cos-sin
08.04.14, 01:57
Witam serdecznie,
od razu na wstępie zaznaczę, że temat aborcji mnie nie dotyczy. Kiedyś weszłam na to forum przypadkiem i widziałam ile ciepła jest w Waszych wypowiedziach, ile pomocy i troski. I mam nadzieję, że tego tutaj zaznam, bo naprawdę jestem na poważnym zakręcie życiowym z małą istotką pod sercem. Czy chcianą...?
Ale do rzeczy... Byłam z chłopakiem prawie 3lata. Ponad rok wspólnego mieszkania. Kochałam, i kocham nadal bardzo mocno-szaleńczą miłością. Pod koniec 2012r. zaszłam w ciążę. Byłam szczęśliwa-facet nie za bardzo. Niestety moje szczęście nie trwało długo i po 2tygodniach wylądowałam w szpitalu... Po stracie dochodziłam do siebie cały rok. To tak na wstępie.
Mój związek nie zawsze był kolorowy. Facet nadużywał alkoholu, a ja biegałam i szalałam za nim-on miał gdzieś moje uczucia, nie raz słuchałam jaka ja jestem niedobra. Nieraz w mieszkaniu zastawałam melinę. Praktycznie każdego wieczoru było piwko na sen-nie jedno.
Na początku roku poznałam kogoś wyjątkowego. Kogoś dla kogo ja byłam wyjątkowa... Dużo pisaliśmy ze sobą, usłyszałam dużo ciepłych słów...
Postanowiłam zakończyć tamten związek-w ciągu zaledwie kilkunastu dni od poznania obecnego. Dlaczego? Bo czułam, że takiego faceta szukałam-dla którego będę najważniejsza na świecie, a poza tym nie chciałam ranić i byłego i obecnego już chłopaka. Decyzja zapewne nieprzemyślana i podjęta pod wpływem zauroczenia....
Obecny cudowny! Na rękach by mnie nosił, dba o mnie, kwiaty co tydzień, znosi moje 'chmurki i humorki' (a tych teraz naprawdę spooorooo!). Minął miesiąc idealnego związku. Były wyjechał ale pisał, że spać nie może, że kocha, że sobie życia nie może ułożyć (w sumie to stracił nagle wszystko-pracę, mieszkanie, mnie). Ale nie przejmowałam się tym za bardzo, byłam egoistką.
Do czasu... Wrócił do mojego miasta. Nawiązał silne więzi ze zwykłymi znajomymi, chlanie codziennie, imprezy. I z jedną koleżanką zaczął więcej rozmawiać... Ona go ciągnie do łóżka (panna lekkich obyczajów-znam ją ładnych parę lat). Mydli mu oczy jaka to ja jestem okropna, a on taki biedny... W sumie to wszyscy się ode mnie odwrócili-no bo jak można zostawić faceta!? Co z tego, że do końca nie byłam szczęśliwa w związku... A ja mu pozwoliłam mieszkać w moim mieszkaniu jak długo chce, dużo z nim rozmawiałam i nie ukrywałam przed nim, że kogoś poznałam... A i tak zostałam wyzwana od ku**w i sz*at....
W moim obecnym związku zaczęłam być zazdrosna o przeszłość faceta (wiem, głupie). Byłam wręcz smutna. A w dniu kiedy rozmawiałam z byłym doprowadził mnie do skraju załamania nerwowego! Tego dnia mi powiedział o tej pannie, a we mnie jakby walnął grom z jasnego nieba! Wieczorem jeszcze głupia biegałam po mieście, żeby tylko tego idiotę spotkać (jak to zawsze robiłam jak miał na mnie wywalone i sobie chlał). Czułam się wyjątkowo podle, odechciało mi się żyć... A w tym wszystkim jeszcze był obecny... Przyjechał prosto po pracy-żeby przy mnie być, po prostu, żebym nie była sama. A ja zaryczana leżałam w łóżku. Tego dnia stwierdziłam-to nie ma sensu-chociaż jest cudowny-związku razem nie stworzymy....
Tygodniowe spóźnienie okresu tłumaczyłam wyjątkowym stresem w tych ostatnich dniach. Rano jak się obudziliśmy podjęliśmy decyzję-robimy test ciążowy! Byłam pewna, dałabym sobie rękę uciąć, że będzie jedna kreska! A tam dwie, grube i mocne kreski! Szok!!! A obecny? Radość ogromna! W końcu po tylu latach spełniły się jego marzenia!
I tak właśnie jestem w 6tc z cudownym facetem kochając innego… Żyję w tej wiedzy od 5dni i te 5dni to istny koszmar. Wiem, że w ciąży hormony szaleją i tak też staram się tłumaczyć ciągły stres. Nie mogę jeść, ciągle mam uczucie ucisku, trzęsie mnie z tego wszystkiego, wszystko we mnie krzyczy! Obecny jest szczęśliwy, tylko widzi jak ja cierpię. Dba o nas-normalnie można powiedzieć facet oszalał!!!
A ja? Ja ciągle myślę o byłym i wiem, że gdyby nie ciąża od razu pobiegłabym do niego. Wystarczy, że teraz kiwnął by palcem... Poprzednia ciąża była dla mnie radością, a teraz? W ogóle się nie cieszę... Wręcz wiem, że gdybym znów poroniła to byłaby lekka ulga... Ale wiem, że jak coś mocno chcemy to tego nie mamy-dostajemy to wtedy gdy niekoniecznie chcemy... I wiem, że ta ciąża się utrzyma-skoro jej nie chcę! Niesprawiedliwość, ehhh....
Wszyscy, którzy wiedzą o ciąży próbują mi łopatologicznie wbić do głowy, że dziecko być może ratuje moje życie! Przed alkoholikiem, przed życiem w melinie. Bóg postawił na mojej drodze kogoś, z kim mogę spędzić resztę życia szczęśliwie: bez biegania, histerii... Wszyscy mi tłumaczą a ja dalej swoje: JA KOCHAM JEGO! Nie jest łatwo..
A były? Miał wyjechać na stałe już... I co? Musi wytrzeźwieć, żeby móc jechać a on codziennie pije! Dzisiaj rano niechcący go spotkałam-skacowanego, o 11 już sięgał po kieliszek-na poprawę jak on to mówił... Chcę by wyjechał jak najszybciej, żebym nie myślała o nim, o tej dziewczynie. A czuję, że do świąt stąd nie wyjedzie... JAK JUŻ TO WSZYSTKO MNIE BOLI....
Nie wiem czego oczekuję? Kolejnego pocieszenia (co g... daje)? Kolejnego-spiepszyłabyś sobie życie z nim? Wsparcia? Modlitwy? Ja po prostu potrzebuję lek na to wszystko, zeby to przestało tak cholernie boleć!!!! (a tym lekiem w trudnych chwilach był ON).... (na zakończenie dodam, ze niby mówi, że nadal mnie kocha ale nawet w najmniejszym stopniu tego nie pokazuje, nic.... Ma wywalone.... Nawet wtedy jak mu powiedziałam, że chyba obecnego zostawię... I to chyba janbardziej boli-ten olewczy jego stosunek.....)