W natłoku ogłupiania całych społeczeństw, genderyzmem, pandemią, polityką, konsumpcjonizmem, warto chyba pogadać o tym co ponadczasowe o tym co przetrwa mimo wszelkiego szaleństwa pseudoelit i... miejmy nadzieję nie poniesie żadnej szkody.
Z pewnością wiele razy każdy słyszał, że żaden mistrz „nie spadł z nieba”. Zapewne niewiele rzadziej sami artyści wydawali o sobie takie opinie. Jednak świadomość, że dotyczy to również wielkich mistrzów, jest czasami dość zaskakująca.
Przyjrzyjmy się realizacji tematu: „Pokłon Trzech Króli” Sandro Botticellego.
Pierwszy obraz namalował (wówczas jeszcze nie) mistrz, gdy był jeszcze uczniem w warsztacie Filippo Lippiego, około 1465-1467. Obraz ma wydłużony format, prawdopodobnie dlatego miał być ozdobą mebla (łóżka?). W rękach malarza wciąż widoczna jest duża doza niepewności. W przemyślanej kompozycji nie ma wyraźnego wątku. Postacie wyglądają chaotycznie, wiele z nich po prostu stoi w pobliżu. Po lewej jest dużo gwaru, po prawej dużo pustki. Dwie osoby po prawej wpadające na obraz wydają się niestosowne, odcięte; po lewej, ponieważ ich kontrapunktem są dwa konie, znów postaci stojące w miejscu spoglądają w przestrzeń, niektórzy patrz na osobę po lewej wskazującą gdzieś w niebo coś, czego widz nie może zobaczyć. Artysta próbuje podzielić obraz za pomocą nieruchomych środków architektonicznych (ruina po lewej i kolumny po prawej), ale lewa część wydaje się całkowicie oddzielona, tak że Botticelli umieszcza krasnala na linii ruiny jako (niestety tylko słabą) próbę by jakoś wszystko połączyć w całość. Jest to ładny obraz, który z pewnością wskazuje na przyszłą wielkość malarza, ale nie wznosi się ponad zwykły ówczesny średni poziom malarstwa.