bogo2
28.07.02, 09:48
"Już chyba pogodziłem się z faktem, że ma miejsce koniec świata. Mojego -
naszego świata. Nadal jednak czuję metafizyczny dreszcz na plecach, gdy
słucham, jak kandydaci na studentów mówią mi nie wprost, ale wyraźnie:
należysz do innego świata, ten wasz świat nie jest już nasz i nic nas nie
obchodzi. Wasi pisarze, muzycy, malarze, wasza historia i symbole nic dla nas
nie znaczą. Nie znamy tego i znać nie chcemy. O tak, uczono nas tego waszego
chłamu w szkołach, ale udało nam się to wszystko wypłukać z głowy".
Powyzsze slowa napisal w ostatnim " Z ukosa"
(www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_020727/plus_minus_a_5.html)
Smecz - dla pokolenia "Solidarnosci" autor niemal "kultowy", ktorego
comiesieczny felieton najpierw w paryskiej "Kulturze" a pozniej
w "Rzeczpospolitej" byl( jest?) lustrem , w ktorym przegladalo sie cale
pokolenie.
Nie chce komentowac Smecza, nie chce pytac czy ma racje. O wiele bardziej
ciekawe wydaje mi sie pytanie o to, jak wyglada koniec swiata po ciemnej
stronie ksiezyca ? Tej dwudziestokilkuletniej.
CZY WARTO I CZY JEST O CZYM ROZMAWIAC Z KIMS, KTO SKONCZYL 30 LAT ?