misza2600
24.06.08, 16:01
Mieszkam od kliku lat w Białymstoku i muszę przyznać że zaskoczyła mnie tu
jedna rzecz. W tym mieście żeby mieć dziewczynę trzeba być sponsorem a
najlepiej sponsorem i pantoflarzem. Mam 26 lat, od dobrych kilku lat poznaje
mnóstwo dziewczyn: na ulicy, przez znajomych i na dyskotekach. Z większością z
nich spotkałem sie tylko dwa razy bo na trzeci nie miałem ochoty. Po prostu
nie były bezinteresowne, a spotykały sie ze mną gdyż sprawiałem w ich oczach
faceta majętnego i chętnie zabierałem ich do różnych ciekawych miejsc.
Studentki, młode panie inżynier, kwiaciareczki itd. Bogate czy tez biedne -
mam już rozeznanie we wszystkich tych grupach społecznych. Sporo ich poznałem
i czasami wydaje mi się ze znam już 1/3 białostockich młodych kobiet. Dla nich
miarą mojego zaangażowania jest ilość pieniędzy które zostawię w pubie, kinie
czy na dyskotece...Jak zamkną pub, koncert odwołają to dla nich jest tragedia,
bo bez wydania kasy nie potrafią sie bawić!
I pytanie które zazwyczaj słyszę na pierwszej lub drugiej randce (bo szkoda
gadać nawet z gołodupcem):kim są twoi rodzice :-) ? Zapytaj kobieto wprost czy
jestem bogaty a nie robisz podchody!!!
Nie jestem skąpy, pieniążków mam wystarczająco ale myślę ze nie o to w tym
chodzi. jeśli jakiejś dziewczynie zależało by na mnie to by mnie zaprosiła do
domu na kawę, zapoznała z rodzeństwem i przyjaciółmi, a jeśli do pubu to bez
drinka za drinkiem. Za jakimiś droższymi prezentami, dalszymi wycieczkami to
jestem jak najbardziej za ale w etapie narzeczeństwa.
Piszcie kochani co o tym myślicie i czy mam szanse poznać kogoś takiego, bo
szczerze mówiąc to już powoli zaczynami wątpić..