altabaka
08.07.03, 17:29
(polecam ten artykuł)
(orginał na :
http://polityka.onet.pl/162,1121361,6,,druk.html)
Buszujący w bluszczu
Jak się dostać na słynną amerykańską uczelnię
Ania i Tomek – tegoroczni maturzyści. Ona z Torunia, on z Białegostoku. Ona z
domu z dziada pradziada inteligenckiego, on – pierwsze pokolenie na uczelni.
Ona i on mają w kieszeni indeks o podobnej wadze. Ona – Uniwersytetu
Princeton. On – Uniwersytetu Yale.
AGNIESZKA NIEZGODA
Tomka łatwo rozpoznać w tłumie podróżnych na warszawskim Dworcu Centralnym.
Szczupły blondyn, rozanielona twarz. Wraca właśnie do rodzinnego Białegostoku
z Warszawy, gdzie o 7 rano ustawił się w kolejce do ambasady Stanów
Zjednoczonych. Niemal z marszu dostał amerykańską wizę.
Za indeksem
Polscy studenci od dawna wybierają do nauki zagraniczne uczelnie. Jak podaje
GUS, w roku akademickim 1990/1991 wyjechało 3232 studentów. Głównym
kierunkiem były państwa b. ZSRR i państwa Europy Środ.-Wsch. Z biegiem lat
liczba Polaków wybierających się na naukę poza granice nie uległa większym
zmianom. W 1997 r. – ostatnim, kiedy GUS prowadził szczegółowy spis –
wyjechało ich 3538. Zmienił się za to kierunek podróży. Więcej wybrało
uczelnie w Europie Zach.
Najnowsze dane z roku akademickiego 2002/2003 podane przez Biuro Uznawalności
Wykształcenia i Wymiany Międzynarodowej MEN dotyczą osób, które wyjechały na
staże naukowe, a nie na pełne studia. Ogółem wyjechało 1580 osób.
Polscy studenci mogą również korzystać z ofert zagranicznych studiów w ramach
wymiany akademickiej między uczelniami (np. Niemiecka Centrala Wymiany
akademickiej DAAD przyznała w 2002 r. 367 stypendiów), a także brać udział w
międzynarodowych programach edukacyjnych. W 2001 r., w ramach jednego z
takich programów Erasmus, 3691 studentów odbyło jedno- lub dwusemestralne
studia w krajach UE.
– I się cieszymy, i żal tak samego w świat wysyłać – mama Tomka, Irena
Siergiejuk, technik hodowca, zatrudniona w szkole jako pani woźna, śmieje się
i ociera ukradkiem łzę.
– Żeby się człowiek tak bardzo od razu ucieszył z tego wyjazdu Tomka, to nie
powiem – zasępia się tata przyszłego studenta Yale, Leon, malarz technik,
który pracuje w szkole jako konserwator. – Pierwsza myśl była taka: za
daleko. No i co my mamy do sprzedania, żeby mu jakoś pomóc. Ten stary
telewizor? Tata Tomka toczy wzrokiem po pokoju: sklejany regał na całą ścianę
w połowie zastawiony książkami Tomka, fornirowany na połysk stolik przykryty
białym haftem, tapczan. – Całą rodziną będziemy płakać na lotnisku w
sierpniu. Radość, że ktoś na świecie tak ładnie, uczciwie Tomka docenił, bez
wejść, bez znajomości przecież, rozbija się teraz o – jak powiadają – finans:
skąd wziąć na podróż?
Zaciszna uliczka w Toruniu. Po obu stronach ocienione drzewami, niewielkie
kamienice. Z okna na piętrze dobiega gra na skrzypcach. W pokoju Ani głównym
wyposażeniem są książki, ozdobą ścian – nuty. I fiszki: Pozytywizm,
Romantyzm, Młoda Polska. Ślad po niedawnej maturze. – Wyjeżdżam 15 czerwca. W
głosie Ani delikatnie pobrzmiewa amerykański akcent. Z 18-letniego życia
tylko ostatnich 6 lat spędziła w Polsce. Ma obywatelstwo polskie i
amerykańskie. – Kiedy Ania się urodziła w Nowym Jorku, ja wykładałem akurat
na Uniwersytecie Columbia. Żartowaliśmy sobie z żoną, że może kiedyś Ania
będzie się uczyła na Columbii – mówi tata przyszłej studentki Princeton, dr
inż. Romuald Dąbrowski, matematyk i informatyk. Mama, Bogumiła, pracuje jako
architekt w Indianapolis. – Wypadło jednak na Princeton, i bardzo dobrze.
Orkiestra i biegi
Do Oli Augustyniak, szefowej biura Polsko-Amerykańskiej Fundacji Fulbrighta,
codziennie dzwoni, przychodzi, przysyła maile około 20 osób. Rocznie daje to
liczbę ponad 7 tys. zainteresowanych studiami w Stanach. Ola Augustyniak
rozkłada pękaty informator i z satysfakcją pokazuje dwie liczby: 2606 – tylu
Polaków kształciło się na rozmaitych studiach w Stanach w ubiegłym roku
akademickim. 7,8 proc. – o tyle ta liczba wzrosła w porównaniu do
poprzedniego roku. – Oczywiście, nadal pokutuje opinia, że jak mam pieniądze,
to mogę też mieć dyplom w USA. Zdarza się więc czasem, że przychodzi do nas
młody człowiek w złotej bransolecie i mówi: cena nie gra roli, musi być Jale.
Czyli Yale. A ktoś inny, że tylko Harvard go interesuje. Trzeba mu więc
tłumaczyć, że Harvardu raczej się nie da załatwić w 3 tygodnie.
Harvard, Yale, Princeton i jeszcze pięć uniwersytetów amerykańskich tworzą
tzw. Ligę Bluszczową (ang. Ivy League) – osiem najlepszych uczelni na
Wybrzeżu Wschodnim nazywa się tak z racji wyglądu starych budynków
akademickich, porośniętych bluszczem. Na stronach internetowych szkół są
porady dla rodziców, jak zapewnić dziecku przyjęcie do tej
superklasy. „Zacznij wcześnie” – powtarzają tam niczym mantrę. „Opowiadaj
dziecku o celu, wyzwaniu i spowoduj, żeby zaczęło do niego dążyć”. Zachęcaj
je do udziału w zajęciach pozalekcyjnych: niech gra w orkiestrze dętej na
trąbce, uczestniczy w biegach na przełaj albo choćby zostanie czirliderką.
Byleby coś robiło. Superklasa przyjmuje w swoje bluszczowe mury jedynie ok.
10–15 proc. ubiegających się o to kandydatów. Piątki na świadectwie i na
egzaminach to dużo za mało.
19 lat temu rodzice przyszłego studenta Ligi Bluszczowej nie wiedzieli, że
trzeba „zacząć wcześnie”. Dopiero przenieśli się z podmiejskich okolic do
Białegostoku, urządzali własnych 60 m kw. w bloku. Tomek poszedł do rejonowej
szkoły. – Pamiętam, że ludzie mieli swoje ulubione kolory, że chcieli być
strażakami. A mi się nic nie marzyło. Ja chciałem być szczęśliwym Tomkiem –
wspomina. W rubryce „zajęcia pozalekcyjne” Tomek mógłby wpisać kółko
recytatorskie i jedyną główną rolę Małego Księcia, wygraną olimpiadę z
matematyki oraz kurs angielskiego. Wówczas o studiach jeszcze nie myślał. Bał
się, czy sobie poradzi w liceum.
18 lat temu rodzice przyszłej studentki Ligi Bluszczowej wiedzieli już, że z
planów rychłego powrotu do Polski nici. Wyjazd na studia doktoranckie taty
Ani w 1980 r. miał się znacznie przedłużyć. Po pierwszych trzech latach w
Nowym Jorku Ania przeniosła się z rodzicami do miasteczka uniwersyteckiego
Bloomington w stanie Indiana. Domek pod miastem, kominek, spacery z psem po
lesie. Lekcje gry na skrzypcach od dziecka. Szkoła – podstawówka, jakich
wiele. Do IV klasy. Wtedy w biografii Ani zaczyna się etap, który logicznie
prowadzi w bluszczowe mury: klasa dla wyjątkowo zdolnych dzieci. Jedna na
kilkanaście szkół. – W VI klasie czytaliśmy Dickensa. Wiem o sześciu osobach
z tamtej klasy, które właśnie trafiły do Ivy – opowiada Ania. Wakacje, jeśli
nie był to wypad z rodzicami nad jezioro Michigan, spędzała ćwicząc grę na
skrzypcach. O studiach jeszcze nie myślała. Planowała natomiast do 15 roku
życia wydać własną książkę. O tym, jak ucieka z domu i mieszka w dziupli na
drzewie. I nie bardzo wiedziała, co zrobi, kiedy skończy się nauka w klasie
dla uzdolnionych. Dwa pobliskie ogólniaki były całkowicie masowe, bez
ambitnego programu. – Nie chciałam ginąć w tłumie.
Tolerancja i dziurki od klucza
W liceum Tomek wybrał mat-fiz, bo bywa najbardziej wymagający. Klasa się
szybko zintegrowała, ale Tomek zamiast integracji przy piwie wolał rower albo
Internet. Szybko został najlepszym uczniem w szkole. Działał w kółku
matematycznym i w klubie europejskim, którego został prezesem. Wygrał
olimpiadę z angielskiego, konkurs ekologiczny. Czy taki prymus może być
lubiany? – Chyba byłem typem nielubianego kujona – śmieje się Tomek. Wakacje
Tomek spędzał raz ze znajomymi nad jeziorem, raz na kursie niemieckiego w
Berlinie R