Dodaj do ulubionych

Forumowemu lewactwu

08.03.12, 09:16
z dedykacja na dzien kobiet;

Odgrzewana rewolta

Tomasz Wróblewski

Na poprzedniej poprewolcie – pacyfiści, dzieci kwiaty, wolna miłość – zachodnia demokracja wyszła całkiem nieźle.

Bogatsza o dostęp do informacji publicznych, desegregację rasową, z poszerzonymi granicami wolności słowa i równouprawnieniem kobiet. Feminizm nie domagał się wtedy nadzwyczajnego traktowania w miejscu pracy, specjalnych emerytur, partyjnych parytetów i gwarantowanej puli stanowisk kierowniczych. Feminizm lat 60. i 70. to była autentyczna walka z usankcjonowanym seksizmem. Kobiety domagały się szacunku, który nie miał być już tylko wypadkową liczby dzieci i dobrego zamążpójścia. Żądały pełnych praw zarówno konstytucyjnych, jak i zwyczajowych do zarządzania firmą, zasiadania w ministerialnych fotelach, wspólnego z mężem podejmowania rodzinnych zobowiązań finansowych. To trudna walka o otwarcie zawodów, o równą płacę za równą pracę. Ale nikt nie mówił o równej płacy za krótszą pracę czy wcześniejszej emeryturze za rodzenie dzieci. Wszystko, czego domagały się matki i babki współczesnych feministek, to przejrzystych, niefaworyzujących mężczyzn reguł gry.

To już historia. Nowy feminizm niewiele ma wspólnego z równościowymi hasłami tamtej epoki. Dziś to koncept systemowych nierówności i postaw roszczeniowych. Współczesne feministki żądają dotacji z budżetu, ulg, parytetów, finansowania emerytur kosztem reszty społeczeństwa i ograniczania praw mężczyzn.

Ideolożek, oprócz infantylnej zabawy z dopisywaniem żeńskich końcówek do męskich form i przypisywania damskich cech męskim bohaterom bajek, nic nie różni od skrajnej lewicy usiłującej obalić wolny rynek, wprowadzić ustrój socjalistycznej dystrybucji i centralnie sterowanego społeczeństwa.

Feministki, podobnie jak ich koledzy ze skrajnej lewicy, niechętne są konkurencji na rynku pracy, domagają się awansów i stanowisk w zarządach z racji płci, a nie kwalifikacji. Gwarantowanej puli w parlamencie, nie dlatego, że tak zażyczyli sobie wyborcy, ale dlatego, że nie wolno takich decyzji zostawiać masom. Ostatnie pomysły zawodowych wyzwolicielek, gdyby nie były takie śmieszne, byłyby naprawdę groźne. Lewicowe organizacje kobiece chcą, żeby rząd regulował i sprawdzał podział obowiązków domowych między mężem a żoną. Czy jak wolą – między partnerem a partnerką. Te same hasła, które przed niespełna pół wiekiem miały pomagać kobietom w walce o równość, stały się narzędziem do propagowania tradycyjnej lewicowej dyskryminacji. Feministki są tu zaledwie popychadłem w rękach mocno zmaskulinizowanych lewicowych partii politycznych.

Co więcej, wykształcone i medialnie obyte feministki stają się wygodnym narzędziem do walki z inaczej myślącymi kobietami. Charakterystyczny dla współczesnego feminizmu protekcjonalny ton, coraz częściej kierowany jest przeciwko innym kobietom, a nie mężczyznom. Przywołuje do porządku „głupiutkie" panie błądzące po prawej stronie sceny. Oświeca kobiety hołdujące konserwatywnym wartościom i niemogące się wyrwać z „pułapki" katolicyzmu. Jak absurdalnie by to brzmiało, fronty „wojny płci" przebiegają dziś wzdłuż podziałów ideologicznych, a nie płciowych. Feministki szybciej zaatakują działaczkę kółka różańcowego niż rozwiązłego przywódcę partii lewicowej.

Oczywiście nie jest to unikalna cecha polskich feministek. Ostatnio działaczce Partii Republikańskiej Sarze Palin zarzuciły, że cynicznie wykorzystuje wolności wywalczone przez lewicowe aktywistki do promowania obcych kobietom konserwatywnych idei. „Nie po to dawałyśmy ci wolność słowa" – zawisł banner nad tłumem oburzonych w Nowym Jorku. Chwilami trudno dziś uwierzyć, że na obecny status kobiet pracowały niegdyś takie postaci, jak: Golda Meir, Margaret Thatcher, pierwsza czarna kobieta w amerykańskim Kongresie Barbara Jordan czy pierwsza polska kobieta premier Hanna Suchocka, której wiara jakoś nie przeszkadzała w niezależności.
Rzeczpospolita
Obserwuj wątek
    • Gość: równi Re: Forumowemu lewactwu IP: *.flash-net.pl 08.03.12, 09:37
      rewolucja mentalności społeczeństwa postępuje a ty możesz sobie promować dowolne teksty i poglądy, co do feminizmu to znasz go tylko z opowiadań na co dzień twoja stara grzecznie siedzi przy garach ale co ma zrobić jak związała się z takim zaściankiem umysłowym, dzień kobiet to żart moja kobieta ma takich dni 365 w roku jesteśmy po prostu sobie równi; co dzisiaj mają zrobić lesbijki która której ma dać kwiatek?
    • Gość: ja Re: Forumowemu lewactwu IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 08.03.12, 09:43
      Tekst jak na katolickiego fundamentaliste przystało.
      Baba do garów a potem do kościoła. Jeśli tylko ma swoje zdanie, nieco liberalne poglądy to juz musi byc niepokorną latawicą.
      Powiem szczerze że właśnie takie same poglady mają talibowie, tylko ze Ci są prostakami i kobiety maltretują lub zabijają, jeśli któraś za bardzo odstaje od przyjętej formy.
      Natomiast tacy wykształceni fundamentaliści katoliccy jak Ty, żyjący w demokratycznym państwie mogą sobie na szczęście tylko ponarzekać.

      Rup sobie dalej swoją katolicką politykę i tak nikt nie zwraca na to uwagi.
      • lechowski51 O kobietach "katolickich talibow" 08.03.12, 12:40

        Grizzly podchodzą pod Biały Dom

        Amerykańskie konserwatystki – Sarah Palin, Michele Bachmann, Christine O'Donnell – pną się w polityce coraz wyżej, udowadniając, że kobiety nie muszą mieć liberalnych poglądów

        Mimo że na czele amerykańskiej dyplomacji stoi Hillary Clinton, a Sarah Palin długo trzęsła prawą stroną amerykańskiej sceny politycznej, wśród amerykańskich polityków kobiety wciąż stanowią mniejszość. – Sądzę, że przeciętna osoba daje się nabrać i myśli, że jest nas we władzach o wiele więcej niż w rzeczywistości – tłumaczy Katherine Spillar, wiceszefowa organizacji Feminist Majority, podkreślając, że obecność kobiet w polityce – zarówno we władzach federalnych, jak i na poziomie lokalnym – jest kluczowa, ponieważ kobiety mają często lepsze niż mężczyźni rozeznanie w takich sprawach jak choćby system opieki zdrowotnej.

        Tuż przed ostatnimi wyborami w 2010 roku Joelle Schmitz z Uniwersytetu Harvarda ostrzegała jednak, że pod względem liczby pań we władzach Stany Zjednoczone wciąż są daleko w tyle za takimi krajami jak Rwanda, Tadżykistan czy Uganda. Po podliczeniu głosów okazało się, że w 2011 roku liczba kobiet zaprzysiężonych w Kongresie pierwszy raz od 30 lat spadła: Amerykanki zajmują teraz na Kapitolu zaledwie 16 proc. miejsc. Pań ubyło również w stanowych Kongresach.

        Stany Zjednoczone w rankingach pokazujących skalę równouprawnienia w polityce są więc obecnie – ex aequo z Turkmenistanem – na 78. miejscu, za Polską (47. miejsce), Irakiem, Meksykiem, Kanadą, Kambodżą, a nawet Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi.

        ***

        Zdaniem ekspertów główny problem nie polega na tym, że kobiety nie potrafią wygrywać wyborów – bo gdy zdecydują się już na start, mają porównywalne z mężczyznami szanse na zwycięstwo – ale na tym, że wciąż bardzo niewiele pań chce kandydować. Brakuje im bowiem wiary w to, że rzeczywiście mogą pokonać rywali, a także, iż uda im się zebrać kilka milionów dolarów na kampanię przedwyborczą, które są niezbędne, aby zapewnić sobie miejsce w Kongresie.

        – Co ciekawe, takie dysproporcje w płci polityków utrzymują się, mimo że od lat 80. XX wieku w Stanach Zjednoczonych w wyborach bierze udział proporcjonalnie więcej kobiet niż mężczyzn – zauważa w rozmowie z „Rz" dr Lara Brown, politolog z Villanova University.

        Dzieje się tak, ponieważ w wielu przypadkach kobiety nie mają tak wielkich ambicji politycznych. Są także zbyt zajęte swoją karierą zawodową, a także wykonywaniem większości obowiązków domowych, aby myśleć jeszcze o starcie w wyborach do Kongresu. Problem leży też w naszym dwupartyjnym systemie, który sprawia, że co prawda teoretycznie każdy może wziąć udział w walce o Biały Dom, ale faktycznie może to zrobić tylko ten, kto wygra walkę o nominację partii. A w tej kobiety wciąż mają mniejsze szanse, ponieważ dopiero od niedawna partyjni liderzy traktują je jak osoby, które mogą piastować poważniejsze stanowiska – dodaje dr Brown, zwracając uwagę, że ostatnio zarówno u demokratów, jak i u republikanów kobiety zajmują coraz wyższe stanowiska w partii.

        ***

        Kim są „mamy grizzly"? To kobiety o konserwatywnych poglądach i „zdroworozsądkowym spojrzeniu na świat" – jak wyjaśniała ikona konserwatystek i nieformalna przywódczyni Tea Party Sarah Palin – które zamieniają się w groźny gatunek politycznego drapieżnika, aby chronić swoje dzieci przed złą polityką władz w Waszyngtonie. Wiele z nich naprawdę wierzy, że są gotowe przeprowadzić drugą amerykańską rewolucję. I to właśnie „mamy grizzly" w wielu miastach i miasteczkach zakładały pierwsze oddziały Herbacianej Partii, jednocześnie pracując na cały etat i opiekując się mniejszym lub większym stadem dzieci.

        Najbardziej znaną zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce „mamą grizzly" jest oczywiście Sarah Palin. Ona sama określiła się tym mianem, gdy w 2008 roku walczyła o wiceprezydenturę u boku Johna McCaina. W 2010 roku termin ten zaczął być już używany na określenie obozu konserwatystek przypominających Sarę Palin lub korzystających z jej politycznego wsparcia.

        – Matki po prostu czują, że coś jest źle – podkreślała na wiecach Palin, promując ruch konserwatystek. – Tutaj na Alasce matka grizzly, gdy ktoś próbuje zaatakować jej potomstwo, staje na tylnych łapach. I tę właśnie postawę obserwujemy u wszystkich tych kobiet, które wspólnie powstały, aby powiedzieć „Nie! To nie jest dobra polityka dla naszych dzieci i wnuków i postanowiłyśmy coś z tym zrobić. Przywrócimy ten kraj z powrotem na właściwe tory" – podkreślała była gubernator Alaski.
        Eksperci podkreślają, że podobne do „mamy grizzly" pojęcie istniało w amerykańskiej polityce już kilka lat wcześniej. Jeszcze za czasów prezydentury George'a W. Busha – przed wyborami w 2004 roku – ten typ kobiet określano mianem „security moms", a więc matek, którym bliskie były konserwatywne poglądy i które były bardzo zaangażowane w promowanie tzw. wojny z terroryzmem i politykę zapewniania bezpieczeństwa ich rodzinom, a zwłaszcza ich dzieciom.

        Trwająca od kilku lat ofensywa konserwatystek pomaga zarówno rozbudzić polityczne ambicje w tych Amerykankach, które wcześniej nie widziały dla siebie miejsca w Kongresie czy administracji rządowej, jak i w zmianie poglądów zatwardziałych partyjnych elit. – Od lat 70. ubiegłego wieku, czyli sukcesu tak zwanej drugiej fali feminizmu, kobiety o liberalnych poglądach stały się bardzo aktywne. Zaczęły walczyć o lepsze miejsca pracy, angażować się w działalność polityczną, startować i wygrywać w wyborach i zakładać własne organizacje, których do dziś jest o wiele więcej niż organizacji zrzeszających konserwatystki. Przez dziesięciolecia było tak, że jeśli gdzieś pojawiała się kobieta-polityk, to wszyscy byli przekonani, że musi ona mieć liberalne poglądy – zauważa dr Lara Brown. – Kandydatki zaliczane do grona „mam grizzly" stanowią więc do pewnego stopnia zupełnie nową siłę na amerykańskiej scenie politycznej i dają one nadzieję na to, że o wiele więcej Amerykanek będzie się z nimi identyfikować i że uda się w końcu zmienić stereotyp kobiet w polityce.

        Do grupy „mam grizzly" zalicza się m.in. Michele Bachmann – kongresmenka z Minnesoty, która w zeszłym roku na krótko objęła nawet prowadzenie w republikańskim wyścigu po prezydencką nominację.

        ***

        Do mniej popularnych w Polsce „mam grizzly", które zrobiły kariery w polityce, należą między innymi znana z niezwykłej stanowczości gubernatorka Arizony Jan Brewer (zdjęcie, na którym publicznie strofuje ona Baracka Obamę obiegło przed kilkoma tygodniami wszystkie najważniejsze media w Ameryce), gubernatorka Karoliny Południowej Nikki Haley, kongreswoman Ann Marie Buerkle, senator Kelly Ayotte... Ich sukcesy mogą być inspirujące dla tzw. hockey moms (z północy Ameryki) lub „soccer moms" (z pozostałych amerykańskich stanów) – mężatek, które dużą część swojego czasu spędzają, wożąc minivanem gromadkę dzieci na różnego rodzaju imprezy sportowe. – Bardzo wiele kobiet jest co prawda aktywnych nie tylko w szkolnych radach rodzicielskich, które są niemal w 100 procentach obsadzone przez walczące o swoje dzieci panie, ale również działa na poziomie władz miejskich. Szczególnie dużo pań znajdziemy na stanowiskach, które nie wymagają pracy na cały etat, są bardzo słabo opłacane i traktowane bardziej jako wolontariat lub spełnianie obywatelskiego obowiązku – mówi „Rz" dr Lara Brown.

        Piastowanie takich stanowisk jest dobrze widziane zwłaszcza w mniejszych miastach lub na przedmieściach. Daje też poczucie pewnego spełnienia dla żon, które zdecydowały się porzucić karierę zawodową i zająć wychowaniem dzieci. Walka o tego typu stanowiska jest też nieco łatwiejsza, ponieważ bardzo niewielu mężczyzn jest nimi zainteresowanych.

        – Wierzę, że liczba kobiet reprezentowanych w Kongresie
        • lechowski51 Re: O kobietach "katolickich talibow" 08.03.12, 12:41
          cd
          – Wierzę, że liczba kobiet reprezentowanych w Kongresie będzie się systematycznie zwiększać. Stany Zjednoczone to jednak wyjątkowo konserwatywne społeczeństwo, które na wprowadzenie każdej istotnej zmiany potrzebuje około 100 lat. Jeśli więc przyjmiemy, iż walka o równouprawnienie w polityce zaczęła się w latach 70. XX wieku, to za jakieś pół wieku liczba kobiet i mężczyzn w Kongresie powinna już być mniej więcej wyrównana – prognozuje dr Brown.
      • mar1mar1 Re: Forumowemu lewactwu 08.03.12, 17:59
        Oho, widać że koleżka łyknął trochę więcej ortografii i startuje na bis...
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka