Różaniec, kościół pełny, dzieci siedzą na stopniach ołtarza i trzymają wielki
różaniec. Kończy się liturgia. Jacyś mali chłopcy, może z zerówki, może z I
klasy coś do siebie szepnęli. Ksiądz jak sęp, zleciał na nich z góry, po
drodze piorunując ich już wzrokiem, którego nie widzieli, bo byli zwróceni do
siebie. Złapał za kołnierze, uniósł w górę, pouczył gwałtownym tonem (czyt.
nawrzeszczał) i rzucił nimi na dwa boki, jak małymi szczeniakami...
Chłopcy upadli na posadzkę, jeden zaczął p...