marcin2909-1
03.04.10, 12:33
Witajcie, nazywam sie Marcin - pochodze, jak wiekszosc z Was, z Bialegostoku i
mam 29 lat.
Z tej okazji, ze na Swieta przyjechalem do naszego rodzimego miasta, pragne
napisac kilka slow o emigracji.
Mieszkajac w Bialymstoku, pracowalem na UM. Prowadzilem cwiczenia, pisalem
malo ciekawe artykuliki, ktore profesorowie publikowali pod wlasnym nazwiskiem
w malo znaczacych polskich czasopismach medycznych...
Zmuszano mnie do pisania doktoratu na idiotyczny temat, ktory profesorkowi
akurat pasowal do jego jeszcze bardziej idiotycznej serii rozpraw.
Rowniez poza tym ciagle musialem byc do dyspozycji profesorka - na przyklad
wtedy, kiedy nie mial on ochoty sprawdzac testow, wykladac czy podetrzec sobie
tylek. To wszystko za 1623 zlote.
Staralem sie o inna prace w Bialymstoku: ani rusz. No, bo gdzie? Gdzie nie ma
ognia, brak tez dymu.
Warszawa, Gdansk, Wroclaw, Krakow? -To tak, jakby przyjechac do Bialegostoku z
Bohonik w poszukiwaniu pracy. I to jeszcze bez czlonkowstwa PO czy PSL.
Wlaczalem wiec niemiecka wyszukiwarke miejsc pracy. Bardziej z ciekawosci,
wyslalem dokumenty do berlinskiej firmy. Tydzien pozniej bylem na rozmowie
kwalifikacyjnej. Po kolejnym tygodniu mialem w skrzynce pocztowej umowe o
prace. W niej: 3300 Euro brutto, 42 dni urlopu, 40 godzin pracy w tygodniu - w
dowolnych godzinach.
Pracodawca znalazl mi mieszkanie w centrum Berlina. Kamienica z 1896 roku,
piekne, odremontowane 97-metrowe mieszkanie z wyposazona kuchnia. Koszt: 520
Euro miesiecznie.
Po kolejnych dniach mialem w skrzynce pocztowej list, w ktorym pracodawca
deklarowal gotowosc poniesienia wszelkich kosztow przeprowadzki - wraz z
polskojezycznym tlumaczeniem, zebym mogl je od razu przedlozyc spedytorowi.
Pierwszy dzien w pracy. Biuro w pieknym budynku niedaleko Bundestagu - od domu
3 stacje metrem lub 10 minut rowerem.
Biurko, szafka, komputer, materialy biurowe. Na biurku ogromny bukiet kwiatow.
W drzwiach stoi prezes i bezposredni moj przelozony z butelka szampana i
trzema kieliszkami.
Paliwo w podobnej cenia, jak w Polsce. VAT wynosi 19%, a nie 22!
Kolejne dni, tygodnie, miesiace w pracy: nowe oprogramowanie opanowane,
wszystko jak po sznureczku. Wspolne obiady w okolicznych restauracjach -
kosztem ok. 5 Euro.
Sprawy urzedowe: centralny punkt obslugi. Zameldowanie po 1 minucie, papierek
o pozwoleniu na prace, pobyt itp. kolejne 3 minuty. I do widzenia.
Teraz jestem w Bialymstoku. Wszedzie zestresowani, niemili ludzie. Z kazdej
strony ktos piluje silnik swojego samochodu, jakby chcial wszystkim pokazac,
ze wreszcie tez nalezy do grona uprzywilejowanych, tzn. wyposazonych w
samochod. Na skrzyzowaniach oslepiaja mnie ogromne, kolorowe wyswietlacze, na
ktorych ktos stara sie mnie przekonac do kupienia jakiegos towaru lub
studiowania na niepublicznej uczelni.
Na chodnikach mozna sobie powykrecac nogi.
Wszedzie smieci.
Nie ma drzew! Wykosiliscie wszystko, co zielone! Dlaczego?
Nie ma ktoredy przejsc, bo na kazdym chodniku stoja samochody. W tych
miejscach, gdzie do niedawna rosly drzewa.
Duzo spalonych, niegdys pieknych, podlaskich, drewnianych budynkow.
Ulica Warszawska zdewastowana!
Zalatwiajac urzedowe sprawy, spedzilem w UM 7,5 godziny! Dla 2 papierkow...
Nie ma handlu poza-galeryjnego. A w galeriach jedynie przetopione w Chinach
smieci.
Sami widzicie...
Skad wiec u nas taka niechec do tych, ktorzy wyjechali? Dlaczego ludzie
reaguja niesympatycznie, kiedy im mowie, ze mieszkam i pracuje w innym kraju?
Z zazdrosci? Czy dlatego, ze nie lacze sie z nimi w bolu? Dlatego, ze nie chce
siedziec w smrodzie, nie chce, by na wyboistym chodniku pluto mi pod nogi? Bo
uwazam, ze miasta sa dla ludzi, a nie dla samochodow? Bo chce pracowac w
godnych warunkach? Bo mam czas wolny? Bo mam pieniadze?
Powiedzcie, co Wam, do cholery, zlego zrobilem?