uninhibited
20.09.05, 10:26
Wojna polska
Gdyby w Warszawie były znane niemiecko-sowieckie ustalenia, Polsce pozostałoby
tylko kapitulować przed Niemcami. Wojna w takim układzie nie miałaby bowiem
żadnego sensu
Armia Czerwona wkracza do Polski (c) ADM
Spotkanie oficerów niemieckich i radzieckich, wrzesień 1939 r. (c) EAST NEWS
Rz: Mówiąc o działaniach wojennych, które miały miejsce we wrześniu i
październiku 1939 roku w Polsce, jakiego właściwie powinniśmy używać terminu?
Paweł Wieczorkiewicz: To jest sprawa, w której historycy nie uzgodnili
stanowiska. Określeniem najbardziej zakorzenionym jest "kampania wrześniowa".
Jest to jednak kalka z propagandy niemieckiej. Wskazuje na to, że walki
toczyły się tylko we wrześniu, podczas gdy chlubimy się tym, że wygasły one
dopiero 5 - 6 października. W PRL wymyślono z kolei kretyńskie określenie
wywodzące się z tzw. marksistowsko-leninowskiej teorii wojskowości - "wojna
obronna". Kretyńskie, bo nie ma wojen obronnych, tak jak nie ma wojen
zaczepnych. Wojna jest przedłużeniem polityki, a każdy rozsądny polityk i
dowódca wie, że czasami najlepszą formą obrony jest atak. Uważam więc, że
trzeba oddać hołd doskonałemu historykowi - niedocenianemu w tej roli -
Leszkowi Moczulskiemu, który napisał w latach 70. znakomitą książkę "Wojna
polska". Jej tytuł jest właśnie najlepszym określeniem na to, co działo się we
wrześniu i październiku 1939 r. Była to bowiem wojna Polski, prowadzona z
dwoma wrogami naraz. Nie da się podzielić jej na okres przed i po 17 września.
Stanowiła ona nierozerwalną całość, a dzień sowieckiego ataku miał dla jej
przebiegu znaczenie kluczowe.
Dyplomacja
Czy rzeczywiście, jak się to na ogół przedstawia, Polska nie miała w 1939 roku
żadnego pola manewru?
Kontynuując ten tok myślenia, doszlibyśmy do wniosku, że Rzeczpospolita była
skazana na klęskę już w chwili podpisania traktatu wersalskiego, który
stworzył dla niej bardzo korzystne, ale trudne do obrony, granice. Pobudził
jednocześnie rewanżyzm niemiecki i przy różnicy potencjałów skazywał Polskę na
porażkę w konfrontacji, do której prędzej czy później musiało dojść.
Odrzuciłbym więc taki punkt widzenia. Skupmy się na wydarzeniach. 24
października 1938 roku Niemcy - podczas rozmowy Lipski - Ribbentrop -
przedstawili Polsce swoje żądania, które ja bym nazwał raczej pakietem
propozycji, bo nie były one początkowo wysunięte w tonie ultymatywnym. Miały
na celu silne związanie Polski z polityką Rzeszy. Przyjmując je,
Rzeczpospolita nie poniosłaby żadnego istotnego uszczerbku. Gdańsk nie był
bowiem wtedy miastem polskim, a autostrada przez korytarz była, o czym mało
kto pamięta, pomysłem naszej dyplomacji, który powstał w latach 30. jako próba
unormowania stosunków polsko-niemieckich. W zamian za te ustępstwa Polsce
zaproponowano przedłużenie paktu o nieagresji i przystąpienie do paktu
antykominternowskiego.
Jaką rolę grała Polska w wojennych planach Adolfa Hitlera?
Kluczową. Aż do wiosny 1939 roku była dla niego antybolszewicką zasłoną na
wypadek wojny z Francją, od której zamierzał zacząć konflikt. Po zwycięstwie
na Zachodzie miała zaś być cenionym, niezwykle ważnym partnerem w wyprawie na
Związek Sowiecki. W ostatniej rozmowie z Beckiem w Berchtesgarden Hitler
powiedział wprost, że każda dywizja polska pod Moskwą oznacza jedną dywizję
niemiecką mniej. Przywódca Rzeszy proponował nam wówczas udział w podziale Europy.
Dlaczego nie przyjęliśmy tej propozycji?
Politycy polscy, przede wszystkim Beck, trzymali się pewnych wytycznych
Piłsudskiego. Podkreślał on, że suwerenność jest najważniejsza i że w razie
konfliktu europejskiego Polska powinna zwrócić się w stronę Londynu, bo tylko
Londyn będzie w stanie zmusić Francuzów do walki. Beck jednak nie dostrzegł,
czy też może zlekceważył, inne ze wskazań Marszałka. Że Polska w żadnym razie
nie może wejść do wojny jako pierwsza i że nie można dopuścić, żeby na jej
terenie toczyły się działania wojenne. Pójście na konfrontację z Niemcami
zaprzeczało obu tym aksjomatom. Sojusz z Rzeszą, być może nawet chwilowy,
pozwalał zaś je spełnić. Beck doszedł jednak do wniosku, że nawiązując bliskie
stosunki z Brytyjczykami i zacieśniając je z Francuzami, stworzy blok, który
okiełzna Hitlera. Było to rozumowanie całkiem poprawne, ale z jedną kardynalną
wadą - nie brałopod uwagę osoby Stalina i jego zaborczych planów.
Dlaczego tak mało mówi się o tych błędach?
Moje pokolenie patrzy na wydarzenia sprzed wojny z perspektywy 1941 czy 1943
roku. Z perspektywy okrutnej polityki niemieckiej uprawianej później w Polsce.
Wydaje się rzeczą nie do pomyślenia, że mogliśmy się stać sojusznikami
Trzeciej Rzeszy. Należy jednak pamiętać, że wówczas nie wydawała się ona
żadnemu europejskiemu politykowi taka okropna. Z Hitlerem, na politycznych
salonach, rozmawiali wtedy wszyscy przywódcy, nawet ci o proweniencji
lewicowej. Nie było wówczas mowy o niemieckich zbrodniach na większą skalę, w
przeciwieństwie do masowego ludobójstwa w Związku Sowieckim.
Większości badaczy nie przeszkadza fakt, że pomimo Katynia i masowego
ludobójstwa na Kresach w latach 1939 - 1941 w dalszej fazie wojny podjęliśmy
daleko idącą współpracę z drugim naszym wrogiem - Sowietami.
Nie chcieliśmy znaleźć się w sojuszu z Trzecią Rzeszą, a wylądowaliśmy w
sojuszu z tak samo zbrodniczym Związkiem Sowieckim. A co gorsza, pod jego
absolutną dominacją. Hitler zaś nigdy nie traktował swoich sojuszników tak jak
Stalin kraje podbite po II wojnie światowej. Szanował ich suwerenność i
podmiotowość, nakładając jedynie pewne ograniczenia w polityce zagranicznej.
Nasze uzależnienie od Niemiec byłoby więc znacznie mniejsze niż to, w jakie
wpadliśmy po wojnie wobec Związku Sowieckiego. Mogliśmy znaleźć miejsce u boku
Rzeszy prawie takie jak Włochy, a na pewno lepsze niż Węgry czy Rumunia. W
efekcie stanęlibyśmy w Moskwie i tam Adolf Hitler wraz z Rydzem-Śmigłym
odbieraliby defiladę zwycięskich wojsk polsko-niemieckich. Ponurą asocjacją
jest oczywiście Holokaust. Jeżeli jednak dobrze się nad tym zastanowić, można
dojść do wniosku, że szybkie zwycięstwo Niemiec mogłoby oznaczać, że w ogóle
by do niego nie doszło. Holokaust był bowiem w znacznej mierze funkcją
niemieckich porażek wojennych.
Czy możliwość polsko-niemieckiego porozumienia ostatecznie pokrzyżowały
udzielone nam w marcu 1939 roku brytyjskie gwarancje?
Tak. Do tej pory bowiem Polacy nie chcieli przyjąć niemieckiego pakietu, ale
nadal było pole do rokowań. Göring, wielki zwolennik sojuszu z Rzeczpospolitą,
powiedział o tym wprost, że kamieniem obrazy dla Hitlera były właśnie
angielskie gwarancje. Zaraz po ich przyjęciu wydał rozkaz opracowania planu
wojny z Polską. Od tego czasu bowiem, jeżeli chciał myśleć o zaatakowaniu
Zachodu, musiał najpierw zlikwidować sprzymierzoną z nim Rzeczpospolitą.
Polskie kierownictwo nie zdawało sobie tymczasem sprawy, że Anglia i Francja -
o czym powszechnie wiedziano w Europie - nie są przygotowane do wojny.
Potrzebowały czasu, żeby dogonić Rzeszę, i były zdecydowane zyskać ten czas za
wszelką cenę. Sytuacja Europy wyglądała więc tak, że pędziły sanie z myśliwymi
(Francuzami i Anglikami), którzy musieli dopiero składać karabiny, a za nimi
leciała sfora wilków. Żeby ocalić skórę, trzeba im było zrzucać kolejne
ofiary. Pierwszą była Austria, drugą Czechosłowacja, a trzecią stała się
Polska. Z tym że w naszym przypadku optymalnym rozwiązaniem dla Brytyjczyków,
którzy już zdecydowali się na wojnę, był taki scenariusz, w którym Polska
stawi opór.
Czyli wbrew powszechnemu twierdzeniu to nie Wielka Brytania przystąpiła do
wojny w obronie Polski, lecz Polska w obronie Wielkiej Brytanii?
Tezę tę potwierdzają kolejne wydarzenia. O intencjach Brytyjczyków najlepiej
świadczy to, że niemal od razu znali oni tajny protokół paktu Ribbentrop -
Mołotow, przekazany im przez pracownika ambasady Rzeszy w Moskwie von
Herwartha. Oczywiście nie przekazali tej wiadomości Polak