beatrixx1
21.09.05, 23:11
Zastanawiam sie nad swoim zwiazkiem, nad tym, czy jest sens w nim tkwic.
Od 4 lat jestem z facetem, wiecie... wielka milosc, zareczyny, wspolne plany
na przyszlosc. Moj mezcyzna byl i jest dobry dla mnie, doskonale sie z nim
rozumiem, czuje, ze to moja bratnia dusza. Kiedys moglam na nim zawsze
polegac, byl mi zawsze bardzo oddany i wiedzialam, ze tak samo zalezy mu na
nas, jak i mnie. Ale to sie zmienilo.
Niestety, on pije i ma powazne problemy emocjonalne. Na poczatku naszej
znajomosci nie bylo tego, wszystko bylo w normie. Dopiero z czasem gdy
mielismy coraz wiecej problemow, zaczal robic sie bardziej zamkniety, uciekac
w alkohol od problemow. Nie radzo sobie z rzeczywistoscia - rzucil studia, bo
nie potrafil pogodzic ich z praca. Coraz bardziej zamyka sie w sobie, mowi, ze
jest do niczego, ze ma dosyc życia. Od 2 miesiecy jest bezrobotny i nie robi
nic, by te nowa prace znalezc, co zreszta nie jest latwe w jego przypadku,
gdyz tak naprawde nie ma specjalnych kwalifikacji. Namawiam go, by podjal sie
czegokolwiek, bo lepiej zarabiac 800 zl niz nic, ale on twierdzi, ze nie
pojdzie do takiej pracy, skoro kiedys zarabial 2 razy wiecej, i ze nie chce
zasuwac za jakies smieszne grosze po to tylko, by wegetowac. Rzeczywscie,
lekko nam nigdy nie bylo, bo musimy wynajmowac mieszkanie, co pochlania blisko
polowe naszych dochodów, przez dlugi czas oplacalismy także studia, ale mimo
tego jakos starczalo nam na zycie. A tymczasem oszczednosci sie koncza, i
moja wytrwalosc chyba tez...
Problem polega na tym, ze nie wiem juz, czy mam sile dalej byc dorosla za nas
dwoje. Tak samo mam swoje problemy i zmartwienia, mnie tez jest ciezko, bo tez
pracuje i studiuje, ale jednak staram sie nie poddawac... chociaz nie raz
rycze w nocy, tak mam doscy okropnej pracy i tej ciaglej monotonii i walki o
przetrwanie. Z drugiej strony jednak nadal go kocham... i nie jestem do konca
przekonana czy dobrze zrobie zostawiajac go w takim stanie, z takimi
problemami. Obawiam się o jego zycie, ale mam już dosyc tego, ze bliska mi
osoba nei stara sie jakos wyjsc na prosta, ze nei zapewnia ani mnie ani sobie
jakiegokolwiek poczucia vezpieczenstwa, stabilizacji... ze nawet nie probuje.
Nie wiem co robic. Terapia odpada - on sie nie zgodzi, tak samo jak nie chce
isc na spotkania AA, choc jak sam twierdzi, jest alkoholikiem.
Gubie sie w tym wszystkim....