Gość: ITP.
IP: *.chello.pl
16.04.07, 13:43
Szlag mnie trafia, gdy media (za "ekspertami") ciąglę opowiadają brednie nt.
rynku pracy w Polsce, np.:
Pracodawcy nie mogą znaleźć pracowników, więc bezrobocie to fikcja.
Zadaję pytanie, czy jeżeli w regionie X pracodawcy poszukują np. drogowców,
ślusarzy etc., a wśród bezrobotnych dominują byli pracownicy zakładów
włókienniczych, to czy oznacza to, że nie są oni bezrobotnymi?
Oczywiście można ich przekwalifikować, ale czy są na to pieniądze i czas?
To, że brakuje pracowników, wcale nie musi oznaczać braku bezrobocia. W
przypadku bezrobocia o charakterze strukturalnym sytuacja, w której wysokiemu
bezrobociu towarzyszy niedobór pracowników jest czymś oczywistym -
Panie/Panowie redaktorzy.
Problemy z zatrudnieniem murarzy i ich zarobki ok 2-3 tys. zł.
Znajomy - człowiek z 30-letnim stażem w zawodzie murarza - przez ostatnie 10
lat pracował na czarno, na umowę-zlecenie (oczywiście z zaniżonym oficjalnie
wynagrodzeniem) i umowę o dzieło (!). Były to place budów w centrum W-wy -
znane "galerie", centra etc. (dodam, że w promieniu kilku km od Min. Pracy i
Parlamentu). Zero warunków BHP, częste zmiany "pracodawców", zaniżanie
przepracowanych godzin, pomiatanie ludźmi.
Różnica między tym okresem a obecną "komfortową" sytuacją na rynku pracy
polega na tym, że:
- pierwszy raz jest zatrudniony na umowę o pracę,
- pierwszy raz otrzymał odzież ochronną,
- pierwszy raz otrzymał wodę mineralną,
- pierwszy raz w miarę normalnie jest traktowany,
- zarabia 2000 netto, ale pracuje 10-12 godz. dziennie + wszystkie soboty,
- oficjalnie zarabia 2x razy mniej, co oznacza, że będzie miał niższą
emeryturę, ekwiwalent urlopowy, wynagrodzenie chorobowe, odprawę etc.;
oznacza to również, że gdyby od tych 2000zł, które są realnym kosztem dla
pracodawcy odjąć należne dodatki za godz. nadliczbowe, utracone składki
emerytalne etc. to realna pensja wyniosłaby mniej niż 1000zł netto.
3. Realne bezrobocie jest znacznie niższe od oficjalnego, bo istnieje duża
szara strefa.
Od kiedy to praca w szarej strefie jest na równi traktowana z pracą w ramach
umowy o pracę? Nieświadomym dodam, że praca na czarno to praca beż żadnych
gwarancji otrzymania wynagrodzenia (najczęściej w podłych warunkach) i bez
szans na emeryturę. Pomijam tak ważny aspekt, że zatrudniający na czarno są
nieuczciwą konkurencją (są po prostu tańsi). Mogę się zgodzić, z tym, że od
statystyk bezrobocia można odjąć tych pracujących na czarno, którzy zarabiają
np. kilka tysięcy zł, co oznacza, że po zalegalizowaniu pracy i opłaceniu PIT
oraz ubezpieczeń społ. zostałoby im w miarę normalne wynagrodzenie. Fakty, są
jednak takie, że pracujący na czarno zarabiają często poniżej 1000zł.
Mnóstwo ofert pracy.
Owszem poniedziałkowe wydanie GW. pęcznieje od 2 lat. Należy jednak rozróżnić
to co proponuje się w ogłoszeniach od tego co oferuje realnie
ogłoszeniodawca. Pomijam ogłoszenia typu Deja Vu (firmy regularnie
poszukujące pracowników od kilku lat).
Praca na umowę-zlecenie.
Jeżeli traktuje się ją na równi z pracą w ramach umowy o pracę, to dlaczego
nie liczy się stażu do emerytury? Owszem opłaca się składki emerytalne, ale
stażu już się nie uwzględnia. Setki tysięcy ludzi pracujących na umowę-
zlecenie dostanie po kieszeni na emeryturze. Z rozmów przeprowadzonych ze
znajomymi wynika, że w przypadku prac fizycznych coraz częściej zatrudnia się
wyłącznie na um.-zlecenie. Nie ma tu znaczenia częsta kolizja z prawem.
Jeżeliby obniżyć klin podatkowy, to pracownicy zaczną lepiej zarabiać.
Oczywiście koszty pracy sa w Polsce zdecydowanie za wysokie, ale po prostu
nie wierzę w to, że pracodawcy podzielą się z pracownikami oszczędnościami z
tytułu obniżki kosztów pracy. Pomijam fakt, ze wielu z nich świetnie omija
owe koszty - zwłaszcza firmy z sektora ochrony mienia i sprzątania. Zatrudnia
się ludzi w ramach umowy zlecenia w dwóch spółkach córkach. W jednej z nich
płaci się dużo niższe wynagrodzenie i to właśnie od tego wynagrodzenia
odprowadza sie ZUS. Pracownik jest robiony w balona na maxa. "Ważne", że w
branży X dostaje się do ręki 800-1000zł - taka informacja pójdzie w eter
dzięki niedouczonym dziennikarzom.
7. PracoDAWCA. Dlaczego dawca ;-) ? Po prostu ZATRUDNIAJĄCY - przecież tu
nikt nikomu nic nie daje i nikt niczego nie chce dostać. Chodzi o zwykłą
współpracę, w której pracownik sprzedaje zatrudniającemu swój czas i
umiejętności. Ciekawe czy w innych językach też używa się "dawca". W języku
angielskim jest employer i to jest o.k.
Na koniec - jestem zwolennikiem wolnego rynku, tj. systemu, w którym
wszystkich uczestników życia gospodarczego obowiązuje to samo prawo i w
którym nie ma miejsca dla nieuczciwej konkurencji wynikającej m.in. z łamania
prawa pracy.