Gość: Alek
IP: *.elpos.net
14.07.06, 13:41
Artykul z Magazynowego Kuriera Porannego
PRAWO Przedszkole nr 36
Czyste sumienie dyrektorki
Dozorca podejrzany o molestowanie dzieci dalej pracuje w przedszkolu.
Policja i prokuratura nie mogą nic zrobić, bo dyrektorka - jak sama
podkreśla - na "tysiąc procent" jest pewna, że pan S. nie zrobił nic złego.
O tym, że pan S. jest podejrzany o molestowanie przedszkolaków, dyrektorka
wiedziała już w środę, 24 maja, kiedy mężczyznę zatrzymała policja. W piątek
S. był już na wolności. W poniedziałek miał poważną rozmowę ze swoją szefową.
Przysięgał, że nigdy nie skrzywdził żadnego dziecka. To wystarczyło
dyrektorce, żeby podejrzanego nie wysłać nawet na urlop. Na wolne poszedł
dopiero pierwszego lipca.
Tylko sąd ma prawo
Polskie prawo nie zabrania osobie podejrzanej o molestowanie dzieci dalej
pracować w przedszkolu.
- Dopóki nie ma wyroku, człowiek jest niewinny. Rodzaj podejrzenia nie ma tu
nic do znaczenia - mówi Anna Giedrys, zastępca prokuratora Białystok
Południe. - W tym konkretnym przypadku nie mieliśmy podstaw do aresztowania
S. Nie mamy żadnych możliwości, żeby nakazać dyrekcji przedszkola, aby
odsunęła go od pracy.
Takie prawo ma tylko sąd. To on rozstrzyga, czy dany człowiek może wykonywać
swój zawód, czy powinien zostać w tej, a nie innej firmie. Ale na to trzeba
czekać co najmniej kilka miesięcy. W przypadku S. sprawa trafi do sądu
najwcześniej na początku września.
- O tym, co zrobić z takim podejrzanym do momentu wyjaśniania sprawy, może
decydować tylko jego szef. Powinien to robić zgodnie z kodeksem pracy i
własnym sumieniem - radzi Krzysztof Mróz, zastępca komendanta białostockiej
policji.
Samodzielna decyzja
Ale Ewa Gutowska, dyrektorka przedszkola przy św. Mikołaja jest przekonana,
że dozorca jest niewinny.
- Pan S. jest niezwykle uczciwym, punktualnym, zorganizowanym,
przesympatycznym człowiekiem. Znam go od 16 lat. Wiem, jak zachowuje się
niemal w każdej sytuacji. Wiele razy rozmawiałam z nim o całej tej sytuacji i
jestem na tysiąc procent pewna, że pan S. nie zrobił nic złego - przekonuje
dyrektorka. - A nawet, jeśli wyrok będzie dla niego niekorzystny, nigdy nie
uwierzę w te bzdury.
Sprawa wyszła na jaw w maju, kiedy jeden z przedszkolaków gdzieś zniknął.
Nauczycielka znalazła dziecko skulone w kącie na korytarzu. Załatwiło się pod
siebie. Po jakimś czasie opowiedziało rodzicom, że konserwator dotykał je w
miejscach intymnych. Interwencja u nauczycielek i dyrektorki nie pomogła.
Rodzice zawiadomili policję. Nieoficjalnie wiadomo, że sprawa dotyczy też
kilku innych przedszkolaków.
W wyjaśnieniu skierowanym do rodziców, jakie kilka dni temu pojawiło się na
tablicy ogłoszeń w przedszkolu, Gutowska napisała, że to policjanci, którzy
prowadzili śledztwo, sugerowali jej, żeby nie odsuwać S. od pracy.
- To jakaś kompletna bzdura. Nasi funkcjonariusze nigdy niczego nie
sugerowali. Pozwolenie podejrzanemu na pracę w przedszkolu było samodzielną
decyzją pani dyrektor - twierdzi Dariusz Kędzior, rzecznik prasowy
białostockiej policji.
Przedszkole jak dom
S. jest samotny, pochodzi ze wsi położonej kilkadziesiąt kilometrów od
Białegostoku. Od kilku lat mieszka w hotelu robotniczym. Nie ma żony, dzieci.
Jego najbliższa rodzina - rodzeństwo, matka, ojciec, podobno źle go
traktowali i zabierali pieniądze.
Podejrzany oficjalnie w przedszkolu był tylko stróżem, naprawiał mniej
skomplikowany sprzęt i pracował w ogrodzie. W rzeczywistości nie raz wyręczał
nauczycielki w pilnowaniu dzieci na leżakowaniu, kiedy te chciały wyjść na
kawę. Prowadzał też przedszkolaki do toalety, pomagał się przebierać. W
każdej grupie miał swoich pupili, którym przynosił cukierki, lizaki, gumy do
żucia. Rodzicom nie podobało się, że pan S. tak dużo czasu spędza z dziećmi.
Nie raz mówili o tym nauczycielkom, interweniowali u dyrektorki. Ale to nigdy
nie przyniosło żadnego efektu. Gutowska do dziś utrzymuje, że pan nigdy nie
zostawał sam na sam z dziećmi.
- Owszem przychodził na salę podczas leżakowania, ale po to, żeby posiedzieć,
porozmawiać z nauczycielkami. Często czytał też dzieciom bajki, układał
puzzle. Przedszkole było całym jego życiem - mówi.
Czy nauczycielki na pewno nie mają sobie nic do zarzucenia? To wyjaśni
kontrola, jaką zamierza przeprowadzić kuratorium oświaty. Niewykluczone, że o
ocenę pracy przedszkolanek zostaną poproszeni też rodzice.
Magistrat, który jest pracodawcą Gutowskiej i nadzoruje pracę przedszkoli,
nie widzi najmniejszej potrzeby, by sprawdzić prowadzoną przez nią placówkę.
Plan urlopów był już ułożony
Magistrat i kuratorium o tym, że w przedszkolu przy św. Mikołaja mogło dojść
do molestowania dzieci, dowiedziało się dopiero z publikacji prasowych. Lucja
Orzechowska, naczelnik wydziału edukacji nie widzi jednak nic dziwnego w tym,
że człowiek podejrzany o molestowanie jeszcze przez ponad miesiąc w
przedszkolu pracował.
- Pani dyrektor powinna była poinformować nas o problemie - uważa
Orzechowska. - W każdej sytuacji musimy jednak pamiętać nie tylko o tych
najmłodszych, ale i tych starszych. Jedni i drudzy są takimi samymi ludźmi.
Nie powinniśmy nikogo krzywdzić - dodaje urzędniczka.
Takie podejście jest zupełnie niezrozumiałe dla Jadwigi Szczypiń, podlaskiego
kuratora oświaty. Jej zdaniem o tak poważnych sprawach zarówno ona, jak i
urząd miasta powinny być natychmiast powiadamiane. Szczypiń zapowiada, że
uczuli na to wszystkich dyrektorów.
- Nie wyobrażam sobie, jak podejrzanemu o molestowanie można pozwolić na
pracę w przedszkolu. Przecież zarówno dla nas, jak i dla dyrektorki tego
przedszkola przede wszystkim powinno zależeć na bezpieczeństwu dzieci - nie
ma wątpliwości kurator oświaty. - Oczywiście, że wyrok sądowy może być różny.
Być może S. naprawdę jest niewinny. Ale dopóki istnieje cień podejrzenia,
dopóty nie powinien pojawiać się w przedszkolu.
Jej zdaniem, Gutowska powinna odsunąć od pracy S. w momencie, jak tylko
dostała sygnał o podejrzeniu.
- Przecież nie mogłam pozwolić na dezorganizację pracy calej placowki. Urlopy
są planowane ze sporym wyprzedzeniem. Pan S. i tak zrobił sobie przerwę
wakacyjną wcześniej, niż planował - odpiera zarzut Gutowska.
Jej zdaniem wystarczającym zabezpieczeniem było to, że zakazała S. wchodzić
do sal w czasie, kiedy były w nich dzieci.
Zabiorę dziecko
Zachowania dyrektorki cały czas nie mogą pojąć policjanci, jej koleżanki po
fachu i rodzice, którzy do przedszkola nr 36 dzieci prowadzali.
Ci pierwsi łapiąc się za głowę, pytają: - Czy ona nie ma żadnego instynktu
samozachowawczego?
Dyrektorki innych przedszkoli zastanawiają się: - Co konserwator mógł robić
przy dzieciach i dlaczego dyrektorka i nauczycielki na to pozwalały?
A rodzice dzwonią do innych przedszkoli i pytają, czy można jeszcze zapisać
do nich swoją pociechę.
- Bo na św. Mikołaja nigdy nie było dobrej opieki. A jeśli ten człowiek
dotknie mojego synka, to go przecież nie zabiję. Nie chcę iść do więzienia.
Wolę zabrać stąd moje dziecko - mówi jeden z ojców.