all.those.yesterdays
12.11.11, 16:17
Niedługo będę miała syna. Trochę mnie to przeraża, bo jednak facet to dla mnie inny gatunek człowieka;) Z dziewczyną bym się dogadała, ale z małym chłopcem... Facet to ciągle dla mnie stworzenie dzikie i nieoswajalne. Oczywiste jest, że nie będzie wychowywany na buraka szowinistę ani jakiegoś mamindupka, mimo to obawiam się, że czeka mnie ciężka przeprawa przez wszystkie stereotypy. Niestety sporo matek synów, które znam (i młodych i starszych) powielają te stereotypy (synusie to cud świata) albo żyją w jakiejś upiornej symbiozie ze swoimi synami.
Na przykład mój dawny narzeczony miał tylko brata - ich matka była największym szowinistą, jakiego znam (a była młodą babką, jakieś 45 lat) W ich domu nigdy nie mówiło się o kobietach z szacunkiem (matka stawiała tylko siebie za wzór cnót). Synom wmawiała, że wszystkie kobiety są wredne i wyrachowane, dziewczyny określała mianem "kozy", które jak będą bogate, to będą nimi pomiatać, a jak biedne - to ich oskubią. Matka oczywiście nigdy nie pracowała zawodowo (co nie przeszkadzało jej mówić tylko o pieniądzach i oceniać innych poprzez grubość portfela, wydawać opinie na temat bylejakości cudzych zarobków itd.). Na szczęście mąż prowadził firmę, dzięki której dobrze im się powodziło. W każdym razie zwiałam stamtąd - ich ojciec rzucał wulgarnymi dowcipami, matka twierdziła, że każda kobieta, która posyła dziecko do żłobka czy przedszkola jest nierodzinna, wyrodna itd. Eks narzeczony był okej, chociaż parę razy zdarzyło mu się podnieść mi ciśnienie jakimś szowinistycznym tekstem/zachowaniem. Zwiałam, bo bałam się, że będę prowadziła z nim nieustanną walkę o niegranie roli kuchty. Ich matka nie lubiła oczywiście żadnej z dziewczyn synów, a mnie wręcz nie znosiła uważając że okręciłam synka wokół palca i na domiar złego wprowadziłam w domu jakiś "nowoczesny model związku" - np. mówiła z oburzeniem, że to podłe z mojej strony, że podrywam go do sprzątania po jego powrocie z pracy (choć ja też pracowałam). Może i dobrze, że jednak nie miała córek, wychowałaby je na roboty kuchenne... Do dziś jak o niej pomyślę, to wydaje mi się złą macochą z bajki...
To najbardziej drastyczny znany mi przykład braku kobiecej solidarności. Jednak widzę, jak koleżanki w moim wieku, mamy kilkulatków chyba nieświadomie zaszczepiają swoim synom podobne przekonania.
Czemu niektóre kobiety stają się wrogami innych kobiet, gdy rodzi im się syn/synowie? Mam wrażenie, że w rodzinach, gdzie jest np. syn i córka sprawa nie wygląda tak tragicznie (choć pewnie zdarzają się przypadki faworyzowania). Oby mi się we łbie nie powaliło na punkcie synusia. To moje noworoczne życzenie:)