raskarba
05.12.04, 17:21
Swego czasu, w latach studenckich chadzalismy z kumplami do pewnego baru
prawie naprzeciwko Collegium Novum przy Plantach (nazwa baru uleciala mi juz
z pamieci). Pewnego razu, na poteznym kacu udalismy sie tam i zamowilismy
wczesny obiadek. Wyboru praktycznie nie bylo zadnego (rok 1981), wiec
praktycznie wszyscy jedli to samo. Kupilem zupke, leniwe i kefirek ,i udalem
sie do stolika. Postawilem tam wszystko, teczke polozylem obok i wrocilem po
sztucce. Podchodze do stolika, a tam ku mojemu zdumieniu jakis facio sie tam
rozsiadl i palaszuje moja zupe. Wkurzylem sie poczatkowo, ale wygladal na
zabiedzonego i bezdomnego, wiec sobie pomyslalem, ze pewnie nie ma za co
sobie kupic zarcia i niech mu tam bedzie. Jakos to odzaluje... Niech to
bedzie z mojej strony drobny dobry uczynek. Przysiadlem sie wiec z drugiej
strony i siegnalem po swoje leniwe. Facet popatrzyl na mnie z niemym
oburzeniem, ale spiorunowalem go wzrokiem, bo co on sobie wyobraza ! Nie
dosc, ze zakosil mi zupe, to jeszcze ma czelnosc takim wzrokiem nnie
obrzucac! Wsunalem leniwe, ze az trzesly mi sie uszy, popilem z ulga
kefirkiem. Wstaje i siegam po torbe, a tu torby nie ma ! O kurza twarz,
pomyslalem, facet zasunal mi jeszcze i teczke z ksiazkami ! Tego juz za
wiele. Juz zamierzalem mu wygarnac, gdy... katem oka zauwazylem cos
niepokojacego - przy nastepnym stoliku stala nieruszona zupka, leniwe i
kefirek, a pod spodem lezala sobie spokojnie moja torba...