Dodaj do ulubionych

Wiarygodność administracji Busha

21.10.04, 20:18
Wiarygodnoścść - felieton Dawida Warszawskiego z cyklu "Prognoza Pogody"

"New York Times" opublikował szczegółowy raport, o tym jak przed wojną w
Iraku administracja prezydenta Busha tłumiła głosy krytyczne w wewnętrznej
debacie na temat specjalnych rur aluminiowych, które importował reżim Saddama
Husajna. Według niektórych analityków z CIA nadawały się one jedynie do
wykorzystania w wirówkach używanych do uzyskiwania wzbogaconego uranu do
produkcji bomb atomowych. Jeżeli tak, to ich import byłby koronnym dowodem na
to, że Saddam usiłował wyprodukować broń masowego rażenia. Jednak inni
eksperci byli zdania, że rury się do wirówek nie nadają (są za grube), zaś
powłoka ochronna, w które były wyposażone, sugerowałaby, że mają być używane
pod gołym niebem - najprawdopodobniej jako podstawowy element ręcznych
wyrzutni rakietowych. Spór był uprawniony i zwolennicy koncepcji atomowej
mogli mieć rację. Ale administracja Busha ingerowała w debatę, tłumiąc - w
tym w materiałach przedstawionych Kongresowi i Departamentowi Stanu -
alternatywne interpretacje kluczowego dowodu. Innymi słowy, oszukiwała tych,
których miała przekonać. Dziś wiemy, że wirówek nie było, a więc krytycy
koncepcji atomowej mieli rację.



Kilka dni temu sekretarz obrony Daniel Rumsfeld przyznał, że "nie ma mocnych
dowodów" łączących reżim Saddama z al Kaidą. Tymczasem teza o istnieniu
takich ścisłych związków była - obok tezy o produkcji przez Bagdad broni
masowego rażenia - głównym uzasadnieniem dla decyzji o inwazji. Dziś to
uzasadnienie rozsypuje się jak domek z kart. Podobnie jak rozsypała się
amerykańska strategia dla Iraku po obaleniu Husajna. Nawet argument, że każdy
reżim, jaki by Amerykanie zainstalowali w Iraku, lepszy byłby od tego, co
było wcześniej, wydaje się - przynajmniej z punktu widzenia zwykłego
Irakijczyka zagrożonego zarówno przez rodzimych terrorystów, jak i przez
zwalczających ich żołnierzy koalicji - wątpliwa. Amerykańska inwazja kończy
się fiaskiem.

Inwazji nie da się odkręcić, a jej konsekwencje winny zostać - w takim
stopniu, w jakim jest to możliwe - naprawione. Jednak w przyszłości każda
amerykańska administracja będzie musiała ponosić ciężar odpowiedzialności za
matactwa Busha - to zaś może znaczyć, że przy następnym międzynarodowym
kryzysie i opinia amerykańska, i międzynarodowa prezydentowi USA po prostu
nie uwierzy, nawet jeśli tym razem będzie mówił najszczerszą prawdę.
Wiarygodność Waszyngtonu została bardzo poważnie wystawiona na szwank -
podobnie jak wiarygodność tych komentatorów, którzy - jak ja - brali wersję
Busha za dobrą monetę. Na tej samej zasadzie wzrosła wiarygodność ich
przeciwników, którzy twierdzili, że Bush kłamie, a w Iraku spowoduje
katastrofę. Mieli po prostu rację, niezależnie od tego, jak nieprawdziwe
byłyby inne tezy, które głosili. Wniosek? Demokratyczny rząd może kłamać,
jego najbardziej nawet ekstremistyczni krytycy mogą mieć rację, a
komentatorzy, którzy temu rządowi zaufają, mogą wyjść na durni i - co
nieporównywalnie groźniejsze - wprowadzić opinie publiczną w błąd. Niby
banał, ale stale go trzeba powtarzać. Także samemu sobie.

źródło : "GW"

Obserwuj wątek

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka