mareszka
11.10.06, 14:48
Czyli słów kilka o naszym ślubie.
Motto z tytułu towarzyszy mi już od dawna. Postanowiliśmy zrobić ślub tak jak
nam się marzy, po swojemu. Z góry założyliśmy, że to są nasze fanaberie, więc
sami za nie musimy zapłacić. Odłożyliśmy konwenanse na bok i nie baliśmy się
marzyć. Oczywiście to nie znaczy, że postawiliśmy cały świat na głowie.
Czasami ma się zwykłe, prozaiczne marzenia, jak każdy.
Oboje kochamy góry, podziwiamy przyrodę. Postanowiliśmy pobrać się w plenerze.
Właściwie to „pomogli” nam trochę nasi księża z parafii, czy może raczej
klechy. Po pierwszej wizycie w kancelarii wyszłam z płaczem i powiedziałam, że
tutaj ślubu brać nie chcę. Nie chcę z resztą odświeżać w pamięci tego
strasznego zdarzenia. Potem trafiliśmy do Jezuitów, bo tylko oni prowadzą
kursy na okrągło. Przylgnęliśmy do nich od razu. No i potem tak się
potoczyło, że wspaniały Ojciec Jacek Granatowski postanowił nam udzielić
plenerowego ślubu w górach. Była jeszcze z tym kupa zamieszania z powodów
formalnych, ale nie baliśmy się pragnąć.
Nie chciałam białej „bezy” (która miałaby kosztować co najmniej trzy
miesięczne pensje) i wiązanki za kilka stów. Marzyła mi się skromna, błękitna
sukienka i kiść hortensji w dłoni. Oczywiście okazać się miało, ze hortensje w
kwiaciarniach są tylko wiosną, a w ogóle to nigdzie w okolicach nie było
kwiaciarni. Ślubowałam z hortensją i w błękitnej kreacji za 400zł.
I wreszcie chcieliśmy, żeby na naszej uroczystości byli tylko sami najbliżsi.
Żadnych wujków z drugiego końca Polski ani kuzynów, których mgliście pamiętamy
z wczesnego dzieciństwa. Zasadą było, że skoro jesteśmy ze sobą lat, już
naście, a ktoś z rodziny nie zna jeszcze drugiej połówki, to znaczy, że nie ma
z ni nimi kontaktu i nie zapraszamy. Tym, którym średnio albo mało zależało na
tym, żeby być z nami, nie chciało się taszczyć przez pół Polski.
Pragnęliśmy miłej, kameralnej atmosfery i tak było. Każdy angażował się w co
mógł i jak umiał. Być może nie wszystko było tak idealne, jak większość panien
młodych o tym marzy. Nie było limuzyn ani modnego DJ. Zdjęcia robił mi
skromny, ale bardzo zaangażowany fotograf. Nie miałam stylistki ani
wizażystki. Czesały mnie i malowały przyjaciółki. Dekorację robił kuzyn,
dokończyli przyjaciele. Obecny mąż, jeszcze w dniu ślubu kosił kosą trawę
przed kapliczką
Za to podróż była jak się patrzy: Wenezuela.
Nie żałuję żadnych decyzji. To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Czułam
obecność i zaangażowanie bliskich. Spełniły się moje marzenia.
Nie piszę tego, żeby kogoś pouczyć jak i co należy robić. Chcę Was zachęcić,
żebyście odważyły się marzyć. To ma być Wasz Dzień i postawcie na to, na czym
Wam najbardziej zależy. Nie popadajcie w paranoję śliczności i idealności.
Jeśli ktoś jeszcze pragnie więcej szczegółów, to dopowiem, bo już trochę
przydługo nudzę. A jeśli kto ciekaw jak pięknie było i jak utalentowany jest
nasz fotograf, to niech zajrzy na cudownapodroz.galerie.superfoto.pl/ .
Pozdrawiam ciepło i zachęcam do przemyślenia „co byś zrobiła gdybyś się nie bała”
Mareszka