maggpie 10.04.06, 15:54 Właśnie dokopałam się do kilku ;) Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" 10.04.06, 15:55 Było to w jedną noc styczniową. Mróz, który od kilku tygodni się srożył i Narew grubym okrył lodem, sfolgował właśnie nad wieczorem, a leciutki śnieżek pokrył ziemię. Powietrze było zupełnie ciche, i tak łagodne, iż po siarczystych mrozach zdawało się ciepło jak na wiosnę. Księżyc, chociaż niepełny, przyświecał jasno, a w jego blasku zlodowaciałe drzewa i suche badyle polnych chwastów iskrzyły się jak gdyby ze srebra i brylantów samych złożone. Mogło być około północy, gdy Jaśko wracał po lodzie zza Narwi do domu, bo jakoś tej niedzieli rychlej się skończyły niźli zwykle tany w karczmie, której grał właśnie. Był to sobie rześki dwudziestoletni parobczak, z rzemiosła swego pastuch bydła w Łomżycy, a z zamiłowania grajek. Chodząc ze stadem swoim przez lata całe ze skrzypkami nieodstępnymi, tak się doskonale wygrywać na nich wyuczył, że aż rozkosz było słuchać. To i też choć młody, poczynał już mieć sławę w okolicy, dziewki uśmiechały się do niego radziej niż do drugich parobków, a gdzie było wesele albo tany w pobliżu, trudno się obyło bez Jasia. Otóż tedy powracał sobie po lodzie z karczmy do domu, a że mu jeszcze czmerało parę kieliszków w czuprynie, wygrywał sobie po drodze to wesołe, to rzewne piosneczki, jak mu która na myśl przychodziła. Właśnie przeszedłszy szczęśliwie przez rzekę mijał pagórek, na którym kiedyś stało zamczysko królowej Bony, gdy wtem stał się przed nim dziw, który go od stóp do głów przejął mrowiem. Tuż przed oczyma jego rozwarła się nagle jedna ściana pagórka i z ciemnego jej otworu ukazała się piękna pani, wystrojona jak na święto, cała od złota i klejnotów. Jaś, choć mu w głowie czmerało, widział, że to coś nie po ludzku się dzieje. Chciał się przeżegnać, ale mu smyczek przeszkodził, zawołał więc tylko na głos: - Wszelki duch Pana Boga chwali! - I ja go chwalę - pokornie i rzewnie odpowiedziała strojna pani - choć nim oglądać stanę się godną, wieki, wieki jeszcze miną! - z cichym dodając westchnieniem. Jaśko, skoro tylko pierwsze słowa jej posłyszał, uspokojony, że nie z diabłem ma do czynienia, nie dając na resztę uwagi, zdjął czym prędzej z głowy baranią czapkę i kłaniając się nią do nóg zaczął Prawić: - A toć mi wybaczcie, Imościulu! żem się was wyląkł, gdyby czego złego... Ale dalibóg - bo i skąd się też Imość o tej porze tutaj wzięła?.. Albo pfu! czym ja pijany, czy co? - Czyć mi się to jeno widzi, że to my tutaj nad Narwią, w szczerym polu - a to ot, że niby zamkowa góra - hę? - Dobrze ci się widzi, mój człowieku. Toć to jest zamkowa góra, a ja nieszczęsna ta królowa Bona, com na niej kiedyś mieszkała!... - Ach, ciężko się nagrzeszyło, ciężko też pokutuję teraz! W zapadłym zamczysku moim dręczą mnie i poniewierają złe duchy, tylko ta jedna godzinka przed północą, o której za życia bywało pacierz mawiałam, wolna mi od mąk zostaje... Ale co ci o tym prawić! choćbyś chciał, pomóc mi nie zdołasz... Oto, uczyńże przynajmniej jedno, co możesz. Słyszałam, jakeś idąc ślicznie wygrywał piosneczki, zagrajże i mnie jedną, ze dwie jakie, to zapomnę choć na chwilkę o mojej niedoli. To mówiąc zjawisko niewieście spojrzało Jankowi w oczy tak miłosiernie prosząc, że chociaż dowiedziawszy się o jej godności rad był wziąć nogi za pas i drapnąć do domu, nie mógł się oprzeć milczącemu błaganiu i podstroiwszy skrzypce zaczął grać jej kwoli śliczną piosenkę: Choćbyś ty jeździł we dnie i w nocy, Choćbyś wyjeździł koniowi oczy, Tak ja twoją nie będę! Bona słuchała z zachwyceniem. Ach!, bo i któż by słuchać mógł bez niego tej cudnej mazowieckiej pieśni? - cóż dopiero ona nieboraczka, co od lat tylu nie znała innej muzyki, tylko wycia i śmiechy diable? Jaś też grał, co się nazywa doskonale. Nie umiał ci on wyprawiać smyczkiem po strunach dziwnych skoków jak na przykład dzisiaj niejeden okrzyczany szarlatan, ale od pierwszego dotknięcia skrzypek tak się duszą całą wmyślił w piosnkę graną, że zapomniał o Bonie i strachu, o wszystkim wokoło siebie, wyśpiewując w głębi duszy słowa, których nutę wygrywał. Toteż jednostajna melodia piosenki z każdą zwrotką nabierała nowego wyrazu, ruchu i dźwięku, a kiedy przyszedł w myśli aż do tych słów dziewczyny: A ja się stanę gwiazdką na niebie, Będę świeciła ludziom w potrzebie, Tak i ja twoją nie będę! Do nieporównanej odpowiedzi chłopca: A ja mam litość nad ubogiemi, To sproszę gwiazdkę z nieba do ziemi. Skrzypki Jasiowe tak czarującym odezwały się głosem, że aż Bonie z czarnych oczu trysnęły dwie jasne łez krynice i dwoma kroplistymi strumieniami z twarzy na wznoszące się piersi spadały. - Dzięki ci, dzięki! - zawołała, kiedy skończył - za te łzy, któreśmi wycisnął. Ach, nie pojmujesz sam, ileś mi dobrego sprawił. Łzami tymi wyciekło z duszy mojej więcej złego, niżliby ogień czyśćcowy przez cały rok mógł strawić... Ale słyszysz? - oto północ bić zaczyna - muszę wracać na pokutę! Bywaj zdrów, a pamiętaj, jeśli kiedy będziesz potrzebował pomocy w jakiej potrzebie, przyjdź, zagraj tylko pod tą górą, a ja wynijdę do ciebie. Nie zapomnij tylko pory: w godzinę przed północą! Wtem na wieży łomżyńskiej fary zegar uderzył dwunasty raz, Bona skoczyła w czarną czeluść pagórka, która się za nią zawarła, a Jaś posłyszał taki ryk i jęk, i brzęk łańcuchów, że zatykając uszy pobiegł wystraszony ku domowi, odmawiając z cicha pacierz za zbawienie pokutującej królowej. Słońce poczęło wyżej wzbijać się nad ziemię i ciepławy południowy wiatr powiewiewał po lesistych Polski płaszczyznach, niosąc na skrzydłach swych młodą wiosnę, otoczoną śpiewnymi chórami skowronków i szczebiotliwych jaskółek, ciągnącą za sobą długie wędrownego ptactwa sznury. A w miarę, jak ten zgiełkliwy orszak niewidzialnej boginki przebiegał ponad niwami, topniały lody w brylantowe krople, i śnieg poczerniały rozpływał się w tysiące drobnych strumyków, brzmiących po kamykach we wtór świegotu wiosennego ptactwa. Bladozielone łąki stroiły się w pierwsze stokrotki, nagie jeszcze rosochate drzewa radośniejsząjuż przybierały barwę, zdało się że pod ich grubą, szorstką korą widać krążenie soków, a długie ich ramiona, poruszane wiatrem przelotnym nie przerażały już tym kościotrupim stężałych członków chrzęstem, lecz uginając się lekko, miłym, odzywały się szumem. Nawet posępna krzywokonarzysta sośnina, obwiana tchnieniem młodzieńczym wiosny, zdawała się odmładzać żywszą barwą i balsamiczną rozlewała wonność. Jaś po raz pierwszy wygonił swoje bydełko na świeżą pastwę, na łąki bujne brzegiem lasu się ciągnące. Zachwycony pięknością Bożego świata, pochwycił nieodstępne skrzypki i zasiadłszy na próchniejącym pniaku starej jakiejś olchy, patrząc w jasnobłękitne niebo i słuchając tajemniczych głosów z głębin jego brzmiących, wylewał serdeczną muzyką przepełniające duszę błogie uczucia. Biedny Jaś, biedny poeta grajek zapomniał na śmierć, że był pastuchem dworskiego bydła. Przez przezroczyste niebo widział Boga w całej chwale i wszechmocy, otoczonego chórami aniołów, i zdało mu się, że sam stawszy się także aniołem wygrywał na swych skrzypkach chwałę Przedwiecznemu... Z marzenia tego zbudził go nagle okrutny Boćkowski kańczug, spadając mu gradem ciosów na plecy i ramiona. - Ha! psia, chamska duszo, niegodziwa! - wrzasnął z konia gruby pan ekonom - tak to pasiesz pańskie bydło? Dam ja ci muzykę, złodzieju?... i grzmocił batogiem dalej. Jaś, z bólu i strachu wypuściwszy skrzypki, zobaczył stado swoje rozpierzchnione po pastwisku i po bliskiej oziminie, po kępinach i zaroślach i uchodząc przed niemiłosiernym batogiem, pobiegł je zaganiać w gromadę. Rozperzony ekonom tymczasem grzmiał jeszcze długo, przeklęstwami i groźbami, aż przypomniawszy sobie o czymś innym pogalopował dalej. Po kilku godzinach znojnego biegania udało się Jaśkowi zegnać wreszcie do kupy wszystkie bydło rozpierzchnione: lecz gdy je zebrawszy wziął liczyć. I zgrozo! - przekonał się, że czerwonej Łysej" nie dostawało, próżno jej dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" cd. 10.04.06, 15:57 I zgrozo! - przekonał się, że czerwonej Łysej" nie dostawało, próżno jej dowoływał, próżno szukał w pobliskich zaroślach, a dalej odchodzić nie śmiał, żeby się wszystko nie rozeszło znowu. Co było robić? pognał przed czasem stado do domu, a zamknąwszy w oborze, sam odszedł, choćby noc całą szukać straconej jałówki. Ale nie potrzebował trudzić się zbyt daleko zaledwie przeszedł w pierwszy gęsty zagaj, znalazł poszarpaną świeżo skó, rę swojej zguby, rogi i kopyta. Czerwoną Łysą wilki zjadły! Jęknął Jaś na ten widok jak przybity i zdrętwiał cały, myśląc o karze jaka go czeka. - Boże mój, Boże! - wołał łamiąc ręce - cóż ja nieszczęśliwy mam począć?.. Albo mi się utopić, albo się powiesić!... Wtem przypomniał sobie Bonę i obietnicę, którą mu uczyniła. Tonący brzytwy się chwyta, a tak i Jaś, choć go mrowie przechodziło na samo wspomnienie zamkowej góry, odważył się i szedł szukać pomocy u pokutującej królowej. Stanął u zamkowej góry właśnie w sam czas, bo tylko co była jedenasta wybiła, przeżegnawszy się więc pobożnie i poleciwszy Panu Bogu, począł wygrywać na skrzypkach. Niezadługo otworzyła się przed nim, jak niegdyś ściana pagórka, i Bona w królewskim wyszła stroju. - No, jak się miewasz, przyjacielu? - zapytała Janka. - Jakoś smutnie ci dziś z oczu patrzy, powiedzże, co ci się stało i jakiej chcesz pomocy? - Ach, oświecona królowo? - rzekł grajek - stało mi się ciężkie nieszczęście. Zagapił się człowiek, pasąc bydło, a czerwona Łysa tymczasem w las zalazła i wilcy ją zżarli! Poradź, pomóż, zlituj się, miłościwa pani! bo mi się chyba utopić przyjdzie. - Nie rozpaczaj no tylko przed czasem, chętnie ci pomogę. Jałówki wprawdzie zjedzonej do życia nie wrócę, ale dam ci tyle pieniędzy, żebyś albo inną kupił, albo panu zapłacił. Ileż, myślisz, będzie ci trzeba? - Ano Icek dawał panu za nią ośm talarów, ale pan nie chciał inaczej tylko dziesięć. Jeszcze sam zapowiedział: - Pamiętaj Jasiek, możesz oddać Ickowi czerwoną, jak ci zapłaci dziesięć talarów. Ale Icek na moje nieszczęście nie przyszedł! - Dobrze tedy - mówiła Bona - ja ci dam dziesięć talarów, a będziesz mógł powiedzieć, żeś bydlę sprzedał. Ale po pieniądze sam sobie musisz do lochu iść. Stoi tam jedna kadź talarów, to sobie odlicz, co ci ich potrzeba. Pamiętaj tylko, żebyś ani na włos nie brał więcej, bo byś popadł w moc złego, a na to ja nic bym nie mogła już pomóc. Jasiowi nie było miło, że sam musi leźć w głąb góry, ale nie miał innego wyboru, zebrał całą odwagę do serca i poszedł. Czarnym, krętym korytarzem zaszedł do ogromnej piwnicy, w której od srebra, złota i drogich kamieni widno było gdyby w dzień. Pod jedną ścianą stała kadź szeroka, pełna pod wierzch bitych, błyszczących talarów. Jaś drżącą ręką. odliczył ich sobie dziesięć - i schowawszy je dobrze za nadra, pobiegł nie oglądając się na powrót. Wydostawszy się na wolne powietrze odetchnął, jakby się na świat na nowo narodził, a podziękowawszy serdecznie Bonie wrócił szczęśliwie do domu. Bieda nigdy nie przychodzi sama. Jak się raz zacznie, to idzie jedna za drugą jak pacierze w różańcu. Wkrótce po stracie jałówki zdarzyło się Jaśkowi nowe, gorsze sto razy nieszczęście: zakochał się biedaczysko. Jeszczeć, że się zakochał, może by to i nie było tak źle bardzo, boć powiadają że to nawet czasem na dobre bywa, ale licho go skusiło zakochać się w Małgoli, córce młynarzowej z łomżyńskiego przedmieścia. Taka panna młynarzówna dla ubogiego grajka wiejskiego jest tak w stosunku jak na przykład jaka hrabianka albo bogata dziedziczka względem niemajętnego artysty albo literata. Schlebiało jej to, że Jaś, dorodny chłopak i lubiony od tylu dziewek, był jej uniżonym służką, nawet nie szczędziła mu czułych spojrzeń i uśmiechów, ale Jaś, nie w ciemię bity, widział dobrze, że to wszystko kobieca obłuda, żeby go sto razy oddała za pierwszego lepszego wiercipiętę z miasta... Stary Grzegorz, gajowy, stryj jego, widząc, jak srodze się miłością swą martwił, mówił doń nieraz: - Ej Jasiu, Jasiu! niechaj ty młynarzównej? Co ci za licho w łeb wlazło? Czy to nie masz tylu ślicznych dziewek, co za tobą przepadają, żeby się tamtej wpraszać? A gdyby cię nawet kochała, gdybyś się z nią i ożenił, choćby ci też i najlepszą żoną była, to wierz staremu, kością w gardle stanąłby ci tatuś i matusia, nadęci bracia i siostry, bo to wszystkie takie głupie, żeby się miało za coś lepszego od ciebie. Daj jej pokój, mówię tobie, ot wiesz co, wyswatam ci Wojciechową Jagnę albo Kaśkę po Jędrzeju? Ale zakochanemu prawić, żeby dał pokój, to tak jakbyś choremu chciał odradzić, żeby nie miewał gorączki. Jaś wiedział tylko jedno: że bez Małgoli żyć nie może, a co dalej będzie, nie myślał. Od kłopotu i zmartwienia zaczął wreszcie chudnąć i blednąc. Oho - pomyślał sobie - źle! Jak wychudnę i zblednieję, będzie jeszcze trudniej z dziewczyną. Cóż ja nieszczęsny mam począć? Ha! dziej się wola Boża! Pójdę na porady do Bony, czy co mi nie pomoże? I w rzeczy Bona znalazła mu radę (bo ponoć za życia swego nieraz tego sama próbowała). - Chcesz, żeby cię twoja dziewka kochała? Sposób łatwy na to rzekła - złap żywego nietoperza, włóż go w nowy garnek i obwiąż rzeszociskiem, a potem o północy zagrzeb w mrowisku. Tylko pamiętaj, odchodząc nie oglądać się, bo by ci się złe zdarzyć mogło. Nazajutrz idź do mrowiska, - a znajdziesz w garnku kościane widełki i grabki, którą dziewczynę zechcesz, żeby cię kochała, przyciągnij ją skrycie ku sobie grabkami, a nie będzie mogła żyć bez ciebie, która ci zaś niemiła, a wdzięczy się ku tobie, odepchnij ją jeno widełkami, to będziesz miał pokój od niej. Uradowany Jaś złotą radą królowej odszedł, po tysiąc błogosławiąc ją razy. W kilka dni, złapawszy nietoperza, uczynił wedle jej nauki, a w niej długi czas stało się, że wszystkie dziewki, co za nim kiedyś szalały, teraz ani spojrzały na Jasia, Małgorzata zaś młynarzówna na śmierć się w nim rozkochała. Ale tu nie był koniec jego kłopotów. Kiedy przyszło do oświadczyn rodzice dziewczyny rozśmiali się mu w żywe oczy, że taki gołota chce posażnej ich córki, a choć kochająca Małgosia płakała i rozbijała się, prosząc u nóg ich, stary młynarz, jak kamień twardy, zaklął się, że jeśliby ją wydał kiedy za chłopa, to chyba tylko za gospodarza albo gospodarskiego jedynaka. Co mógł biedny Jaś poradzić? Musiał znosić cierpliwie wymówki stryjowe, że chciał leźć wyżej, niż podrósł, a co najgorsze, patrzeć na łzy i smutek swojej Małgoli. Gdy kilka tygodni tak przeszło, a nie było nadziei, żeby młynarz dał się zmiękczyć, Jasiek wspomniawszy sobie skarby niezmierne pod zamkową górą postanowił raz jeszcze udać się o pomoc obiecaną do Bony. Podług zwyczaju Bona przyjęła Jasia łaskawie, pytając, czego by potrzebował. - O wielmożna królowo! - począł Jaś kłaniając się do ziemi - a dyć to jeszcze nie koniec utrapieniu memu!... Prawdać, Małgola mnie kocha, choć by w ogień za mną wlecieć, ale cóż, kiedy jej ojcowie wyśmiali się jeno ze zalotów moich, a młynarz zaklął się, że nie wyda jej inak, jak za gospodarza. Cóż ja, biedny sierota, mam począć? Użalże się mnie ty, jasna pani! a do końca życia naszego będziem oboje co dzień prosić o pokój wieczny dla ciebie!... - Z duszy serca miły Janku, jakom przyrzekła, chętnie ci pomogę odpowiedziała Bona. - Mów, jak wiele ci potrzeba, ale pamiętaj, mów prawdę, nie żądaj więcej nad słuszną potrzebę, bo łakomstwo ciężki grzech i nie zostaje bez kary. - A niech mnie Bóg ciężko skarżę, jeśli choć o półgroszek za wiele powiem! Oto właśnie o granicę jeno od nas jest na sprzedaży gospodarstwo, po kołodzieju Jakubie, co w łcńskie lato utonął, za okrągłe czterysta talarów. Gospodarstwo jak z płatka wywinął, wszystkie porządeczki i bydełka śliczne, żebym je tylko mógł kupić, młynarz sam by mi się prosił z Małgola. - Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię ostrzegała: nie tykaj nic, ani na włos więcej, bo byś to drogo przepłacił. Tą rażą już bez takiej trwogi Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie "Jaś Grajek i królowa Bona" cd. vol. II;) 10.04.06, 15:59 - Idźże, weź sobie z lochu te czterysta talarów, ale nie zapominaj, com cię ostrzegała: nie tykaj nic, ani na włos więcej, bo byś to drogo przepłacił. Tą rażą już bez takiej trwogi wszedł Jaś do piwnicy, gdzie stały skarby zaklęte, i odliczył swoje czterysta bitych. Odchodząc z nimi, obejrzał się ciekawie dokoła: mój Boże! co tu śliczności! nie na jedno wzięła ochota, ale przecież przemógł siebie i już był u samych drzwi korytarzowych, gdy wtem potknął się o coś na drodze. Przeklęte biesy, co skarbów tych pilnowały, uradziły się na Jasiową. zgubę i patrzcie! wiedziały psie wiary, czym skusić Mazura!... Schyliwszy się grajek zobaczył parę nowiusieńkich butów, z zawijanemi cholewami, wysmarowanych słoniną, że aż świeciły, z calowymi u obcasów podkówkami. Czego nie mogło srebro i złoto, tego dokazały buty, Jaś ułakomiony czął się namyślać, czyby je wziąć, czy nie brać?.. Popatrzył troskliwie po wszystkich kątach, czy gdzie nie siedzi jakie licho, zaczajone, ale nic nie było. - Ej pomyślał sobie - tylko aby przymierzę, czyby mi też były wraz?.. (położywszy miech z talarami na ziemi zrzucił swoje zszarzane chodaki, a nazuł nowe buty na nogi. Wtem na kościele w mieście poczęła bić dwunasta godzina i Bona wbiegła do podziemia. - Spiesz! uchodź! zawołała - za chwilę zamknie się góra!... Ale wystraszony Jaś, o wszystkim zapomniawszy, pobiegł wydostać się na świat żywy. - Szczęśliwej drogi w nowych butach! - zahuczał za nim z głębi okrop ny głos, zmieszany z, piekielnym śmiechem, od którego aż cała zatrzęsła się góra. Jasiowi włosy na głowie powstały, aż wtem poczuł nagle, że go w nogi pali, jakby je miał włożone w płonącym zarzewiu... Przerażony chciał zrzucić diabelskie buty, ale rozpalona smoła tak do ciała przylgnęła, że ich oderwać nie było rady... Rycząc i jęcząc od bólu, padł nieszczęśliwy grajek na ziemię, wijąc się jak wąż wśród piekielnych meczami. Z rankiem nazajutrz ludzie przechodzący w pole znaleźli Jasia grajka omdlałego przy zamkowej górze. Z przestrachem zobaczyli, że obie nogi po kolana na węgiel były spalone i rozsypały się całkiem, kiedy go z ziemi pod nosili. Zanieśli biedaka do Łomży do szpitala, gdzie go doktorzy ocucili i pomału do zdrowia przyprowadzili. Ale na całe życie zostawszy kaleką, musiał potem czołgając się na czworakach od wsi do wsi, żebrać kawałka chleba, śpiewając przy swoich skrzypkach pode drzwiami u ludzi, nieszczęśliwa zaś Małgosia, od żalu i zgryzoty w rychłe Bogu ducha oddała. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie "Baśń o księciu i królewnie" 10.04.06, 16:01 W bardzo dawnych czasach, w miejscu, gdzie obecnie jest wieś Stara Łomża, stał zamek, w którym mieszkała królowa z młodziutką królewną. Pewien młody książę został oczarowany pięknością królewny i pokochał ją ponad życie. Królowa-matka nie chciała jednak zgodzić się na małżeństwo i dlatego odważny młodzieniec porwał ukochaną i chciał ją wywieźć w swoje strony. Niestety zła matka przeklęła córkę i jej narzeczonego, a za uciekającymi wysłała pościg. Księcia ujęto i zabito, a królewna umarła z żalu i tęsknoty. W miejscu, gdzie zginął książę rosną białe lilie, a z góry zwanej Górą Królowej Bony wypływa strumyk - łzy królewny, które są tak gorące, że woda nigdy nie zamarza. Duch zaś królowej za swój zły czyn pokutuje w postaci żaby. Ten tylko może wybawić królowę, kto ją bez lęku i obrzydzenia pocałuje. Pewnego razu próbowały uczynić to dwie dziewczynki, ale przerażone wyglądem żaby odwróciły się od niej ze wstrętem. Jeszcze dziś ropucha wychodzi na brzeg strumyka, siada na kamieniu i smutnym wzrokiem wpatruje się w szemrzące wody. Czeka i czeka, ale nadaremnie na swego wybawcę. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie "O jeleniu, który wskoczył do łomżyńskiego herbu" 10.04.06, 16:05 Wkleję tylko część, bo cosik urywa: [...] Nie pogoniono za zwierzem. Zajęto się panem na Mazowszu, zawieszonym między niebem a ziemią. Zdjęty z dębu, książę sapał ciężko przez dłuższą chwilę, a dopiero potem w krótkich zdaniach opowiedział swą przygodę. Zrzucony przez przerażonego konia i pozbawiony oszczepu musiał szukać schronienia na dębie. Gdyby nie przytomność umysłu i kryjówka na tęgim konarze, nie żyłby już, rozszarpany przez okrutną bestię. Jednakże to nie koniec przygód. Zaledwie połączono się z pozostałymi grupami i już konno wyruszono w drogę powrotną, ze świerkowego zagajnika wypadł jeleń. Piękny okaz rogacza o rozłożystym wieńcu na głowie, jaki nieczęsto spotyka się w borze. Widząc orszak konny jeleń przystanął na moment. Zawahał się. I to go zgubiło. Jagiełło wyszarpnął oszczep z ręki giermka i cisnął z całej siły. Trafił. Rogacz zwalił się na murawę. Niemal w tym samym momencie ze świerczyny rozległ się ryk innego jelenia. Samca zwycięzcy oznajmiającego puszczy, kto tu jest prawdziwym władcą stada. Aj tamci musi być sztuka. Marzenie, jęknął z zachwytem pan Cichosz z Psiej Góry i sięgnął po oszczep. Pozostańcie tutaj. Ja się z nim zmierzę - monarcha skierował rumaka w stronę zagajnika, lecz ruszyć nie zdążył, albowiem Cieszko jednym susem przyskoczył do konia i uwiesił się cugli. Panie najmiłościwszy, na Boga. nie jedźcie sami - rzucił półgłosem. - Tam zasadzka. Ptaki w świerczynie zamilkły na amen. W zagajniku ktoś obcy być musi. Jelenia skrzydlate się nie lękną. Ludzie tamże są i głos rogacza naśladująudanie. Łotry jakoweś, bo po cóż by się kryli? A może to Krzyżaki ze Szczytna? Lub wyprawa z Malborka? Do granicy stąd, jakby kamieniem cisnąć. Na dyskretny znak króla Władysława połowa drużyny skręciła powolutku w las i zataczając półkole od tyłu dotarła do zagajnika. Kiedy w powietrzu rozległ się umówiony krzyk orła, z obu stron popędzono galopem. Po krótkiej, lecz krwawej walce dziesięciu Krzyżaków legło bez ducha. - Żywot zawdzięczam ci, wilczku. Władysław Jagiełło przycisnął bliźniaka serdecznie do piersi. Jakże ci się odwdzięczę? - Nie mnie, miłościwy królu, ale jeleniowi wdzięczność winniście. Gdyby nie zwierz ów, nie spostrzegłbym braku ptactwa w świerczynie i nigdy nie odgadłbym plugawej zasadzki gotowanej przez komturowych zbójów. - Skromnyś, wilczku, lecz to ci się jeno chwali - Jagiełło jeszcze raz uścisnął młodzika. - Niechaj pycha nigdy nie zapuści korzeni w twoim sercu. A że wdzięczność długi nakazuje spłacać, zabieram cię do Krakowa. W szkołach uczyć się będziesz. Później powrócisz tu, aby w moim imieniu doradzać i pomagać leśnym ludziom. - Ja zaś, najmiłościwszy panie - dodał książę Janusz - dla wspomnienia waszego pobytu w mazowieckich borach jeszcze dziś Łomży prawa miejskie nadam. I herb ustanowię, ażeby we wdzięcznej pamięci wydarzenia te po wsze czasy zachować się mogły, bo przecież powinny. Pan na Mazowszu słowa dotrzymał.Od tamtej pory Łomża jest nie leśną osadą, ale miastem.I herb piękny posiada. Z królewskim jeleniem w skoku i z kilkoma żołędziami. Te ostatnie dorzucił stary książe na pamiątke owego dębu, który ocalił mu życie. Początek znajdziecie tu: www.lomza.friko.pl/index.html ;) Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie "Baśń o złej królowej i zaczarowanych skarbach" 12.04.06, 17:41 Bardzo dawno temu wśród nieprzeniknionych puszcz i lasów pełnych dzikich zwierząt i różnego ptactwa, na wzgórzu wznoszącym się nad brzegiem Narwi koło Starej Łomży stał warowny zamek. W zamku tym mieszkał stary i mądry król z piękną królową i młodziutką królewną. Król umierając władzę nad krajem pozostawił swojej żonie. Królowa przybyła do Polski z dalekich krain, zza siedmiu gór i siedmiu rzek. Była podstępna i zła. Znała się na czarach i tajemnych sztuczkach. Królowa dawała śmiecie wiejskim dziewczętom za posługi w zamku i nie pozwalała oglądać się za siebie. Te, które posłuchały ostrzeżenia, po powrocie do domu znajdowały pieniądze, inne zaś żaby i węże. Na przeciwległych wzgórzach, gdzie obecnie jest wieś Kalinowo, stał zamek brata złej królowej. Powodowana zazdrością kazała przywiązać go do zaczarowanego, dzikiego konia. Odważny wieśniak z Siemienia uratował księcia, za co został sowicie wynagrodzony. Leczył księcia siemieniem i odtąd wieś nazywa się Siemień. Lud nie kochał złej królowej i za ten postępek zburzył się i zażądał, by zrzekła się władzy na korzyść swego brata. Królowa rozgniewała się bardzo i postanowiła wrócić do swego kraju, za siedem gór i siedem rzek. Córkajedynaczka nie chciała jechać razem z matką, ponieważ przywiązana była do swoich poddanych. Za to wyrodna matka przeklęła ją i zamek wraz ze skarbami zapadł się pod ziemię. Nikt nie mógł odwalić kamienia leżącego na wejściu do podziemia, ponieważ strzegły go złe moce. Dopiero młody, szlachetny rycerz postanowił oswobodzić królewnę. Nikogo nigdy nie skrzywdził, nie pragnął bogactw i dlatego odwalił kamień i wszedł do lochów. Znalazł śpiącą królewnę, wyniósł ją i złożył na wonnej trawie. Królewna ożyła i z wdzięcznością spojrzała na swego wybawcę. W sercu rycerza powstała chęć bogactw, po które wrócił do ruin zamku. I stała się rzecz straszna. Za karę sklepienia zamku runęły na rycerza, a królewna z żalu i smutku rozwiała się we mgle razem z baśnią. Lud twierdzi, że u podnóża góry płynęły i płyną po dziś dzień łzy pięknej i dobrej królewny. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Bogini wiosny" 19.04.06, 18:57 Wieś Budy jest położona w Dolnym Basenie Biebrzy. Zupełnie się wyludniła, a pozostawione domy, jeszcze kryte słomą, zasiedlili przybysze z miast. W jednym z nich osiedlił się bibliofil warszawski nazwany potem Królem Biebrzy. W sposób zygzakowaty układał się jego los po przybyciu do tej bagiennej krainy. Tutejszemu gospodarzowi zaginęła żona. Długo jej szukał bezskutecznie na bagnach, aż po kilku latach znaleziono w zaroślach jej czaszkę i kości. Rolnik wyjechał, a na jego miejscu osiedlił się właśnie człowiek ze stolicy. Trochę bezradny, trochę marzyciel intuicyjnie zapatrzony w tajemną gwiazdę Biebrzy. Gdy groziło mu już absolutne bankructwo, to przed zupełnym upadkiem uchroniła go bezgraniczna dobroć do wszystkiego, co żyje. "Znalazłem to miejsce - zapisał w pamiętniku - przystanąłem. Tkwię w dziwnym bezruchu i obserwuję ciekawe człowieka z człowiekiem spotkania. Przyjeżdżają tu ludzie i odchodzą, by znów wrócić i wnet uciec. Tu jeszcze nikomu nic nie wyszło, a tymczasem ja miałem więcej szczęścia. Wcześniej uszczknąłem rąbek szkoły przetrwania i teraz jestem bogaty w czas, ciszę, przestrzeń i wolność oraz romantyczny brak pieniędzy". W szczególności przybywają tu ludzie namiętni, w których ciele nie może się pomieścić niespokojny duch. Jeden z malarzy zawziął się właśnie na malowanie bogiń Biebrzy. Tu naprawdę błądzą jakieś idee, mary, pory dnia lub pory roku łatwo się personifikują, bez większych problemów można ubierać je w ciało... czyjeż, jak nie pięknych kobiet! Portret Bogini Wiosny został powieszony w miejscu najgłówniejszym - w kuchni nad stołem. Patrzyła gdzieś w las, a pozostawał do oglądu jej profil, który podniecał niecierpliwość w czekaniu, kiedy się odwróci. Pijąc herbatę, piwo, wódkę gospodarz z malarzem nadawali jej różne imiona: Maria, Brygida, Jola, Agnieszka... "Moja ty jedyna, w snach płynąca, dziewczęce piękno ukazująca wciąż! Urzekasz mnie tajemnicą swą. Tyś duszą mą, bo kocham cię i jestem z tobą - miodu kroplo! Myśli me chcą być z tobą, wchłaniają twe oblicze i samotności pragną naszej. Biegną przez wszystkie pory roku. Witaj więc boska wiosno! To ty przyszłaś by odejść. Jesteś piękna zbyt wielce, byś była dłużej niż moment..." - dalsza treść z pamiętnika. Tak mijały miesiące. I... stało się! Pewnego poranka przed bramą zawarczał dziwnie samochód. Gospodarza jakby coś szturchnęło, jakiś niepokój na nim osiadł i zaczai wypychać z domu kierując w stronę wjazdu. Wybiegi bez czapki, rozchełstana kurtka zwisała z ramion. Widział już z daleka wysiadającą dziewczynę. Niezdecydowanie rozglądała się dookoła idąc w jego stronę. Patrzył na jej usta uśmiechnięte na powitanie i na te znajome oczy ogromne, skrzące się jak meteory. - Boże, Agnieszka! - wykrzyknął i rozciągając ramiona rzucił się na powitanie. Potem trochę stremowani długo patrzyli na siebie. Jak niewiele było potrzeba czasu, namiętnego czasu, aby bogini z jego portretu odwróciła się. Nigdy nie wątpił, że to nastąpi. Jeszcze nigdy nikt nie ustalił alfabetu intuicji, przewidzeń, dziwnych układów, kiedy karta w grze raz idzie dobrze, a drugi raz kpiąc z nas odwraca się plecami. Wielki moment na początku nas oświetla, aby potem pozostawić smak popiołu. I aby znów wkrótce oświetlić. Królowanie nad Biebrzą, to życie wśród takich momentów. To piętnowanie duszy. To... "romantyczny brak pieniędzy"!!! Cha-cha-cha... Panie i panowie! Biebrzą jest piękna! "Mgła jest miłością. Ona przysłania całe zło świata, czyniąc istnienie lepszym. Wypływa jakby z niebios. A ty, nic nieznaczący człeczyna, nagle wyrastasz ponad całe otoczenie. Stajesz się królem życia, swobody! Czarny las w oddali blednie, burozielone pola miękną w dotyku. Bezruch ciszy. Dosięga cię kres nieskończoności, czas urywa się, aby być z tobą. Farbowane słowa, - dzieła człowiecze milkną i odchodzą w nieobjętą dal". (*Wzięte z: www.lomza.friko.pl/index.html ) Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Topielica" ;) 21.04.06, 18:13 Tekla Jedlińska mieszkała na samym końcu wioski J. Dalej już nic nie było, tylko pola piaskowe i biebrzańskie łoziny - drzewa siedzące, kępiaste, podobne do przykucniętych kobiet z tłustymi zadami. Tekla odwrotnie, była kobietą szczupłą, chudą, bezdzietną. Owdowiała od piętnastu lat wiodła żywot samotny i ciężki. Na jej podwórku wałęsało się tylko kilka kotów, dwa kulawe psy i kilka rabych czubatych kur, jakich nikt we wsi nie miał. Ludzie do niej też zachodzili nieczęsto, a to z tego powodu, ponieważ ten i ów pobąkiwał, że zabrała mleko krowom; komuś tam na jej widok znarowił się koń, trzeba było mu wycierać portkami oczy, zaś Balbusiowa Kwiatocha za jej przyczyną, urodziła cielaka z dwiema głowami. Ba, a sąsiedzi to nawet widzieli jak kilka razy z jej domu wychodził przez komin diabeł. W końcu ciężki jej żywot dobiegi nie mniej ciężkiego końca. Bo zmarło się jej akurat w porę wiosennych rozlewisk, kiedy to spływająca woda po zimie tworzyła ogromne morze, zalewając łąki, pola i drogi. Przez prawie dwa tygodnie ludzie w ogóle nie mogli wydostać się z wioski za jakąkolwiek potrzebą. Nie było więc żadnej możliwości odwiezienia zwłok zmarłej na kościelny cmentarz. Do tego deszcz padał i padał dalej... Nie pozostało nic innego, jak trumnę Tekli wieźć łodziami. Zaraz znalazło się dwóch młodych śmiałków, którzy za niewielką opłatą i garniec wina zobowiązali się odtransportować ciało zmarłej wodą na wieczny odpoczynek. Po śpiewach i modłach trumnę ze zwłokami wstawiono do łodzi większej, którą poprowadził Antoni Zbiruć, a Paweł Zadura miał torować drogę czółnem mniejszym, bardziej sprawnym na zakrętach. Obaj mężczyźni byli zdrowej budowy, odważni, popłynęli więc dziarsko. Ale gdy tylko im wieś skryła się za lasem, a oni znaleźli się na bezkresie wód, zła sława Tekli napędziła i im strachu. Dla lepszej więc podniety, aby jak najdalej odgonić głupie myśli, szybko opróżnili galonik z winem. No i teraz jest całkiem zrozumiałe, że już nie trudno było o złapanie tak zwanego pecha. Na drugim kilometrze pomylili nurt rzeczny, duża fala zniosła ich na bok, łódź Antka nagle uderzyła o jakiś pień, przeboczyła się a trumna ze zwłokami - jakby na czyjeś zamówienie - zaczęła zjeżdżać do wody. Gdyby wieko trumienne było dobrze przybite, to nic by się nie stało, a tak trumna się rozpadła i ciało Tekli szybko zaczęło się oddzielać od drewnianych połówek. A jeszcze jak przerażony Antek chciał wiosłem zatrzymać katastrofę, to i ze wszystkim ciało nieszczęśnicy wepchnął w nurt rzeczny. Antek w ogóle zbaraniał, nie wiedział, co robić. Ale jego kolega w błysk zdjął z siebie grubą kurtkę, i aby nie tracić cennych sekund w mig rzucił się do wody. Wiedział, że jeśli tej chwili nie wykorzysta, to będzie granda - zmarłej ciała nie znajdą do wiosny. I nie mylił się. Był świetnym nurkiem, wino od wewnątrz też grzało, zaraz ciało topielicy zlokalizował. Złapał się za jej fartuch, ale na nieszczęście on się urwał, był źle zawiązany. Wtedy Paweł chwycił Teklę za ręce i zaczął brzuchem i nogami wypychać do góry. I wówczas poczuł, że to nie on, a topielica go trzyma za ramiona i chce wleźć mu na kark. Paweł ze strachu prawie zdrętwiał. Ręce zrobiły mu się nieruchome, a nogi zupełnie obezwładnił spazmatyczny skurcz. Gdyby kolega nie pomógł, nie podłapał go hakiem wiosłowym, to nie ulegało wątpliwości, że pozostałby w objęciu Tekli do wiosny. Jakaś dziwna moc całkiem mu odjęła siłę i podwodną orientację, choć sam nigdy nie wierzył w żadne duchy i nie znał co to jest strach. - Czemu nie wyciągnąłeś naszej babci, gdzie ona jest? - wyskoczył z pretensją Antek, gdy jego kolega siedząc w łodzi, wypluwał z ust strumienie wody. - Du-si-ła mnie - wyjąkał. - A nie mówiłem ci, stary, że to czarownica? Widziałem jak coś czarnego było uczepione twoich nóg i ciągnęło na dół. Myślałem, że i ja z wami pójdę na dno. Paweł milczał. Teraz już wiedział, że to nie Tekla, a jakieś czarcie straszydło go holowało do wody. Przecież od dawna mówią, że domem diabła jest bagno i teraz nie miał wątpliwości, że dzisiejsze zamieszanie ukartował któryś z rogatych koleżków Tekli, czekający tu, aby odbić zakładniczkę. Na tym rzecznym łuku, zwanym Końska Szyja, ludzie nieraz słyszeli dziwny barani bekot i omijali to miejsce z daleka. Dziś miał na to niewątpliwe dowody. Po krótkiej naradzie obaj jednogłośnie ustalili, że wracać do wsi nie mają po co, zbesztają ich ludzie. I niehonorowo. A o dalszym szukaniu zwłok już nie było mowy. Dwie połowy trumny wyłowili z wody bez trudu, włożyli do środka kawałek dylaka, i okręcili prześcieradłem. Teraz waga mniej więcej odpowiadała ciężarowi zmarłej osoby. Jeszcze nakładali trochę trzcinowisk, aby drzewo przypadkiem nie stukało, kiedy ludzie będą zdejmować trumnę w kościele i na cmentarzu. Wieko zaś dobrze przybili gwoździami, i popłynęli dalej. We wsi, pod kościelnym murem, już ich czekało kilka osób zaproszonych na pogrzeb. Paweł z Antkiem pomęczeni, przemoknięci przekazali im trumnę, a sami poszli na plebanię do księdza zdać sprawę. - Proszę księdza - zaczął już na korytarzu Paweł, nie chcąc iść dalej, bo ciekło z jego ubrania - wieko trumny, którą transportowaliśmy łodziami, jest zabite czterema gwoździami, nie da się otworzyć żadnym sposobem. - Dlaczego? - Ksiądz zatrzymał zdziwione oczy na przemoczonych przybyszach. Jeden z nich jeszcze miał podrapaną twarz, nie wątpił, że coś tu się zdarzyło naprawdę wyjątkowego. - Bo tego, proszę księdza, nie wiemy czy ksiądz wie o tym, że pani Tekla była czarownicą, po drodze napadł diabeł, wykradł jej ciało, a my ledwie uszliśmy z życiem. I mężczyzna najpierw wskazał ręką na podrapany nos i czoło, a potem rozpiął kurtkę pokazując mokre ubranie i buty. - Jak to, nie ma w trumnie Tekli? - No... tego, coś w tym rodzaju... - I co ja mam teraz robić? Odprawić nabożeństwo do drewnianego pudła? - My też nie wiemy - zbieduleni i przestraszeni chłopcy wzruszyli ramionami. - Po prostu jesteście pijani i ciało Bogu ducha winnej kobiety wwaliliście do wody! - wrzasnął ksiądz. - Przysięgamy na Boga i Świętego Wawrzyńca (św. Wawrzyniec był patronem ich kościoła), że nie mieliśmy w ustach ani kropli gorzałki i to była wyłączna robota rogatego. I obaj padli przed księdzem na kolana. W końcu, po dłuższej, szczerej i dokładnej rozmowie, wszyscy doszli do wspólnego przekonania, że trzeba robić swoje. Pogrzeb opłacony, stypa przygotowana, a ksiądz nie mógł spamiętać, kiedy ostatnio Tekla była w spowiedzi, jak również i w kościele. Przy tym Paweł zobowiązał się, że jak tylko woda z łąk zejdzie, odszuka zgubione zwłoki i zakopie w grobie. I wszystko dalej poszło jak trzeba. Odprawiono nabożeństwo, trumnę zakopano w dole, a ksiądz napomniał chłopców, aby dalej czartów nie gniewano, szukając zwłok. Ale z wiosną, kiedy już prawie zazieleniły się drzewa, Pawłowi we śnie pojawiła się Tekla. Na głowie miała czarną. chustkę, a na sobie czarne ubranie. Nie miała tylko wyszywanego fartucha. On zaś czuł straszny wstyd, chował się za węgieł chałupy, jakby czuł że ona przyszła do niego po urwany fartuch. Ale topielica, uśmiechając się łagodnie, tylko mu się poskarżyła, że jej ciężko leżeć w rowie za Końską Szyją, a przecież on zobowiązał się przed księdzem jej pomóc. I rzeczywiście. Już tego dnia Paweł z kolegą odnaleźli rozkładające się zwłoki Tekli we wskazanym miejscu i opowiedzieli ludziom o wprost makabrycznym wydarzeniu podczas rozlewisk. Dowiedziawszy się o tym ksiądz, też zgodził się odprawić po raz drugi nabożeństwo. Na kazaniu powiedział, że dusza kobiety po tak niesamowitym błądzeniu, w końcu przekonała się, że z Bogiem lżej żyć i powróciła na łono chrześcijan. www.lomza.friko.pl/index.html Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Tunel śmierci" 25.04.06, 19:29 Na terenie Fortu Centralnego, w schronie pogotowia numer 25, tuż za stanowiskiem strzeleckim, znajduje się podziemny tunel, fachowo zwany poterną. Liczy on sobie tylko pięćdziesiąt metrów długości. W sumie nic nadzwyczajnego. Jednak w przeciwieństwie do kilkudziesięciu jemu podobnych tylko on jest owiany ponurą legendą. By ją poznać należy się cofnąć do czasów, gdy w Twierdzy Osowieć stacjonowały oddziały carskie... Pewnej ponurej listopadowej nocy 1912 roku ścianami schronu wstrząsnął huk wystrzału pistoletowego. W jednej z wnęk tunelu odebrał sobie życie rosyjski oficer. Nastąpiła chwila strasznego zamieszania. Po czym wszczęto alarm. Żołnierzom przybyłym na miejsce tragedii ukazał się straszny widok. Ich przełożony, w randze lejtnanta leżał na wznak, rozrzuciwszy ręce, z dziuraw skroni, a głowa spoczywała w kałuży krwi. Patrzyli na niego zdziwieni i przerażeni. Komisja śledcza badająca zdarzenie zataiła prawdę, zaś świadków skutecznie zmusiła do milczenia. Z treści sporządzonego raportu niezbicie wynikało, że przyczyną zgonu był nieszczęśliwy wypadek. Bynajmniej nie chodziło tu o zatuszowanie samobójstwa. Zaistniał jeszcze jeden ważny powód. Mianowicie, w trakcie prowadzonego dochodzenia ustalono, że ów lejtnant od pewnego czasu zabiegał o względy polskiej szlachcianki, która mieszkała w pobliżu Goniądza. Oświadczyny zostały odrzucone z powodu jego narodowości. I właśnie ów fakt zadecydował o takim wyniku śledztwa. W ten sposób uniknięto skandalu o podłożu delikatnej natury politycznej, nie licującego w żaden sposób z honorem oficera rosyjskiego. Trzy dni po tym tragicznym wydarzeniu odprawiono w garnizonowej cerkwi Sw. Liturgię i tak zwane "otpiewanije". Tłum wiernych, w tym dostojnicy wojskowi i rzesze żołnierzy oddały cześć należną zmarłemu. Trumna ze zwłokami spoczęła w mogile na cmentarzu prawosławnym, umiejscowionym w obrębie Fortu Szwedzkiego. Zaraz potem zaczął padać deszcz, który w niczym nie przypominał jesiennego. Zdawać się mogło, że jest to majowy kapuśniaczek. Prawie nikt nie zwrócił na to uwagi. Tylko sztabskapitan, który jako jeden z nielicznych znał prawdę o zmarłym odebrał ten deszcz jako znak stamtąd. Gdy noc nastała i w twierdzy zapadła cisza przerywana tylko zmianami warty, coś niepostrzeżenie wtargnęło do tunelu. Zaczęły się dziać dziwne rzeczy. Z początku zgasł acetylen w lampkach karbidowych. Później dało się odczuć przenikliwe zimno. I jakby tego było jeszcze za mało, pełniący dyżur żołnierze usłyszeli szlochanie i ciężkie westchnienia. Jednak prawdziwa sensacja wybuchła nazajutrz, kiedy to jeden z oficerów odkrył na ścianie dość zagadkowy napis, wykonany czerwoną farbą. Po przetłumaczeniu na język polski treść jego brzmiała następująco: - "Chryste, daj wieczny odpoczynek duszy sługi Twego wraz ze świętymi Twymi, tam gdzie nie ma chorób ani trosk, ani smutku, lecz niekończące się życie". Autora tego napisu nie znaleziono. Okoliczności te wywołały zrozumiały niepokój. Powstały na ten temat różne spekulacje. Ucięli je dopiero prawosławni duchowni. W stosownym czasie, zgodnie z przyjętymi zasadami odprawili panichidę za zmarłego i wyświęcili podziemny korytarz, tym samym kładąc kres doczesnym i nadprzyrodzonym zjawiskom. Wraz z odejściem z Twierdzy Osowieć żołnierzy rosyjskich, odeszła w zapomnienie wyżej opisana historia. Natrafiłem na jej ślad kilkanaście lat temu, podczas wertowania pewnego pamiętnika. Pomimo wojen i trudnych czasów powojennych, obiekt, w którym rozegrał się dramat, zachował się w bardzo dobrym stanie. Co prawda, nie uświadczysz już w nim pełniących służbę żołnierzy, lecz jest coś innego... Obecnie schron pogotowia dla większości osób kojarzy się długim i ciemnym korytarzem, nazywanym tunelem śmierci. Tylko wtajemniczeni wiedzą, że należy przejść go po omacku - z jakiego powodu? - o tym amatorzy mocnych przeżyć mogą się przekonać w trakcie zwiedzania. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Klątwa wróżki Zaroty" 26.04.06, 12:53 W Galindii, kraju sąsiadującym z Mazowszem i Jatwieżą, nastąpił gwałtowny wzrost urodzin dzieci. Wówczas ogólne zgromadzenie mężczyzn postanowiło, aby wszystkie nowo narodzone dziewczynki uśmiercać, natomiast matkom, jeśli takowa się sprzeciwi oddaniu dziecka na stracenie, będą obcinać piersi. Zrozpaczone matki galindskie udały się o poradę do cieszącej się wielkim szacunkiem, nie tylko w ich kraju, wróżki i kapłanki Zaroty. - Najszlachetniejsza Zaroto - zwróciły się do wróżki kobiety, składając dary ze srebra i jantaru - tylko ty jedynie możesz uratować nas od hańby i zbezczeszczenia. Przyjmij te dary i przekaż bóstwom prosząc, aby oświeciły naszych mężów i odwróciły od nas straszne pohańbienie. Zarota z trwogą wysłuchała treści uchwał wiecu, przyjęła dary, długo rozmawiała z Perkunasem - bogiem, któremu ufała najbardziej na świecie, potem orzekła: - Bóg przyjął wasze prośby i możecie z ufnością wracać do swoich domów. W dniu jutrzejszym Zarota zwołała do siebie możniejszych panów z Galindii, włożyła na siebie najpiękniejsze szaty, ozdoby i po ofiarnym tańcu na rozpalonych węglach objawiła przesłanie: W połowie dzisiejszej nocy, dorośli mężczyźni mają udać się bez broni i tarcz na ziemię słowiańską wydając chrześcijanom wojnę. - Czyja to jest wola? - zapytał starszy zgromadzenia. - Samego Perkunasa. Ufni w nieomylność swojej kapłanki, mężczyźni ochoczo wyruszyli na łupieską wyprawę . I rzeczywiście. Zaskoczeni zuchwałą napaścią mieszkańcy pogranicznych wsi mazowieckich nie zdołali się obronić, Galindowie zaś z wielkimi łupami, jeńcami i tabunami koni i bydła wracali do swoich domostw. Ale ich tryumf nie trwał długo. Wkrótce pokonani zorientowali się, że w zastępach Galindów nie ma ani jednej sztuki broni, ani jednej tarczy. Potwierdzili to również jeńcy, którym udało się zbiec. Wtedy Mazowszanie dogonili Galindów, odebrali zdobycz, zabijając bez trudu tych napastników, którym nie udało się uciec. Galindowie otrząsnęli się z haniebnego pogromu dopiero w dniu następnym. Nie mieli wątpliwości, że winna jest wróżka. Pomimo wielkiego do niej szacunku nie mogli darować swego upadku. Postanowili jednogłośnie uchwałę poprzedniego wiecu wykonać bez żadnych wyjątków, poczynając od zdradliwej Zaroty. Wszystkim kobietom, które do niej chodziły na skargę za karę nie tylko kazano obciąć piersi, ale i wywieść na niedostępny grąd. - Każde wiarołomstwo jest znieważeniem bogów, musi być bezwzględnie ukarane - oświadczył przewodniczący wiecu. - Przyjmujesz tę karę ze spokojem Zaroto? - Nie. Naturalnym prawem, każdej matki jest obrona życia jej dziecka. - Bunt czy klątwa?! - wrzasnął kapłan. - Łamanie woli zgromadzenia jest buntem przeciwko ołtarzowi! Żrebcy proszę przystąpić do wykonywania wyroku! Dwóch mężczyzn w kołpakach ze skóry i grubych konopnych koszulach przywiązało ręce Zaroty do kołka, obcięto nożem piersi i rzucono na ogień płonącego stosu. Chmielni wojowie uderzyli pałkami w tarcze, zaznaczając pogardę dla wiarołomstwa. Potem tak uczyniono z następnymi kobietami. Cały kraj Galindów cieszył się ze spełnionej zemsty. Niezwłocznie też przygotowano zsyłkę. Miejsce odosobnienia dla niepokornych kobiet wybrano w głębokiej puszczy. Był to dziki niedostępny, a zarazem przepiękny grąd, nazywany Pobojną Górą. Na tym tajemniczym miejscu wodzowie składali dziękczynne ofiary bóstwom po zwycięskich bojach. Tym razem Galindowie postanowili oddać w ofierze Perkunasowi swoje wiarołomne kobiety. Wywiezione tam nieszczęśnice początkowo płakały, chcąc iść dobrowolnie na samospalenie. Ale czas ich uspokoił. Podporządkowane losowi zaczęły sposobić się do nowego życia. Od rana do nocy pracowały zawzięcie nad zdobywaniem pokarmu, budowaniem szałasów, noszeniem w fartuchach ziemi na wały ochronne. Swoją ogromną gorycz i swój bunt przeciwko bogom i nieludzkim wyrokom zamieniły w ciężką pracę i miłość do wszystkiego, co żyje. Ich maleńki grądzik wkrótce zamienił się w przepiękny rajowy ogród, bo tylko takie miały pragnienie. Co dalej stało się z buntowniczkami nie wiadomo. Jedna z wieści głosi, że Perkunas w końcu uległ wzruszającemu uporowi Galindianek i przychodził do nich co ranka, a po śmierci dusze każdej zamieniał w śpiewającego ptaka. Po raz pierwszy spotkał się z przypadkiem, kiedy ofiara zadziwiła ołtarz. Spodobało mu się to! Są też przekazy, że Zarota siłą własnej woli zamieniła kobiety w niewidzialne nimfy, żyjące do dziś w podziemiach pobojnego grądu. Po latach Krzyżacy podbili i spacyfikowali krainę Galindów. Gdy część mieszkańców - z uwagi na bezpieczeństwo - przesiedlali w głąb swego terytorium do Barcji, siwiuteńki starzec idąc za tłumem wygnańców, nie mógł pozbyć się tamtego widoku, gdy ich dumnym kobietom ucinano piersi, wyganiając z kraju. Łzy mu ciekły po pomarszczonej twarzy. Smutny to był rajd. Już młodzi nie pamiętali wielkich czasów galindskiej wolnej ojczyzny. Nie miał wątpliwości, że jej upadek miał początek w klątwie wróżki Zaroty. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Re: Legendy biebrzańskie, "Śnieżna Sowa" 27.04.06, 16:39 Działo się to w roku 1940. Wojska radzieckie zajęły wschodnie tereny naszego kraju. Bojąc się napaści Niemców, bolszewicy wzdłuż Biebrzy od Lipska aż do Domurat zaczęli budować pas umocnień. Jeden z konstruktorów, młody oficer Oleko Noneszwili zakochał się w Marii Jasionowskiej. Był Gruzinem, pochodził z rodziny ziemiańskiej. Nie lubił bolszewików. Marii też się podobał, bo był piękny i miał tytuł inżyniera. Planowali wspólną ucieczkę do Kanady. Część pieniędzy wojskowych wymienili na złoto i ukryli w jednym z bunkrów. O tym schowku wiedzieli tylko: on i Maria. Duży to był skarb, można za niego było kupić ogromną fabrykę. Już wszystko było przygotowane do ucieczki, młodzi wzięli ślub. I dosłownie na jeden dzień przed wyjazdem, wybuchła wojna. Niemcy o świcie zajęli tutejsze tereny, rozbili wojska sowieckie, a młody inżynier gdzieś zaginął, nawet nie zdążył pożegnać się z Marią. Maria rozpaczała całymi dniami, szukała go wszędzie, była z nim w ciąży. W końcu trafiła na ślad Oleka. Ktoś powiedział, że uwięziony jest w jednym z łagrów pod Grodnem; rozpoznali go tam ludzie, którzy wozili chleb głodującym żołnierzom. Maria nabrała złota i pojechała. Przekupiła jednego ze strażników, który jej zezwolił na rozmowę z Olekiem. Gdy oznajmiła, że jest w ciąży, Oleko coś radosnego wykrzyknął, zaczął biec do drutów i w tym momencie padł strzał. Kula strażnika z bliskiej odległości trafiła prosto w otwarte usta. Maria, będąc świadkiem tak makabrycznego wydarzenia, wpadła w obłęd, chciała popełnić samobójstwo. Rodzice jej początkowo żałowali, traktując romans z Gruzinem jak przygodę, ale gdy się dowiedzieli o ciąży, również odwrócili się od niej. I to wtedy zaczął nachodzić Marię, Kulawiec, chłopak z jej wsi, rówieśnik. Na pewno wywąchał złoto Marii. Zgodził się z nią ożenić, ale dziecka nie chciał. Było wprost nie do pomyślenia, aby mógł się wychowywać w wiejskim domu komunistyczny bękart. Maria nie miała wyjścia. Ciążę Marii rodzina utrzymywała w tajemnicy, uciskano jej brzuch pasami. Na tydzień przed porodem zamurowano ją w jednym z bunkrów w lesie, a ludziom oznajmiono, że wyjechała do krewnych w mieście. To był pomysł Kulawca, Kulawiec się nią opiekował, dostarczał pożywienie przez małe okienko, w czasie porodu miała ona usiąść na wiadro z wodą i utopić dziecko. Ale czas porodu jakoś nie nadchodził. Kulawiec domyślił się, że coś tu jest nie w porządku. W nocy usłyszał płacz, dziecko żyło, Maria karmiła niemowlę, nie spiesząc się z wyjściem. Wtedy on, pijany, odmurował otwór i wpadł do środka. Jedni mówią, że zabił dziecko, inni twierdzą, że jakby doszedł z Marią do porozumienia: za ujawnienie miejsca skarbu zgodził się wywieźć niemowlę, gdzieś do miasta. A co naprawdę było między Kulawcem a Marią, to nikt dokładnie nie wiedział. Prawdopodobnie on również kochał Marię. Od dzieciństwa razem chodzili do szkoły, pasali na łąkach krowy, bawili się. Gotów jej był wszystko wybaczyć, ale bolszewickiego nasienia nie. A ona znów nie mogła się rozstać z wielką miłością do Oleka. Widziano najpierw Marię, jak chodziła po polach półobłąkana, potem gdzieś zginęła. Dopiero po zimie znaleziono jej rozkładające ciało na Bagnach Biebrzańskich. Kulawiec od tamtej pory żył sam, kobiety go w ogóle nie interesowały. Tylko nocami przebywał na bagnach i polował na zwierzynę, zabijając wszystko, na co tylko natrafił. Mówili też, że odwiedzały go jakieś duchy. Niektórzy nawet widzieli, jak o północy przylatywała do bunkru postać podobna do sowy, miała na sobie ślubny welon i złotą koronę na głowie. Wśród ludzi nad Biebrzą od dawna powtarzano wieść, że dusze dziewczyn zmarłych z miłości zamieniają się w śnieżne sowy i w każdą rocznicę śmierci przylatują tu, aby w stroju ślubnym spotkać się z oblubieńcem. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Klątwa Kozaka" ;) 05.05.06, 18:41 W górze, pod niebem skowronek zawodził swoje miłosne tęskne pieśni. Mały szary ptaszek - dawny mieszkaniec azjatyckich stepów. U nas zadomowił się wtedy, gdy człowiek wykarczował wielkie obszary lasów i powstały rozległe przestrzenie. Poczuł się wolny jak u siebie na bezdrzewnych obszarach. Dlatego śpiewa w locie. Unosi się w górę wysoko, koncertuje, a potem opada na ziemię. I tak w kółko. A przecież mógłby usiąść na drzewo, jak czynią to inne ptaki i wywodzić swoje trele, które pomagają mu znaleźć towarzyszkę życia. On tak nie czyni. W jego pierwotnych stepach, drzewa były rzadkością. W nowej ojczyźnie zachował stare obyczaje. Nie przystosował się. Może nawet nie polubił lasów tak, jak my - ludzie mieszkający tu od zarania dziejów. W dole, na ziemi, błotnistą drogą prowadzącą z Jastrzębnej do Lipska jechał konno człowiek - pobratymiec skowronka. Minął niewielką wieś z rzadka rozrzuconymi zagrodami, następnie skraj puszczy. Jego oblicze rozjaśniło się i na ustach pojawił się uśmiech, gdy znalazł się na rozległych bagnistych łąkach. On też pochodził ze stepów, jak ten skowronek fruwający w górze i kochał wolne przestrzenie. Był to Kozak wracający z wielkiej wojny (1914 -1920). Po lewej stronie drogi bagniste łąki porosłe krzakami opierały się o skraj puszczy. Po prawej ręce ogromne obszary łąk, a dalej w dolinie, szeroko rozlana Biebrza. Jej brzegi zarosły trzciną, miętą nadwodną, tatarakiem, kosaćcem żółtym i inną roślinnością. Na łąkach rdest, rzeżucha, szelęźnik włochaty i wszędobylski szczaw. Gdzieniegdzie zielone kępy drzew. Droga - pożal się Boże! Raczej bezdroże. Wyżłobione głęboko koleiny, pełno wyboi i kałuż, często wymoszczonych drągowiną, aby dało się przejść suchą nogą, czy przejechać żelaźniakiem. Właśnie tędy przejeżdżał nasz znajomy Kozak. Niemłody już był, ale trzymał się krzepko. Carski żołnierz zaprawiony w bojach i trudach. W swoim pięćdziesięcioletnim życiu z niejednego pieca chleb jadł. Włosy wystające spod czapki przyprószone siwizną, sumiasty wąs i zawadiacki uśmiech. Ciągnął na stepy do swoich. Jeszcze choć raz chciał zanurzyć się w Donie, swej ukochanej wielkiej rzece. Tymczasem pod nosem nucił tęskne i żałosne dumki stepowe. Na rozległych łąkach poczuł się rześko. Uprzykrzyła mu się jazda przez puszczę. Ta nie stanowiła dla niego żadnego przytuliska. Ciemna głusza. W dzień jeszcze dało się wytrzymać. Ale już noc w lesie to rzecz wątpliwej przyjemności. Drzewa jak upiory, krzaki - to prawie zaczajone wiedźmy. A w ogóle nie wiadomo, co czai się w tych ciemnościach. Stepowy człowiek kochał równiny, widną przestrzeń i szerokie nad sobą niebo. I chociaż nogi konia grzęzły w błocie i torfowym podłożu, jemu to nie przeszkadzało. Do wojny zraził się też ogromnie. To car, to inni wielcy wkładali mu do głowy, że musi bronić ojczyzny. A jaka tu jego ojczyzna w Warszawie? Ludzie mówią innym językiem i mają inną wiarę. Coś nie tak. Na stare lata zrozumiał, że wszystkim nie można wierzyć. Z bojów wyszedł cało. Dlatego, gdy nadarzyła się okazja, opuścił kamratów z jazdy kozackiej. Zapragnął być z bliskimi, głowę na wieczny spoczynek złożyć w rodzinnej ziemi. Po drodze zatrzymał się w jakimś majątku. Opiekował się końmi. W tym fachu nie miał sobie równych. Mówił zawsze : - Kozak na koniu się rodzi! Za służbę dostał trochę grosza i wyruszył w podróż. Jechał wierzchem, szedł pieszo przy koniu, popasał, odpoczywał i w lecie dotarł nad Biebrzę. Jego koń też młodością nie grzeszył, więc musiał go szanować i dbać więcej niż o siebie. Sam żywił się tym, co znalazł, co w drodze dostał od dobrych ludzi. Wiózł trochę jakiegoś dobytku w worku przewieszonym przez koński grzbiet za siodłem. Nocował tam, gdzie zastał go wieczór. Pod stogiem siana w trawie na łące, wśród zbóż na polu to znowu w jakiejś opuszczonej szopie. Biedny, ale wolny od trudów wojaczki miał zamiar na zimę dotrzeć do swoich. - Czy go poznają, po tylu latach nieobecności ? Los jednak lubi płatać figle. Było to w samo południe. Z nieba lał się żar. Podróżny postanowił odpocząć. Konia puścił wolno na łąkę, sam legł na trawie przy drodze. Nad głową płynęły lekkie białe chmurki. To one wiodły go pod rodzinny dach. - Czy żyje jeszcze matka ? Czy czeka ? Nagle z tych marzeń wyrwało go bolesne rżenie konia. Gdy jeździec podnosił się z trawy, jego wierzchowiec ukląkł na przednie nogi, potem przewrócił się na bok i wyciągnął w bólu kopyta. Łbem rzucał na wszystkie strony, ciężko dyszał, wreszcie zamknął oczy. Najwierniejszy przyjaciel odszedł ze służby! Kozaka ogarnęła rozpacz wielka jak jego Don. Z oczu rzuciły się strugi łez. Dawno, bardzo dawno niespotykane zjawisko w jego twardym życiu. - Co teraz z nim się stanie ? Wtedy zobaczył ją. Była okręcona na przedniej lewej nodze. Ogromnych rozmiarów zygzakowata żmija. Z niewielkiej ranki na podudziu wypływała jeszcze krew. - Dlaczego to zrobiła ? Zawsze swym trującym jadem porażała myszy, krety, żaby. Co się stało ? Może koń ją nadepnął? Kozak tego nie wiedział. Wyraźnie teraz widział zygzaki na jej grzbiecie i długi, rozdwojony na końcu język oraz wyodrębniony z reszty ciała sercowaty łeb. Wówczas jego rozpacz przerodziła się w okrutny gniew. Zaczął rzucać przekleństwa na wszystkie gady. Jego klątwa rozpętała piekło na polach. Przez drogę z prawej na lewą stronę pełzły jaszczurki, skakały żaby, przesuwały się beznogie padalce, gniewosze, nawet zaskrońce, eskulapy, dwumetrowej długości. No i oczywiście najjadowitsze żmije. Przerażający widok. Ludzie przez kilka dni omijali tę drogę z daleka. A zdesperowany Kozak pożegnał przyjaciela, z ziemi podniósł swój podróżny wór i poszedł przed siebie, nic z gadów nie robiąc. Może ufał swojemu zaklęciu? Odtąd po lewej stronie drogi, gdzie padł koń, w krzakach i na bielaszkach pełno było gadów. Ludzie zachodzili tam niechętnie, nie paśli bydła, nie kosili trawy. A bagno w stronę Biebrzy było czyste i nikt nie widział tam żadnego gada. Przeogromna musiała być siła klątwy! Niedaleko uszedł Kozak. Oto za rzeką zatrzymał się w prawosławnej wiosce Jałowo. Spotkał tu swójaków, którzy mówili podobnym jak on językim i taką samą wyznawali wiarę. Użyczyli mu gościny, to i został, służąc pomocą, gdy coś dolegało wiejskim koniom. Jakoż wkrótce pożegnał się z tym światem. Nie wiemy, gdzie znalazł miejsce wiecznego spoczynku, ani jakie miał nazwisko. Nad Biebrzą zostawił okrutne przekleństwo. Jego klątwa nad gadami wisi do tej pory. Opowieści o tym wydarzeniu można jeszcze dziś usłyszeć od starych ludzi. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Chrzciny we wsi" 06.05.06, 10:15 Niewielka nadbiebrzańska wieś Szuszalewo. Po obu stronach podpartej płotami drogi rozsiadły się chaty. Wśród zagród domostwo Pietrusia. Może trochę większe od innych i z daleka widoczne - po tej wierzbie rosochatej z ogromnym bocianim gniazdem. Co roku na wiosnę przylatywała bociania para, aby tu wychować swoje potomstwo. Czasem w marcu, ale najczęściej w kwietniu gospodarzy witał wesoły klekot boćków. Z ich przylotu cieszyli się wszyscy. Ale najbardziej dzieci. Wybiegały z domu, klaskały w ręce, śmiały im się oczy. Podniósłszy główki do góry wołały: Bocian, bocian długie cyby, Weź klomelkę, idź na ryby. A przecież wiadomo, że nie tylko ryby są przysmakiem tych wielkich ptaków. Przede wszystkim żaby, jaszczurki, dżdżownice i różne owady, to ich pożywienie. Innym znów razem prosiły: Bocian, bocian kiszka, Przynieś nam braciszka! Wtedy ojciec wpadał w straszny gniew. Szukał dziażki. Próbował nawet zdejmować pas z brzucha. Bał się tylko, że spadną spodnie. Babka natomiast odpasywała fartuch i trokami machała w stronę wnucząt. Skąd u nich tyle zacietrzewienia? Po 34 dniach w gnieździe wykluwały się małe bocianięta. Dzieci tylko na to czekały i koniecznie chciały pisklęta policzyć. Czasem było ich czworo albo pięcioro. Najczęściej dwoje. Po dwóch miesiącach młode opuszczały gniazdo i razem z rodzicami leciały na bagienne, nadbiebrzańskie łąki po smakowite żaby. Rodzina Pietrusia nie wyobrażała sobie życia bez bocianów. W dodatku były to ptaki bardzo pracowite. Co roku przynosiły dziecko. Stąd wypływało to zdenerwowanie dorosłych. Patrzyła na to świekra Weronki i pod nosem burczała: - Boże, mój Boże! Najświętsa Panienko! Ludzie na stronach zyjo i wbijajo się w majątki. A nase tylko w dzieci! I chociaż nad życie kochała te pyzate buziulki, to ciągle myślała, jak je wyżywić i trzewików nakupić. Koszulki szyła sama z lnianego płótna, albo i z pacześniny. Spodnie i paltka nosił jeden po drugim. Nawet kopańki nie trzeba było wynosić do świeronka. Miała swoje stałe miejsce na ławie przy piecu i w niej Weronka kąpała swoje kolejne pociechy. Gdy w odwiedki przychodziła druga babcia, starała się udobruchać swachnę. Na dowód swoich racji mówiła: - Dzieci to Boża rosa. Kogo Pan Bóg stwozy, tego nie umorzy! Ale świekra obstawała przy swoim i do synowej miała okrutny żal, że z bocianami tak często gada. - Za liśnio tych dzieci, za liśnio - powtarzała. Często wychodziła na przyzbę i gdy nikt nie słyszał, sama rozprawiała się z ptakami: - Kys, ptasyska, a kys! Lećta do Antosiowej, co za biełaskami żyje i swoich dziecków nie ma. A miłuje je tak okrutnie, ze jak spotka jakoweś na pastwisku, to tak ksepko psytula, as popiskuje. Tyle wskórała, że ostatniego, a z kolei dziesiątego, bocian nie przyniósł. Po prostu go we wsi nie było. Do ciepłych krajów za wody poleciał. Jesień tego roku była krótka. Jeszcze na bagnach gospodarze grabili otawę, a już dało się słyszeć klangor zbierających się do odlotu żurawi. Na bielaszkach znowu sejmik bociani zapowiadał rychłe pożegnanie. Czajki i jaskółki już dawno odleciały. Pietruś oparł się na grabisku, otarł pot z czoła i rzekł: -I siulaki na niebie w krąg nie latają i kur nie straszą! Już to Boża zwierzyna wie najlepiej. Pewnie wkrótce przyjdzie zimno. Już w październiku spadł pierwszy śnieg i wciąż tylko go przybywało. Raz padał drobny i gęsty. Kiedy indziej w powietrzu latały płaty jak chrabąszcze i obieliły cały świat. Przyszły mrozy, zadymki, że tylko w chacie siedzieć i drwa do pieca podkładać. A do Pietrusiów, nie zważając na zimnisko, zaraz po Godach dzieciak przybył. Chłopiec niebrzydki i oczki miał wesolutkie. Trudna rada, dziecko trzeba ochrzcić. A kościół daleko, aż w miasteczku. Będzie może 6 wiorst. Już i kumów w wiosce niełatwo znaleźć, bo wszyscy do chrztu trzymali starsze dzieci. Z trudem wybrano. Antosiowa zostanie matką chrzestną, a ojcem szwagier sołtysa. Chrzciny wyznaczyli na Matki Boskiej Gromnicznej, bo Ona wtedy ze świecą chodzi i wszystkie złe moce przepędza. Raniutko przyjechali sankami kumowie, przywieźli ubiory kupione specjalnie na tę okazję. Puchowy bet, kocyki, pieluszki i koszulki. Szybko zjedli śniadanie. Była przepyszna kapusta na kumpiaku i kartofle. Również kwaterka gorzałki, by nie zmarznąć w drodze. Matka chrzestna ubrała dziecko. Zawiązała w becik, otuliła kocem. Jeszcze tylko kożuchy, wełniane płachty na nogi i w drogę. Jadą. Minęli krzyż, co stał na końcu wioski przy drodze. Przeżegnali się nabożnie. Płozy skrzypią po twardym jak lód śniegu. Konie raźno parskają. Na ich chrapach i grzywach pojawił się szron. Dzwonki dzwonią, melodię echo niesie po niekończącej się bieli. Po jednej stronie aż w głąb puszczy, a po drugiej do Biebrzy. Od tej srebrzystej poświaty, aż ślozy pociekły po twarzach podróżnych. Minęli jedną wieś i drugą. Wszędzie z kominów walił dym. Ludzie palili w piecach, by ogrzać mieszkania. Na szybach mróz pomalował diamentowe kwiaty. Zimnisko, aż koty beczały. Podróżni zakrywali twarze wełnianymi szalami, by nie odmrozić policzków. Dziecko, na szczęście, spało otulone wielką chustką. Gdy wjechali na wzgórze, dało się widzieć wieże kościoła w miasteczku. W tej bieli zdawało się, że sięgają aż do nieba. Wreszcie dotarli na miejsce. Ksiądz dobrodziej zaprosił do ciepłej izby, aby ogrzeli się po podróży. Raptem podniósł się taki krzyk, że gospodyni księdzowa do góry podskoczyła. Myślała, że pożar jaki wybuchł, albo i co gorszego. - O Jezusie Nazareński! O Najświętsza Panienko! - lamentowała matka dziecka. Wszystkim dech zaparło ze strachu. Nie mogli zorientować się, o co te okropne wrzaski. Chwila ciszy... A potem znowu: -Toż to wy wzięli łońskiego Joziaczka, a latosi w domu został na leżance przy piecu. Tamten miał się nazywać Pietrek, jak jego ojciec. Wtedy w izbie zawrzało. To dlaczego, ty Weronka, sama nie spojrzała? - Bo nie miała ja czasu. Ale gdzie ty - ojciec był? Ja nic nie widział. A zresztę ja nawet w gminie u wójta nie dam rady spamiętać wszystkich imion, nie mówiąc o datach urodzenia. Pokój zadrżał od śmiechu. Najgłośniej śmiał się ksiądz dobrodziej. Gdy już się uspokoiło, proboszcz powiedział: - Dobrze, że metryka nie zrobiona. Za tydzień przywieziecie to najmłodsze dziecko i wtedy zostanie ochrzczone. Z niczym wrócili do domu. Tylko daremnie tak zmarźli. A teściowa od progu: - Ach, wy lelaki wierutne! Ja zaodras zobacyła, ze Pietrek został w domu, jak tylko zacoł pisceć na leżance przy piecu. Gapy jedne! W następną niedzielę chrzest odbył się bez większych przygód. Potem poczęstunek. Misy mięsa, zimnina, kapusta z kumpiakiem, kindziuk, który na tę okazję czekał w okraśniku. Mocny chrzan, antał piwa i drożdżowe bułki upieczone w łachaniach. Również gorzałka. Gdy wychylono po kilka kieliszków, rozległy się okrzyki: Jak kum kumy nie wykumiaczy, dzieciak nieba nie zobaczy. Musiał więc chrzestny uściskać chrzestną matkę i wręczyć całe torby cukierków, aby mogła uraczyć nimi wszystkie dzieci i biesiadników. Jeszcze długo w tę mroźną noc słychać było gwar przy biesiadnych stołach. A Pietrek słodko spał sobie w kołysce uplecionej z łoziny i zawieszonej na belce u powały. Niech zdrowi balują. A ty Pietrusiu, rośnij jak te drożdżowe bułki w łachaniach. [PS. Mam nadzieję, że mnie www.lomza.friko.pl za kopiowanie nie pozwie ;)] Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Sum zwany ślepcem" 08.05.06, 12:09 Sum, zwany Ślepcem, długo myślał przed wędrówką. Popłynie ostatni w górę rzeki za swoimi współbraćmi. Bez ustanku dawał im znaki na trwogę: woda robi się brudna, niesie obce zapachy i smak. Nawet czuł dziwne zawroty głowy, tracił orientację. A tak chciało się żyć! Uwielbiał rzeczne przyciemnione dno, cichą toń wodną, poplątane korzenie drzew, w których czuł się bezpiecznie. Z jakąż rozkoszą ocierał brzuch o kamienie, właził w największe zarośla, aby potem wyskoczyć niespodziewanie, jak zygzak błyskawicy. Wokół przerażone ryby rozlatywały się na boki, a on pan tych wód, znów dostojnie wchodził do swojej kryjówki. Była to jego już czwarta wędrówka, do której się szykował. Ale teraz czuł przed nią dziwny strach. Wciąż zwlekał z opuszczeniem "domu" na Szerokiej Rzece, rzece jego ojców i braci. Znał tu każdy zakątek, każde zagłębienie, każdy wir i głębokie spokojne zakola. Życie tu nie sprawiało zadnego kłopotu, nawet prowadziło do lenistwa. Miał prawie pod nosem bazar pełen ślimaków, małż, żab, drobnych rybek. Wystarczyło tylko poleżeć w bezruchu, otworzyć szeroko paszczę i cmoknąć. Nigdy nie polował na małe kaczątka lub inne ptaki, zwyczajnie ignorował te skrzydlate stworzenia. W końcu i on wyruszył w niewiadomą podróż, nawet nie wiedział jak daleką. Ile trzeba będzie znów mil przypłynąć, nim znajdzie czystą wodę i dobre miejsce na żerowanie? I ten trwożny niepokój osiadał na jego duszy - przerażał go. Może to była oznaka starości? A może to była ostatnia jego podróż? * * * We wsi Dowidowizna dwóch rybaków ciosało łódź. "A wdole tam jak jedwabisty szal leżała Biebrza". Woda już ustąpiła, ubiegłoroczne trzciny znaczyły tylko zakola, na podmokłych łąkach żółciły się dywany kaczeńców, przynosząc co roku żółty kolor powrotów. Antek skręcał papierosa z amerykańskiego tytoniu: Wczoraj jakiś zwierz zwinął siatkę w kłąb, nawet powyrywał kołki, do których była przywiązana. Pośrodku miała dziurę, przez którą mógłby przeleźć duży pies. - Sum - orzekł pewnie kolega, nie przestając ciapać siekierą smolistej deski; wokół unosił się zapach świerkowego drzewa. - Wrócił nad Biebrzę "Piłsudski"? (w tutejszym żargonie tak nazywano wąsate ryby). Pietruś na głęboczyźnie to wyholował takiego z szesnaście kilo. W łodzi był sam, aby go ujarzmić, to usiadł mu na grzbiet, a ten go jak nie majtnie ogniem, to tylko pluskot rozległ się echem - obaj z "dziadkiem" poszli za burtę. Tak mówisz?... - Antek zapuścił palce w kudłate włosy. - W takim razie mój był ze dwa razy większy: dziura półmetrowej średnicy, cała siatka zbita w kłąb, a olchę grubości końskiej nogi wyrwał z korzeniem. - Mm... na starym Sumowie, to ponoć taki byk się zagnieździł, że kaczka to mu tylko kwaknie - ciągnął dalej kolega. - Jak uda mu się dobrze pysk rozdziawić, to i dwie cyraneczki zgarnie. Pietruś te wyczyny olbrzyma dokładnie podpatrzył. To może zarzucimy tam na noc nową nylonowe. - Głupiś! Co jemu znaczy taka drgawiczka! Na niego trzeba mieć harpuna z żelaza na linie holowniczej. - Co poddajesz się? - Antek wsadził drugą piątkę palców w swoje kędziory. - Toż ty "Dawid", tak mówią na ciebie. A pamiętasz z Biblii jak Dawid sposobem rozwalił Goliata! Znasz Mietka Kobusa z miasta, płetwonurka? On załatwi za pięć minut największą bestię. Ślepiec płynął w górę rzeki z dwoma niniejszymi współbraćmi. Płynęli bez odpoczynku. Pragnęli jak najszybciej uciec od zaraźliwej wody. Ślepiec też chciał zdążyć na dawne miejsce, które jeszcze pamiętał, przed pojawieniem się nad wodą pierwszych piorunów. Dopiero huk z nieba i spadający ogień go ożywiały. Tedy czuł w żyłach nową krew, uzyskiwała ona potrójną moc. Z nawałnicą i piorunami woda się podwajała, podrywała muł denny, zgarniała różne badyle roślin, wywalała drzewa. To był jego czas. Jego kalendarz życia dzielił się na: czas mętnej wody, czas piorunów, czas miłości i czas lenistwa. Tak dzielił swoje życie. Przeżył już sporo lat, uwalniał się z różnych pułapek, porozrywał dużo sieci, nosił w ciele odłamki żelaza, skóra mu stwardniała jak blacha. Chciał o tym opowiedzieć innym. I dlatego miał jedyne pragnienie, aby ten kto żyje nad wodą poznał jego język. Wówczas mu przekaże wielką tajemnicę życia. Wschód słońca. Moment narodzin. Każdy dzień jest nowonarodzeniem. Dla człowieka, dla cielaczka pasącego się na łące. Dla małej kaczuszki. I dla naszego pięćdziesięcio-kilogramowego Ślepca. Wszyscy jesteśmy dziećmi słońca, bo pragniemy mieć kolejny nowy dzień. Kobus patrzył na to słońce, które wychylało się zza lasu. Blask tarczy miał lepiej oświetlić dno rzeki, rozjaśnić cień pod nawisami brzegów. Skafander zapiął dokładnie, pasek kuszy włożył na ramię, harpun naciągnął lewarem. Nie znali się ze Ślepcem. Każdy miał swój świat, swoje życie. I każdemu tak samo zaczynał się nowo narodzony dzień. Tafla wodna błyszczała idealnie, jak szybka szkła. Czarny dziób łodzi, w której siedziało dwóch rybaków, wystawał z szuwarów. Kobus nabrawszy powietrza zanurkował pierwszy raz, drugi, trzeci. Z doświadczenia podwodnego dobrze znał miejsce przebywania dużych drapieżników. I już za trzecim razem zlokalizował suma. Ogromna bestia stała nieruchomo pod największym nawisem, wystawał jej tylko ogromny łeb. Spotkali się oczyma. Kobus nigdy nie widział u ryby tak małych oczu, które jakby go zaczęły niepokoić. "Ślepiec?" - zadrwił. I nagle nie wiadomo czemu zadrżały mu ręce, mało nie wypadła kusza. Nie miał czasu na myślenie, zajmowanie się detalami. Należało szybko odpalać harpun. Wymierzył kuszę rybie prosto w brzuch. Ale brzuch ten był jakoś rozdęty, którego grot mógł nie przebić, za małe na bokach będą wypusty, tedy nie załapie się rękoma i nie wlezie na jego grzbiet. Ta kalkulacja mu przeleciała przez umysł szybko, jak błysk lasera. Musiała już być decyzja. Życie miał rozliczone matematycznie, że każda cząstka wiedziała co ma robić. Śmierć też jest matematyką! Ostatni namiar!... Spust!!! Wokół zawirowała czerń podobna do smoły, prawie nic przed sobą nie widział. Ale udało mu się ręką chwycić za grot w ciele ryby, jednak był on za krótki, zaraz się wyśli- zgnął. I teraz stało się to najgorsze. Czuł, jak jego ciało wbijało się w wodę, wodę twardą, jak betonowy mur. Sum ciągnął go na środek rzeki za sznur grotowy który nieszczęśliwie uczepił się za zapięcie pod szyją. Dusił się. Szarpnął za sznur ręką, aby się uwolnić. Nic. Jego matematyczny umysł dalej już sam liczył zdarzenia, jak ustawiona maszynka, w którą nigdy nie wątpił. Dokładnie po roku od opisanego zdarzenia błotnistą drogę wiodącą od Dawidowizny w stronę Sumowa kołysał się mały fiacik. Dało się jechać tędy tylko dlatego, że przed wschodem słońca mróz ściął torfowe błota. Samochód zatrzymał się nad samą rzeką, z niego z trudem wydostawał się nasz kusznik Kobus. Wprawdzie udało mu się tedy ujść z życiem w walce z sumem, ale po długim leczeniu, został na trwale inwalidą. Bez czapki, wsparty na kuli, przeniósł oczy w stronę wschodzącego słońca. Rubinowa tarcza poprzecinana chmurkami przypominała trochę ogromny łeb Ślepca. Kobusowi wydawało się, że to była tam jego dusza. W kątach oczu zaszkliły się łzy. Duszę się miewa. Przychodzi ona do człowieka ze wschodem słońca. A potem odchodzi w inne miejsce, gdy ty jej nie masz jak przyjąć. Wówczas stajesz się pusty. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Duma Jaćwinga" 27.05.06, 11:56 1264 r. po zwycięskiej bitwie nad Jaćwingami książę Leszek - dowódca boju - kazał odszukać Kumata. Ale nigdzie go nie było. Przyprowadzono tylko młodego chłopca, który, według relacji jeńców, miał być synem jaćwieskiego wodza. - Nazywasz się Skirmut i jesteś synem Kumata? - zapytał książę. - Tak. Jestem synem naszego wodza. - Jakie masz życzenie? - Chcę, abyście mnie zabili, tak jak ojca. Po chwili wojowie przynieśli ciało zabitego Kumata. Skirmut padł na zwłoki ojca i zaczął przerażająco szlochać, aż echo leciało po zagajnikach. Wydawało się, że to płacze dumna Jatwież, którą sąsiedzi zawzięli się złożyć do grobu. Książę Leszek nie przeszkadzał chłopcu w pożegnaniu z ojcem. Gdy się Skirmut wypłakał podszedł bliżej, pogłaskał go po włosach i, aby jeszcze bardziej zdobyć przyjaźń chłopca, rozkazał pogrzebać Kumata według jaćwieskiego zwyczaju. Po zakończeniu walk Skirmuta zabrano do niewoli. Najpierw przebywał w Łęczycy, a potem przywieziono do Wizny. Tu, na pograniczu z Jatwieżą, mógł przydać się Mazowszanom do targów i rozgrywek politycznych. Chłopak był posłuszny, pilny, szybko się przysposabiał do rzemiosła wojskowego. Jego wychowawcy nawet nabrali pewności, że zupełnie zapomniał o swoim pochodzeniu. A największy na niego miał wpływ Zbirut, z którym Skirmut najbardziej się związał, nawet nazywał go ojcem, ponieważ okazało się, że matką Zbiruta była jaćwieska branka. Pewnego razu, gdy obaj polowali w puszczy, żubr zranił śmiertelnie Zbiruta. Skirmut, opatrując jego rany i widząc nadchodzącą śmierć zapytał: - Ojcze, dlaczego służyłeś tak wiernie obcym ludziom? Przecież masz w żyłach krew naszą, jaćwieska. Wtedy Zbirut ostatkiem sił podniósł się na deskach i odrzekł: - Daj mi kubeł gorącej wody z kostką miodu. Gdy Skirmut wykonał polecenie, wówczas Zbirut kazał postawić naczynie pośrodku stołu, a po bokach położył trzy krążki z uciętego drzewa służące za podstawki. Włożony do wody miód rozpuszczał się momentalnie, prawie nie podnosząc cieczy. - Miód to my, Jaćwingowie - przemówił Zbirut - a wokół: Mazowszanie, Litwini i Krzyżanoścy Nie ma nam innego wyjścia, jak się rozpłynąć. Kurhany to zbyt wysoka cena. Po tych słowach Zbirut położył się na pryczę i zaczął zamykać oczy. Skirmut przerażony skoczył do przyjaciela, porwał go w ramiona, zatrząsł raz, drugi. Poczuł ogromną grozę, która wypełniała szałas, jakieś ostre pazury go łapały za gardło. Uciekaj! - jakby coś jęknęło. Odruchowo rzucił się do drzwi, ale w nich stał na czatach groźny strażnik. Serce mu biło jak młotem. Teraz poczuł w sobie prawdziwy zew puszczy, zobaczył wojów jaćwieskich pędzących wichrem do ataku na czele z ojcem. Tam jego miejsce! Skirmut chwilę stał jakby w paraliżu, potem schylił się nad martwym ciałem Zbiruta i pocałował w usta. Już po raz drugi całował zimne usta swoich najbliższych. Tedy na grobie ojca zaprzysiągł zemstę. Co ma robić? Po tygodniu od tego zdarzenia w wiznieńskim grodzie ogłoszono alarm - nagle zginął Skirmut. Jak potem ustalono, jeden ze strażników przywiązał go pod końskim brzuchem, zasłonił po bokach zwisającą derką i obaj bez przeszkód wyjechali na zewnątrz przez główną bramę. Dopiero w puszczy Skirmut ze swoim mazowieckim przyjacielem poczuli się prawdziwie wolnymi ludźmi. Mazowszanin odpiął od pasa bukłak z miodem i podał koledze. Wolność! Skirmut jeszcze w pełni nie mógł uświadomić, co się stało. Wokół pachniało ziemią, na jeziorze pękały lody, śpiewały ptaki - budziła się wiosna. Zobaczył korowód nagich dziewczyn idących ze śpiewem w stronę świętego gaju. Narodziny wiosny były zawsze największym ich świętem. Teraz obydwaj zwarli się w uścisku i zaśpiewali na cały głos: Syta druhna, syta, zjadła zasiek żyta, pięcioro pokosy, pieczeń za trzy grosze. Hu-ha...hu-ha... hu-ha!... Syta druhna, pękata, zjadła byka, miał trzy lata. War piwa wypiła I jeszcze się swarzyła Hu-ha... hu-ha... hu-ha... Echo pieśni niosło się daleko, daleko po dolinach. Oto siła ich bogów: lauks (ziemia), dagis (święto narodzin) i alu (bukłak z miodem). Oto duma Jaćwinga! - Dziękuję ci serdecznie za pomoc - Skirmut długo trzymał przyjaciela w objęciu. - Całe życie będę ci za to wdzięczny. Do zobaczenia! Minęło 20 lat. Nieustanne napady krzyżackie wyniszczyły krainę Sambów, Natangów, Bartów, Galindów, Jaćwingów. Potem jeszcze watahy Tatarów wypalały do cna wsie i grody tubylczej ludności. W końcu wielka ich armia stanęła u wrót Wizny. Mazowszanie broniąc zaciekle swego grodu, oczekiwali na pomoc z zewnątrz, a szczególnie od polskiego króla. I w pewnym momencie zobaczyli dziwny oddział wojsk stojący w lesie jakby w oczekiwaniu na rozkazy. Wysłano na zwiady doświadczonego woja Grzebka, który wprost nie mógł uwierzyć własnym oczom, kogo zobaczył. Był to jego dawny druh Skirmut ze swoim wojskiem - przybyli na pomoc. Ogromnej radości teraz nie mogli obaj pomieścić w sobie. Kiedy Skirmut obejmował ramiona przyjaciela i całował jego gorące usta, grały mu w duszy słowa z "testamentu drugiego ojca" o miodzie i trzech krążkach z uciętej brzozy. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Diabelskie lusterko" 30.05.06, 18:30 Srodkowa Biebrza ma swoisty urok. Centralnym jej punktem jest Pobojna Góra, za którą rośnie Puszcza Jamińska - kraina miodu, trochę dalej w dół Biebrzy, zaczyna się linia Piekielnych Wrót, zaś patrząc w górę rzeki, zobaczymy chałupy przysiółka Dwugły. Tu dawniej stały magazyny zbożowe, stąd tratwy ze zbożem i drzewem płynęły do Warszawy, Gdańska, a nawet za granicę. Stała tu też karczma, do której tłumnie schodzili się okoliczni chłopi aby popić i pogwarzyć o różnych sprawach. Stałym jej bywalcem był niejaki Świder ze wsi Ostrówek. I jemu to pewnego razu przydarzyła się niżej opisana przygoda. Nasz pan Diabłuś zza Piekielnych Wrót niemało się napracował, aby Świdra przerobić na swoje kopyto, choć na początku uważał, że to miał być najłatwiejszy materiał. Zamówił u najlepszych wyrobników bryczkę, ostrzygł sierść, ogolił się, poucinał rogi, a na głowę włożył stylowy kapelusz z dużym rondem. I przykrywając się szarą peleryną wyjechał stępa na drogę. Na zegarze była północ. W tym czasie akurat wracał z karczmy nasz bohater pod dobrym chmielem. Dziś przehulał nie tylko wszystkie pieniądze za sprzedane żyto, ale nawet oddał w zastaw dla Żyda buty i sam wracał do domu w skarpetach, przeklinając na głos siebie i cały świat. I nagle posłyszał obok głośne: - PyrrrrrL. Podniósł przymglony wzrok. Nie mógł uwierzyć własnym oczom, co zobaczył. Stała przed nim elegancka bryczka, z bardzo eleganckim panem na koźle. Ów jegomość ukłonił mu się nisko, zapraszając uprzejmie do środka. Pan Świder, czując się śmiertelnie zmęczony, oczywiście nie mógł nie skorzystać z tak zachęcającej oferty. Z trudem zgramolił się na siedzenie, i jak tyko powóz ruszył, postanowił zaspokoić swoją ciekawość: - Szanowny panie, czymż ja zasłużyłem na taką łaskę? - O, niczym - rzecze mu stangret śpiewnym głosem. - Dobroczynność jest celem naszego stowarzyszenia. My akceptujemy każdą słabość człowieczą i naprawdę żałujemy, tych, którzy chodzą w skarpetach i marzną, im nogi. - Panie Dobry nie rozumiem tego. Przed takim jak ja, to ludzie zamykają, domy, żona już połamała trzeci wałek na mnie, a tu słyszę, że istnieje jakaś łaska dla kiepskich. - Właśnie. I szczególnie dla tych, którzy nie mają zamiaru się poprawiać. Naszemu bractwu na takich jednostkach bardzo zależy. My usiłujemy tworzyć nad nimi parasol ochronny. - Ojejku, jak zrozumiałem, to ja już jestem zupełnie spisany na straty? - Ależ nie. A po co masz się poprawiać? Jesteś urokliwym folklorem na tutejszej ziemi. Każdy człowiek musi mieć godność, nawet ten ostatni. Gdybyś nie pił, to nie miałbyś okazji przejechać się posrebrzanym kołowozem. A jeszcze gdybyś przyłożył łopatą w tyłek Marcie Balbinowej, której bydło tobie dewastuje ogrody, bo ona nie ma czasu pilnować, gdyż chodzi niby na modły, to nawet zagwarantujemy ci dożywotnią pensję palacza w naszej korporacji smołowniczej. To w czymż rzecz! Już jutro, jak się rozwidni, to dla niej nałożę z pięć łopat na tłusty tyłek, to właściwie ja przez nią tak się męczę i muszę pić. I, panie Dobry, pan jest naprawdę za mną? - Oczywiście. Tylko proszę ten dokument podpisać Pan w cylindrze wyjął papier, pióro gęsie pomoczył w atrament koloru czerwonego i położył przed Świdrem. Tym rażeni pasażer trochę się stremował, podnosząc oczy na woźnicę, aby dobrze mu się przyjrzeć. - A właściwie to kim pan jest i co jest zapisane na tym papierze, który mam podpisać. - Oczywiście nie ukrywam tego, że jestem mieszkańcem zza Piekielnych Wrót. A podpis twój jest nam potrzebny po to, aby mieć pełne zezwolenie na trwałe przestawienie "klepek" mózgowych w twojej głowie. Bo chyba zdajesz sobie sprawę z tego, że w przyrodzie musi istnieć równowaga pomiędzy tym, co się buduje i tym, co się rozwala. Inaczej konstrukcja świata - i tak już zwichnięta - może runąć. Po tych słowach Świder dokładniej przyjrzał się postaci "Dobrego" jegomościa. Bez większego trudu zauważył na jego czole blizny po rogach, ślady na ciele po zgolonej sierści oraz złożony w ósemeczkę ogon przyczepiony do kieszonki na piersiach. Odruchowo wykrzywiły mu się usta w sylabę "oj", nawet chciał wznieść okrzyk o wsparcie, skierowany do Anioła Gabryjela. Ale że mina woźnicy nie była zbyt zaczepna zaś on, pijaczek, stał się jakby komuś potrzebny, a jeszcze propozycja, że nie musi się wcale poprawiać, była bardzo nęcąca - więc zaczął drążyć sprawę dalej: - Znaczy się, że mam okazję rozmawiać z panem tak by powiedzieć... Diabolim? - Tego... nie sprzeczajmy się o szyld. Załóżmy, że tak. - Eee... wszystko jest niby w porządku, tylko tego... może niech mi pan odpowie, dlaczego wasz wizerunek został ustalony tak odrażająco? Proszę dotknąć moich rąk, one same już drżą na widok "piekielnej" postaci. Nawet dziś, jak widzę, pan sam się maskuje. - Właśnie! - wykrzyknął woźnica podniecony i zaczął czegoś szukać na siedzeniu. Po chwili otworzył skórzaną dyplomatkę i wyjął z niej okrągłe lustro w miedzianej oprawie, ustawiając w stronę twarzy Świdra. - Proszę się przyjrzeć w nim dokładnie. Aby było widniej, to ja zaraz zapalę świecę. I teraz Świder zobaczył w lusterku ogromne straszydło z rogami, sierścią i ogonem. Przerażony złapał się za lusterkową ramę, zaglądając na drugą stronę, czy to nie jest jaka podróba. Nie. Wszystko było w porządku. A postać lusterkowa obracała się dokładnie tak, jak on obracał głową. Teraz wszystko w nim zadrżało. Chciał wyskakiwać z bryczki, ale bał się, że ta postać z lusterka pociągnie się za nim. A on przecież chce być wolnym człowiekiem! - Eeee... tego... - Świder zaczął się znów jąkać - Przecież to nie ja tam jestem, a to pan Dia...Diaboli. - Nie? To jest lusterko twojej duszy. Jestem wzorcem twego chcenia. Po co tam nosisz takie straszydło? Szybko wyrzuć. To nie ja, a tyś je stworzył. I pamiętaj, co jest najgorsze, że uciec od swojej chimery nie ma gdzie, będzie za tobą łaziła wszędzie. Jaki nosisz obraz w sobie, takim jesteś. W tym momencie przerażenie Świdra doszło zenitu. Odruchowo chwycił za kijek leżący na kozłach i walnął z całej siły w diabelskie lustro. Gdy szkło rozpadło się na drobniutkie kawałki, to zrobiła się dziwna rzecz. Nasz bohater nagle zobaczył, że siedzi wśród bagiennych mokradeł na kępie, a wokół rosną łozy, turzyca i błyszczy woda. Długo nie mógł dojść do siebie. I dopiero po godzinie, jak się zaczęło rozwidniać, ruszył w stronę swojej wsi. Nad nim wstawał przepiękny biebrzański poranek. Czajki kwiliły, tańczyły bataliony, rycyki w duetach zataczały śpiewnie koła. Cała kopuła niebieska aż rozsadzała się od tiurlulukania skowronkowego, nie mogąc pomieścić ich śpiewu. Trzepoczące skrzydełkami ptaszki wisiały, jak na sznureczkach, jak bombki choinkowe i ile miały tylko sil tak radowały się wstającym porankiem. Ich podniebnym szaleństwom nie było końca. Tak chyba wyglądał raj pierwszych ludzi. Nasz pan Świder zdjął czapkę i wziął ją do ręki. Nigdy tak mu się nie szło lekko do domu, jak dziś. Nawet zaczęła go poszturchiwać dziwna myśl, że dla tego "pewniaka", który go tak zwodził przez połowę nocy, to mu na złość przestanie pić wódkę! Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Pobojna góra" ;) 31.05.06, 10:59 Pobojna Góra, po Twierdzy Osowieć jest drugim miejscem na linii biebrzańskiej pod względem pokładów tajemnych mocy. Położenie tego grądu wśród łąk, zarośli i lasów jest specyficzne, wyjątkowe. Wokół błotniste bezdroże, od północy puszcza Jamińska, od południa łuk Biebrzy, a od wschodu i zachodu otwarte łąki z ładnymi widokami. Sam grąd ma kwadrat 150 na 150 metrów z dwóch stron otoczony nasypem wysokości do pięciu metrów - niewątpliwie usypany ręką ludzką. Wygląda jak obwałowanie obronne od strony otwartej. O nazwie "Pobojna Góra" pisze się już w początkach XVII w. Historycy sądzą, że tam było prastare grodzisko. Miejscowa ludność tę nazwę wiąże z "potopem" szwedzkim. Podczas odwrotu prawdopodobnie tu wojska szwedzkie się zatrzymały i walczyły najdłużej. Ale Pobojna Góra słynie i z innych zagadek. W pogodne i ciche noce, jeśli ktoś dobrze przycupnie i wyciszy się, to usłyszy dziwne odgłosy wydobywające się z głębi ziemi: ktoś rozmawia obcym językiem, czasem dojdzie głośne nawoływanie albo popłynie piękny rozczulający śpiew. I również przedziwne sny tu miewa człowiek, gdy podejmie decyzję noclegowania w namiocie. Jeden pan, nauczyciel z Łodzi (a może z Łomży? ;), opowiadał, jak od niego we śnie żądał jakiś głos zapłaty rublami za miejsce noclegowe. A gdy on zaczął tłumaczyć, że nie ma obcych pieniędzy, to mu upadł namiot. Po przebudzeniu stwierdził, że faktycznie namiot się rozbroił. Pary zakochanych to najczęściej miewają tu erotyczne sny. To stąd, z Pobojnej Góry, wyniosła się treść, że Biebrza jest najbardziej erotyczną rzeką w Polsce. Może dlatego, że hrabia Brzostowski swoją wielką miłość do Wiktorii Rymaszewskiej wyznał właśnie na tym grądzie, tak był urzeczony pięknymi widokami. Natomiast w zamierzchłej przeszłości, to tu przebywały galindskie kobiety z obciętymi piersiami - ze swoją wróżką Zarotą. Siłę erotyczną tego miejsca potwierdzają również tutejsi mieszkańcy, których często zwodziły duchy zalotnych dziewic. I niejedna para stąd powróciła już zaręczona. Powtarzane legendy o Pobojnej Górze spowodowały sprowadzenie tu jasnowidza Klimuszki, który był znany z odkrywania skarbów i zwłok zaginionych osób. W swojej wizji potwierdził przebywanie zagadkowych bytów ludzkich i istnienie tajemnych przedmiotów. Ale z uwagi na odległość czasową nie był w stanie określić szczegółów. Sam również doznałem tu wiele niesamowitych wrażeń. Żadne miejsce na całej Biebrzy nie pobudza tak moich sił witalnych, jak ten grąd. To tam najbardziej ładuje się język mojej wyobraźni i tam najczęściej poszukuję żywiołu nieskończoności. A miody pszczele jakie tam się zbiera! Wyjątkowe właściwości aromatyczne. I stamtąd też przywiozłem zagadkową wizję otrzymaną we śnie na nowe tysiąclecie. Wokół bajeczny krajobraz z laskami na obrzeżach, jak na biblijnym obrazku. Zza horyzontu prześwieca księżyc, a w dole, jak zagubiony szal, wywija się Biebrza. Może i to była dekoracja, ponieważ ja przygotowałem się do roli aktorskiej, siedząc na tronie, raczej drewnianym kufrze. Ubranie ze skóry dokładnie przylegało do ciała, na którym nie miałem nic, oprócz bawełnianej koszulki. Na pasku przy spodniach oraz przy mankietach kurtki błyszczały miedziane sprzączki. I tak, siedząc na "kufrowym tronie" i w egzotycznej scenerii, uczyłem się tekstu, który miałem wygłosić przed niewidoczną publiką. - Czy chcesz żyć długo i szczęśliwie? - stawiał banalne pytanie kobiecy głos. Tak - odpowiadałem. Ale ja inaczej odpowiedzieć nie mogłem, bo za mną jakby stukała katarynkowa maszyna: tak... tak... tak... - To pocałuj mnie - rozkazywał ten głos. Przepiękna pani, wodzirej kosmicznej urody, wówczas brała do ręki trupią czaszkę z dziurkami na oczy oraz wystającymi zębami i jakby podpływała do mnie. Ja przykładałem usta do białych zębów i z przyjemnością je całowałem, bo ja przecież takiej roli chciałem, nikt mnie do tego nie zmuszał. Na wargach czułem jakiś jałki smak, zalatywało trochę stęchlizną; ta czaszka jeszcze dobrze nie wyschła, a ja koniecznie paliłem się do gry. - Czy chcesz żyć krótko i byle jak? - znów leciał banał, aż strach było słuchać takiego powtarzalniaka! A za mną nadal drobniła ucho ta sama katarynka: nie... nie... nie. To ja buch! oczywistą odpowiedź: - Nie, to pocałuj mnie. Efemeryczna kobitka powtórnie brała czaszkę, zbliża prawie do moich warg, wypuczając białe zęby. Ja: plus - całowałem słodko, nawet z rozkoszą całowałem, trochę woniejący czerep człowieczy. A gdzieś, może spod ziemią, szumnie klaskała publiczność, skandując: " Niech żyje tron, niech żyje katarynka!..." Dlaczego to nie mnie gawiedź biła brawo, a katarynce?... Właśnie przebudziłem się z tą małą rozterką. Ale na ogół ze swej roli byłem zadowolony! Usta przecież złożyły pocałunek, wprawdzie udziwniony, ale mimo wszystko pocałunek. Wydawało mi się, że w tym to momencie nastąpił pełen przechył losu na moją stronę. Czy aktor zawsze powinien poszukiwać sensu swojej roboty? On jest wynajęty do gry... Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Czarna Dama" 31.05.06, 15:03 Legenda związana z Czarną Damą zrodziła się podczas pierwszej wojny światowej. Wtedy to wojska niemieckie po zwycięstwie nad Rosjanami pod Tannenbergiem otrzymały rozkaz ścigania rozbitego przeciwnika oraz zdobycia Twierdzy Osowieć. By tego dokonać imały się różnych sposobów. Z początku, lekceważąc jej zdolności obronne ośmielili się forsować z marszu. Następnie użyli do niszczenia umocnień ogromnej ilości dział, włącznie z tak zwanymi "Grubymi Bertami". Jednak bez sukcesu. I właśnie za tą przyczyną szóstego sierpnia 1915 roku Niemcy postanowili zaatakować twierdzę za pomocą gazów bojowych. A trzeba wiedzieć, że w tym okresie maski przeciwgazowe były bardzo prymitywne, nieskuteczne. Przykładowo, żołnierze rosyjscy posiadali na swoim wyposażeniu tylko specjalne paski muślinowe, wypełnione watą. Użycie ich w trakcie walki było bardzo trudne, ponieważ należało je przetrzymywać ręką, w celu uzyskania mocniejszego przylegania do ust i nosa. Z chwilą, gdy wiatr powiał w kierunku broniących się Rosjan, żołnierze niemieccy wypuścili chlor z trzydziestu baterii gazowych, liczących kilka tysięcy butli stalowych. W kilka minut utworzyła się ogromna chmura szerokości kilku kilometrów i wysokości kilkunastu metrów. Pchana siłą wiatru dotarła do pierwszych okopów, a później przeszła nad wszystkimi budowlami wojskowymi, które były rozmieszczone na terenie czterech wydzielonych obszarów, zwanych fortami. W wyniku działania chloru uległo śmiertelnemu zatruciu przeszło tysiąc żołnierzy rosyjskich. Gazy te o strasznej sile niszczenia spaliły również napotkaną po drodze roślinność. Na szczęście dla obrońców, z czasem trująca mgła zaczęła wytracać swój impet, przechodząc nad bagnami, rzeką, i kanałami odwadniającymi. Mimo to i tak zginęłoby Rosjan o wiele więcej, gdyby nie zdecydowali się samowolnie uciec z pola walki. Oczywiście takie zachowanie nie służyło skutecznemu odparciu niemieckiego ataku. Dlatego też nastąpiła zdecydowana reakcja dowódców, którzy szybko uporządkowali szyki obronne i zmusili żołnierzy do ponownego zajęcia stanowisk w okopach. Zapewne współcześni historycy niechlubne zachowanie rosyjskich żołnierzy wytłumaczą demoralizacją wywołaną śmiertelnym działaniem gazu. Będzie to jednak tylko połowiczna prawda, gdyż faktycznie panika wybuchła z innego powodu. Stało się tak za sprawą czarnej zjawy, która krążyła w oparach gazu. Tym widziadłem okazała się Czarna Dama. To właśnie ona wybierała ofiary, a następnie pozbawiała życia, dusząc za gardło. Stąd, nie ma co się dziwić, że w relacjach z pola walki pojawiły się opisy trupów z szeroko rozwartymi oczami, wyrażającymi paniczny przestracha. Prawda wyszła na jaw dopiero podczas doraźnego sądu polowego. Przesłuchiwani, właśnie tym tłumaczyli swoją dezercję z pola walki. Jeden z nich - opisał owe tajemnicze widmo. Jego zdaniem było to monstrum przypominające wyglądem kobietę, o szerokości kilku metrów i długości około stu, które miało na sobie jakby czarną pelerynę. Oczywiście nikt z przełożonych nie dał temu wiary. Zjawa ta objawiła się ponownie po siedemnastu dniach, pomagając wojskom niemieckim w ostatecznym wejściu do twierdzy. Prawdopodobnie za sprawą Czarnej Damy, jeszcze dwukrotnie podczas drugiej wojny światowej pojawiały się w Twierdzy Osowieć niemieckie mundury, niosąc za każdym razem, pożogę i śmierć. Z czasem wszyscy zapomnieli o owej tajemniczej postaci. Dopiero w 1992 roku podczas realizowania reportażu przypomniano o tej legendzie. Powodem tego było zdjęcie wykonane przy śluzie, tuż obok schronu, zwanego przez znawców tematu - blokhauzem. Na nim według zamierzenia fotoreportera miała znajdować się dziennikarka, a gdzieś w tle miał widnieć ów historyczny obiekt wojskowy. Stało się jednak inaczej, gdyż po wywołaniu zdjęcia okazało się, że jest na nim jeszcze ktoś inny. Tym kimś była Czarna Dama. To odkrycie wyjaśnia wiele powojennych zagadek. Zapewne to z inspiracji Czarnej Damy w tajemniczy sposób zniknęła świątynia i setki innych carskich budowli. W niej także należy upatrywać sprawczynię nieszczęśliwych zdarzeń, które przytrafiły się osobom usiłującym spenetrować podziemne lochy Twierdzy Osowieć. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Legendy biebrzańskie, "Ukryty skarb" 31.05.06, 21:43 Twierdza Osowieć wśród wielu tajemnic, skrywa też niejedną, związaną z mniejszym lub większym skarbem. Przez przeszło sto lat przewinęło się tu dziesiątki tysięcy żołnierzy i innych osób. Była ona milczącym świadkiem dwóch wojen światowych i walk w 1920 r. Każdy przysłowiowy metr ziemi na terenie tej warowni jest przeorany pociskami i splamiony krwią ludzi w mundurach. Ginęli oni w większości bezimiennie. Wiemy tylko, że byli to między innymi Rosjanie, Niemcy, Polacy, Francuzi, Białorusini, Ukraińcy, a nawet Włosi. Niżej opisane zdarzenie miało miejsce podczas pierwszej wojny światowej, w sierpniu 1915 roku. Po prawie rocznej, dzielnej obronie twierdzy, załoga rosyjska otrzymała rozkaz jej opuszczenia. Ewakuacja odbywała się głównie szosą prowadzącą do Grodna. Część żołnierzy miała za zadanie przedostania się w głąb Rosji linią kolejową prowadzącą przez Białystok. Niektórym nawet - udało się. Niestety, w krótkim czasie Niemcy opanowali okolice Knyszyna. Została odcięta dogodna droga ucieczki. Los sprawił, że w tym czasie w rejonie miasteczka przebywał jeden z pułków broniących wcześniej Osowca. Został on zmuszony przez wojska niemieckie do odwrotu. W grupie uchodzących z tego miejsca znalazł się pewien rosyjski żołnierz, który wiózł bryczką czterech oficerów sprawujących pieczę nad kasą pułku. Jechali okrężną trasą, wybierając przeważnie leśne bezdroża. Przez dłuższy czas ich podróż przebiegała bez większych problemów. Dopiero parę kilometrów za Laskowcem dało się słyszeć odgłosy przybliżającego się frontu. Kanonada artyleryjska wywołała zdenerwowanie wśród oficerów. Zaczęli coś do siebie szeptać. Po krótkiej naradzie podjęli, jednomyślną decyzję. Zsadzili woźnicę i nakazali mu czekać w przydrożnych krzakach. Sami odjechali w kierunku lasu. W międzyczasie szrapnele poczęły rozrywać się coraz bliżej. Woźnica nie wiedział co ma robić. Na szczęście po kilkunastu minutach ujrzał ponownie przełożonych. Wracali już bez skrzyni. Nie dane było mu, jednak dalej z nimi podróżować. Na jego oczach jeden z pocisków trafił w bryczkę, do której weszli oficerowie - wszyscy zginęli gwałtowną śmiercią. On sam jeszcze długo błąkał się po bagnach, aż wreszcie dotarł do swoich. Tam zdał relację z przebiegu zdarzenia. O mały włos nie oskarżono go o kradzież rubli. Jednakże udało się mu wyjść z tej opresji cało. Minęło wiele lat. Za okupacji sowieckiej i zaraz po drugiej wojnie światowej okoliczni mieszkańcy wiosek często widywali żołnierzy, którzy czegoś tu szukali. Nikt nawet nie domyślał się prawdziwego powodu. Tłumaczyli to kolejną akcją przeciwko polskim partyzantom. Z czasem nastał całkowity spokój. Jednak na początku lat sześćdziesiątych znowu zaczęli się pojawiać obcy. Stało się to za sprawą pogłoski o skarbie, którą rozpowszechnił jeden z mieszkańców wsi. Jego wiedza oparta była na informacji uzyskanej od pewnego Rosjanina, który mieszkał przez kilka dni w jego domu. Być może nie doszłoby do wyjawienia sekretu, gdyby nie przypadek. Zdarzyło się to podczas suto zaprawianej kolacji. Ów obcokrajowiec wycierając usta, wyciągnął z kieszeni chusteczkę. Nie spostrzegł nawet, że coś upadło na ziemię. Była to kartka ze szkicem drogi i pobliskiego terenu. Zaciekawiło to gospodarza. Długo nad tym zastanawiał się, aż zebrał się na odwagę i zapytał wprost o powód posiadania takiego rysunku. Wtedy dopiero usłyszał historię o kasie pułkowej. Było w niej tyle autentyczności, że od razu zgłosił swój akces do poszukiwań. Szukali przede wszystkim w charakterystycznych punktach. Wiedzieli, że kasa została zakopana z pełnym przemyśleniem. Ich zdaniem musiał tam znajdować się odpowiedni znak rozpoznawczy, choćby jakiś duży kamień, drzewo, czy coś podobnego. Niestety czas zrobił swoje. Ślady stały się nieczytelne. Z tego też powodu, po kilku dniach zaniechali dalszego kopania. Miejsce ukrycia skarbu, pomimo wielu późniejszych prób zlokalizowania jest do dziś owiane tajemnicą. Jedynym argumentem przemawiającym za jego istnieniem są resztki rozbitej bryczki oraz śladowe informacje na ten temat znajdujące się w archiwach rosyjskich. Wiadomo tylko, że w kasie były złote ruble, a cała skrzynia ważyła dwa pudy, czyli 32,76 kg. Nawet jeśli skarb tkwi gdzieś w ziemi, to i tak tylko przypadek zapewne sprawi, że ktoś go odnajdzie. Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Re: Legendy biebrzańskie, "Ukryty skarb" 31.05.06, 21:44 Niestety, i tym razem nie udało się uniknąć niedozwolonego słowa ;) Odpowiedz Link Zgłoś
ela0508 Re: Legendy z okolic Łomży 21.04.06, 21:02 ładne te Twoje legendy :) nigdy nie słyszałam, może dlatego, żem nie z Łomży Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Re: Legendy z okolic Łomży 21.04.06, 21:36 Też nie znałam ich wcześniej. (i właściwie też nie-m z Łomży ;) Odpowiedz Link Zgłoś
dean84 Re: Legendy z okolic Łomży 26.04.06, 14:05 ? ekhm zadam pytanie jak to na forach zadaja czasem... jest tu ktos z lomzy? :D Odpowiedz Link Zgłoś
e-moll Re: Legendy z okolic Łomży 26.04.06, 14:19 przyznać sie muszę, że też nie urodziłem się w Łomży. Ale długo mieszkałem!:-) bardzo ładnie, wszyscy łomżyńscy szowiniści nie są z Łomży!:-) Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Re: Legendy z okolic Łomży 26.04.06, 16:08 Urodziłam się (właściwie, to zostałam urodzona ;) w Giżycku, potem mieszkałam w Gdańsku, ale większą część życia spędziłam, jak do tej pory, w Łomży ;)) Odpowiedz Link Zgłoś
dean84 Re: Legendy z okolic Łomży 27.04.06, 23:31 cholera a ja to sie nawet tu urodzilem, choc polowa mojego rocznika rodzona w kolnie bo nasz szpital remontowano kiedy sie rodzilismy...ale mi sie trafil oddzial w Lomzy. Nawet nie jestem pierwszym pokoleniem w Lomzy...szok ;) Odpowiedz Link Zgłoś
maggpie Re: Legendy z okolic Łomży 06.05.06, 10:09 Nie tylko twojego. Moja siostra też w Kolnie przez to urodzona. Dogłębny musiał być ten remont ;) Odpowiedz Link Zgłoś