przemoaj5
14.09.08, 17:38
Od kaczeńca do Kopenhagi, czyli jak Dio szuka pomysłów i
inspiracji? -
Skąd mój pomysł na ogród? Z ogródka babci, rzecz jasna. Babcia miała
piękny ogród i to ona zaraziła mnie miłością do kwiatów i zieleni.
Ale zakładać ogrody za pieniądze? To w ogóle kiedyś była abstrakcja.
Razu pewnego, nad jeziorem Bodeńskim, w pięknym niemieckim Lindau
nie mogliśmy wyjść z podziwu, że każdy dom wygląda jak dom dla
lalek, przed willą stoi nowy, drogi samochód a wokół domu bajeczny
ogród. Jak z obrazka. Rozmawialiśmy z jednym tubylcem i bardzo się
dziwiliśmy, że bogaci – tym samym pewnie zapracowani – Bawarczycy
mają czas na pielęgnację ogrodu, aby wyglądał jak przed kasynem w
Monte Carlo. Niemiec również się zdziwił. „Bo przecież każdy tu
wynajmuje firmę do ogrodu, która za niego to robi…” -
Skoro można zarabiać na tym, co się lubi, to czemu nie? Tylko, że w
Polsce usługi ogrodnicze kojarzyły się wówczas z niczym. Nie było
szkółek, czasopism, Internetu, systemów nawadniających. Nasiona traw
czy kwiatów dostępne były w sklepach dla rolników a zioła – w
aptece. Ogrody toskańskie kojarzyły się z czymś na południu a
angielskie – z nielegalną pracą w nich i to nie kojarzyły się
dobrze, bo często taka praca kończyła się pierwszą w życiu podróżą
samolotem na koszt Królowej i zakazem wjazdu do Zjednoczonego
Królestwa. I jak tu sprzedawać coś, co kojarzy się z niczym lub
wręcz źle? A przecież na Akademii Ekonomicznej wtłaczano nam do
głowy, że marka się liczy, marka rozpoznawalna, znana i uznana. -
Hmm …Eureka! „Pana Tadeusza” czytał każdy. Do epopei narodowej
odwoływać się może również każdy, czyli i my. Postaci niezwykłych
było tam bez liku. Telimena kojarzyła się co prawda z XIII księgą,
ale Zosia z ogródkiem. Staropolskim. Skoro zespół pałacowo – parkowy
w wielkopolskim Śmiłowie przyciąga turystów do zwiedzania muzeum
Adama Mickiewicza właśnie zosinym ogródkiem a Soplicowo kojarzy się
z przydrożnym zajazdem oferującym chleb ze smalcem i pyszne pierogi,
to dlaczego ogród staropolski nie ma być obiektem westchnień
milionów wielkopolskich kobiet, ich mężów i rodzin. -
I tak powstał pomysł na ogród staropolski. Tylko jak jedyne źródło
inspiracji – ogród babci, założony w 1970 roku i pielęgnowany do
1990, nazwać staropolskim? Może „Ogród polski, współczesny”?
Niekoniecznie… Jak z polskiego zrobić stare? Zabałaganić? Wysiać
chwasty? Nadać przaśny charakter? Nigdzie nie natrafiliśmy na
definicję słowa „staropolski”, która nie odnosiłaby się do starego,
zacofanego i drewnianego. Udaliśmy się zatem w kilka podróży w
Polsce i na Litwie. Na Litwie, bo tam, wbrew pozorom, jest wiele
takich miejsc, o których można powiedzieć, że są staropolskie.
Między Poznaniem i Sejnami oraz na trasie: Druskienniki, Kowno,
Kłajpeda, Palanga widzieliśmy wiele pięknych ogrodów, ogródków
restauracyjnych, klombów, rabat i rond. -
Zauważyliśmy, że królują na nich malwy, ostróżki, dalie, nasturcje.
Ogród staropolski to ogród kwitnący, prosty, nieprzeładowany, bez
baroku. -
Ogrody staropolskie od zawsze dobrze nam się sprzedawały, ale nie
reagowali na nie entuzjazmem młodzi, wykształceni, kosmopolityczni
Poznaniacy, którzy chcieli czegoś innego, bardziej europejskiego. My
natomiast baliśmy się ogrodów francuskich, włoskich czy angielskich,
bo nie chcieliśmy zakładać czegoś, co się zna tylko z nazwy. Każdy z
nas bowiem, kto choć raz zasmakował kuchni włoskiej we Włoszech,
zżyma się, gdy w restauracji „włoskiej” w Polsce musi spożywać
rozgotowany makaron z pieprzem, bez ziół a sałatka jest na bazie
kapusty pekińskiej (a nie sałaty) z olejem kujawskim udającym oliwę
z oliwek piątego tłoczenia. Nie chcieliśmy być taką właśnie
jadłodajnią, z której klienci wychodzą raz na zawsze mrucząc pod
nosem: „oni się tak znają na kuchni włoskiej, jak ja na fizyce
kwantowej”. (Nie dotyczy fizyków o specjalności: fizyka kwantowa). -
Postanowiliśmy zatem poszukać kolejnych inspiracji. W oparciu o
cztery świata strony. Wschód Europy od razu odpuściliśmy, uznawszy,
że tam lepiej zakładać ogrody, niż się nimi inspirować. Może i wielu
chciałoby mieć park z Peterhofu – letniej rezydencji carów z czasów,
gdy stolica była w Sankt Petersburgu, ale aktualnie wśród naszych
potencjalnych, oszczędnych poznańskich klientów nie było oligarchy
rosyjskiego. -
Gdy mówiliśmy o szukaniu inspiracji na północy Europy, w Szwecji,
Norwegii, Danii, patrzono na nas ze zdziwieniem i zainteresowaniem
(w przypadku osób kulturalnych) bądź uśmieszkiem (…). Czyż jednak
Skandynawia to nie natura? Nie ekologia? Nie ma tam zieleni,
krystalicznie czystej wody? Ludzie nie mają ogrodów? O nie!
Pojechaliśmy więc do Szwecji, Norwegii i Danii. Przyroda jest
piękna, w maju pada krystalicznie czysty grad, odmian roślin jest
więcej niż tylko kilka, z dodatkiem w nazwie: „syberyjski”. Nawet
przywieźliśmy cały bagażnik sadzonek i zasadziliśmy w swoim
ogrodzie. Cóż jednak … Żadna nie przetrwała upalnego, polskiego
lata. Ale nie wzięliśmy rozwodu ze Skandynawią! -
Na zachodzie wybraliśmy Wielką Brytanię (wizyta w Wersalu pod
Paryżem zakończyła się megadołem psychicznym i zacytowaniem
powiedzenia o motyce i księżycu) a na południu: Chorwację, Włochy i
Hiszpanię. -
Krótkotrwały pobyt w Chorwacji nastroił nas optymistycznie, ponieważ
uznaliśmy, że po kilku latach intensywnego rozwoju, na pewno
Chorwacja stanie się dla nas rynkiem zbytu. -
Andaluzja (południe Hiszpanii, Costa del Sol) okazała się jednym
wielkim placem budowy, spalonym przez słońce, z wielką ilością gajów
oliwnych. Jedyny ogród, jaki widzieliśmy, to bratki, nagietki, róże
nawadniane z namaszczeniem w Alhambrze - dawnej twierdzy
mauretańskich kalifów, najpiękniejszym zabytku arabskiego
budownictwa w Europie, składającego się z pałacu oraz letniej
rezydencji z pięknymi ogrodami oraz z samych ogrodów znajdujących
się na całym wzgórzu. -
Również nie był to ogród, który można zaprojektować i sprzedać w
Poznaniu. -
Punktem przełomowym stały się dwa wyjazdy do Włoch. Czytelnik może
się zdziwić, że poznańska firma, dla swoich klientów – Poznaniaków –
szukała pomysłów w kraju, w którym ogrody kojarzą się z barokiem,
nadmiarem, rozrzutnością, z ogrodami w Łańcucie czy z renesansowym
parkiem przy Pałacu Biskupim w Kielcach. Nie zapominajmy jednak, że
Włochy są bardzo zróżnicowane. W lipcu 2007 roku, przez prawie
tydzień przemierzaliśmy Italię. Nie zważając na promienie słoneczne
i korki na autostradach, pieczołowicie obejrzeliśmy ogrody, centra
ogrodnicze, parki i inne zielone obiekty w Kampanii, Lacjum,
Toskanii, Umbrii, Emilii – Romania, Ligurii, Lombardii i Piemoncie.
Z Neapolu pamiętamy tony śmieci na ulicach, Rzym nas również
rozczarował, Bolonia, Genua czy Turyn to miasta dla sportowców,
handlowców czy turystów – ładne, atrakcyjne i ciekawe, ale nie dla
ogrodników. Mediolan jest mało włoski, ale za to można tam obejrzeć
wiele imponujących ogrodów na dachach. Natomiast Toskania … Nie
można było tam nie wrócić. -
Daliśmy sobie kilka miesięcy na przygotowanie kolejnej wizyty w
Toskanii i w marcu – bardzo profesjonalnie przygotowani, z planem
spotkań i oglądania, na tydzień daliśmy się pochłonąć temu jednemu z
najpiękniejszych miejsc na świecie. -
Z przewodnikiem, wydrukami z Internetu i nawigatorem satelitarnym,
wstając o świcie i kładąc się spać późną nocą, objechaliśmy całą
Toskanię: Florencję, Pizę, Lukkę, Sienę, Arezzo, Chiuso, Montalcino,
Montepulciano, Montefollonico, Cortonę, Pienzę. Zrobiliśmy wiele
zdjęć, kupiliśmy książki, nawiązaliśmy kontakt z dostawcami
akcesoriów w stylu toskańskim, spotkaliśmy się z dwoma biurami
projektowymi w mieście Lucca i we Florencji oraz