. Wielcy gwiazdorzy, specjaliści od przyciągania uwagi zaczynają zdobywać spektakularne zlecenia. Ważnym kryterium rozstrzygania konkursów na obiekty użyteczności publicznej stały się walory marketingowe projektanta i spektakularność inwestycji. Architektura wpisuje się w wielką, globalną grę rynkową i coraz bardziej staje się widoczny konflikt pomiędzy jej aspektem komercyjnym, a odpowiedzialnością publiczną związaną z charakterem zawodu architekta. Przed architektami i zarządcami miast staje więc, podobnie jak przed wieloma innymi zawodami konfrontowanymi ze współczesną logiką marketingu, dylemat, jak zaleźć się w tym nowym, wspaniałym świecie turbokapitalizmu oraz jak nie ulec łatwej pokusie wpisania się w logikę rynku. W sukurs na szczęście przychodzą petrodolary. Ogromne pieniądze pompowane w spektakularne inwestycje w od Zjednoczonych Emiratów Arabskich po Kazachstan powoli zamieniają architekturę progresywną w gadżet światowego marketingu politycznego państw i miast. W ten sposób kompromitują oni także ideę architektury ikonicznej oraz międzynarodowe zjawisko komiwojażerów jeżdżących po całym świecie z projektem pod pachą. Choć można powiedzieć, że architektura zawsze taka była. Zawsze zajmowała się głównie schlebianiem gustom możnych tego świata. Nie od rzeczy jest stary, druzgocący sąd Philipa Johnsona wedle, którego architekt to drugi, najstarszy zawód świata. Dzisiaj więc tym bardziej jest szansa udowodnić, że tak być nie musi. Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: klex Re: Kiedy we Wrocławiu..? IP: 62.233.177.* 17.12.07, 17:35 www.bryla.pl/bryla/1,85301,4769905.html Odpowiedz Link Zgłoś