diabollo
25.12.24, 07:11
Dlaczego nie chcieli wiedzieć. Francuskie rozrachunki z II wojną światową
Alfred Grosser
wyborcza.pl/magazyn/7,124059,26670858,dlaczego-nie-chcieli-wiedziec-francuskie-rozrachunki-z-ii-wojna.html
Marszałek von Rundstedt w depeszy do Berlina w 1942 roku: francuska policja jest uczynna i chętna do współpracy. Z cyklu "Adam Michnik poleca"
W czasie II wojny światowej społeczeństwo francuskie nie było jednomyślne. Podziały pojawiły się najpierw po klęsce Francji na przełomie maja i czerwca 1940 r., a potem po powstaniu kolaboracyjnego rządu Vichy, i zostawiły trwałe ślady, ulegające przemianom w pamięci zbiorowej, zwłaszcza w przypadku przestępstw i zbrodni tolerowanych, popieranych lub popełnianych przez Francuzów w związku ze zbrodniami niemieckimi lub niezależne od nich.
Od lat 50. zeszłego wieku Niemcy narzekali, że francuska telewizja pokazuje ich kraj wyłącznie jako III Rzeszę i okupanta. Należało wówczas wyjaśniać, że Francuzi mają mniejszy problem z wizerunkiem Niemiec, większy zaś z odpowiedzialnością za własną przeszłość z lat 1940-44.
W Republice Federalnej Niemiec rozrachunek z przeszłością, Vergangenheitsbewältigung, był tematem nieustających debat. We Francji dopiero z czasem stał się on uświadomionym problemem. Francuska debata na ten temat nie zaowocowała jednak jasnymi konkluzjami, skoro nawet kultowa książka „Le Syndrome de Vichy. De 1944 a nos jours" („Syndrom Vichy od 1944 r. do dziś", 1987) historyka Henry’ego Rousso, która zdecydowanie lepiej niż inne prace przybliża ponad 40-letnią historię pamięci i niepamięci, nie jest pozbawiona stronniczych i uproszczonych wniosków.
***
Co było pierwotną zbrodnią? Dla gen. de Gaulle’a odpowiedź była oczywista: popełniono ją tuż przed posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego w lipcu 1940 r. w Vichy, odpowiadali zaś za nią ostatni rząd III Republiki i marsz. Pétain. Ową zbrodnią było zawieszenie broni między hitlerowskimi Niemcami i Francją, podczas gdy po inwazji niemieckiej rządy Norwegii, Belgii i Holandii przeniosły się do Londynu.
Niemniej ani de Gaulle, ani powojenna Francja nie przywiązywały wagi do art. 19 układu o zawieszeniu broni z 22 lipca 1940 r. A to on był prawdziwie haniebny i zbrodniczy. Nakazywał wydanie hitlerowskim władzom każdego obywatela niemieckiego przebywającego na terytorium Francji. Zgodnie z tym artykułem rząd Vichy wydał na śmierć m.in. dwóch przywódców niemieckiej socjaldemokracji, Rudolfa Breitscheida i Rudolfa Hilferdinga. Ten fakt nie zapisał się jednak we francuskiej pamięci zbiorowej.
Podobnie jest z okolicznościami, które pozwoliły hitlerowskiej policji wysłać na wschód i de facto na śmierć tysiące niemieckich obywateli. We Francji powstały obozy internowania, absurdalne co do zasady i straszne z uwagi na panujące tam warunki.
(Przeznaczone były najpierw dla byłych uczestników wojny domowej w Hiszpanii po stronie republikanów, którzy po klęsce nielegalnie przekroczyli granicę francuską; zostały przekształcone w miejsce odosobnienia dla osób obcego pochodzenia, podejrzewanych o działalność antyfrancuską, oraz dla działaczy komunistycznych. Władze państwa Vichy przekształciły je w obozy przejściowe dla osób innej narodowości niż francuska, przeznaczonych przez hitlerowców do wywiezienia do obozów zagłady).
Od 1939 r. zamykano w nich politycznych uchodźców, których uważano za wrogów. Oczywiście nie torturowano tam ludzi ani nie skazywano ich na śmierć, jak w obozach niemieckich. Jednak począwszy od 1942 r. francuskie obozy stały się przedsionkiem Zagłady. Ileż w takich miejscach jak Gurs, Vernet, Milles czy Rivesaltes było materialnej i moralnej nędzy, ile brudu i głodu!
Dziś zdecydowana większość Francuzów nie kojarzy tych miejsc z obozami. I to mimo że zostały w końcu opublikowane poważne prace na ten temat oraz mimo zorganizowania w 1983 r. przez Instytut Goethego i francuski MSZ mobilnej wystawy na temat francuskiej emigracji do Niemiec i niemieckiej do Francji od 1685 r. Część wystawy była poświęcona także udziałowi reżimu Vichy w deportacjach do obozów zagłady. Co najwyżej znano we Francji książkę Artura Koestlera „Scum of the Earth" („La lie de la terre", „Szumowina Ziemi"), nie do końca zdając sobie sprawę, że obozy stworzone dla hiszpańskich uchodźców uciekających przed reżimem Franco były wykorzystywane później do internowania więźniów politycznych i Żydów.
Pragnienie, by się o tym nie dowiedzieć, pogłębiło się jeszcze bardziej w 1987 r. Teatr Amandiers w Nanterre jako jedyny przedstawił wówczas filmową trylogię Georga Stefana Trollera i Axela Cortiego o losach emigrantów austriackich. W kinach pokazano wyłącznie trzecią jej część, „Welcome to Vienna", na której temat ukazało się sporo recenzji, m.in. w piśmie „L’Avant-sc?ne". Trzeci film z tej serii o wstydzie zapomnienia (albo o zapomnianym wstydzie) Austriaków nie zakłócał dobrego samopoczucia francuskiego widza. Tymczasem pierwszy, „Bóg już w nas nie wierzy" („An uns glaubt Gott nicht mehr"), opowiadał prawdziwie o dramatycznych okolicznościach, w jakich francuska administracja zorganizowała uwięzienie uchodźców w obozach, a potem wydała ich okupantowi.
Brak woli poznania lub pokazania prawdy o tamtych czasach uzasadniano szlachetnymi pobudkami.
Minister sprawiedliwości René Pleven (który stał u boku de Gaulle’a od 1940 r.) w liście do Hervé Villeré, autora książki „L’Affaire de la séction speciale", w której opisał sprawy rozpoznawane w 1941 r. w Paryżu w sekcji specjalnej sądu apelacyjnego, stwierdza: „udostępnianie akt postępowań karnych jest ograniczone przez sto lat"; „specjalne pozwolenie dostępu do nich można uzyskać wyłącznie za zgodą dyrektora archiwów państwowych, zatwierdzoną przez ministra sprawiedliwości". Chodziło o to, by „nie szkodzić interesom prywatnym i uniknąć budzenia emocji w opinii publicznej" (10 lutego 1972).
Dlatego dokumentów świadczących o haniebnych zachowaniach francuskich sędziów, którzy po sfingowanych procesach skazywali na śmierć wybranych więźniów, należało szukać w archiwach niemieckich.
Pod pretekstem, że skazani byli komunistami, łatwiej ich było poświęcić i uniknąć kolejnych niemieckich represji.
W filmie Costy-Gavrasa opartym na książce Villeré nie wspomniano ani słowem o porażającym tekście niemieckiego oficera, zamieszczonym w aneksie książki. Mjr Beumelburg, oficer łącznikowy przy rządzie Vichy, 22 sierpnia 1941 r. donosił że ambasador de Brinon, jeden z czołowych architektów współpracy Francji z nazistowskimi Niemcami, oraz Jean-Pierre Ingrand, doradca reżimu Vichy, poinformowali go o przyjętej procedurze skazywania na śmierć i egzekucji publicznych. Dodał ironicznie, że francuski rząd kolaboracyjny, bez wątpienia pod wpływem nowego szefa MSW Pierre’a Pucheu, zrobił postępy: nareszcie porzucił idee rewolucji francuskiej, monteskiuszowskie zasady trójpodziału władzy i zasadę niestosowania prawa wstecz, i zaczął budować prawdziwie nowy porządek państwowy.
Jednak prawdą jest, że do przestępstw sądowych dochodziło nie tylko w tamtych ponurych czasach. Przysięgli wykrzykujący podczas rozprawy do oskarżonego, że go dopadną, wyrok znany z góry, płukanie żołądka oskarżonego, bo ów podjął próbę samobójczą, po to, by móc wykonać na nim karę śmierci – to nie są sceny z trybunału rewolucyjnego, bo tu chodzi o niegodny proces i wyrok wydany na Pierre’a Lavala [premiera rządu Vichy w latach 1942-44 – redakcja „Wyborczej"]. Wyrok niegodny sędziów, nie oskarżonego, nawet jeśli ów byłby po tysiąckroć winny.
Gdy kilka lat później w podobnych okolicznościach stracono byłego premiera Turcji Menderesa, prasa francuska nie kryła oburzenia, zapominając lub celowo pomijając fakt, że Laval też stanął przez plutonem egzekucyjnym. Podobnie jak nikt nie pamięta, że podczas procesu marsz. Pétaina przewodniczącym trybunału był sędzia Pierre Mongibeaux, a prokuratorem general