o.jarocin
12.12.06, 23:15
Przy całym tragizmie tamtej przełomowej nocy zdarzył mi się zabawny epizod:
12.XII około 21-ej dyskretne pukanie do drzwi mieszkania. Otwieram - dwóch
młodych, nieznajomych mężczyzn zagaja nieśmiało: "Czy wie pan, że królestwo
niebieskie nadchodzi?".
- Być może, szanowni panowie, ale póki co mamy mnóstwo do zrobienia na naszej
Ziemi...
- Jest pan w błędzie, ponieważ...
Rozpoczęty na progu dialog przerywa moja żona, wołając z kuchni:
- Marek, poproś gości do domu, a nie dyskutuj "w drzwiach".
Nie miałem na to najmniejszej ochoty, ale grzeczność tych panów i stanowczość
małżonki nie pozostawiły mi wielkiego wyboru...
Gdy weszli, zrazu wyjęli z kieszeni płaszczy szmaciane papcie, dając do
zrozumienia, że nie wpadli na chwilkę.
Świadkowie Jehowy /bo to nimi byli wieczorni przybysze/ perswadowali mi przez
dobre dwie godziny o nieuchronności rychłej ingerencji Stwórcy w nasze
ziemskie życie. Utrwalili w mojej świadomości pojęcie "królestwa
niebieskiego", którego mamy wyczekiwać, nie próbując naprawiać panującego tu
porządku. Jako zaangażowany działacz "S" oponowałem stanowczo przeciwko
akceptacji biernej postawy wobec gnębiącej nas komuny. Koniec końców nie
przekonali mnie, a ja ich tym bardziej. Wyszli po jedenestej, zapewne z
uczuciem dobrze spełnionej misji.
Źle spałem tej nocy, w sypialni zostawiłem otwarte radio. O 5 rano obudził
mnie Mazurek Dąbrowskiego, płynący z fal eteru. Potem sławetne przemówienie
generała. Leżałem chwilę nieruchomo, wreszcie szturchnąłem śpiącą żonę:
- Wiesz, chyba coś nadeszło, ale nie myślę że to jest obiecane wczoraj
Królestwo Niebieskie.
I miałem rację...