habitus
15.06.04, 22:42
Dochodzę do wniosku, że się spospolitowało używanie ekstremalnych określeń.
Byle co nazywane jest od razu "tragedią", zwykłe nielubienie staje
się "nienawiścią", lubienie lodów to "uwielbianie"... Same, kurcze,
superlatywy.
Przytoczę dwa, moim zdaniem zabawne, przykłady.
W pracowni architektonicznej prowadziliśmy też nadzory wykonawcze i
zatrudniony był na etacie kierowca, młody gamoń imieniem Tomuś. Tomuś miał
zwyczaj zadawać "pytanko" i jego egzystencja polegała na wożeniu klamotów
samochodem, dbanie o samochód i "pytanka". Każdy na wesołe hasło "Panie
Inżynierze, mam pytanko!" dostawał guli. Kiedyś podczas ważnej narady z
inwestorami Tomuś wsadził kwadratowy łeb do pokoju konferencyjnego. Wszyscy
zastygli w oczekiwaniu na "pytanko" :))) A kwadratowy łeb wytrzeszczył
niebieskie oczęta i wyjąkał: Panie Inżynierze tragedia, BORYGO PODROŻAŁO!!!!
Inwestorzy mało nie spadli pod stół ze śmiechu. :))))))))
Przypadek drugi:
Jedna manicurzystka do drugiej:
"Monika, ty wiesz co się stało? Normalnie tragedia. WACIKI SIĘ SKOŃCZYŁY!"
Druga:
"O matko!!! Co my teraz zrobimy."
:))))))))